Perfekcyjna rodzinaTekst

Autor:Alex Dahl
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Czyn sprawiedliwy wieńczy księgę

występku. Akt zemsty pisze nową.

Marilyn Vos Savant

CZĘŚĆ PIERWSZA

październik

Prolog

Przytulam cię mocno – tak mocno, jakbyśmy znów stanowiły jedno ciało. Jak gdyby żadna siła na świecie nie mogła mi cię odebrać. Twoje piękne, długie włosy muskają mnie po twarzy, a ja wdycham słodkawą woń, zapach ziemi i kwiatów, którą pachną. Splatasz palce na moim karku, czuję dotyk twojej ciepłej skóry. Wtulam twarz w wilgotne, gorące zagłębienie między twoją szyją a obojczykiem. Nie wiem, gdzie jesteśmy. Nie widzę nic poza tobą. I wiem, że muszę trzymać cię mocno, najmocniej w życiu.

Mimo to. Mimo to rozdziela nas pusta szczelina, w którą wdziera się podmuch zimnego powietrza. Mimo to ktoś odgina twoje maleńkie paluszki z mojej szyi i zabiera cię ode mnie. Oczy mam szeroko otwarte, ale widzę tylko najgęstszą, najokrutniejszą ciemność. Usta też mam rozwarte jak do krzyku, lecz nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. Ramiona mam puste, ale wciąż czuję resztki ciepła twojego ciała.

A ciebie, najdroższa, nie ma.

Budzę się. Nadal jest czarno, ciemno, że oko wykol. Ciebie nadal nie ma. Krzyczę.

Jeden

Elisa

Sandefjord, 20 października

Miałam dziś wolne. Zapełniłam popołudnie wszystkim, na co zazwyczaj nie mam czasu – pasemka, podcięcie, paznokcie, godzinka na siłowni na pół gwizdka – i prawie spóźniłam się do szkoły. Najpierw utknęłam w korku na zjeździe z E18, a potem Lyder postanowił urządzić cyrk, gdy odbierałam go z przedszkola. Rzucił się na podłogę jak połeć mięsa, miotał mi się na rękach i przewracał oczami, podczas gdy ja wciskałam jego wiotkie kończyny w zimowy kombinezon.

– Przestań – syknęłam, wpychając jego stópki w skarpetkach w futrzane śniegowce, a potem jedną ręką złapałam jego pudełko na lunch, olbrzymi rysunek z kartonu i teczkę z pracami. Drugą ręką starałam się zaciągnąć syna na zewnątrz. – Chodźże!

W samochodzie Lyder marudzi, że nie wzięłam mu nic do jedzenia.

– Wszyscy po przedszkolu dostają rodzynki – zawodzi. – Albo marchewkę. Albo herbatniki. Carl dostaje herbatniki, takie z czekoladą, to niesprawiedliwe… – Nie zwracam uwagi, jak bez ustanku biadoli cienkim głosikiem. To był ciężki tydzień i czuję, jak z tyłu głowy narasta ból. Przyciskam palcem wrażliwy punkt, wpatrując się w czerwone światło, które chyba nigdy się nie zmieni. Mam jeszcze trzy minuty, by zdążyć do szkoły. Za cztery, Aud, skwaszona opiekunka prowadząca świetlicę, zacznie wybijać mój numer telefonu długimi, akrylowymi paznokciami.

Zapala się zielone i szybko pokonuję kilka ostatnich, spokojnych, przedmiejskich ulic dzielących mnie od szkoły Korsvik. Lyder z tyłu nerwowo chichocze, gdy piszczą opony. Zajeżdżam pod szkołę i wręczam Lyderowi swojego iPhone’a, a on uśmiecha się zaskoczony. Jest czwarta dwadzieścia dziewięć. Zdążyłam.

– Zaraz wrócę – rzucam i pędzę przez szkolne podwórko do rzęsiście oświetlonego, czerwonego budynku z drewna.

– Mama! – piszczy Lucia i biegnie w moją stronę. Wskakuje mi na ramiona, a ja całuję jej miękkie, złote włosy. – Spóźniłaś się.

– Nie, przyjechałam w sam raz.

– Czy mogę odwiedzić Josephine?

– Kto to jest Josephine?

– Nowa koleżanka w naszej klasie. Mogę? Proszę…

– Nie dzisiaj, słoneczko. Wiesz, że odwiedziny trzeba organizować z wyprzedzeniem. W ten sposób jest łatwiej.

– Jej mama się zgodziła. Czekają w holu.

– Kotku…

– Proszę, mamo. – Lucia gestem wskazuje otwarte drzwi, za którymi znajduje się wspólna szatnia pierwszej i drugiej klasy. Wzdycham i idę z nią. Na ławce pod przeciwległą ścianą dziewczynka w pięknej, różowej, pikowanej kurtce Moncler i śniegowcach Moon Boot siedzi obok równie szykownej matki.

– Cześć – odzywam się do nich pogodnie. Gdy dziewczynka odpowiada uśmiechem, zauważam, że lewa strona jej twarzy osobliwie się marszczy, a potem uświadamiam sobie, że jej policzek okala okrągła, pomarszczona blizna, sięgająca aż do włosów na skroni.

– Cześć, jestem Line, mama Josephine – mówi kobieta z szerokim uśmiechem. Jest wprost rozbrajająco piękna. Oczy ma błękitne i szeroko rozstawione, gęste i ciemne włosy idealnie układają się jej na ramionach, obfite usta lśnią od błyszczyku w naturalnym kolorze. Ma na sobie podobną kurtkę Moncler jak córka, tyle że w kolorze khaki, spiętą w smukłej talii, do tego biały, kaszmirowy golf i eleganckie, skórzane, oliwkowe kozaki.

– Miło was poznać. Jestem Elisa. Elisa Blix. – Odwracam się do Lucii. – Musimy się spieszyć, słonko, bo Lyder czeka sam w aucie.

– Ale ja chcę iść do Josephine!

– Będzie nam bardzo miło – zapewnia Line. – Dziewczynki od dawna chciały się razem pobawić, a dziś mamy wolne popołudnie.

– No tak – odpowiadam. – Cóż, dobrze, skoro jesteś pewna.

– Absolutnie. Dam ci swój numer. Mieszkamy niedaleko, na Asnestoppen.

– Okej. Przyjadę po nią koło wpół do siódmej, dobrze?

– Idealnie.

– Kiedy Josephine dołączyła do klasy? Chyba was wcześniej nie widziałam.

– Niedawno. Przeprowadziliśmy się tu z Oslo na początku semestru.

– Ach, tak. Podoba się wam jak na razie?

– Owszem. Josie bardzo szybko oswoiła się ze szkołą, a starszemu synowi też się podoba w gimnazjum.

– Świetnie. – Znów się do siebie uśmiechamy. Przypadła mi do gustu, wyobrażam sobie, że mogłybyśmy się zaprzyjaźnić. Ma w sobie spokój i równowagę, chyba też zaimponowała mi jej niewymuszona elegancja. Wydaje mi się, że dziewczynki też się polubiły. Gdy Line i ja rozmawiamy, wyklaskują razem bardzo skomplikowany rytm, którego wcześniej u Lucii nie widziałam, a potem zanoszą się piskliwym śmiechem.

– Może puścisz mi sygnał? Dzięki temu ja również będę miała twój numer – mówi Line.

– Przepraszam, zostawiłam telefon w samochodzie z synem. Może po prostu zadzwoń, a ja za chwilkę wyślę ci esemesa?

– Jasne.

– Okej. Bawcie się dobrze, dziewczynki – rzucam i ciągnę lekko za pompon ze sztucznego futra na czapce Lucii. Moja córka śmieje się i idzie z Line i Josephine, trzymając koleżankę za rękę. Podskakują jednocześnie, a na pustym korytarzu rozbrzmiewa pisk gumowych podeszew ich butów.

*

Tuż przed szóstą mój telefon wibruje. To ememes od Line ze zdjęciem Josephine i Lucii, które siedzą razem na wielgachnej białej sofie w takich samych różowych kostiumach księżniczek, zanoszą się śmiechem i tulą kudłatego, brązowego kota. Łapy zwierzęcia pokrywa zaschłe błoto, jakby dopiero co wrócił z podwórza, a oczy ma żółte i hipnotyzujące. Wciąż mu się przypatruję, gdy nagle telefon, który trzymam w ręce, zaczyna dzwonić.

– Halo?

– Mamo? – Lucia ma czkawkę ze śmiechu. Uśmiecham się.

– Cześć, kotku – odpowiadam. – Właśnie się zbieram, żeby po ciebie jechać, dobrze?

– No, ale mamo, myśmy sobie myślały… Mogę spać u Josie? Proszę, proszę, proszę!

– Och. – Lucia jeszcze nigdy nie nocowała u koleżanki, choć ma już siedem lat i niektóre z dziewcząt w klasie już zostawały u innych na noc, a moja córka nie jest szczególnie lękliwym dzieckiem. Jednak nie zna Josephine za dobrze, a ja nigdy nie byłam u nich w domu.

– Mamo, proszę! Jest piątek!

– Wiem. Ale… nie masz przy sobie swoich rzeczy. I jeszcze nigdy nie nocowałaś u kogoś.

– Właśnie że tak! U Julie!

– Tak, ale to twoja kuzynka. Sama nie wiem.

– Tu jest tak fajnie! Mamo, proszę! No już, porozmawiaj z mamą Josephine. – W słuchawce na moment zapada cisza, potem do moich uszu dociera głos Line:

– Cześć, Elisa. Ależ masz wesołą córkę! Dziewczynki tak dobrze się bawią.

– Tak – przyznaję. – Lucia wydaje się bardzo zadowolona.

– Słyszałaś więc, że dziewczynki pytają, czy Lucia może u nas spać. Jak myślisz? Ja nie widzę problemu. Mąż jest w Nowym Jorku na delegacji i wróci dopiero jutro, a z Josephine łatwiej dojść do ładu, kiedy ma przy sobie koleżankę, więc zupełnie by mi to nie przeszkadzało.

– Och. Okej. Tyle że Lucia jeszcze nigdy nie nocowała u koleżanki.

– Rozumiem. Cóż, możemy spróbować, a jeśli będzie chciała iść do domu, po prostu do was zadzwonię i po nią przyjedziecie.

– Tak. Tak, ma to sens. Okej, podrzucę więc jej rzeczy. Wiesz, szczoteczkę, piżamkę, i oczywiście misia.

– Jasne.

*

Fredrik wchodzi do domu. Twarz ma zaczerwienioną od dmącego mocno wiatru, jakby go ktoś spoliczkował.

– Cześć – wita się, cmokając mnie w policzek. – Gdzie dzieciaki?

– Lyder padł, oglądając na górze film o lego, a Lucia jest u koleżanki. Nawet zaprosili ją na piżama party.

– Och, w porządku.

– Może, prawda?

– Tak, dlaczego nie. Możemy położyć Lydera do łóżka wcześniej i spędzić trochę czasu we dwoje. – Mąż puszcza do mnie oko, gładzi mnie lekko po pupie, a potem bierze z lodówki butelkę meksykańskiego piwa, zdejmuje kapsel i długo pije. Gdy przełyka, jego jabłko Adama wędruje w górę i w dół.

 

– Tak, w sumie dobrze się składa. Lot mam jutro o dziewiątej, więc mógłbyś na spokojnie posiedzieć rano z Lyderem, a potem przed lunchem podjechać po Lucię.

– Dobrze. Jak sądzisz, o której wrócisz?

– Ląduję o wpół do szóstej.

– Mediolan?

– Nie, Rzym.

– Ty to masz szczęście.

– No cóż, kotku, nie zobaczę nic oprócz lotniska.

– I błękitnego nieba.

– Owszem. Niebo zobaczę. – Uśmiecham się do męża i wychodzę do przedpokoju, by założyć kozaki. Jadę autem, ale i tak wkładam wełnianą czapkę – choć jest dopiero październik, odnoszę wrażenie, że wiatry ze wschodu szybko przywiały zimę.

*

– Cześć – mówi Line. – Wejdź. – Przekraczam próg do obszernego, utrzymanego w nieskazitelnym porządku przedpokoju z kolebkowym sklepieniem i kosztownym oświetleniem punktowym. Gdy zdejmuję kozaki, stopy natychmiast rozgrzewa mi podłogówka. Z głębi domu płynie śmiech dzieci, a kiedy przechodzimy na górę do olbrzymiego salonu na planie otwartym, Lucia i Josephine wciąż są przebrane za księżniczki i właśnie robią gwiazdy. Przerywają tylko na chwilkę, by złapać oddech, zanosząc się śmiechem.

– Och, masz taki piękny dom – komentuję. Wystrój u Line jest elegancki i nowoczesny, pełen gładkich, białych płaszczyzn. Kontrastuje z naszym domem, gdzie pełno rodzinnych zdjęć, pudeł z zabawkami i przyczepionych do ścian rysunków dzieci. Widać, że to jedna z tych rodzin, które mogą się zmierzyć z niezapowiedzianą wizytą, nie martwiąc się o stosy butów w przedsionku, stertę naczyń w zlewie, przepełnione kosze na brudy w łazience, niedojedzone kanapki z dżemem porzucone na parapetach. Zupełnie inaczej niż my.

Dom stoi na samym szczycie skalistego wzgórza, z dala od wszystkich. Jedną ze ścian w całości, od podłogi aż po sufit, wypełnia okno wychodzące na podłużny, wąski półwysep Vesterøya i kapryśny ocean kłębiący się pod nami. Jego spienione bałwany migają w miarowo rozbłyskującym świetle latarni morskiej na drugim krańcu zatoki.

– Dziękuję – odpowiada Line. – Jesteśmy z niego bardzo zadowoleni. Obejrzałam chyba połowę domów w Sanderfjord, zanim w końcu kupiliśmy ten. – Śmieje się, a ja dołączam do niej. – Może herbaty? Albo kieliszek wina?

– Muszę wrócić do syna, bo kładzie się około wpół do ósmej – mówię. – Obiecałam mu bajkę na dobranoc. – Line się uśmiecha. Znów zauważam, jak jest uderzająco piękna.

– Rozumiem. To może coś na szybko? – Kiwam głową, a ona wraca po chwili z dwoma lampkami szampana. – W końcu mamy piątek. – Zdecydowanie mogłybyśmy się zakolegować. Obserwuję, jak kropelka wody ścieka po zewnętrznej ściance kieliszka, a potem wznoszę nim mały toast w kierunku Line.

– Maman – mówi Josephine. – Regarde! – Josephine chwiejnie wykonuje podwójną gwiazdę, potem pada na dywan, a Line bije brawo.

– Mówisz po francusku?

– Tak, czasami. Josephine chodziła w Oslo do francuskiej szkoły. Uznaliśmy, że drugi język zawsze się przyda. – Nagle w porównaniu z tą olśniewającą kobietą i jej wyrafinowaną córką czuję się bezbarwna i dojmująco przeciętna.

– Rozumiem. I oczywiście masz rację, ogromnie to przydatne.

– A wy? Pochodzicie stąd? Bardzo przyjemnie się tu mieszka, prawda?

– Owszem, jest miło. Raczej spokojnie, ale wciąż to wygodne miejsce. Ja pochodzę z Lillehammer, a mąż z Sandefjord, więc postanowiliśmy zamieszkać tutaj, bo on pracuje w Tønsbergu, a ja mam bazę na lotnisku. Z Torp wracam do domu w niecałe piętnaście minut.

– Ach. A czym się zajmujesz?

– Jestem stewardesą. Latam z Nordic Wings. – Oczy Line błyszczą jaśniej.

– O rany. Co za ciekawy zawód. Kiedy byłam młodsza, zawsze wyobrażałam sobie, że zostanę stewardesą. Niekiedy żałuję, że nie poszłam w tym kierunku.

– Bywa fajnie. Ale robi się coraz mniej ekscytująco, tak to ujmę. Kiedyś, zanim urodziłam dzieci, latałam na długie dystanse dla Qatar. Prawdopodobnie bliższe to było wyobrażeniom większości ludzi o tej pracy. – Line uśmiecha się i upija łyczek szampana. – Potem, gdy pojawiły się maluchy, zaczęłam pracować dla Scandinavian Airlines, ale dojazdy na lotnisko w Oslo strasznie mnie wymęczyły, więc trzy lata temu przeniosłam się do Nordic Wings. Bardzo to służy temu regionowi, że jest tu tania linia, która oferuje połączenia z wieloma miejscami w Europie, ale średnio to prestiżowe, tak czy owak. A ty? Pracujesz?

– Tak, jestem wizażystką. Pracuję dla telewizji, ale jako freelancerka.

– To dopiero brzmi ciekawie. Spotykasz jakieś gwiazdy?

– Nie. Zazwyczaj maluję prezenterów wiadomości.

– Rozumiem.

– Łatwo to jednak pogodzić z opieką nad dziećmi. Wiesz, elastyczne godziny. Przyjmuję tylko takie zlecenia, które nie będą kolidować z zajęciami dzieciaków ani z pracą męża. On sporo podróżuje służbowo.

– Czym się zajmuje? – Próbuję sobie wyobrazić jej małżonka: musi być wyjątkowy, skoro oczarował taką kobietę jak Line.

– On, uhm. Jest bankierem. Pracuje w inwestycjach dla… jednego francuskiego banku. Paribas.

Uśmiecham się i kiwam głową. Line odpowiedziała zupełnie jak ja, gdy ktoś mnie pyta, czym zajmuje się Fredrik – „Uhm, jakieś prawo finansowe, hmm, w kancelarii”. Rozmawiamy jeszcze kilka minut o tym, jak świetnie dziewczynki się dogadują, i podaję Line numer telefonu Fredrika, żeby rano mogli zorganizować powrót Lucii do domu. Wstaję i podchodzę do córki, która znów bawi się z Josephine w wyklaskiwanie rytmu pod tekst wierszyka.

– Mama musi już jechać do domu, kochanie – mówię, ale Lucia ledwie zaszczyca mnie spojrzeniem. – Na pewno chcesz tu spać? – Kiwa głową, nie przerywając zabawy.

Ładna ze mnie pani, ładna pani, co mi dasz, raz, dwa, trzy! Raz, dwa, trzy, klaszczmy raz, klaszczmy dwa, klaszczmy razy trzy!

– Jeśli będziesz chciała ze mną porozmawiać, po prostu zadzwoń. – Lucia ponownie kiwa głową. – Przywiozłam ci rzeczy. Myszkę Minky też masz w torbie. – Lucia się uśmiecha i podchodzi, żeby się mocno przytulić. Czoło i kark ma zroszone potem ze zmęczenia po tych wszystkich akrobacjach. Całuję ją w rozgrzany, zarumieniony policzek. – Kocham cię.

– Ja ciebie też – odpowiada Lucia.

– Pobawmy się znowu w bliźnięta – woła Josephine, łapiąc Lucię za ramię.

– No! Pobawmy się!

– Lucia to moja siostra bliźniaczka! – Uśmiecham się najpierw do dziewczynek, potem do Line. Patrzę na dzieci, które obejmują się, szczerząc wybrakowane zęby, i myślę, że mogłyby uchodzić za rodzeństwo, gdyby nie gęste kasztanowe włosy Josephine i delikatny blond Lucii. Mają nieco podobne brązowe oczy i pełne usta.

– Bawcie się dobrze, bliźniaczki – rzucam i schodzę na dół. Line mnie odprowadza i macha mi lekko, kiedy wychodzę w ciemność na zewnątrz. Stoję chwilę przed domem i spoglądam na cienkie smużki chmur, które ciągnie po niebie rzeźwy wiatr. Jutro będą turbulencje.

Dwa

Elisa

21 października

Gdy odjeżdżamy od bramki, mamy prawie godzinne opóźnienie, ale piloci sądzą, że nadrobimy stracony czas dzięki korzystnemu wiatrowi. Zamykam szafki w kuchni i sprawdzam listę kontrolną, a kiedy kołujemy w stronę pasa startowego, przemawiam do pasażerów. Nad nami kłębią się posępne chmury. Kolejny szary i wietrzny dzień.

– Witamy na pokładzie samolotu Nordic Wings lecącego do Rzymu Fiumicino. Proszę zapoznać się z instrukcją bezpieczeństwa, która wyświetlona jest na ekranach nad państwa głowami. Życzymy państwu przyjemnego lotu liniami Nordic Wings.

Przymykam oczy na chwilę, gdy samolot ustawia się na pasie startowym, potem pilot przesuwa dźwignię na pełną moc i gnamy po asfalcie. Maszyna odrywa się od ziemi, drży w nisko zawieszonych chmurach, a po chwili, gdy wynurzamy się z nich w błękit nieba, zaczyna gładko sunąć. Rozpieram się na jump seacie i uśmiecham do dziecka, które przycupnęło na kolanach ojca w drugim rzędzie. Dzidziuś macha do mnie pulchną rączką, a ja odmachuję. Zastanawiam się, jak tam Lucia u koleżanki. Tuż przed tym, jak przełączyłam telefon w tryb samolotowy, wysłałam Line esemesa – napisałam, że Fredrik może przyjechać po Lucię, kiedy im pasuje, i żeby kontaktowała się bezpośrednio z nim.

Kiedy wzbijamy się coraz wyżej, gawędzę z dziewczyną szkolącą się na stewardesę, która siedzi na jump seacie obok mnie. Ma na imię Charlotte i w niespełna pięć minut dowiaduję się, że pochodzi z niewielkiego miasteczka w północnej Norwegii, że bardzo, ale to bardzo kręci ją manga i lubi się przebierać za swoją ulubioną postać, uczennicę z różowymi włosami imieniem Taya. Informuje mnie również, że właśnie zamieszkała ze swoim chłopakiem, chociaż on jest trochę niedojrzały. Cieszę się, gdy rozlega się sygnał dźwiękowy i wstaję, gestem pokazując Charlotte, by zrobiła to samo. Automatycznie sprawdzam listy kontrolne: łazienka, kawa, piecyk, wózek. Uwielbiam w swojej pracy to, że nie ma dwóch takich samych dni, a zarazem wszystkie rutynowe czynności w kojący sposób się powtarzają.

Kiedy zbliżamy się do Rzymu i wracam na swoje siedzenie, uświadamiam sobie, że ze zmęczenia mogłabym dosłownie zasnąć. Utrzymuje mnie w pionie głównie trzypunktowy pas bezpieczeństwa. Pewnie wiele osób w ten sposób reaguje. Czytałam, że to rezultat napięcia w dzisiejszym życiu, które dotyczy w szczególności kobiet. Praca, dzieci, związki. Nie mamy ani chwili wytchnienia. Nie musi się dziać nic bardziej skomplikowanego – same te kwestie wystarczą, by każdy od czasu do czasu poczuł się wyczerpany. Przymykam oczy i słucham, jak dudni wysuwające się podwozie. Za sterami samolotu zasiada jeden z naszych najbardziej doświadczonych pilotów, który ląduje tak sprawnie, że z początku nie jestem pewna, czy już jesteśmy na ziemi. Uśmiecham się do pasażerów i patrzę, jak w jaskrawym świetle słońca wyłaniają się budynki terminalu. Mąż miał rację – ja to mam szczęście.

Dopiero gdy wszystkim pasażerom życzyliśmy buongiorno i wyprowadziliśmy ich z samolotu, mam pięć sekund dla siebie. Minęła właśnie druga, kupuję kanapkę na stoisku w terminalu i rozsiadam się w pokoju dla załogi przy bramce odlotów. Przełączam telefon z trybu samolotowego na roaming. Łapię zasięg Telecom Italia i dzwonię do Fredrika.

– Ciao bello – odzywam się, kiedy odbiera. Dokładam obecnie starań, by utrzymać między nami zażyłość. Do małżeństwa bardzo łatwo może wniknąć przenikliwy chłód. Nie chcę, by to spotkało nas – zbyt wiele razem przeszliśmy.

– Hej, jak tam Rzym?

– Na pewno cudowny. Mam dosłownie piętnaście minut, potem muszę się zbierać i przygotowywać do lotu powrotnego. Jak poszło piżama party Lucii?

– Jeszcze nie wróciła. Rano rozmawiałem z mamą Josephine, poszły na basen.

– Ach, rozumiem. Kiedy po nią pojedziesz?

– Mama tej drugiej dziewczynki mówiła, że podrzuci ją do domu koło trzeciej.

– Okej, w porządku. A Lyder?

– Przyjechali moi rodzice i wzięli go na wystawę gadów w muzeum w Larviku.

– Szczęściarz. Oboje zresztą mają szczęście. A co dziś po południu porabia tatuś, kiedy ja tyram?

– To chyba jasne. Leży plackiem na kanapie i ogląda Grę o tron.

Mąż śmieje się cicho, nim się rozłączamy. Oczyma wyobraźni widzę, jak wyglądał dziś rano. Gdy ja wymykałam się z łóżka o szóstej, jeszcze spał, ale przystanęłam w drzwiach na chwilę, by przyjrzeć mu się w smudze światła padającego z przedpokoju. Leżał nago na brzuchu, zwrócony twarzą w moją stronę. Powieki mu drgały. Pośladki miał blade, ale wciąż widać było opaleniznę z naszej wycieczki na Teneryfę, z której wróciliśmy dwa tygodnie temu. Przypomniałam sobie wczorajszy seks – jak Fredrik oparł mnie o zagłówek, jak mocno ciągnął mnie za włosy, jak namiętnie, urywanie dyszał mi w ucho, gdy dochodził.

Czuję, że się rumienię, i skupiam się na burczeniu w brzuchu – nie jadłam jeszcze nawet śniadania. Wgryzam się w kanapkę i przymykam powieki, czując smak suszonych pomidorów oraz pulchnej, świeżej mozzarelli. Po posiłku pora wrócić na pokład. Strzepuję okruszki z granatowej spódnicy od mundurka i znów zerkam na telefon. Postanawiam wysłać Line esemesa – to ogromnie miłe z jej strony, że oprócz nocowania zabrała jeszcze dziewczynki na basen.

Hej, mam nadzieję, że u was wszystko w porządku. Wielkie dzięki, że wzięłaś L na basen! My też zapraszamy Josephine. Może w przyszłym tygodniu? Pozdrowienia, Elisa x

Na pokładzie, wraz z resztą załogi, przygotowuję samolot. Kapitan informuje nas, że spóźnimy się przynajmniej pół godziny, bo przylecieliśmy po czasie i przegapiliśmy nasze okienko. Uwielbiam wprawdzie swoją pracę, ale męczą mnie opóźnienia, zwłaszcza że oznaczają one marudnych pasażerów, a co ciekawe – zwykły gnojek w powietrzu często zmienia się w megagnoja. Mimo wszystko powinnam wrócić do domu na siódmą. Nie mogę się doczekać naszego sobotniego rodzinnego rytuału – wspólnego oglądania konkursu talentów w telewizji z wielką michą cukierków na stole i przysypiającymi dziećmi wtulonymi we mnie i Fredrika. Mamy szczęście. Ogromne szczęście. Czym ja na to wszystko zasłużyłam?

 

Dzwonię do bramki i każę im wpuścić pasażerów do rękawa. Niemal natychmiast słyszę odległy szmer walizek na kółkach i tupot stóp. Znów starannie przybieram pokazowy uśmiech stewardesy. Telefon wibruje mi w kieszeni i wyciągam go szybko, by przełączyć w tryb samolotowy, a potem odłożyć. Patrzę na godzinę, trzecia czterdzieści siedem, a potem na wiadomość od Fredrika.

Swoją drogą odzywała się do ciebie mama Josephine? Mówiła, że podrzuci Lucię na trzecią, a jeszcze ich nie ma. Niedługo muszę jechać po Lydera…

Robię głęboki wdech. No naprawdę. O co chodzi z tymi chłopami? Jestem w Rzymie, w samolocie, w pracy, i muszę się martwić powrotem córki do domu od koleżanki. Zawsze jest tak samo. Mogę być na lotnisku w Kopenhadze i pędzić, żeby coś na szybko zjeść, zanim znowu wsiądę do samolotu, a tu dostaję od męża esemesa, że „nie da rady odebrać dzieci i czy mogę znaleźć kogoś, kto pomoże”. Albo wchodzę na pokład lotu do Madrytu, a Fredrik pyta w esemesie: „Gdzie jest torba na siłownię Lydera i jak ona w ogóle wygląda?”.

*

Lot jest wykupiony w nieco ponad połowie – mamy siedemdziesięcioro dwoje dorosłych i siedmioro dzieci poniżej dwunastego roku życia. Samolot cofa i zaczyna kołować, a ja rozsiadam się obok Charlotte, unikając zwyczajowych pogaduszek. Czuję się trochę rozkojarzona, zapewne ze względu na wątpliwe umiejętności organizacyjne Fredrika. Ale… A jeśli coś się stało? Może na basenie? Wypadek samochodowy? Albo ktoś zachorował? Może jakaś alergia? Lucii zaszkodził kiedyś sezam, nie pomyślałam, żeby wspomnieć o tym Line; może dała jej coś z sezamem, moje dziecko przeżyło wstrząs anafilaktyczny, a Line padła bateria w telefonie i nie może się nawet z nami skontaktować? „Przestań”, napominam samą siebie. „Przestań”. Mimo to serce łomoce mi w piersi i bardzo bym chciała, jeszcze raz przed startem, zerknąć na telefon, ale jest już zamknięty w schowku dla załogi. Maszyna się rozpędza i tłucze głośno o światła na pasie startowym, a potem wzbija się w powietrze. Wiercę się i wbijam wzrok w punkt tuż ponad górnymi schowkami na bagaże, koncentrując się na głębokim, miarowym oddechu.

Na znak dany przez pilotów wstaję i zaczynam przygotowywać kawę, a potem przechodzę przez listę kontrolną na początek lotu. Mam wrażenie, że oddycham płytko i nieswojo. Nic nowego, od wielu już lat borykam się ze stanami lękowymi, ale ten epizod jest wyjątkowo dotkliwy i muszę się chwycić szafki z napojami, żeby odzyskać nad sobą kontrolę. W kółko powtarzam ćwiczenia oddechowe, ale czuję, jak twarz mi czerwienieje. Koledzy oraz pasażerowie na pewno się orientują, że coś jest nie tak.

– Wszystko w porządku? – pyta Charlotte.

– Tak. Przepraszam, tylko trochę zakręciło mi się w głowie. Czasem tak się dzieje. Po tylu latach w powietrzu. – Kiwa głową, ale wydaje się przejęta. Piloci wyłączają sygnał nakazujący zapięcie pasów, więc ludzie od razu zaczynają się rozpinać i zmierzają alejką w naszą stronę.

„Daj spokój”, powtarzam sobie. „Weź się w garść”. Szkoda, że nie mogę się napić, ale to oczywiście nie wchodzi w grę. W zeszłym roku, po długim i oddanym romansie ze środkami uspokajającymi, udało mi się stopniowo odstawić diazepam, ale teraz tego żałuję. Uśmiecham się, odpowiadam na pytania, serwuję kawę, uśmiecham się dalej, cały czas starając się skupić na chłodnym dotyku metalowego wózka pod palcami. „Dasz radę”, powtarzam sobie w kółko. Ale wcale nie jestem tego pewna. W gąszczu myśli wydaje mi się, że samolot leci szybciej, niż powinien. Wyobrażam sobie, jak spada wśród chmur, pikuje w niekontrolowany sposób, a potem przywala w ziemię i rozpada się w mgławicę płomieni i dymu. Mam wrażenie, że odczucie prędkości mnie rozrywa, odziera ze skóry. Na dłuższą chwilę zamykam się w toalecie i patrzę sobie w oczy w lustrze. „Wszystko w porządku”, szepczę do siebie, ale mimo to łzy spływają mi po policzkach, malując grafitowe kreski tuszem do rzęs. Dopiero gdy Charlotte puka do drzwi, najpierw delikatnie, potem uporczywie, udaje mi się nad sobą zapanować. Poprawiam maskarę i wychodzę do rzęsiście oświetlonego wnętrza. Znajomy szum silników chwilowo działa uspokajająco i, udając pewność siebie, uśmiecham się.

Lądujemy w Torp tuż po wpół do siódmej. Gdy wszyscy pasażerowie wychodzą, a ja kończę listy kontrolne, jestem już tak zmęczona, że myśli mi się plączą. Wczoraj wieczorem, kiedy Lyder poszedł spać, Fredrik i ja wypiliśmy butelkę wina, a przez ten seks położyliśmy się dopiero po pierwszej. Marzę, by jechać do domu i runąć na kanapę. Biorę swoje rzeczy, wyłączam tryb samolotowy i przechodzę przez rękaw lotniczy, gdy telefon łapie zasięg. Natychmiast zaczyna wibrować i brzęczeć mi w dłoni. Sześć nieodebranych połączeń od Fredrika i pięć nieprzeczytanych wiadomości na WhatsAppie. Mój wzrok odruchowo przyciąga ostatnia z nich, wysłana cztery minuty temu, i mrozi mi krew w żyłach.

Wylądowałaś? Pośpiesz się. Czekam na ciebie w hali przylotów. Pośpiesz się, Eliso.

Inne książki tego autora