Niebezpieczna gra

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Betty

Nie ma jej już pięć dni, a ja dosłownie szaleję. Muszę skupić się na nauce, ponieważ w sierpniu piszę egzamin poprawkowy z fizyki, a moją głowę zaprzątają myśli dotyczące Alex. Totalnie sobie bez niej nie radzę.

Wstałam z krzesła w kuchni i otworzyłam barek. Wódka patrzyła na mnie tak, jakby kazała mi się napić. Nie mogę wrócić do nałogu. Nie mogę. Dla Alex.

Moją wewnętrzną walkę przerwał dzwonek do drzwi. Otworzyłam je, a na progu stał mój chłopak Chris z bukietem czerwonych róż.

Róże. Róże. Róże. Róże.

– Cześć, kochanie.

– Daj mi te kwiaty.

– Są dla ciebie.

– Daj mi je! – wydarłam się.

– Pączuszku, wszystko w porządku?

Wyrwałam mu kwiaty z ręki, otworzyłam okno w kuchni i wyrzuciłam je na trawnik sąsiadów z pierwszego piętra.

– Nigdy więcej nie dawaj mi tych kwiatów! Nigdy, rozumiesz?! – Usiadłam na fotelu, przecierając oczy i wzdychając ciężko.

– To przez Alex tak dziwnie się zachowujesz?

– Dziwnie? Wszystko ze mną w porządku.

Chris usiadł obok i objął mnie swoim masywnym ramieniem, ale ja strzepnęłam je i poszłam po alkohol.

– Nie, nie, nie. – Podszedł do mnie i wyrwał mi butelkę. – Nie wrócisz do picia. Rozumiesz?

– A ty rozumiesz, że jestem na skraju załamania?

– Tak, ale nic nie zdziałasz, pijąc, nie myjąc się i cały czas jedząc pizzę, tak jak to było po śmierci twojego kota.

– Czy ty chcesz mi powiedzieć, że Alex nie żyje?

– Posłuchaj… Szanse na znalezienie osoby zaginionej z każdym dniem maleją… Nie ma jej już pięć dni.

– Nie. To ty posłuchaj. – Minęłam Chrisa, który stał z butelką i w sumie wyglądał, jakby nie mógł zrozumieć, co się dzieje. – Nic nie rozumiesz. Ta sprawa… Ona nie jest taka, jak ci się wydaje.

– Cze…

– Nie dopytuj, bo i tak ci nie powiem – przerwałam mu, a on zaczął powolnym krokiem podchodzić do zlewu. – Co… Co robisz?

– Wylewam twoją wódkę.

– Ty zwariowałeś?! – Podbiegłam do niego, ale było już za późno. Mój ukochany alkohol wylądował w odpływie. – Ty chuju! Teraz będę musiała iść po nową!

– Kochanie, ty musisz iść do psychologa, a nie po alkohol. Jesteś rozstrojona psychicznie.

– Nieprawda. A teraz wynoś się!

– Skarbie, nie zachowuj się jak małolata.

– Wynoś się! Już!

– Dobrze, ale dzwoń do mnie i nie rób nic głupiego. A, i zadzwoń do swojej mamy. Martwi się o ciebie – powiedział Chris i nawet się nie odwracając, szybkim krokiem wyszedł z mieszkania, delikatnie zamykając drzwi.

Usiadłam na kanapie i popatrzyłam na wyłączony telewizor. Czemu to musi ją spotykać? Czemu? Ona ma już wyjątkowego pecha i jest nieszczęśliwa. A ja? Ja nie wiem, co zrobię, jeżeli ją stracę. Nie chcę nawet wyobrazić sobie bólu, jeśliby znaleźli ją martwą. Znam to już…

Nathaniel

Siedziałem na fotelu przy biurku i piłem kawę, nerwowo uderzając opuszkami palców o podkładkę od myszki. Dwie godziny wcześniej wypuściłem pięciu moich najlepszych ludzi, aby dokonali zamachu na Aderię, czyli stolicę Ter. Mieli podłożyć bombę w metrze i w miarę możliwości spróbować przeżyć. Nie było jeszcze żadnych informacji, więc szanse, że posłałem swoich ludzi na śmierć, z każdą chwilą zwiększały się.

Wstałem i wyszedłem z pokoju, trzaskając drzwiami. Denerwują mnie niepowodzenia, a jeszcze bardziej to, iż posłałem tam swojego przyjaciela Stephena. Jak mogłem być taki głupi. Skręciłem w lewo do piwnic, w których znajdowały się więzienia. Nie wiem, czemu tak mnie do niej ciągnęło. W końcu była tylko pionkiem. A jednak… Zajrzałam przez otwór do wydawania jedzenia. Spała odwrócona do ściany, przykryta kołdrą. Ale tam był syf. Na ziemi roztrzaskana szklanka, obok ubrania. Jej rozpuszczone włosy spływały kaskadą za ramę łóżka. Tacka z jedzeniem leżała przy drzwiach.

– Panie… – Odwróciłem się szybko i zobaczyłem którąś z moich służących. Nie znałem jej imienia. – Chciałby pan tam wejść?

– Nie… Właściwie już sobie idę. Wezwij kogoś, żeby tam posprzątał, dał jej świeże ubrania i sprawdził, czy wszystko w porządku.

– Tak, oczywiście. A… i proszę pana. Podobno coś się dzieje przy wejściu.

– Naprawdę? A co się dzieje?

– Ja dużo nie wiem, przepraszam, proszę pana.

– Nic się nie stało. Idź już.

Udałem się szybko na górę, wbiegając do dosyć dużego holu. Przed wejściem zobaczyłem nieprzyjemny widok. David, Cameron i Deny, czyli jedni z moich najlepszych zwiadowców, trzymali Stephena, ponieważ mężczyzna… nie miał nogi. Zamiast niej został kawałek uda i zwisające mięso. Znajdował się przy nich też Tom, który zdenerwowany kłócił się z Davidem.

– Boże święty, co tam się stało? – Podbiegłem do Camerona, łapiąc omdlewającego Stephena za rękę. – Lekarza! Niech ktoś przyśle tu lekarza, przecież on umiera! – krzyknąłem do tłumu, który zbierał się wokół nas.

Dziesięć minut później znowu znajdowałem się w swoim gabinecie, drąc się na Davida, którego ręce i koszulka były całe we krwi. On sam siedział na krześle, trzymając się za skaleczoną odłamkiem szkła rękę.

– Jak to nie mogliście nic zrobić? Za co ja ci płacę, Tall? Powiedz mi za co?! – Chodziłem w kółko po pokoju i kręciłem zawzięcie głową. – Stephen nie ma nogi i walczy o życie, a Tony w ogóle nie wrócił. Jak tak można? Powiedz mi jak?

– Nathaniel, proszę cię… Każdy coś stracił w tej wojnie. Nie tylko nogę. A zresztą to w słusznej sprawie. Metro zostało zniszczone. Co najmniej kilkanaście osób zginęło.

– Jak to się stało?

– Mówiłem już twojemu bratu.

– A teraz powiesz wszystko mnie. – Usiadłem na fotelu naprzeciwko Davida i ponagliłem go gestem dłoni.

– No więc razem z chłopakami wtopiliśmy się w tłum. Na bramkach wszystko poszło bez problemu. Miałeś rację, że ten nowy rodzaj bomby jest niewykrywalny. Ale mniejsza z tym. Zostawiliśmy ją w toalecie i nastawiliśmy trzy minuty, chcieliśmy się ulotnić. Żeby ewentualnie było trudniej nas znaleźć, ja z Cameronem i Denym mieliśmy wyjść innym wyjściem, a Stephen i Tony innym. Pech chciał, że ich zatrzymali ochroniarze. Stephen w porę się wyrwał, ale i tak urwało mu nogę. Tony wyleciał w powietrze razem z ludźmi. My oberwaliśmy szkłem i innym gównem, ale przynajmniej nie wykrwawiamy się na śmierć w podziemnym szpitalu jakiejś gównianej bazy na tym gównianym świecie.

W tym momencie otworzyły się drzwi i do środka wpadła jedna z lekarek – Afroamerykanka Kira z pokaźną burzą loków, które były związane w dwa koki na czubku głowy. Była bardzo utalentowana i przy tym oszałamiająco ładna. W tamtym roku przez parę miesięcy byliśmy parą, ale nie pasował mi jej styl bycia. Była za bardzo ułożona.

– Panie… – powiedziała zdyszana i na jej policzkach pojawiły się rumieńce.

– Daruj sobie formalności. Mów.

– Chodź ze mną. On chce się pożegnać.

– Pożegnać? Będzie miał jakąś operację? – Wybiegłem za lekarką i szybkim krokiem ruszyliśmy do sali. Słyszałem, że David podążał za nami.

– Nathaniel… on umiera.

– Ale jak to? Nie potrafisz go uratować?

– Stracił za dużo krwi.

– Ale to niemożliwe…

– Dobrze wiesz, że to jest możliwe. – Zatrzymaliśmy się przed salą numer dwanaście. Zajrzałem do środka i zobaczyłem innych lekarzy, którzy cicho o czymś dyskutowali. Na łóżku leżał Stephen. Był blady, a jego bandaże przesiąkły krwią.

– Wejdź. – Kira popchnęła mnie lekko do środka.

– Panie. – Lekarze się skłonili.

– Jego stan… – powiedział rudowłosy George, jeden z naszych lepszych kardiologów.

– Wiem. Wyjdźcie. – Podszedłem do łóżka mojego przyjaciela i przysiadłem na krzesełku obok.

– Stary druhu… Ile to lat byliśmy razem? – Stephen uśmiechnął się lekko, a z jego oka spłynęła pojedyncza łza.

– Nie byliśmy… Jesteśmy… Pamiętasz? Miałem pokazać ci Chiny i Indie. Chciałeś też pojechać nad Morze Edeńskie. To twoje ulubione miejsce na Ter.

– Chłopie… Ta noga… Ona mnie zabija…

– Nie mów głupot…

– Powiedz Darii, że była moim słońcem przez te cztery lata. A ty… byłeś moim bratem. Znamy się piętnaście lat. Pamiętam, jak byłeś mały i bawiliśmy się w piaskownicy.

– Nie mów tak, jakbyś… – W tym momencie Stephenem wstrząsnął kaszel, a jego parametry życiowe zaczęły gwałtownie spadać. – Doktora! On umiera, zróbcie coś!

Trzech lekarzy wpadło do sali. Wszystko działo się tak szybko. Kira podeszła do mnie i dosłownie odciągnęła od łóżka przyjaciela. Stałem za szybą i widziałem, jak osoba, która była mi jak brat, odchodzi z tego świata. Tylko on nie traktował mnie jak potwora. Tylko jemu ufałem. A on odszedł.

– Godzina zgonu… dwudziesta pierwsza piętnaście – powiedział George, patrząc na mnie smutnym wzrokiem. – Panie, naprawdę mi przykro.

Nie słuchając nawoływań mojego brata, który jakimś cudem znalazł się przy mnie, ani pocieszania Kiry wyszedłem ze szpitala i udałem się na plażę. Nasza baza znajdowała się na południe od Bangladeszu w miejscowości Kuakata. Mieliśmy tam wykupione dwadzieścia hektarów ziemi i kilometr plaży. Chodziłem tam zawsze, kiedy chciałem się odizolować od wszystkich. Ludzie tutaj byli zajęci sobą, nikt nie pytał, co robimy na tak dużym terenie, a władze przyjęły postawę w stylu: „Zapłacili, to niech robią, co chcą”. Oczywiście to, że nasze miejsce pobytu nie znajdowało się na Ter, było przemyślanym zabiegiem. W końcu nie jesteśmy debilami.

Doszedłem na plażę i ściągnąłem buty, wchodząc na ciepły piasek. O tej porze nikogo nie było. W sumie rzadko ktoś tu zaglądał. Wszyscy byli zajęci pracą.

 

Usiadłem i patrzyłem na zachód słońca. Teraz nie pozostał mi już nikt.

Alex

Obudził mnie prawdopodobnie dźwięk zamykanych drzwi. Wstałam szybko i mocno zakręciło mi się w głowie. Złapałam się za nią i po chwili, zauważyłam, że nic mnie nie boli. Niezależnie od tego jak dziwnie to brzmiało, to Tom mnie nie otruł, tylko mi pomógł. Co mu się stało? Właściwie czemu to zrobił? Przypominało mi się jego tłumaczenie, które nadal do mnie nie przemawiało, ale przez ten krótki czas nauczyłam się, żeby nie zadawać zbędnych pytań.

Położyłam drżące nogi na świeżo wymytej podłodze i znowu się zachwiałam. Ile czasu byłam nieprzytomna? Godzinę? Dwie?

Poszłam do łazienki i przejrzałam się w małym lusterku, które znajdowało się w szafce. W sumie wyglądałam tak źle, że nie wyobrażałam sobie, że może tak być. Szare sińce kontrastowały z bladą jak papier skórą. Włosy miałam skołtunione, a ubranie… W tym całym amoku dopiero stojąc przed lustrem, zorientowałam się, że byłam w samej bieliźnie, a świeże ciuchy leżały poskładane na klapie od toalety.

Załatwiłam swoje potrzeby i weszłam pod prysznic, zabierając ze sobą mydło i szampon. Poczułam nieziemską ulgę, kiedy pierwsze krople spłynęły po moim nagim ciele, na którym znajdowało się już parę pokaźnych siniaków. Wymyłam włosy oraz wyszorowałam się tak, że moja skóra zrobiła się różowawa.

Wyszłam spod prysznica, czując się o wiele lepiej niż po wstaniu. W końcu nie pachniałam potem, a z moich włosów nie płynął olej. Związałam je w niedbałego koka i owinęłam się ręcznikiem.

Wyszłam z łazienki i omal nie krzyknęłam. Na łóżku siedział White.

– Co Ty Tu Robisz? – powiedziałam drżącym głosem, który miał brzmieć pewnie, ale jak zwykle mi to nie wyszło.

– Siedzę. – Chłopak miał sińce pod oczami, na koszuli i spodniach czerwone plamy, a buty ubrudzone piaskiem i błotem. – Przeszkadzam?

– Tak jakby… Jestem goła.

– Nie przeginaj, masz na sobie ręcznik, a zresztą ja już nieraz widziałem cię nagą.

– Po co tu przyszedłeś? Znowu chcesz mnie dręczyć? Jak na jeden dzień to wystarczy, nie sądzisz? Ślad po bransoletce dalej mnie pali, a… – Chciałam powiedzieć o tym, co zrobił dla mnie Tom, ale zawahałam się… Nie będę go pogrążać. – Nieważne.

– Nie tylko ty miałaś zły dzień. – Nathaniel wstał i poszedł do toalety. Wyciągnął coś z szafki i włączył wodę, którą po chwili zakręcił. Wyszedł z pomieszczenia, trzymając w rękach… namoczony bandaż.

– Daj – powiedział i podszedł do mnie, a ja cofnęłam się o krok, wpadając na ścianę, czyli klasyk wszystkich tanich romansideł, które razem z Betty oglądałyśmy parę lat temu. – Nic ci przecież nie zrobię.

– Czego chcesz? – W tamtym momencie chciałam zapaść się pod ziemię, w sumie nie wiem dlaczego… Ze strachu? To niemożliwe, żebym bała się Nathaniela… Chociaż…

– Przecież cię boli. Chcę zabandażować ci poparzenie.

– Człowieku, czy ty masz rozdwojenie jaźni? Ty mi to zrobiłeś. To wszystko… – delikatnie, tak aby nie dotknąć chłopaka, wskazałam ręką pokój – twoja wina… Wszystko.

– Proszę cię… Daj mi sobie pomóc… Błagam… – powiedział łamiącym się głosem, o który bym go nie podejrzewała… Bałam się na niego spojrzeć, ale kiedy przemogłam się, w jego intensywnie zielonych oczach dostrzegłam pustkę, ale też rozdzierający ból. Coś musiało się stać…

Podałam mu rękę, a on chwycił ją zaskakująco delikatnie. Cały czas obserwując moją reakcję, obwiązał nadgarstek bandażem i kiedy skończył tę czynność, która w moim odczuciu trwała zaskakująco długo, popatrzył na mnie, powolnym ruchem dotykając mojego policzka. Wbrew sobie zamknęłam oczy. Nagle, nie wiedzieć czemu, przypomniałam sobie wszystkie wspaniałe chwile, które przeżyłam razem z nim. Wycieczkę nad jezioro, chodzenie na stare filmy do kina, wspólne gotowanie, a nawet próbę włamania się do opuszczonego wesołego miasteczka. Na to ostatnie wspomnienie uśmiechnęłam się.

– Naprawdę cię przepraszam. Za wszystko, co było, jest i będzie. Nie zasługujesz na to, ale ja nic nie mogę zrobić. – Głos chłopaka wyrwał mnie z transu, w który popadłam pod wpływem wspomnień. Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że White odsunął się ode mnie i szybkim krokiem wyszedł z pokoju, trzaskając drzwiami.

Wtedy ja osunęłam się po ścianie, a ręcznik, o którym zapomniałam, spadł, odsłaniając nagie ciało. Zobaczyłam ze zdziwieniem, że wszystkie siniaki zniknęły.

Betty

Siedziałam na korepetycjach z fizyki i patrzyłam tępo w kartkę, którą pani profesor Ingrid Hohendof położyła przede mną.

– Nie umiesz tego? Miałaś się nauczyć na dzisiaj.

– Nie, proszę pani… Nie umiem… Tak naprawdę nawet nie wiem, co jest tutaj napisane.

– Dziecko drogie… – Starsza pani usiadła obok mnie i położyła mi rękę na ramieniu. – Twoi rodzice płacą pieniądze, abyś się uczyła, a ja poświęcam na to codziennie dwie godziny mojego cennego czasu. Ty masz egzamin poprawkowy! Musisz się uczyć, bo nie zdasz do klasy maturalnej, a to będzie katastrofa.

– Wiem, proszę pani… Ja naprawdę nie potrafię się pozbierać po tym, co się stało z moją przyjaciółką…

– Wiem, co się działo, ale ujmę to tak… Myślisz, że jeżeli twoja przyjaciółka się odnajdzie, to będzie szczęśliwa, jak zawalisz ten egzamin? Nie chcesz tego zrobić dla siebie, to zrób to dla niej.

– Może ma pani rację. Na następnych zajęciach postaram się bardziej.

– Mam nadzieję. Niestety nasz czas dzisiaj powoli się kończy, więc zapraszam w poniedziałek. Jaka godzina ci pasuje, kochanie?

– Może szesnasta? Głupio mi się przyznać, ale wcześniej mam kosmetyczkę.

– Oczywiście. Moim zdaniem każda kobieta zasługuje na relaks.

Starsza pani odprowadziła mnie do drzwi, a ja z ulgą ruszyłam na przystanek. Nienawidzę tego przedmiotu i tej wścibskiej baby. A może ja chcę powtarzać klasę? Jeżeli Alex się nie odnajdzie, to mam w dupie szkołę i zatrudniam się w sklepie spożywczym.

Usiadłam na przystanku i zamknęłam oczy, zasłaniając twarz dłońmi. Czemu ta kobieta musi mieszkać trzydzieści kilometrów od mojego mieszkania? I jeszcze nie mam samochodu, ponieważ rodzice skonfiskowali mi go przez egzamin poprawkowy. Oni też zachowują się, jakby mieli kij w dupie. Jebani prawnicy. Moja matka i mój ojciec mają kancelarię prawną w samym środku Waszyngtonu i myślą, że są bogami.

– Ciężkie życie, co? – Podskoczyłam i szybko otworzyłam oczy. Obok mnie stał chłopak, plus minus w moim wieku, który opierając się o barierkę, patrzył na mnie ciekawskim wzrokiem.

– Przepraszam, ale czemu pan mnie o to pyta?

– George. – Nieznajomy podał mi mocno owłosioną rękę, a ja uścisnęłam ją niepewnie.

– Betty.

– Ładnie. – George usiadł obok mnie i uśmiechnął się szeroko. – Wydajesz się smutna. Kłopoty w domu, w rodzinie? A może chłopak?

– Akurat przyjaciółka. – Nie wiem, czemu mu to powiedziałam, ale mimo niechlujnego wyglądu wzbudzał moje zaufanie.

– Zostawiła cię? Odbiła chłopaka?

– Zaginęła i nie ma jej już od tygodnia. – Na końcu tego zdania głos mi się załamał i odwróciłam głowę, ponieważ czułam, jak ciepłe łzy napływają mi do oczu. – Czego pan… George, czego chcesz?

– Pomóc ci.

– Nie ośmieszaj się, nie możesz mi… – Odwróciłam głowę i zobaczyłam, że chłopak w lewej ręce trzyma pudełko z jakimś szkłem, a w prawej paczuszkę z białym proszkiem. – Ty jesteś dilerem? Chcesz mi opchnąć dragi?!

– Chcę ci pomóc. Mam heroinę i kokainę. Po zaniżonych cenach. Czysty towar.

– Ty jesteś chory. Nic od ciebie nie wezmę. – Wstałam i poszłam przed siebie na drugi przystanek.

– Poczekaj! – George krzyknął za mną, podbiegł i złapał mnie za ramię. – A co jeżeli twoja przyjaciółka nie wróci? Będziesz się tak męczyć? Codziennie? Dzień w dzień będziesz czuć ten sam ból? Będzie cię rozdzierał od środka. Będzie zabijał twoją duszę, a potem weźmie się za twoje ciało. Wiesz, jak wyglądają osoby z ciężką depresją? A co jak będziesz chciała ze sobą skończyć, a po tym wszystkim twoja przyjaciółka się odnajdzie? Zastanie wrak człowieka, jeżeli w ogóle. A to – pokazał przedmioty, które trzymał w ręce – to da ci chwilkę zapomnienia. Od paru działek nic ci się nie stanie.

– Dobra. – Zaczęłam nerwowo wiercić się w miejscu, patrząc, czy nikt nie idzie. W końcu pierwszy raz kupowałam dragi. – Co lepiej kopie?

– Heroina dożylnie. Bierzesz pół strzykawki naraz.

– Gdzie?

– Gdzie chcesz. Na ramieniu widać, więc polecam inne miejsca.

– Ile płacę?

– Dwieście pięćdziesiąt.

Wyciągnęłam portfel i dałam chłopakowi pieniądze. On wręczył mi pudełeczko, a wtedy szybkim krokiem odeszłam od niego, przeklinając w duchu swoją głupotę.

Nathaniel

Spoglądałem w duże lustro, zajmujące połowę ściany w łazience. Chłopak w odbiciu nie był mną. Jako dziecko byłem dosyć radosny i strasznie roztrzepany. Taki synek tatusia i mamusi. Rozpieszczali mnie i praktycznie za nic nie karali. W późniejszych latach chodziłem do prywatnych szkół, rozrabiałem i nie uczyłem się. Potem moi rodzice zostali zabici za propagowanie używania mocy. Karę śmierci wydał osobiście ojciec Alex jakieś pięć lat temu. To jemu moja matka i mój ojciec ostatni raz popatrzyli w oczy, osierocając tym samym trójkę dzieci, a mnie i moim braciom kazano na to patrzeć, abyśmy nigdy nie popełnili tego samego błędu. Miałem tylko czternaście lat, podobnie jak Adam, Tom był jedenaście lat starszy. Potem było tylko gorzej. Oddano nas pod opiekę Toma, który został naszym prawnym opiekunem. Już wtedy wiedziałem, że kiedyś wszyscy, którzy zabili moje dzieciństwo, zapłacą za to. Stałem się zimny i wyrachowany. Radość wyrzuciłem do kosza, a rozpieszczenie ulotniło się samo.

Uniosłem rękę i poprawiłem swoje czarne włosy, tym samym kończąc rozmyślania. Dzisiaj miałem obrady, czyli najgorsze zajęcie w tym zasranym świecie.

Umyłem ręce i wyszedłem z obszernej łazienki do przedpokoju mojego apartamentu, który znajdował się w lewym skrzydle naszej obecnej bazy. Założyłem buty i zatrzaskując automatyczne drzwi, wyszedłem na korytarz. W tej części znajdowały się pokoje całego personelu, moich braci oraz bardziej zasłużonych żołnierzy i innych członków zarządu. Nie licząc więźniów i straży, w głównej bazie znajdowało się aktualnie około sześćdziesiąt tysięcy osób, czyli patrząc na liczebność naszego ruchu oporu całkiem mało. Przetrzymywaliśmy też około dziewięćdziesięciu więźniów, a nasza armia, służąca głównie do wydawania rozkazów mniejszym jednostkom i do bardziej zorganizowanych wypraw, liczyła prawie osiemdziesiąt tysięcy żołnierzy. Czyli tak naprawdę w przybliżeniu pod moją władzą pozostawało sto czterdzieści tysięcy ludzi. I oczywiście Alex, która, prawdę mówiąc, nie wiadomo kim była. Więźniem, bo siedziała w więzieniu, czy gościem ze względu na nasze… skomplikowane relacje?

Przechodząc przez korytarz i kłaniając się bardziej lub mniej przypadkowym ludziom, zastanawiałem się, czy robię to wszystko z żalu, czy z gniewu. Własnych uczuć nigdy nie umiałem odczytywać, ale ostatnio podchodziło to pod paranoję. Mam prawie dwadzieścia lat, do cholery, a nie potrafię określić swoich emocji. Uśmiechnąłem się pod nosem, zastanawiając się, jak szybko to wszystko zaprowadzi mnie do grobu.

– Cieszysz się tak, bo czeka cię przeliczanie cyferek, czy dlatego, że w nocy zaliczyłeś dobrą panienkę? – Mój ukochany brat szturchnął mnie w ramię, znowu pojawiając się znikąd.

– Jesteś debilem, Tom.

– Wiem, ale przynajmniej takim, który niesie dobre wieści.

– Co się stało?

– Zaraz się dowiesz, ale moim zdaniem będziesz zadowolony.

Weszliśmy do mojego gabinetu, w którym siedziało już pięć osób, a dokładniej Adam, David, Deny, nasz sekretarz Bruno i mój zastępca, a jednocześnie dziewczyna Adama, Julia. Usiadłem na końcu stołu, a mój brat obok Davida.

– Witajcie, przyjaciele. Słyszałem, że macie dobre wieści.

– Tak. Już patrzę… – Julia otworzyła dość obszerny segregator i poprawiła okulary, a swoje blond włosy odgarnęła z czoła. – Więc tak… Ostatnio zarejestrowano około tysiąca sześciuset osób, które dołączyły do nas, postępy w gospodarce zwiększyły się o trzy procenty, a rząd Kuakaty zgodził się przyznać nam kolejny hektar ziemi. – Dziewczyna zamilkła, a wszyscy popatrzyli na mnie.

 

– No, czytaj dalej.

– Ale to tylko tyle, proszę pana. – Popatrzyłem na nią, lekko przechylając głowę i uśmiechając się szeroko.

– Ile wam płacę?

– Proszę p…

– Ile wam płacę, do cholery?! – krzyknąłem, a Adam, Deny i Julia skulili się na krzesłach.

– Dużo. Na pewno więcej niż innym – odezwał się pewnym głosem Tom, który wiedział, co się szykuje.

– No właśnie. Dużo. A czy to… – wstając z fotela, wskazałem ręką cały pokój – to wszystko, co zbudowaliśmy razem, nic dla was nie znaczy? Nic?

– Panie, nasza praca to dla nas wszystko. – David pochylił się do przodu i popatrzył na mnie zadziwiająco pewnym wzrokiem. – Ale to nie znaczy, że zmusimy ludzi do przystępowania do nas siłą albo że przyrosty wzrosną ot tak.

– Nie?

– Nie.

– To zrobimy tak… – Pochyliłem się nad stołem i uśmiechnąłem lekko do Bruna. – Jeżeli w ciągu następnego tygodnia rokowania nie wzrosną przynajmniej o cztery procent, wszyscy… – popatrzyłem przed siebie wściekły do granic możliwości – wszyscy, co do jednego, stracicie głowy. I to dosłownie.

– Panie, proszę, aby był pan bardziej wyrozumiały… My…

Wyszedłem z sali szybkim krokiem, tak naprawdę nie wiedząc, czemu tak strasznie się wściekłem. Ostatnio działo się ze mną coś dziwnego.

– Panie, proszę poczekać. – Usłyszałem głos Julii, która podbiegła do mnie.

– Nie zawracaj mi głowy, Clark.

– Ale, panie… – Kobieta złapała mnie za rękę, którą szybko wyrwałem. – Nathaniel, do kurwy nędzy, wiem, że ostatnio życie ciężko ci idzie, ale tamci ludzie starają się, jak mogą, abyś ty spełniał swoje chore ambicje.

– Coś ty powiedziała? – Zatrzymałem się w pół kroku, nie dowierzając temu, co właśnie usłyszałem.

– To, co słyszałeś, idioto. Pogrążasz siebie, a my wszyscy lecimy razem z tobą, tylko każdy za bardzo się boi, aby to powiedzieć.

– Zabrać ją, a Davidowi powiedzieć, że został moim zastępcą i nie przyjmuję odmowy – powiedziałem do straży, która patrzyła na Julię z niedowierzaniem. Potem poszedłem, nie zwracając uwagi na krzyki Adama, który pojawił się przy właśnie aresztowanej dziewczynie.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?