Józef Balsamo, t. 5Tekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Aleksander Dumas

Józef Balsamo t. 5

Wydane w formacie ePUB przez Imprint Sp. z o.o. – 2010 rok.

Spis treści:

  ROZDZIAŁ CXXIV SZKATUŁKA

  ROZDZIAŁ CXXV ROZMOWA

  ROZDZIAŁ CXXVI DE SARTINES ZACZYNA WIERZYĆ, ŻE BALSAMO JEST CZARNOKSIĘŻNIKIEM

  ROZDZIAŁ CXXVII ELIKSIR ŻYCIA

  ROZDZIAŁ CXXVIII WALKA

  ROZDZIAŁ CXXIX MIŁOŚĆ

  ROZDZIAŁ CXXX NAPÓJ MIŁOSNY

  ROZDZIAŁ CXXXI KREW

  ROZDZIAŁ CXXXII CZŁOWIEK I BÓG

  ROZDZIAŁ CXXXIII SĄD

  ROZDZIAŁ CXXXIV BÓG I CZŁOWIEK

  ROZDZIAŁ CXXXV POWRÓT NA ZIEMIĘ

  ROZDZIAŁ CXXXVI PAMIĘĆ LUDWIKA XV

  ROZDZIAŁ CXXXVII MDŁOŚCI PANNY ANDREI

  ROZDZIAŁ CXXXVIII DOKTOR LOUIS

  ROZDZIAŁ CXXXIX GRA SŁÓW KSIĘCIA DE RICHELIEU

  ROZDZIAŁ CXL POWRÓT

  ROZDZIAŁ CXLI BRAT I SIOSTRA

  ROZDZIAŁ CXLII OMYŁKA

  ROZDZIAŁ CXLIII BADANIE

  ROZDZIAŁ CXLIV KONSULTACJA

  ROZDZIAŁ CXLV SUMIENIE GILBERTA

  ROZDZIAŁ CXLVI DWOJAKIE CIERPIENIA

  ROZDZIAŁ CXLVII DROGA DO TRIANON

  ROZDZIAŁ CXLVIII WYJAŚNIENIE

  ROZDZIAŁ CXLIX OGRÓDEK DOKTORA LOTOS

  ROZDZIAŁ CL OJCIEC I SYN

  ROZDZIAŁ CLI WYRZUTY SUMIENIA

  ROZDZIAŁ CLII PROJEKTY GILBERTA

  ROZDZIAŁ CLIII GILBERT PRZEKONUJE SIĘ, ŻE ŁATWIEJ POPEŁNIĆ ZBRODNIĘ NIŻ PRZEŁAMAĆ PRZESĄDY

  ROZDZIAŁ CLIV DECYZJA

  ROZDZIAŁ CLV PIĘTNASTY GRUDNIA

  ROZDZIAŁ CLVI OSTATNIE POSŁUCHANIE

  ROZDZIAŁ CLVII DZIECKO BEZ OJCA

  ROZDZIAŁ CLVIII PORWANIE

  ROZDZIAŁ CLIX WIEŚ HARAMONT

  ROZDZIAŁ CLX RODZINA PITOU

  ROZDZIAŁ CLXI ODJAZD

  ROZDZIAŁ CLXII OSTATNIE POŻEGNANIE

  ROZDZIAŁ CLXIII NA OKRĘCIE

  ROZDZIAŁ CLXIV WYSPY AZORSKIE

  EPILOG DZIEŃ 9 MAJA

Aleksander Dumas (ojciec)

JÓZEF BALSAMO

Tom V

tłum. Leon Rogalski

ROZDZIAŁ CXXIV SZKATUŁKA

ROZDZIAŁ CXXIV

SZKATUŁKA

Pan de Sartines oglądał szkatułkę ze wszystkich stron, jak człowiek doceniający ważne odkrycie.

Podniósł klucze, które upuściła Lorenza i próbował otworzyć szkatułkę, żaden jednak nie pasował. Tak samo daremne były próby otwarcia szkatułki przy pomocy innych kluczy, wydobytych przez ministra ze schowków w biurku.

Wówczas pan de Sartines wyjął dłuto i młotek. Ostrożnie podważył wieczko szkatułki, ale zamiast maszyny piekielnej lub trucizny, której sam zapachy mógł pozbawić Francję jak najbardziej potrzebnego i pożytecznego urzędnika, wewnątrz znajdował się tylko plik papierów.

Zaraz na wierzchu minister zauważył kartkę, zapisaną foremnym charakterem pisma. Pierwsze zdanie brzmiało: „Wielki już czas porzucić nazwisko Balsamo! L.P.D”. – Hm… – mruknął pan de Sartines. – Chociaż nie znam pisma, nazwisko wydaje mi się znajome. Poszukajmy pod literą B.

Otworzył jedną z dwudziestu czterech szuflad i wydobył mały rejestr, obejmujący przeszło czterysta nazwisk według alfabetu.

– Ho, ho! Jest co czytać o tym panu Balsamo! – ucieszył się czytając.

Następnie zaczął szperać w szkatułce i przeczytawszy kilka papierów zdawał się być poruszony. Najciekawszy wydał mu się papier zapisany dokładnie nazwiskami i cyframi, nawet na marginesach. Pan de Sartines zadzwonił na służącego i kazał mu wezwać adiunkta z kancelarii.

W dwie minuty urzędnik zjawił się. Miał w ręku duży regestr. Minister popatrzył nań w lustrze i podał przez ramię papier.

– Odszyfruj mi to – nakazał. – Tak jest, panie – odparł urzędnik.

Był to człowieczek chudy, blady, z ostrym podbródkiem i odchylonym do tyłu czołem, pod którym lśniły głęboko wpadłe i dziwnie martwe oczy. De Sartines nazywał go Kuną.

Adiunkt siadł skromnie na taborecie i z obojętnym wyrazem twarzy zaczął czytać, wertując trzymany na kolanach słownik szyfrów lub posługując się pamięcią.

W ciągu pięciu minut odczytał i zapisał w punktach:

§ „Rozkaz o zgromadzeniu w Paryżu trzech tysięcy zaprzysiężonych”.

§ „Rozkaz o wytypowaniu trzech okręgów i sześciu świątyń”.

§ „Rozkaz o ustanowieniu straży wielkich tajemnic egipskich i przygotowaniu dla głównego przewodniczącego czterech lokali, w tym jednego w pałacu królewskim”.

§ „Rozkaz o wręczeniu przewodniczącemu pięciuset tysięcy franków na wyposażenie jego policji”.

§ „Rozkaz o zwerbowaniu do pierwszego okręgu paryskiego I głównych przedstawicieli literatury i filozofii”.

§ „Rozkaz o przekupieniu władz sądowych i wykonawczych oraz o inwigilowaniu ministra policji, który w razie wypadku ma być porwany siłą, za pomocą przekupstwa lub podstępem”.

Adiunkt skończył stronę i pan de Sartines wyrwał mu z niecierpliwością papier. Zaczął szybko czytać i gdy doszedł do ostatniego paragrafu, twarz jego pokryła się bladością.

Zatrzymał papier i podał urzędnikowi nowy arkusz, ten zaś zabrał się znowu do roboty. Pan de Sartines nie czekał, aż skończy i czytał przez ramię:

– „W Paryżu zmienić nazwisko Balsamo, które zaczyna być głośne i przybrać nazwisko hrabiego de Foe..”. Głos dzwonka przerwał ministrowi czytanie. Wszedł lokaj i zameldował:

– Hrabia de Foenix.

De Sartines odesłał czym prędzej adiunkta bocznym wyjściem i kazał lokajowi poprosić hrabiego.

W chwilę polem minister ujrzał w lustrze regularnie zarysowany profil hrabiego, którego zresztą już raz widział w dniu prezentacji hrabiny Dubarry. Balsamo wszedł śmiało, bez wahania.

Minister wstał, ukłonił się chłodno i od razu odgadł przyczynę i cel wizyty, widząc, że oczy hrabiego utkwione są w otwartą i na pół opróżnioną szkatułkę.

– Czemu mam przypisać odwiedziny pana hrabiego? – zapytał de Sartines.

– Miałem zaszczyt przedstawić się wszystkim monarchom europejskim, ministrom i posłom – odpowiedział Balsamo – ale nie znalazłem nikogo, kto by mnie przedstawił panu. Przychodzę więc sam się przedstawić.

– W porę pan przychodzi – powiedział strażnik porządku. – Gdyby pan nie przybył, miałbym zaszczyt prosić pana do siebie.

– A zatem rad jestem, że uprzedziłem pańskie życzenie. Minister skłonił się w odpowiedzi z szyderczym uśmiechem.

– Czy będę miał szczęście być w czymkolwiek panu użyteczny? – zapytał Balsamo. Powiedział to tak naturalnie, bez cienia niepokoju i z uśmiechem, że de Sartines z trudem ukrył zdziwienie.

– Pan wiele podróżował, czy tak? – zagadnął.

– Bardzo dużo. A może panu potrzebne jakie wyjaśnienia geograficzne? Człowiek z pańskimi horyzontami nie ogranicza się zapewne do Francji, ale ogarnia Europę i cały świat…

– Potrzeba mi wyjaśnień nie geograficznych, ale natury policyjnej, hrabio.

– Zawsze jestem gotowy na usługi.

– A więc szukam człowieka bardzo niebezpiecznego i szkodliwego dla społeczeństwa.

– Doprawdy?

– Człowieka spiskującego i fałszującego pieniądze.

– Ho, ho!

– Krzywoprzysiężcę, zdrajcę, czarnoksiężnika, szarlatana, przywódcę podejrzanej sekty. Jego historia znajduje się w tej oto szkatułce.

– Rozumiem – rzekł Balsamo – zna pan jego historię, ale nie może go pan odnaleźć, co jest oczywiście ważniejsze.

– Bez wątpienia, ale zobaczy pan, że zaraz go schwytamy. Pewny jestem, że nawet Proteusz nie zmieniał tak często kształtów, Jowisz nazwisk, jak ten tajemniczy podróżny. W Egipcie nazywał się Acharat, we Włoszech Balsamo, na Sardynii Somini, na Malcie margrabia d'Anna, na Korsyce margrabia Pellegrini, na koniec hrabia de…

 

– Hrabia de…? – zapytał Balsamo.

– Nazwiska tego nie mogłem właśnie odczytać, ale pewny jestem, że mi pan pomoże. Na pewno go pan spotkał w licznych podróżach.

– Niech mi pan udzieli jakichś objaśnień – zaproponował spokojnie Balsamo.

– Dobrze, podam panu jego rysopis – odparł de Sartines spoglądając na hrabiego wzrokiem inkwizytorskim. – Otóż jest on pańskiego wieku, ma pana wzrost i pana budowę. Niekiedy bywa wielkim panem i sypie złotem, niekiedy zaś jest szarlatanem, tropiącym tajemnice przyrodzenia. Czasami także dyryguje jakimś tajemniczym sprzysiężeniem, które ma wywołać straszliwe wstrząsy, bunty i inne okropności.

– Niezbyt precyzyjnie – rzekł Balsamo. – Spotykałem wielu podobnych i dlatego potrzebniejszy mi wizerunek bardziej dokładny. Przede wszystkim czy pan wie, gdzie on zwykle przebywa?

– Wszędzie, a teraz we Francji.

– I co robi we Francji?

– Kieruje wielkim spiskiem przeciwko ludzkości.

– A, to co innego. Teraz go będzie łatwiej odnaleźć. Ale jeżeli pan wie o nim tak dużo, po co mnie pan pyta o radę?

– Bo nie mogę się zdecydować, czy go aresztować.

– Nie pojmuję. Jakże można na pana stanowisku wahać się z aresztowaniem?

– A jeśli on nosi znakomite nazwisko, posiada tytuły, które go osłaniają przed sprawiedliwością?

– Rozumiem. A pan nie zna jego nazwiska…

– Gdybym znał, kazałbym go aresztować natychmiast.

– A więc, drogi panie de Sartines, powiedział pan trafnie, że przybyłem w porę, gdyż spodziewam się wyświadczyć panu usługę.

– Powie mi pan jego nazwisko?

– Tak. Znam go doskonale. Nazywa się hrabia de Foenix. – Jak to? Nazwisko, pod którym pan został zameldowany?

– Tak jest. To moje nazwisko i tamte, które pan bez pomyłki wyliczył, to także moje.

De Sartines osłupiał. Podobna bezczelność przechodziła jego wyobrażenie.

– A więc odgadłem, że Balsamo i hrabia de Foenix to jedna i ta sama osoba – powiedział jakby do siebie.

– Och, przyznaję, że pan jest wielkim ministrem.

– A pan człowiekiem nieostrożnym – odparł minister podchodząc do dzwonka.

– Dlaczego jestem nieostrożny?

– Powiem potem, a teraz każę pana aresztować.

– Ależ to dziecinada! – rzekł Balsamo, zagradzając ministrowi drogę. – Czyż można mnie aresztować?

– Dlaczego nie? Zaraz się pan przekona.

– Chyba się nie przekonam – odpowiedział Balsamo i szepnął ministrowi na ucho kilka słów, wśród których znalazły; się takie, jak „spekulacja” i „zboże”

De Sartines zesztywniał i zbladł.

– No i co? Chce pan ze mną walczyć? – zapytał go Balsamo.

ROZDZIAŁ CXXV ROZMOWA

ROZDZIAŁ CXXV

ROZMOWA

Minister otarł pot z czoła i powiedział z determinacją:

– Dobrze, będziemy walczyć… To mi nie przeszkodzi wypełnić obowiązku ministra policji. Pan ma dowody przeciwko mnie, a ja przeciwko panu. Niech pan zachowa swoją tajemnicę, a ja zachowam pana szkatułkę.

– Doprawdy, dziwię się, jak pan może się tak mylić, Szkatułka ta nie może przecież zostać w pana ręku.

– Ho, ho! – zawołał de Sartines z szyderczym uśmiechem. – Zapomniałem, że pan hrabia de Foenix należy do stowarzyszenia rycerzy-bandytów, którzy nie oszczędzają starych ani młodych…

– Dość! Nie myśli pan chyba, że zamierzam odebrać szkatułkę pogróżkami czy siłą? Nie spodziewam się też, abym po wyjściu stąd miał być schwytany jak złodziej. Nie jestem źle wychowany, ani nierozsądny. Kiedy mówię, że mi pan odda szkatułkę, to znaczy, że mi ją pan sam wręczy z grzecznym, uśmiechem.

– Ja?! – zawołał de Sartines, kładąc na szkatułce rękę. – Może się pan śmiać, ale szkatułki mi pan nie odbierze, chyba razem z życiem, które nie raz już ryzykowałem. Nie pomogą panu nawet potęgi piekielne!

– Wcale ich nie będę prosił o pomoc. Wystarczy mi pomoc osoby, która właśnie wchodzi do pańskiego pałacu.

W sekundę później dało się słyszeć na dziedzińcu kołatanie.

– Która w tej chwili wjeżdża na dziedziniec – ciągnął Balsamo.

– Zapewne to jakiś pana sprzymierzeniec. Czy myśli pan, że oddam szkatułkę?

– Jestem tego pewny, drogi panie de Sartines.

Na twarzy ministra pojawił się wyraz dumnej wzgardy, ale w tej samej chwili lokaj spiesznie otworzył drzwi i zameldował panią Dubarry.

De Sartines zadrżał i spojrzał na Balsamo z przestrachem. Ten zaś miał minę, jakby powstrzymywał się od śmiechu.

Pani Dubarry weszła do gabinetu lekka jak ważka i pachnąca perfumami. Minister skłonił się, ściskając szkatułkę oburącz.

– Jak się masz, panie de Sartines – powitała go hrabina z wesołym uśmiechem i zwróciła się do hrabiego; – Dzień dobry panu.

Balsamo pocałował jej rękę ze swobodą i szepnął jej do ucha coś, czego minister nie dosłyszał, – Ach, moja szkatułka – zawołała hrabina.

– Pani szkatułka! – wyjąkał de Sartines.

– Oczywiście, że moja! Ale widzą, że jest otworzona. Postępuje pan bez ceremonii z moją własnością!

– Ależ, hrabino…

– Właśnie miałam przeczucie… Skradziono mi szkatułkę, kazałam więc zaprząc do karety i powiedziałam sobie, że pojadę do pana de Sartines, który mi odnajdzie szkatułkę. Uprzedził pan moją prośbę, dziękuję panu.

– Mam dla pani wielki szacunek – rzekł minister policji – ale obawiam się, że pani padła ofiarą mistyfikacji…

– Czy to przypadkiem nie stosuje się do mnie? – spytał Balsamo.

– Ja wiem swoje – odpowiedział de Sartines.

– Ale ja nic nie wiem – rzekła hrabina do Balsamo po cichu. – Co się stało? Stawiłam się, bo umiem dotrzymywać słowa, ale czego pan chce ode mnie?

– Pani hrabino – odpowiedział głośno Balsamo – przed kilku dniami powierzyła mi pani szkatułkę ze wszystkim, co się w niej znajdowało.

– Ależ oczywiście – potwierdziła hrabina.

– Jak to? Pani mówi: oczywiście? – zawołał de Sartines.

– Zdaje mi się, że hrabina powiedziała to wyraźnie i żąda zwrotu szkatułki. Niech więc ją pan odda.

– Ale przynajmniej niech się pani dowie… Balsamo spojrzał na hrabinę.

– Nie mam się czego dowiadywać – rzekła pani Dubarry. – Wszystko wiem i proszę o zwrot szkatułki.

– W imieniu Jego Królewskiej Mości błagam cię, hrabino…

– Proszę mi oddać szkatułkę albo nie, ale radzę się panu zastanowić.

– Jak pani chce – rzekł z rezygnacją minister i podał hrabinie szkatułkę, do której Balsamo włożył część papierów porozrzucanych na biurku.

Pani Dubarry zwróciła się do niego:

– Bądź łaskaw, hrabio, odnieść tę szkatułkę do mojej karety i przeprowadź mnie przez te pokoje, wypełnione tak szkaradnymi postaciami. Dziękuję panu, de Sartines.

Balsamo wziął szkatułkę i podszedł z hrabiną do drzwi, gdy wtem spostrzegł, że minister sięga do dzwonka.

– Hrabino – rzekł Balsamo przystając – bądź tak dobra i racz powiedzieć panu de Sartines, który się na mnie gniewa, żeby nie próbował mi robić wstrętów, bo mu tego nie przebaczysz.

– Czy pan słyszy, panie de Sartines? – powiedziała hrabina z uśmiechem. – Pogniewam się śmiertelnie, jeżeli pan wyrządzi mojemu przyjacielowi przykrość. Żegnam.

Wyszli. Balsamo spodziewał się, że minister wpadnie w gniew, ten jednak popatrzył za odchodzącymi z miną obojętną.

– Doskonale! Idź sobie – mruknął. – Ty masz swoją szkatułkę, a ja mam twoją żonę.

Żeby na kimkolwiek wywrzeć swój gniew, tak silnie targnął sznur dzwonka, że mało go nie urwał.

ROZDZIAŁ CXXVI DE SARTINES ZACZYNA WIERZYĆ, ŻE BALSAMO JEST CZARNOKSIĘŻNIKIEM

ROZDZIAŁ CXXVI

DE SARTINES ZACZYNA WIERZYĆ, ŻE BALSAMO JEST CZARNOKSIĘŻNIKIEM

Na odgłos dzwonka do gabinetu pana de Sartines wszedł woźny.

– No i co? Czy lepiej tej pani? – spytał minister.

– Jakiej pani, tej, co omdlała? Już zupełnie zdrowa.

– Przyprowadź ją tutaj do mnie.

– Dokąd mam pójść po nią, proszę pana?

– Jak to? Do pokoju, w którym ją cuciliście.

– Ale jej tam nie ma.

– Gdzież więc się podziała? – Nie wiem. Wyszła.

– Ależ ona ledwie stała na nogach!

– Tak, ale kiedy hrabia de Foenix wszedł do gabinetu, wróciła do siebie, wstała i ponieważ pan nie kazał jej zatrzymywać, wyszła.

– O, bydlaki! – krzyknął de Sartines. – Wszystkich was wsadzę do Bicêtre! Biegnij do mojego asystenta!

Woźny wypadł z gabinetu, minister zaś westchnął z rezygnacją:

– Nie ma co z nim wojować. Z pewnością to czarownik. Ja jestem ministrem policji, a on ministrem diabła.

Jak się łatwo domyślić, wyjście Lorenzy było zasługą Balsamo, który nakazał jej wysiłkiem woli, aby wróciła do domu.

De Sartines niemal odchorował całe zdarzenie i lekarz musiał mu wieczorem puszczać krew.

Tymczasem Balsamo wracał z hrabiną jej karetą, Dżerid zaś szedł obok uwiązany.

– Widzisz, hrabio, jaka jestem rzetelna – mówiła pani Dubarry. – Wybierałam się do Luciennes, gdzie miał przyjechać król, ale kiedy otrzymałam od ciebie list, rzuciłam wszystko i przybiegłam na ratunek.

– Droga hrabino – odpowiedział Balsamo – odpłaciłaś mi sowicie drobną przysługę, jaką ci okazałem. Umiem być wdzięczny, ale nie sądź, że jestem spiskowiec i zbrodniarz, jak mówił de Sartines. Minister otrzymał moją szkatułkę z zapiskami chemicznymi i tajemnicami, którymi się pragnę podzielić z tobą, hrabino, abyś zachowała swoją urodę i nieśmiertelną młodość. Minister wezwał specjalistów, którzy odczytywali formułki i cyfry po swojemu, a jak pani wiadomo chemia kryje dla nich niebezpieczeństwa, bo to umysły średniowieczne. Jednym słowem, wybawiłaś mnie, hrabino, wobec tego dziękuję ci, obiecując wdzięczność.

– A co by zrobił de Sartines, gdybym w porę nie nadeszła?

– Osadziłby mnie w więzieniu. Oczywiście, wyszedłbym stamtąd, bo umiem tchnieniem rozpuszczać kamienie, ale straciłbym szkatułkę, w której, jak mówiłem, znajduje się wiele ciekawych formuł, wydartych przez naukę przyrodzie.

– Uspokoiłeś mnie, hrabio. A czy przyrzekasz mi eliksir młodości? – powiedziała hrabina.

– Przyrzekam, ale jeszcze nie zaraz. Potrzebny ci będzie, hrabino, za lat dwadzieścia. Nie sądzę, abyś chciała teraz zostać dzieckiem. – Dziwny z ciebie człowiek, hrabio. Ale jeszcze jedno; mówił pan, że ktoś dostarczył szkatułkę ministrowi; to naturalnie nie pan, a więc jakiś zdrajca. Któż to taki?

– Kobieta. Kobieta podżegana zazdrością.

W chwilę potem hrabina kazała zatrzymać karetę i zapytała:

– Czy pan chce tutaj wysiąść, czy mam pana odwieźć do domu?

– Tutaj wysiądę. Mam przecież Dżerida.

– Ach, to ten śliczny koń, o którym mówią, że jest szybszy niż wiatr?

– Widzę, że się pani podoba, hrabino, a więc pozwól mi go sobie ofiarować.

– Dziękuję, ale nie mogę przyjąć takiego podarunku. Wiem, że jesteś, hrabio, do niego przywiązany, a sama nie Jeżdżę konno. Wiedz też, że doceniam wartość twojego podarunku. A teraz żegnam pana i przypominam o obietnicy dostarczenia mi eliksiru za dziesięć lat.

– Powiedziałem, że za dwadzieścia lat.

– Nie można wiedzieć, co się przytrafi, a lepiej dziś niż jutro. Nie sprzeciwię się, jeżeli otrzymam eliksir za pięć lat…

– Jak zechcesz, hrabino, jestem na twoje rozkazy.

– I jeszcze jedno, drogi hrabio. Mam do ciebie zaufanie i… Podobno królowi podoba się ta mała de Taverney…

– Czy to możliwe?

– Tak wszyscy mówią. Proszę mi powiedzieć, czy to prawda, błagam cię, hrabio.

– Zrobię dla pani więcej, hrabino – odparł Balsamo – bo mogę panią zapewnić, że Andrea de Taverney nigdy nie będzie kochanką króla.

– Dlaczego? – zdziwiła się pani Dubarry.

– Dlatego, że ja tak chcę. Czy pani wątpi?

– Przecież trudno mi tego zabronić.

– Niech pani nie wątpi w naukę, nigdy, hrabino.

– Czy zatem może pan zniweczyć wolę… króla? Balsamo uśmiechnął się.

– Mogę wzbudzić sympatię, co oznacza, że potrafię także wzbudzić wstręt. Uspokój się więc, hrabino, ja czuwam.

– Działajmy więc wspólnie, hrabio. Proponuję ci przymierze.

– Zgoda – rzekł Balsamo całując ją w rękę.

W pięć minut później Balsamo zjawił się w swoim domu.

– Powróciła? – zapytał Fritza.

– Tak. Jest zmęczona, biegła tak prędko, że nie mogłem za nią nadążyć. Leży na skórze lwa.

Balsamo spiesznie pobiegł na górę. Nie wyzwolona jeszcze z hipnozy, Lorenza leżała osłabła i jęcząca, jakby na jej piersiach spoczywała góra cierpienia.

Popatrzył na nią przez chwilę i wzrok jego zabłysnął gniewem. Porwał Lorenzę w ramiona i zaniósł ją do jej pokoju, zamknąwszy za sobą tajemne przejście.

ROZDZIAŁ CXXVII ELIKSIR ŻYCIA

ROZDZIAŁ CXXVII

 

ELIKSIR ŻYCIA

Balsamo zamierzał obudzić Lorenzę, aby ją obsypać wyrzutami i ukarać. Kiedy jednak położył ją na sofie, rozległo się kołatanie od strony sufitu, znak, że Althotas chce z nim mówić.

W obawie, aby Lorenza się sama nie obudziła, Balsamo nakazał jej jeszcze głębszy sen i poszedł do swego mistrza.

Althotas w oczekiwaniu na niego wyjrzał ze swojego pomieszczenia. Jego twarz była straszna i odrażająca. Chude i kościste ręce przypominały szkielet, zapadłe oczy pałały dzikim płomieniem. Drżał i w nieznanym języku miotał okropne przekleństwa.

Kiedy wszedł Balsamo, starzec zawołał:

– Nareszcie jesteś, próżniaku i niewdzięczniku! Balsamo zawsze okazywał wobec swojego nauczyciela cierpliwość i łagodność, toteż odpowiedział spokojnie:

– Zdaje mi się, że zaraz przyszedłem na twoje wołanie.

– Ty wyrodku, opuściłeś mnie, głodem morzysz, zabijasz… – Uspokój się, mistrzu, gniew ci może zaszkodzić.

– Stale mam wrażenie, że drwisz ze mnie. Czy ja kiedy chorowałem? Czy zapomniałeś, że ja, Althotas, leczę innych?

– Przyszedłem na twoje wezwanie, nie traćmy więc czasu…

– Właśnie! Radzę ci przypomnieć sobie o czasie, który ulata i ginie. Takim się staje też i mój czas, który powinien być wieczny.

– Przestań narzekać, mistrzu – powiedział z niezachwianym spokojem Balsamo. – Powiedz, czego potrzebujesz? Powiedziałeś, że morzę cię głodem, ale to ty sam przecież nakazałeś sobie czterdziestodniowy post.

– Oczywiście. Już trzydzieści dwa dni, jak się zaczęło dzieło odrodzenia.

– Czemu więc się użalasz?

– Czy myślisz, że mogę sam jeden dokonać dzieła odmłodzenia i przeobrażenia? Nie mam sił stworzyć eliksiru życia, pijąc tylko ocukrzoną wodę. Potrzebna mi jest rześkość ciała i duszy, a nade wszystko pomoc przyjaciela.

– Tak, wiem o tym – rzekł Balsamo. – Ale nie widzę, żeby ci tu czego brakowało. Jest woda destylowana, sucharki jęczmienne i z sezamu, białe krople…

– Ale eliksir jeszcze nie przygotowany! – krzyknął Althotas. – Ty tego nie pamiętasz, ale kiedyś przygotowywałem eliksir i udałem się na górę Ararat. Kupiłem od jednego Żyda chrześcijańskie niemowlę i wypuściwszy z niego według przepisu krew wziąłem ostatnie trzy krople i w ciągu godziny eliksir był gotów. Dlatego też moje ostatnie pięćdziesięcioletnie odrodzenie przeżyłem jak najlepiej. Prawda, że mi powypadały zęby i włosy, ale potem odrosły. Teraz zaś postarzałem się znowu i jeżeli eliksir nie będzie gotów, nauka całych stu lat zginie wraz ze mną. Och, strzeż się mnie wtedy, Acharacie! Gniew mój będzie straszny!

I starzec dostał ze wzburzenia konwulsji, które następnie przeszły w gwałtowny kaszel. Balsamo pomagał mu przyjść do siebie i gdy to nastąpiło, zapytał:

– Powiedz teraz, mistrzu, czego żądasz?

– Brakuje mi ostatnich trzech kropel krwi… Balsamo zatrząsł się ze wstrętu.

– Nie będziemy mówić o dziecku, bo to dla ciebie za trudne – mówił dalej Althotas. – Przyjemniej siedzieć ci z kochanką w zamknięciu.

– Wiesz dobrze, że Lorenza nie jest moją kochanką.

– Och, mówisz tak i myślisz, że mnie oszukasz. Chcesz, żebym wierzył w czystość mężczyzny.

– Przysięgam, że Lorenza jest nie pokalana jak anioł. Przysięgam, że poświęciłem miłość, żądze i rozkosze ziemskie, aby się odrodzić. Między nami jest tylko ta różnica, że ty myślisz jedynie o sobie, a ja o całej ludzkości, ponieważ ja także chcę odrodzić ród ludzki.

– Biedny głupcze! – zawołał Althotas. – Znowu zaczynasz o swoich mozolnych przemianach, kiedy ja mówię o życiu wiecznym, wiecznej młodości, wiecznym szczęściu…

– Które osiągnąć można przy pomocy okropnej zbrodni… Jeżeli zrzekasz się niemowlęcia, powiedz mi, czego potrzebujesz?

– Trzeba mi istoty niewinnej, najlepiej dziewicy. Pospiesz się, gdyż mam tylko jeszcze jeden dzień czasu.

– Dobrze, mistrzu, poszukam – odparł Balsamo. W oczach starca błysnęła krwawa iskra.

– Poszukasz! – zawołał. – To twoja odpowiedź… W oczach twoich widzę zakłopotanie, chcesz kłamać przede mną, ale nic się przed Althotasem nie ukryje! Czyta on w sercu Acharata i gotów jest sądzić go i ścigać.

– Ja zawsze mówię prawdę. Postaram się i może będę mógł ci dostarczyć tego, czego chcesz, ale nie biorę odpowiedzialności za podobną zbrodnię. Oto wszystko, co ci mogę powiedzieć.

– O, jakie masz czułe serce! – zawołał Althotas i podniósł się z trudem. – Tak, czy nie? – zapytał ostro.

– Tak, jeżeli znajdę, nie, jeżeli nie znajdę, mistrzu.

– A więc gubisz mnie, nikczemniku. Ale posłuchaj: będę czekał i jeżeli nie spełnisz mej woli, sam ją spełnię! Idź teraz.

Balsamo powoli odszedł, nie dostrzegając złośliwego uśmiechu starca, który wykrzywiał swoją ohydną twarz jeszcze wówczas, gdy jego uczeń znalazł się w pokoju Lorenzy.