Niebezpieczna graTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


SPIS TREŚCI

Prolog

CZĘŚĆ 1. Alex Langendorf

CZĘŚĆ 2. Alex Langendorf, Nathaniel White, Betty Rose

CZĘŚĆ 3. Alex Langendorf, Nathaniel White, Betty Rose, Tom White, Adam White, Ruby Turner

Epilog

PROLOG

Chciałabym być na waszym miejscu. Naprawdę. Mogłabym umawiać się, z kim chcę, chodzić do kina, uczęszczać na normalne zajęcia. Żebyście nie zrozumieli mnie źle. Ja robię każdą z tych czynności… Połowicznie. Bo ja jestem kimś, kto ma dwie połowy. Jedną normalną, ludzką. A drugą inną, której nie mogę zaakceptować ani ja, ani moi bliscy. Wiem, że mało z tego rozumiecie. Ja też nie rozumiałam tego wcale aż do momentu, kiedy w wieku siedmiu lat dowiedziałam się, dlaczego między innymi umiem sprawić, aby moje włosy w sekundę zmieniły długość, kolor oraz gęstość. Potrafię wytworzyć coś z niczego, skłonić zwierzęta i ludzi do posłuszeństwa albo do zmiany zdania na takie, jakie mi odpowiada, ale to jest jedna strona medalu. Kiedy używam za dużo mocy, wyładowuję się i wszystko zanika. Jedyną możliwością, aby je przywrócić, jest zabranie wszystkich sił innej żywej istocie. Nie zabiłam jeszcze człowieka, ale nie zliczę, ile zwierząt na tym ucierpiało. Spytacie pewnie, jak chowam moje umiejętności przed innymi. No właśnie… nie chowam. Świat, w którym żyją ludzie, to niejedyny wymiar. Osoby takie jak ja zamieszkują planetę zwaną Ter. Jest ona mniejsza od Ziemi, ma tylko jeden duży kontynent, którym rządzi monarcha. Mój ojciec.

Terowie, bo właśnie tak nazywamy osoby z dziwnymi umiejętnościami, starają się jak najbardziej upodobnić do ludzi. Mamy taką samą walutę jak w Stanach Zjednoczonych, klimat, wygląd miast identyczny jak na Ziemi. Ustrój mamy trochę inny, bardziej przestarzały i monarchiczny, ale to podobno nie jest ważne. Przynajmniej tak mówią, a ja jestem jedyną osobą, której przeszkadza, że moja siostra, nosząca krótkie, różowe, przesłodkie sukienki i mówiąca „ojcze” zamiast „tato”, dzwoni do mnie za pomocą smartfona.

Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie moce. I to właśnie jest największy problem. Aby nasz świat przynajmniej przypominał ludzki, mój prapradziad, który był pierwszym królem Ter, zabronił pod groźbą śmierci używania w jakikolwiek sposób naszych mocy, mimo iż prawie wszyscy posiadają umiejętności sprzyjające środowisku i ogólnemu dobru każdego z nas. Prawie, ponieważ urodziłam się ja. Alex Langendorf. Córka Alicji oraz Petera Langendorfów. Starsza siostra Melanii Langendorf. Prawowita następczyni tronu do momentu, kiedy mój ojciec, widząc moje zdolności, pozbawił mnie go, i uznając, że Melania będzie bardziej godna noszenia korony, przyznał jej prawo do tronu. Miałam wtedy dziesięć lat i już wiedziałam, że w Ter nie ma dla mnie miejsca. Po prostu tam nie pasuję. Kiedy więc ukończyłam szesnaście wiosen, czyli osiągnęłam wiek, w którym poszłabym do liceum, przeniosłam się na Ziemię. Dosłownie przeniosłam, ponieważ jest to jedyna moc, która jest dopuszczalna u Terów. Wiem, paradoks, ale to nie ja ustanawiam prawo. Ale wracając do sedna, przeniosłam się na waszą planetę. Dokładnie do Waszyngtonu, na ulicę Barrow 13, która leżała na przedmieściach. Wprowadziłam się do dwupoziomowego apartamentu i zaczęłam chodzić do tamtejszego liceum, a ponieważ na Ter walutą także były dolary, pieniędzy miałam dużo. Rodzice przelewali mi je, ponieważ bardzo się ucieszyli, kiedy oznajmiłam im o mojej przeprowadzce. Teoretycznie więc nasze stosunki były bardzo dobre.

I w takim stanie żyłam przez rok. Poznałam moją przyjaciółkę Betty, piękną dziewczynę o białych jak śnieg włosach, która jako jedyna ze wszystkich moich znajomych wie, kim tak naprawdę jestem. Ale kiedy dwudziestego czerwca, osiem dni przed zakończeniem roku szkolnego, wpadłam na chłopaka o czarnych jak węgiel włosach i niepokojąco zielonych oczach, okazało się, że wszystko miało się zmienić.

CZĘŚĆ 1Alex Langendorf
1.

– Osiem dni do zakończenia roku, a ta suka musiała zrobić kartkówkę – powiedziałam do Betty, wychodząc z klasy pani Ragfiel, prawdopodobnie najgorszej nauczycielki języka angielskiego w Waszyngtonie.

– Alex, daj spokój, kto jak kto, ale ty nie musisz się martwić oceną z jakiegokolwiek przedmiotu. – Przyjaciółka uśmiechnęła się w moją stronę i razem udałyśmy się do jej szafki. – Wiesz, podobno do naszej klasy dojdzie w następnym roku jakiś przystojny świeżak. Może będziesz miała u niego szanse. – Dziewczyna mrugnęła do mnie, a ja przewróciłam oczami. – No co? Będzie dla ciebie idealny. Przystojny i tajemniczy.

– Tajemniczy? – Podniosłam jedną brew.

– Nikt nie wie, skąd pochodzi i ile ma lat, kim są jego rodzice. Nic, pustka – odpowiedziała Betty.

– A ty co, bawisz się w stalkera? – powiedziałam, kręcąc głową i prychając pod nosem.

– Tak mówi Andrea.

– Och, no tak, zapomniałam. Ona jest tajnym agentem FBI po godzinach.

– Alex! To poważna sprawa. – Betty stanęła naprzeciwko mnie z charakterystyczną miną, przez którą zawsze miękło mi serce. – Widziałaś, aby ktoś w tych czasach nie istniał nigdzie w Internecie?

– Nie, ale poważniejszą sprawą jest to, że nie wiem, co zjeść na obiad.

– Alex! – Dziewczyna zrobiła się czerwona na twarzy i przystanęła, aby wyciągnąć kluczyki do swojego samochodu.

– Dobrze, spokojnie, skarbie – powiedziałam do przyjaciółki, teatralnie głaszcząc ją po ręce. – Wiesz chociaż, jak ma na imię?

– Nathaniel White.

– Czyli jednak Pani Agent znalazła jego imię? Niech zgadnę, zakradła się do gabinetu dyrektora, jak rok temu?

– To nie ma znaczenia, skąd wytrzasnęła jego nazwisko.

– A może to ty je znalazłaś? – Podniosłam jedną brew, widząc, jak czarne oczy mojej przyjaciółki rozszerzają się. – Tak myślałam.

– And mówiła, że to dobry pomysł.

– And to suka. Nie podoba mi się, że z nią rozmawiasz.

– To dobra dziewczyna.

– Tak, dająca dupy za pieniądze.

– Alex! Nie mogę z tobą wytrzymać. Cześć – odpowiedziała Betty i trzaskając drzwiami swojego samochodu, odjechała ze szkolnego parkingu.

– Tak, ja też cię kocham – zamruczałam i kiedy odwróciłam się, aby otworzyć drzwi swojego auta, zderzyłam się z kimś. Przy okazji wylałam na siebie herbatę, którą trzymałam w dłoni, a podręczniki upadły na chodnik.

– Uważaj, jak chodzisz, kurwa! – powiedziałam do osoby, na którą wpadłam, w tym samym czasie podnosząc książki z ziemi.

– Przepraszam szanowną panią – odpowiedział mi ze śmiechem melodyjny męski głos.

– Świetnie. – Kiedy się podniosłam, aby spojrzeć na mężczyznę, przez którego moja biedna koszula i jeansy były teraz do prania, zamarłam.

– Mogę oddać pani koszulę i spodnie do prania – powiedział chłopak, rozbawiony jeszcze bardziej niż wcześniej.

– Zgaduję, że pan Nathaniel White. – Uśmiechnęłam się. – Alex jak już. Nie, dzięki, mam w domu pralkę.

– Skąd wiedziałaś, jak mam na imię?

– Strzelałam. Cała szkoła gada o nowym narybku, więc uznałam, że to ty – powiedziałam do chłopaka i widząc, że moje zirytowanie bardzo go bawi, postanowiłam zakończyć naszą znajomość, wymyślając jakieś kolejne beznadziejne kłamstwo. – Fajnie się rozmawiało, ale mama kazała mi być w domu o piętnastej.

– Oczywiście, idź. Przecież rodzice są najważniejsi. Prawda? – powiedział i z irytującym uśmiechem zaczął powoli odchodzić.

– Tak, jasne. Nasi kochani rodzice i popieprzony White – odpowiedziałam cicho i kiedy miałam wsiadać do samochodu, usłyszałam jego głos wyjątkowo blisko swojego ucha.

– Uważaj na siebie, Langendorf. Różne rzeczy dzieją się na naszym pięknym świecie – powiedział chłodnym głosem. – I następnym razem nie mów tego, co przyjdzie ci na myśl. Ludzie mają zadziwiająco dobry słuch. – Nie odwróciłam się do niego, bo nie czułam się zbyt komfortowo, patrząc w jego zimne oczy, ale dałabym sobie rękę uciąć, że kiedy mówił „ludzie”, uśmiechał się. Nie zrobiłam tego, póki nie usłyszałam, że odchodzi.

Nienawidzę takich osób jak on. Naprawdę nienawidzę.

Weszłam do domu, cały czas zastanawiając się nad słowami White’a. Czy to możliwe, że jest jednym z nas? Raczej nie. Sama nie wiem… Kurwa… Nie mogłam się teraz nad tym zastanawiać. Dostałam masę katalogów do przejrzenia w związku z modernizacją mojego pokoju w Ter, jakby kogoś obchodziło moje zdanie. Kiedy spytałam ojca, z jakiego powodu mam to przeglądać, powiedział, że nasz projektant wnętrz chce wiedzieć, co mi się podoba, tak aby jego praca była wykonana jak należy. Niech tak będzie.

Rozmyślając o tej bezsensownej, zabierającej czas robocie, weszłam do łazienki, ściągnęłam ubranie i wrzuciłam je do prania. Piękne białe spodnie z plamą od herbaty. Zawróciłam do garderoby i chwyciłam pierwsze lepsze krótkie spodenki oraz top na grubych ramiączkach. Przejrzałam się w lustrze ustawionym pod ścianą. Długie czarne włosy spływały mi kaskadami na ramiona, a niebieskie oczy patrzyły nieufnie. Może jestem ładna. Ale moja siostra jest piękna. Ma rude włosy po mamie i zielone oczy po tacie. Niezwykła mieszanka. Jesteśmy zupełnie różne. Ona cicha, spokojna i wrażliwa, ja niezdarna, wredna i uparta. Trudno… Jestem, jaka jestem, nie zmienię tego.

 

Moje rozmyślania przerwało pikanie dochodzące z kuchni… Boże, pizza! Szybko zbiegłam, skacząc co dwa stopnie, na dół i wyciągnęłam na wpół przypaloną potrawę. Kiedy chciałam pokroić moje nieszczęsne jedzenie, rozległo się pukanie do drzwi. Co jest? Nikt oprócz Betty nie wie, że tu mieszkam, a ona jest teraz z rodzicami w Baltimore. Otworzyłam drzwi i nóż, którym chciałam pokroić pizzę, wypadł mi z ręki. Przed moimi drzwiami stał pieprzony Nathaniel, niech go szlag trafi, White.

– Cześć. – Nie wiem czemu, ale teraz nasunęła mi się myśl, że jest bardzo przystojny. Prawdopodobnie wcześniej tego nie zauważyłam, bo byłam zbyt wściekła. – To dla ciebie – powiedział i wręczył mi bukiet róż.

– Dostałam to, bo…?

– Bo cię zdenerwowałem.

– Teraz mnie denerwujesz.

– Czemu?

– Przychodzisz do mojego domu bez zapowiedzi i wręczasz mi róże. Człowieku, ja cię nie znam! – krzyknęłam zirytowana jego spokojem.

– Znasz mnie. Wiesz, jak mam na imię i jak wyglądam. Wpuścisz mnie? – spytał widocznie rozbawiony chłopak.

– Nie? I skąd w ogóle miałeś mój adres?

– Facebook. Nie wiem, kto tak robi, ale ty zamieściłaś tam swój adres. – Uśmiechnął się. – No trudno, widzę, że gościnność nie jest twoją mocną stroną. Przynajmniej weź kwiaty – powiedział, wycofując się na schody.

– Nie! – krzyknęłam, łapiąc go za rękę. Co ty robisz, idiotko? – Poczekaj, nie idź.

– O! Widzę, że dziewczynka się rozochociła.

– Wiesz co? Jednak idź do diabła, White – powiedziałam, puszczając jego dłoń.

– Czyli nie mogę wejść?

– Właź, tylko niczego nie popsuj. – Zrezygnowana westchnęłam i opadłam na krzesło, które stało przy barku. – Siadaj.

– Miło. Zaproponujesz mi coś do picia? Wódkę? Piwo? Wino?

– Bardzo śmieszne. Czego chcesz? – On jest naprawdę przystojny… I te niesforne kosmyki czarnych włosów spływające niedbale na jego czoło. Kurwa, Alex, skup się.

– Ale ja nic od ciebie nie chcę, skarbie.

– Nie mów do mnie skarbie, White.

– Nie mów do mnie White.

– Nienawidzę cię.

– Kotku, nie mów „hop”, zanim nie skoczysz.

– Twoja elokwencja mnie przytłacza – powiedziałam mocno zirytowana jego zachowaniem. Jest w moim domu, do cholery, trochę szacunku.

– Taki już jestem. Wspaniały i piękny.

– I do tego skromny. Ciekawie się zapowiada – powiedziałam, siadając jak najdalej od tego idioty. – White, mam cię dość. Po co przyszedłeś?

– Chcę cię zaprosić na kolację.

– Pojebało cię.

– Nie.

– Przyszedłeś tu tylko po to, aby zaprosić mnie na randkę?

– Kolację. Ale tak, tylko po to.

– Bo?

– Bo jesteś urocza, inteligentna i seksowna. I bardzo piękna. – Po tych słowach uśmiechnął się od ucha do ucha, pokazując swoje idealnie białe zęby. Wyglądał uroczo. Nie, wcale nie, Alex, usłyszałam, jak głos rozsądku stara się postawić mnie na ziemię.

– Tylko kolacja?

– Tak.

– Bez zobowiązań?

– Tak.

– Zgadzam się.

– Co? Żartujesz?

– Nie. Akurat teraz jestem poważna – powiedziałam, mimo iż instynkt samozachowawczy kazał mi uciekać.

– Jutro. Dwudziesta?

– Pasuje. Przyjedziesz po mnie?

– Oczywiście, skarbie.

– I tak cię nienawidzę, White.

– Ubierz się ładnie, Langendorf – odpowiedział chłopak, wstając z kanapy i kierując się do drzwi.

– Sam trafisz do wyjścia?

– Jesteś niemożliwa.

– No widzisz, z kim się umówiłeś? – powiedziałam, zamykając za nim drzwi. Na co ja się zgodziłam?

Reszta dnia upłynęła mi na sprzątaniu i wypełnianiu papierów, które miały być gotowe trzy tygodnie temu. Mówi się trudno. Mam gdzieś, czego chce mój ojciec, ale mimo to nie może dowiedzieć się, że idę na tę kolację. Zabiłby mnie. Pierwsza jego zasada brzmi, że nie umawiamy się z ludźmi. Alex, spokojnie, jeszcze z nikim się nie umawiasz, zbeształa mnie moja podświadomość. To tylko jedna kolacja, przelotne rozmowy i każdy do domu.

Kiedy kładłam się spać, przed oczami miałam jego wypielęgnowane zęby oraz róże. Miały nienaturalny kolor brudnej czerwieni. Jak krew. Stały w wazonie, w jadalni. Na początku chciałam je wyrzucić, aby pokazać swój bunt. W końcu, po wewnętrznej walce, róże wygrały. White był dziwny. Arogancki, a jednak miły i uwodzicielski. Nie rozumiałam tego. Coś mnie ku niemu ciągnęło i przerażało mnie to jak cholera. Był za bardzo tajemniczy i zbyt pewny siebie. A co jeżeli jest rebeliantem… Ta myśl wyskoczyła znikąd, ale znikła tak szybko, jak się pojawiła. Ostatnio Terowie mieli problem z ruchem oporu skierowanym przeciw mojemu ojcu. Chciano strącić go z tronu, ponieważ członkowie ruchu oporu uważali, że nasze moce to dar, a nie utrapienie. Mimo że nigdy nie darzyłam taty sympatią, to w kwestii poglądów całkowicie się z nim zgadzałam. Bez naszych „darów” życie byłoby prostsze.

2.

Jestem na ślubie mojej siostry. Jest piękna, w białej długiej sukni. Idzie za nią także jej mąż. Nie widzę jego twarzy, więc podchodzę bliżej i bliżej. O mój Boże! To White. „White, co ty tu robisz?” – próbuję krzyczeć, ale nie mogę. Jestem w basenie. Widzę Betty. Całuje się z kimś. Nie wierzę. To White. Znowu. Co on robi? Łapie moją przyjaciółkę za włosy i wrzuca do basenu. Przecież ona nie umie pływać, chcę krzyczeć. Znowu jestem na weselu. Wszyscy nie żyją. Leżą we własnej krwi. Nie. Nie wszyscy. Na środku sali stoi White. Podchodzi do mnie. Nie mogę się ruszyć. Szepcze mi do ucha: „Czas przejrzeć na oczy, maleńka”.

Gwałtownie, cała spocona, zerwałam się na nogi. To tylko sen, powtórzyłam parę razy w myślach. Był realistyczny. Zbyt realistyczny. To przez pieprzonego White’a. Właśnie, kolacja. Nie mam sukienki. Kurwa! Która godzina? Dwunasta. Za późno. Spałam trzynaście godzin. Stanowczo za dużo. Mam osiem godzin, aby zjeść dwa posiłki, pójść oddać katalogi ojcu, kupić sukienkę i ogólnie się przygotować. Stanowczo za mało czasu. Świetnie. Zostało siedem godzin i pięćdziesiąt minut. Straciłam już dziesięć. Szybko wstałam. Umyłam się, ubrałam, zrobiłam kanapki i spakowałam je do torebki. W momencie, w którym chciałam zatrzasnąć za sobą drzwi od apartamentu, zadzwonił telefon. Odebrałam i naprawdę, serio, nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam.

– Skąd, do cholery, masz mój numer? – warknęłam.

– Od twojej przyjaciółki Betty – odpowiedział jak zwykle spokojnie White.

– Kłamiesz. Betty wyjechała.

– Skarbie, ja nigdy nie kłamię.

– Nie wierzę.

– No dobra, masz mnie. Kłamię, ale nie w tej chwili.

– Dlaczego Betty miałaby kłamać? Jest moją przyjaciółką, a ty jesteś nikim. Dlatego dalej ci nie wierzę.

– Ała! Zabolało, księżniczko. Ale masz rację. Sama zadzwoń i się przekonaj.

– Nie będę do nikogo dzwonić. Czego chcesz?

– Przypomnieć o naszej kolacji.

– Świetnie, przypomniałeś. To cześć.

– Żegnaj, księżniczko – powiedział i rozłączył się.

To nie było tak, że go nie lubiłam. Był bardzo arogancki i pewny siebie, ale właśnie to mnie w nim intrygowało. Nigdy nie poznałam takiego człowieka. Był to zwyczajny chłopak, a jednak tak bardzo inny. To właśnie z powodu jego charakteru zgodziłam się na kolację. No dobra, może też dlatego, że jest przystojny, ale nie oszukujmy się, jego wygląd był tylko dodatkiem, który przeszkadzał mi w skupieniu się.

Rozmyślania zakończyłam długim westchnieniem i weszłam niechętnie do galerii handlowej, podgryzając kanapkę, którą zrobiłam wcześniej. Skierowałam się do sklepu z sukienkami i rzucając okiem po wszystkich ubraniach, wybrałam różową, rozkloszowaną, ozdobioną koronką kreację na ramiączkach. Spojrzałam ukradkiem na telefon i skrzywiłam się. Trzy nieodebrane połączenia od ojca. Świetnie. Udałam się na puste tyły galerii i rozejrzałam się zapobiegawczo, czy wokół nie było ludzi i kamer. Uznając teren za czysty, skupiłam się, zamknęłam oczy i pomyślałam o moim pokoju na Ter. Nie minęły cztery sekundy, kiedy włosy rozwiał mi znajomy podmuch lekkiego, ciepłego wiatru. Otworzyłam oczy i zamiast ulicy zobaczyłam mój różowy, słodki pokój, który znajdował się w zachodniej części głównego budynku dworu królewskiego króla Petera Langendorfa I.

Odwróciłam się na pięcie i nawet nie odkładając zakupów ani nie przebierając się w jakąś kolejną piękną sukienkę, czyli ubiór, jaki obowiązuje w rodzinie królewskiej, wyszłam z pokoju. Budynek zachowany był w stylu modern, więc kiedy szłam przez korytarz wyłożony marmurem, mijając wystrojoną służbę, która od razu kłaniała się i witała, znowu uderzyło mnie przeświadczenie, że tu nie pasuję, szczególnie że jako jedyna w promieniu około dziesięciu kilometrów miałam na sobie krótkie, odsłaniające za dużo spodenki i trampki zamiast wysokich szpilek. Nie pierwszy raz nie szanowałam dworskiej etykiety… W zasadzie jakby pomyśleć o tym dłużej, to praktycznie nigdy jej nie szanowałam. Zawsze chodziłam ubrana tak, aby mój ojciec był niezadowolony. Uwielbiałam go denerwować. Chodziłam, gdzie nie wolno, wracałam późno, nie jadłam tego, co mi dawano. Sprawiało mi to przyjemność. Skończyłam rozmyślania, ponieważ doszłam do dużych białych drzwi, przed którymi tradycyjnie stało dwóch strażników.

– Pani – powiedział jeden z nich, kłaniając się i oceniającym wzrokiem mierząc mnie od stóp do głów.

– Pułkownik Garret Sanderson oraz kapitan Louis Konpert. – Mimo iż byłam niższa, o wiele młodsza i… hmm… jakby to powiedzieć – ubrana mniej oficjalnie – mężczyźni wyprostowali się jeszcze bardziej, kiedy to powiedziałam.

– Tak jest, wasza królewska wysokość. Jego królewska mość oczekuje pani – powiedział Sanderson i otworzył mi drzwi, salutując.

– Dziękuję bardzo, pułkowniku. Dalej poradzę sobie sama.

Kiedy weszłam do dużego pokoju, który prawie cały utrzymany był w bieli i czerni, poznałam znajomy zapach. Ulubione perfumy ojca. Gdyby mnie kochał, prawdopodobnie zrobiłoby mi się ciepło na sercu.

Przy biurku naprzeciwko mnie siedział mężczyzna. Na sobie miał czarny garnitur przyozdobiony wieloma odznakami. Zawsze wyprostowany, wiecznie podpisujący jakieś prawdopodobnie ważne dokumenty.

– Dawno cię nie widziałam. Wyglądasz starzej, niż myślałam.

– Moja ukochana córka. Siądziesz? – powiedział ojciec, podnosząc głowę znad papierów. – Jak zwykle ubrana w jakieś szmaty. Nie masz pieniędzy na normalne ubrania, dziecko?

– Mam, i to za dużo. To się nazywa wygodne ubranie, tato. Nie szmaty. A odpowiadając na pierwsze pytanie, nie, nie usiądę. Tutaj masz swoje katalogi. Powiedz temu dekoratorowi, że nic mi się tu nie podoba, bo wszystko jest w kolorach różu i zgniłej zieleni. Wolę czerwień i czerń – powiedziałam i podchodząc do biurka ojca, rzuciłam na jego blat wielkie, ciężkie katalogi, które ledwo zmieściły mi się w torbie.

– Widzę, że kupiłaś coś ładnego.

– Tak, ładnego. Nawet bardzo.

– Pokaż.

– Nie.

– Dlaczego?

– Bo to sukienka, która nie kosztuje czterdziestu tysięcy. Tylko trzysta pięćdziesiąt dolarów. Czyli szmata. Tak jak moje dzisiejsze ubranie.

– Kochanie, nie zrozum mnie źle, ale stać nas na ubranie ciebie w taki sposób, aby był godny twojego statusu. Wychodzisz gdzieś?

– Tak.

– Z chłopakiem? – Kłam, Alex, kłam.

– Nie. Z przyjaciółką. Idziemy do kina. To takie miejsce, gdzie biedni ludzie oglądają filmy.

– Wiem, co to kino, Alex. Po prostu nie uważam, że do tego miejsca potrzebna jest taka kreacja. Sądzę, że kłamiesz.

– No widzisz, a ja uważam inaczej. Muszę już iść.

– Zostań, kochanie. Zaraz będzie obiad. Dzisiaj podają owoce morza. Głównie kalmary i ostrygi.

– Nie chcę obiadu. Zjadłam kanapkę. Ale dzięki za zaproszenie. – To mówiąc, odwróciłam się na pięcie i kiedy chciałam wyjść, usłyszałam coś, co zmroziło mi krew w żyłach.

– Alex, dostaliśmy groźby pod twoim adresem.

– Co? – powiedziałam, zamierając. – Groźby?

– Dzisiaj ktoś przysłał list, w którym grozi, że zrobi ci krzywdę, jeżeli nie wyślemy pod podany adres dokładnego planu dworu oraz podziemi. On nie żartuje, Alex.

 

– Skąd wiesz, że to jest on, a nie ona?

– Pisał jako on. Ale to może być pułapka, abyśmy zajęli się szukaniem mężczyzny, a nie kobiety. I tak nie damy jemu albo jej tego, co chce.

– Czy myślisz, że to…

– Tak, rebeliant – powiedział ojciec, wchodząc mi w słowo. – Parszywe gnidy sieją na mojej ziemi niechciane owoce. – Mówiąc to, przekrzywił głowę, a na jego twarzy pojawił się grymas niezadowolenia.

– Będę uważała.

– Tak naprawdę, miałem nadzieję, że zostaniesz na jakiś czas na dworze.

Kurwa.

– Nie. Nie ma mowy.

– Alex.

– Nie. Mam swoje życie, przyjaciół, szkołę.

– Kochanie, dam ci pieniądze.

– Zwariowałeś?! Nie chcę twoich pieniędzy. Nie przekupisz mnie jak Melanię.

– Alex.

– Nie! – krzyknęłam. O nie! Znajome uczucie mrowienia na końcach palców oraz energia przepływająca przez moje ciało oznajmiły, że czas kończyć tę rozmowę, zanim za bardzo się zdenerwuję. – Muszę już iść.

– Proszę. Martwię się o ciebie.

– Królu – powiedziałam, odwracając się od ojca, który stał teraz na środku pomieszczenia, i skinęłam głową.

Prawie uciekłam z pokoju, mijając straże i próbując opanować gniew. Zawsze się tak kończy. Tata stara się mnie przekupić, a ja próbuję opanować gniew. Która godzina? Szesnasta trzydzieści. Boże! Spędziłam tu dwie godziny. Tak długo. O dwudziestej spotykam się z tym debilem, a muszę się jeszcze przygotować.

Szybko przeniosłam się do mojego mieszkania na przedmieściach Waszyngtonu i zrobiłam sobie naleśniki. Oczywiście przypaliłam dwa z nich, a reszta była niedopieczona. Wyrzuciłam całe danie i zamówiłam kebab z podwójnym mięsem na dowóz. Trudno. Najwyżej będę gruba. Ściągnęłam ubranie i wrzuciłam je do pralki, od razu przymierzając kupioną sukienkę. Pasowała idealnie. Nawet zbyt idealnie. Umyłam się i wysuszyłam włosy, zawijając je na wałki, aby chociaż trochę się zakręciły. Za bardzo się starasz, podpowiadała moja natrętna podświadomość.

– Nie staram się za bardzo, po prostu chcę dobrze wypaść i wcale się nie stresuję, bo to nie jest randka – powiedziałam do siebie, nie wierząc w ani jedno słowo.

Kiedy pochłonęłam zamówione jedzenie i skończyłam się szykować, stres zaczął zjadać mnie od środka. A co jeśli zechce iść na kolejną kolację? A co jeśli się mu nie spodobam? Alex! Nie myśl tak! To kolacja, a nie randka. On nie jest zainteresowany.

Dziewiętnasta pięćdziesiąt pięć. Stałam już ubrana, uczesana i umalowana przed lustrem w garderobie. Wyglądałam pięknie. Włosy miałam lekko zakręcone, makijaż delikatny, idealny do mojego typu urody, a sukienka i buty prezentowały się nieziemsko. Chyba przesadziłam. No trudno. Najwyżej uzna, że źle zinterpretowałam nasze wyjście i naprawdę to jest tylko kolacja. Może jestem naiwną, rozpuszczoną dziewczynką.

Moje rozmyślania przerwał dzwonek do drzwi. Wzięłam do ręki małą torebkę i poszłam otworzyć.

– Langendorf. – Zapomniałam, jak się oddycha. Miał na sobie czarny garnitur, a w ręce trzymał wielki bukiet krwistoczerwonych róż. Był zabójczo przystojny.

– White.

– Wyglądasz nieziemsko. To dla ciebie – powiedział i wręczył mi kwiaty.

– Dziękuję. Nie trzeba było. – Zaraz się uduszę, do cholery. Alex, oddychaj.

– Idziemy?

– Tak, tylko wstawię róże do wazonu. Jak chcesz, to wejdź.

Kiedy drugi wazon stanął obok pierwszego, mój stres osiągnął poziom krytyczny. Alex, do kurwy nędzy, jesteś księżniczką Ter, a stresujesz się kolacją z tym idiotą.

– Masz piękne mieszkanie.

– Taa, dzięki. Idziemy?

– Tak. Chodź. – Podał mi rękę, a ja zamknęłam drzwi.

– Mam nadzieję, że umiesz prowadzić – powiedziałam, kiedy podeszliśmy do jego samochodu. Czarny aston martin. Boże, robi się coraz gorzej, jakbym znalazła się w jakimś tandetnym, nieśmiesznym romansie.

– Skarbie, nie martw się – odpowiedział i zaczął się śmiać. – Wsiadaj, Langendorf, przecież nie wywiozę cię za granicę w worku na ziemniaki.

No to, Alex, giniemy.