Pocztówki z AmsterdamuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pocztówki z Amsterdamu
Pocztówki z Amsterdamu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,80 49,44
Pocztówki z Amsterdamu
Pocztówki z Amsterdamu
Pocztówki z Amsterdamu
Audiobook
Czyta Adrianna Kućmierz
33,90
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa




Mojej Mamie

Nie płacz w liścienie pisz że los ciebie kopnąłnie ma sytuacji na ziemi bez wyjściakiedy Bóg drzwi zamyka – to otwiera oknoodetchnij popatrzspadają z obłokówmałe wielkie nieszczęścia potrzebne do szczęściaa od zwykłych rzeczy naucz się spokojui zapomnij że jesteś gdy mówisz że kochasz.

ks. Jan Twardowski, Kiedy mówisz

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1

Zebrałam starannie z biurka plik pokrytych pośpiesznymi gryzmołami luźnych kartek formatu A4 i włożyłam je do plastikowej koszulki. Po chwili namysłu wpięłam koszulkę do opasłego segregatora z napisem: „Wywiady” i odłożyłam go na wypełnioną po brzegi półkę stojącą tuż za obrotowym fotelem, na którym siedziałam. Fotel cieszący oko aerodynamicznym designem był w równym stopniu ładny, jak i cholernie niewygodny. Nie byłoby krzty przesady w stwierdzeniu, że ów mebel stanowił najdroższy element wyposażenia wnętrza przedpotopowej siedziby miejscowej gazety. Redaktor naczelny, sam zadziwiony niespotykanym do tej pory stopniem własnej rozrzutności, pewnego deszczowego popołudnia osobiście wniósł go na drugie piętro przedwojennej drawieńskiej kamienicy i z satysfakcją postawił na środku pomieszczenia zwanego szumnie i dumnie, aczkolwiek nieco na wyrost, newsroomem.

– Aga! – zwrócił się do mnie.

Walczyłam właśnie z zawieszającym się co rusz komputerem, który pamiętał z pewnością wczesne lata dziewięćdziesiąte.

– Zerknij na to cudo! – Odchrząknął znacząco i wypiął w geście zwycięstwa zarysowujące się pod bawełnianymi rękawami koszulki polo przywiędłe już nieco mięśnie pięćdziesięciolatka.

Spojrzałam nieco nieprzytomnie, ale na tyle rozumnie, by domyślić się, że nie chodzi mu o własną muskulaturę, ale o otulony troskliwie przezroczystą folią pakunek o nieregularnym kształcie. Uniosłam znacząco brwi w niemym geście zdziwienia. Naczelny nigdy wcześniej nie kupował niczego nowego, a już z pewnością żadnych mebli, twierdząc, że dobrego dziennikarza poznaje się po tym, co ma w głowie, a nie na czym siedzi.

– To dla ciebie! – dodał, zabierając się żwawo za rozpakowywanie fotela. – Nie mogę przecież pozwolić na to, żeby moja pracownica urzędowała na krześle wypożyczonym z miejscowej biblioteki! To urąga wszelkim przepisom bhp! I właśnie dzisiaj postanowiłem położyć temu kres! – Naczelny, od kiedy pamiętam, uwielbiał patetyczne przemówienia i popisy oratorskie.

Położyłam bezwiednie dłoń, ścierpniętą nieco stukaniem w oporną klawiaturę komputera, na ciepłym materiale sukienki opinającej lekko mój płaski jeszcze brzuch.

Ogarnęła mnie fala czułości, którą prawie natychmiast zasnuł cień strachu.

Zaledwie parę tygodni temu, kiedy siedziałam w przepełnionym autobusie relacji Amsterdam – Szczecin, ten cień był ogromną czarną chmurą, która przesłoniła świat i zakryła słońce. Nie pamiętam, jak udało mi się dotrzeć do Drawna. Działałam jak automat na zapasie baterii, które słabły z każdą minutą, aby wreszcie, kompletnie wyczerpane, próbować odzyskać utraconą energię w ciepłych, czułych ramionach rodzinnego gniazda. Dom, w którym wychowałyśmy się z Julią, był w przeszłości pełen śmiechu, życia, niedzielnego ciasta na stole i codziennego kompotu z jabłek w ogromnym garnku stojącym na słonecznej, obrośniętej winoroślą werandzie. Tam właśnie, na ostatnim przystanku każdej wędrówki, czekała na nas zawsze pewna wyjątkowa osoba. Znałam jej powitalne rytuały, powtarzające się za każdym razem, kiedy niecierpliwie wypatrywała córek wpadających w odwiedziny. Oczyma wyobraźni widziałam, jak otwiera bramę wjazdową, która od śmierci taty zardzewiała i skrzypiała niemiłosiernie, jak starannie zamiata podjazd, przygotowuje przepyszne gołąbki w historycznej brytfance, którą babcia przywiozła w tobołku ocalałym z syberyjskiej tułaczki. Potem wietrzy mój „panieński” pokój, obleka świeżą pościel, na poduszkach czule układa koszulę nocną, a do wazonu wstawia świeże kwiaty. Kiedy w końcu zza firanki dostrzeże taksówkę, wybiega w samych kapciach na dwór i w głos się śmieje. Zawsze tak robiła, od lat niezmiennie tak samo. Ta wywołująca błogie ukojenie niezmienność była mi w tym momencie niezbędna. Miałam nadzieję, że przywróci choć na chwilę poczucie bezpieczeństwa, którego było mi tak brak.

– Aga? – Z głębokiego zamyślenia wyrwał mnie nagle zatroskany głos naczelnego. – Wszystko dobrze? Jak się czujesz? – Delikatnie dotknął szorstką dłonią mojego ramienia i błyskawicznie, jakby onieśmielony własną poufałością, cofnął rękę, chowając ją niezdarnie za plecami.

Westchnęłam tak głęboko, że kilka pustych kartek leżących na biurku sfrunęło malowniczo na ziemię.

– Jak ci tu plastycznie i dobitnie zobrazować stan mojego psyche... Czuję się, jakby przejechał po mnie walec drogowy – mówiąc to, bezwiednie wyjrzałam przez okno na miniaturowy drawieński ryneczek, położony zgodnie ze średniowiecznym układem urbanistycznym w centrum miasta. Otaczały go mniej lub bardziej pieczołowicie odrestaurowane osiemnastowieczne kamienice. W trzech najbardziej okazałych mieścił się miejscowy oddział banku, apteka oraz biuro poselskie najznamienitszego lokalnego tuza robiącego błyskawiczną karierę na podatnej na populizm scenie politycznej. Siedziba naszej redakcji zajmowała drugie piętro wąskiego, wciśniętego między bank a aptekę, odrapanego budynku, który jako jeden z ostatnich już parę lat bezskutecznie czekał na odnowę. Miałam na temat owego opóźnienia swoją własną teorię spiskową, ściśle związaną z niepopularną wśród miejscowego establishmentu, a w szczególności pana posła celebryty, linią programową naszej gazety, której twardo trzymał się naczelny. Tylko jeden jedyny raz ugiął się pod zdecydowanym naciskiem władzy, co poskutkowało brzemiennym w skutkach zwolnieniem mnie z funkcji latającego, aczkolwiek nazbyt wścibskiego, jak na małomiasteczkowe realia, reportera. Wyrzuty sumienia ciążyły naczelnemu długo, może dlatego z pocałowaniem ręki przyjął moje ponowne podanie o pracę. Przypuszczam, że uwolniłam go od koszmaru bezsennych nocy. Tym sposobem i wilk był syty, i owca cała. Naczelny zmył poczucie winy, a ja zdobyłam licho, bo licho, ale bądź co bądź płatne zajęcie. Na początek musiało wystarczyć.

W pełną zrozumienia ciszę, która zapadła w pokoju, wdarł się nagle natarczywy dźwięk dzwonka. Dochodził z wiszącej niedbale na oparciu mojego krzesła ogromnej zamszowej torby-worka, w której – jak twierdził naczelny, śmiejąc się figlarnie – mieścił się chyba cały mój ziemski dobytek. Wbrew pozorom nie było w tym stwierdzeniu wiele przesady, nosiłam bowiem w torbie, oprócz standardowych gadżetów typu portfel, klucze i kosmetyczka, również takie curiosa jak podręczna wiertarka, atlas grzybów czy pluszowe holenderskie buty zwane klompami. Sięgnęłam ręką w głąb worka i na oślep próbowałam zlokalizować podłużny kształt telefonu. Gmerałam dłuższą chwilę w czeluściach torby, po czym triumfalnie wydobyłam z niej komórkę.

Na wyświetlaczu widniało imię: Stijn.

Jedno słowo – cały mój świat.

Który zamienił się w pogorzelisko.

Nie potrafiłam wytłumaczyć tego racjonalnie, ale nie byłam w stanie znieść myśli, że usłyszę jego głos. Panicznie się bałam, że ponownie rozsypię się na tysiąc kawałków, ale tym razem już na pewno nie zdołam ich pozbierać i okropnie krzywo i nieporadnie, ale jednak, zlepić w jedną całość.

Byłam poskładanym naprędce, koślawym odbiciem dawnej siebie.

Stijn dzwonił do mnie nieprzerwanie od tygodni, po kilka razy dziennie. Moja skrzynka odbiorcza pękała w szwach od wiadomości, które kasowałam taśmowo, nawet nie próbując ich odsłuchać. Cóż mógł mi ofiarować zamiast głupich, tanich, oklepanych wyjaśnień w stylu: „To nie jest tak, jak myślisz”. Nie przypuszczałam, żeby miał jakieś racjonalne wytłumaczenie żenującej sytuacji, jakiej byłam świadkiem tego wieczoru przed jego domem w Zandvoort. Ktoś, kto sprawił, że stałam się emocjonalnym bankrutem, nie zasługiwał w moich oczach na drugą szansę.

Najgorsze jednak było to, że za każdym cholernym razem, kiedy zamykałam oczy, ten przeklęty obraz ich dwojga razem pojawiał się pod moimi powiekami. Za każdym razem wracał jak bumerang i uderzał ze zdwojoną siłą w samo serce, powodując niewyobrażalny ból. Nie mogłam go wykrzyczeć, wypłakać, wyrzucić z siebie, moje oczy były suche, choć dusza zanosiła się od płaczu. Nie umiałam płakać. Stijn zabrał mi nawet łzy.

Codziennie do snu kołysał mnie i budził z koszmaru wspomnień ukochany wiersz Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej:

Gdy się miało szczęście, które się nie trafia:

Czyjeś ciało i ziemię całą –

A zostanie tylko, tylko fotografia,

To – to jest bardzo mało.

Niewiarygodne, jak słowa potrafią i koić, i ranić.

Drgnęłam nagle wystraszona, gdyż telefon ponownie zadźwięczał na dnie worka, tym razem sygnalizując nadejście esemesa. Czekałam na ważną wiadomość od przyjaciółki, z niecierpliwością sięgnęłam więc do torby, od nowa rozpoczynając ceremonię poszukiwań lubiącego się chować aparatu. Upewniłam się, że wiadomość pochodzi od niej, i zaczęłam czytać:

 

Masz umówioną wizytę dzisiaj o 16. Ulica Brzozowa, wejście od strony Jaśminowej.

Daj znać.

Buźka.

Gosia

Zerknęłam szybko na naczelnego, ale zatopiony w myślach przeglądał z roztargnieniem jakieś opasłe segregatory zalegające gigantyczne biurko, na którym panował wieczny bałagan. Na środku tego papierowego pandemonium stał poobijany laptop, choć właściciel nigdy z niego nie korzystał. Śmialiśmy się, że laptop stanowił wyłącznie atrapę mającą sugerować, że z naczelnego jest poważny, profesjonalny i nowoczesny dziennikarz, a tak naprawdę zatrzymał się w erze pergaminu i gęsiego pióra.

– Zbyszku... – zaczęłam przymilnie, po czym od razu przystąpiłam do ataku: – Czy mogłabym dzisiaj wyjść wcześniej? Mam pewną niecierpiącą zwłoki sprawę do załatwienia w mieście.

Oficjalnie przy gościach „z zewnątrz” zwracaliśmy się do naczelnego per pan lub szefie. Jednak niepisany redakcyjny kodeks głosił, że w przypadku kiedy byliśmy tylko w swoim gronie, rozluźnialiśmy sztywne formy i mówiliśmy sobie po imieniu. Byłam przyzwyczajona do holenderskich zwyczajów, gdzie napuszona tytułomania w pracy nie miała praktycznie miejsca i każdy, poczynając od dyrektora, a kończąc na gońcu, zwracał się do siebie per ty. Ten model zdecydowanie bardziej mi odpowiadał i cieszyłam się, że udało się go choć częściowo przenieść na rodzimy grunt.

– Jasne, jasne... – mruknął rozkojarzonym głosem, nawet nie podnosząc głowy znad stosu papierów. Postarzał się ostatnio, zaniedbał, stracił werwę w ruchach i ten charakterystyczny błysk w oczach, którym przekonywał do siebie nawet najzagorzalszych oponentów. Zastanawiałam się coraz częściej, czy posada szefa miejscowej gazety odpowiadała jego ambicjom? Czy przymusowa zsyłka przed laty na prowincję nie ciążyła mu jak kamień u nogi? Czy nie żałował wyborów, które musiał podjąć sam, i czy nie pomstował na tych, którzy tych wyborów dokonali za niego? Wiedziałam, że podczas studiów na Uniwersytecie Warszawskim wróżono mu wielką karierę, którą tak jak wielu innym złamał stan wojenny. Podobno miał już nagrany staż w redakcji działu zagranicznego „The Times” w Londynie. Nigdy o tym nie mówił, nie wspominał, nie wracał do tego tematu nawet na nieformalnych spotkaniach kumpli z pracy, przy wódce, kiedy to masowo rozwiązywały się języki. Alkohol ułatwiał zwierzenia, rozładowywał atmosferę, sprzyjał dawaniu upustu emocjom, frustracjom, skargom na podły świat i złych ludzi. Naczelny nie skarżył się nigdy. Swoją banicję przed laty „zawdzięczał” aktywnym działaniom w podziemiach Solidarności. Właśnie tu, w Drawnie, poznał swoją przyszłą żonę, notabene córkę miejscowego partyjnego kacyka, zagorzałego zwolennika socjalizmu, który na pochodach pierwszomajowych pozdrawiał uciemiężony naród z pierwszego rzędu czerwonej trybuny ustawionej w centralnym punkcie miasta – przed Domem Partii.

Historia naczelnego i jego wybranki przypominała opowieść o Romeo i Julii, jednak ich miłość – w przeciwieństwie do bohaterów szekspirowskiego dramatu – nie skończyła się tragicznie. Przetrwała historyczne zawieruchy, partyjne przepychanki, zmianę ustroju i prywatne burze z piorunami. Nikt z redakcji nie przepadał za wiecznie naburmuszoną „prezesową”, jak zwykliśmy ją nazywać. Największą miłością darzyła firmowe torebki i weekendy w spa w najdroższych hotelach nad Bałtykiem i Morzem Śródziemnym. Stabilną sytuację finansową z pewnością zawdzięczała nie pensji, jaką co miesiąc przynosił do domu małżonek, raczej smykałce do interesów zapobiegliwego tatusia, który swego czasu z głową zainwestował w rozległe tereny rekreacyjne nad chlubą regionu... malowniczym jeziorem Zgubie. Zaradna córeczka sprzedała w odpowiednim momencie ziemię obrzydliwie bogatemu inwestorowi i spokojnie mogła odcinać kupony od interesu stulecia.

W tym momencie spojrzałam z przerażeniem na zegarek i podniosłam się gwałtownie zza biurka. Zakręciło mi się w głowie. Przytrzymałam się chwiejnego oparcia krzesła i wzięłam dwa głębokie oddechy. Karuzela w głowie uspokoiła się, rzuciłam więc zatopionemu w myślach naczelnemu krótkie „do jutra” i wyszłam.

Niebo nad moją głową zasnuły ciężkie deszczowe chmury, zerwał się lekki wiatr. Otuliłam się mocniej długim błękitnym swetrem, poprawiłam ciężką torbę na ramieniu i ruszyłam szybkim krokiem w kierunku ulicy Brzozowej.

Rozdział 2

Drawno to małe senne miasteczko położone w południowo-zachodniej części Pojezierza Pomorskiego. Otacza je wianuszek lasów i porozrzucanych wśród nich malowniczych luster jezior należących do jednych z najczystszych w Polsce. Wymarzony klimat dla wielbicieli sportów wodnych, spływów kajakowych, amatorów długich pieszych wędrówek i zapalonych grzybiarzy, a także idealna samotnia dla życiowych rozbitków szukających ciszy, spokoju i ukojenia. Takich jak ja.

Przechodząc koło przystani miejskiej z kilkoma mniej lub bardziej reprezentacyjnymi łódkami, wciągnęłam z lubością w nozdrza dochodzący znad tafli jeziora aromat ziemi, lekkiej wilgoci i świeżego drewna. Przy zdezelowanym pomoście siedział starszy mężczyzna w kraciastej koszuli i pokrywał długimi, metodycznymi ruchami pędzla surową łajbę z desek sosnowych. Zatęskniłam nagle za portowym zapachem Amsterdamu, otulającą twarz mgiełką wilgoci snującej się srebrzystą nicią od strony wszędobylskich kanałów, pokrzykiwaniem krążących nad głowami mew, miarowym sapaniem sunących po wodzie barek oraz niespokojnym tętnem wielkiego miasta. Nie mogłam uciec od wspomnień, które jak niewidzialny tatuaż pokrywały całą moją duszę. Byłam zlepkiem migawek z przeszłości, przebłysków szczęścia, światła, czułych słów, tysięcy pocałunków i jednej nocy, która zabrała mi wszystko to, co do tej pory uważałam za niezbywalną własność. A przecież nic nie jest nam dane na zawsze. Wszystko, co nas w życiu spotyka, dostajemy w mniej lub bardziej korzystnej umowie dzierżawy. Podpisujemy ją w dniu naszych narodzin niczym diabelski cyrograf, gdyż nie mamy żadnego wpływu na warunki jej zawarcia. Nie możemy jej negocjować, uchylić się od przyjęcia, złożyć skargi na krzywdzące warunki do wyższej instancji. Wybrańcom losu trafiają się zniżki, upusty i dogodne raty spłaty długu, nieco mniejszym farciarzom złodziejskie odsetki, pechowcom egzekucja komornicza, a nawet eksmisja. Wszystkich nas łączy jedno: nikt nie zna daty zakończenia kontraktu. Wobec tego faktu każdy z nas jest równie bezradny. Odsetki od szczęścia, które właśnie teraz przyszło mi płacić, były niczym innym jak zadośćuczynieniem za moją krótkotrwałą dzierżawę na miłość. Może to i dobrze, że trwała tylko chwilę... Bo gdyby była dłuższa, mogłabym nie udźwignąć ciężaru tego długu.

Na ulicę Brzozową dotarłam krótko przed szesnastą. Byłam on time[1]. Dyskretne wejście do środka budynku przysłaniały rozrosłe bukszpany. Nacisnęłam energicznie klamkę nieco przybrudzonych białych drzwi i po chwili znalazłam się w miniaturowym holu ze ścianami pomalowanymi na okropny majtkowy róż. Po prawej stronie od wejścia była ciasna recepcja, w której urzędowała młoda kobieta z tlenionymi włosami, podpiętymi wysoko z tyłu głowy w twarzowy kok.

– Dzień dobry – powiedziałam przyjaźnie i zerknęłam z ciekawością na siedzące naprzeciw recepcji dwie kobiety. Ze znudzonymi minami przeglądały jakieś kolorowe magazyny. Żadna nie zaszczyciła mnie choćby spojrzeniem, nie mówiąc już o odpowiedzi na powitanie. Zauważyłam, że na prowincji niczym nieuzasadniona wrogość wobec obcych przybierała formę kompletnej negacji intruza. Niezrażona chłodnym przyjęciem zwróciłam się bezpośrednio do blondynki patrzącej na mnie pytającym wzrokiem.

– Jestem umówiona na wizytę...

– Pani godność? – przerwała mi rejestratorka.

– Raczyńska. Agnieszka Raczyńska.

Kobieta błyskawicznie wklepała lewą ręką moje dane do komputera i wskazała jedyne wolne miejsce w rogu poczekalni.

– Proszę chwilę poczekać. Pan doktor poprosi panią do gabinetu.

– Dziękuję! – odpowiedziałam i z ulgą usiadłam na plastikowym krzesełku dla krasnoludków.

Wśród czekających na wizytę kobiet dało się wyczuć niezdrowe poruszenie.

– Dopiero przyszła, a wchodzi przed nami! – teatralnym szeptem odezwała się jedna z nich, nerwowym ruchem strzepując niewidzialny paproch ze sztruksowej spódnicy.

Druga, okutana w zieloną pelerynę, pokiwała znacząco głową i głosem przepełnionym wyższością powiedziała:

– Pani nie wie, jak to działa? Ostatni będą pierwszymi! Już w Biblii Jezus o tym pisał!

– Chyba apostołowie – mruknęłam cicho, ale naburmuszona paniusia miała doskonały słuch.

– Ooo, proszę! I jeszcze się wymądrza! Skandal!

– Proszę o ciszę! – piskliwym głosem przywołała towarzystwo do porządku rejestratorka. – To nie BAZAR!

Na szczęście znajdujące się za recepcją drzwi gabinetu otworzyły się z przeciągłym skrzypnięciem i wychynęła z nich łysa głowa mężczyzny w sile wieku.

– Panno Adrianno! – Mężczyzna zwrócił się w stronę rejestratorki, łypiąc groźnym spojrzeniem zza grubych szkieł okularów w rogowej oprawie. – Możemy zaczynać!

Adrianna poderwała się z krzesła i prawą ręką wskazała na mnie.

– Pani Raczyńska! Zapraszam do gabinetu.

Ponownie usłyszałam wyraźny pomruk niezadowolenia dobiegający z krzeseł obok, ale udałam, że jestem głucha jak pień. Chwyciłam mocno torebkę w obie dłonie niczym tarczę obronną i czując lekkie zdenerwowanie połączone z ciekawością, weszłam do jaskini lwa...

Obudził mnie natarczywy dzwonek do drzwi. Przeciągając się leniwie pod ciepłym kocem, z trudem uniosłam powieki. Za oknem panowały egipskie ciemności. Zdezorientowana, zawieszona jeszcze między snem a jawą, w pierwszej chwili nie wiedziałam, gdzie jestem. Spojrzałam półprzytomnie na rysujące się w półmroku kontury mebli w pomieszczeniu, w którym się znajdowałam. Przez jedną, oślepiającą jak błyskawica chwilę wydawało mi się, że wróciłam do swojego starego mieszkania w Haarlemie. Niemal namacalnie czułam obok zwinięte w kłębek mruczące kojąco futerko Kociołka, który łaskawie ogrzewał moje marznące wiecznie stopy. Sięgnęłam instynktownie ręką w kierunku kocura, żeby poczuć pod palcami jego pulsującą ciepłem, puchatą sierść. Nienachalna obecność, nonszalancki tryb bycia, bezczelność w egzekwowaniu swoich praw i zniewalający urok tego kociego łobuza i wagabundy zniewoliły już niejedną ludzką istotę, ze zdecydowaną przewagą płci pięknej. Kociołek przyjmował wyrazy zachwytu i uwielbienia z pobłażliwą obojętnością, niczym rozpuszczony atencją kobiet przedwojenny amant, niestały w uczuciach, humorzasty i rozleniwiony. Uśmiechnęłam się bezwiednie i... zamarłam. Moje dłonie natrafiły na obcy, nieruchomy kształt szorstkiej w dotyku materii. Wzdrygnęłam się i podniosłam gwałtownie do pozycji siedzącej. Przyzwyczajone do ciemności oczy dostrzegły stojący obok łóżka mały okrągły stolik z miniaturową lampką nocną. Po omacku znalazłam włącznik i pokój zalała fala ciepłego, przytłumionego światła. Obok mnie leżał mój stary pluszowy niedźwiadek, z naderwaną łapą i wiszącymi na strzępach nitek oczami z okrągłych czarnych guzików z masy rogowej. Westchnęłam ciężko. Nie byłam w Haarlemie. Znajdowałam się w swoim panieńskim pokoju na piętrze rodzinnego domu w Drawnie. Rozejrzałam się wokół z lubością, kontemplując na nowo tak dobrze znane mi wnętrze. Kochana mama... nie zmieniła dosłownie nic w wystroju pomieszczenia, które urządzałam przed laty, kierując się mocno dyskusyjnym kanonem piękna, jakiemu wówczas bezkrytycznie hołdowałam. Za jedyny słuszny kolor uważałam wtedy czarny, uparcie zamalowując nim całą przestrzeń wokół siebie. Mroczne wnętrza, nażelowane włosy, kultowe martensy i skórzana ramoneska gwarantowały przynależność do innego świata, w którym niepodzielnie królował bóg i car Dave Gahan z zespołu Depeche Mode. Uśmiechał się teraz do mnie, ironicznie wydymając usta, z plakatu wiszącego na ciemnej jak arabska noc przeciwległej do łóżka ścianie.

Moje rozmyślania o przeszłości przerwał nagły rumor na parterze, a po chwili urywane fragmenty gwałtownej rozmowy. Nie rozumiałam poszczególnych słów, ale odniosłam wrażenie, jakby ktoś się kłócił. Zaniepokojona odrzuciłam koc i wyszłam na korytarz. Przechylając się ostrożnie przez poluzowaną balustradę przy schodach, zaciekawiona, zerknęłam w dół.

W przestronnym holu stała moja mama i dwoje nieznanych mi ludzi, kobieta i mężczyzna. Kobieta górowała nad resztą grupy słusznym wzrostem i równie imponującymi gabarytami. Swoje dorodne wdzięki przyoblekła w przykrótką nieco, fioletową kieckę z niemodnego już bistoru, rozchodzącą się na wybujałym biuście przy każdym gwałtowniejszym oddechu właścicielki. Stojący obok mężczyzna z gęstą blond czupryną, poprzecinaną gdzieniegdzie siwymi pasmami włosów, nerwowo skubał kołnierzyk koszuli. Nadstawiłam uszu. Nie chcąc myśleć o swoich własnych problemach, z chęcią koncentrowałam się na zmartwieniach innych. Sądząc po zaciętych minach przybyszów, szykowała się grubsza afera.

 

– Wandzia, uspokój się i jeszcze raz wyjaśnij, o co właściwie chodzi – cichym, ale stanowczym głosem powiedziała moja mama. Emanowała kojącym rozgorączkowane emocje spokojem. Była świetnym mediatorem i doskonałym dyplomatą. Przez ponad dwadzieścia lat dorabiała sobie jako społeczny kurator sądowy. Przez nasz dom przewinęły się setki osób szukających pomocy, wsparcia, czasem tylko słowa otuchy.

Wandzia teatralnym gestem, załamując pulchne ręce i tocząc wokół błędnym wzrokiem, zdetonowała bombę.

– Na własnej piersi! Na własnej piersi węża wyhodowałam. Wykarmiłam, o tu! Zdrajca! Z zagranicy na polską ziemię sprowadziłam! Płaza jednego! Tu stoi! – Wandzia dobitnie wskazała palcem stojącego obok towarzysza.

Wąż płazem! Usiadłam cicho na schodach, tłumiąc śmiech. Mój stary biolog, zwany Glonem, dostałby zawału.

– Henrik! – Mama zwróciła się tym razem do mężczyzny, który spojrzał na nią z nadzieją w oku. – Czym podpadłeś żonie? Proszę mówić prawdę i tylko prawdę.

Henrik odchrząknął znacząco dwa razy i oznajmił donośnym głosem:

– Rzekłem tylko jedno: ale bym sobie popróbił ZNOWU tej wiśnioskiej!

Mama zdębiała. Nieczęsto zdarzało mi się widzieć ją z kompletnie osłupiałym wyrazem twarzy. Pan Henrik coraz bardziej mi się podobał. Tym bardziej że w zabawny sposób kaleczył nasz język, przekręcając słowa. Od razu pomyślałam o Prosperze. Ciekawe, skąd dobre wiatry przywiały do Drawna małżonka groźnej Wandzi.

– Popróbować? Wiśniowskiej? – odzyskała rezon mama. – Jakiej znowu Wiśniowskiej?

– Tej słodziutkiej... Ech, najsłodszej na świecie! – rozmarzył się Henrik.

Mama łypnęła niedowierzająco okiem na wiarołomnego męża. Coś tu nie grało!

– Na litość boską! Gdzieś ty wynalazł tę Wiśniowską? – zabawnie zrymowała moja rodzicielka. Jak nikt inny umiała zachować zimną krew.

– Nie żem ja sam wynalazł, skąd! – zaoponował Henrik, gwałtownie machając w geście obrony długimi rękami. – Ja żem ją KUPIŁ!

Oskarżony chyba nie do końca zdawał sobie sprawę z porażającego efektu słów, jakie właśnie wypowiedział. Nawet powietrze w holu zamarło w oczekiwaniu na egzekucję.

A Wandzia wręcz przeciwnie, promieniała. Jej postawa wyrażała niekłamaną satysfakcję i potwierdzenie słów: a nie mówiłam! Płaz okazał się gadem! Należało więc niezwłocznie przystąpić do ponownego ataku!

– Święci pańscy aniołowie!! Niebo widzi i nie grzmi???!!! Kupił! Ladacznicę jedną! A poszed ty tera do weneraloga migiem, pewno jakieś choróbsko już niczym jaki robal od środka cię toczy! CHŁOPY tylko jedno mają w głowie! Na stare lata mi przyszło! Poruta na caluśki powiat! – Wandzia, łypiąc raz po raz na boki, lała krokodyle łzy.

– Jakie choroby? Wandeczku! – Henrik zaprotestował słabo. – No, może mnie trochu po tej słodkości głowa bolejała, ale tylko trochu!

Kobieta błyskawicznie otarła z twarzy ślady łez.

– Trzymajcie mnie ludzie, bo jak przez ten łeb zdzielę, to do końca żywota bolał będzie! Gdzie ta Wiśniowska! Idę się z nią rozmówić! Niech mi spojrzy w oczy ta franca jedna, co to cudzych chłopów na drogę nierządu sprowadza!

– Wandziu, uspokój się! – łagodziła mama, ale i ona patrzyła coraz groźniej na wiarołomnego męża.

– A idźta! – postawił się nagle Henrik. – Co za afera o nic! Ona niewinna w sklepie u Michalaka! Tam stoi!

– Stoi? Czy może raczej LEŻY??? – błysnęła dowcipem Wandzia. – NIEWINNA! Honoru baba za grosz nie ma, a fuj!

– Stoi, stoi, na półce! – Henrik odzyskał siłę argumentacji.

– Chyba za ladą? U Michalaka mówisz? Nowa sprzedawczyni? Nic nie wiem... – zafrasowała się mama.

– Nie! – zniecierpliwił się Henrik. – Kobiety, przecz mówię! Ona stoi! Wiśnioska ta! W szkło, no ten w butle... butlelce!

Nadszedł moment na ujawnienie swojej obecności. Chyba znalazłam logiczne rozwiązanie zagadki Henrika. Roześmiałam się głośno i serdecznie. Towarzystwo zadarło głowy i patrzyło na mnie siedzącą u szczytu schodów jak na ducha z zaświatów.

Podniosłam się czym prędzej, zbiegłam po schodach i zwróciłam bezpośrednio do oskarżonego, konfidencjonalnie ściszając głos.

– Czy ta ladacznica Wiśnioska to nie czasem nasza Bogu ducha winna poczciwa nalewka wiśniówka?

– Aniole, z nieba mi spadłeś! – krzyknął Henrik i gdybym go w ostatniej chwili nie powstrzymała, rzuciłby się przede mną na kolana. – Życie mi ratujesz! Te baby nic nie kumają!

Rzeczone baby patrzyły na nas kompletnie zdezorientowane.

– Cała przyjemność po mojej stronie! A tak w ogóle... dobry wieczór państwu. – Skłoniłam się nisko i dodałam, figlarnie mrużąc oczy: – Chyba nie będzie w tym krzty przesady, jeżeli stwierdzę, że siła mojej dedukcji zapobiegła właśnie rozlewowi krwi. At the service, ladies and gentlemen![2]

Tubalny śmiech Henrika, któremu po chwili dzielnie zawtórował nieco subtelniejszy damski chichot, jeszcze długo wibrowały pod starym drewnianym dachem naszego domu.