Do jutra w AmsterdamieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Do jutra w Amsterdamie
Do jutra w Amsterdamie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,80  49,44 
Do jutra w Amsterdamie
Audio
Do jutra w Amsterdamie
Audiobook
Czyta Anna Mrozowska
33,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział trzeci

Od zawsze byłam osobą pogodną. Mój pozytywny charakter i wrodzony optymizm ułatwiały bycie szczęśliwą. Czasem wystarczyło wypić dobrą kawę, poczuć ciepły promień słońca na twarzy, uśmiechnąć się na przekór zabobonom do czarnego kota, który niespodziewanie przebiegł drogę. Im więcej drobiazgów wrzucałam do worka pozytywnych emocji, tym szybciej się wypełniał i mogłam czerpać z niego energię do działania. Jednak w momencie kiedy mój autobus stał pośród dziesiątków innych na rozległym busstation Amsterdam, w dalekim od domu obcym kraju, czułam, że ciągnę na rezerwie, a energia zmagazynowana w worku pozytywnych emocji po rozmowie z Bożeną ulotniła się ponownie gdzieś cichcem, nie racząc dać mi nawet najmniejszego ostrzeżenia, że zostawia mnie całkiem samą na placu boju.

W autobusie panował nieopisany harmider. Wszyscy naraz wstawali z miejsc, ściągali z półek tobołki i inne podręczne bagaże. Chwyciłam swoją torbę i zaczęłam przepychać się w kierunku wyjścia. Pierwszą osobą, na którą natknęłam się po zejściu ze stopni autobusu, była Bożena. Kobieta na przemian płakała i śmiała się, tuląc w objęciach ukochanego Tadzika.

– Aga, poznaj mojego synka! – Rozpromieniona machała w moim kierunku.

– Matka, jakiego synka? – śmiał się Tadzik o iście Bohunowym spojrzeniu. – Jestem już dorosły facet! Tadeusz! – Chłopak skłonił się przede mną galantnie. Od razu go polubiłam. Roztaczał wokół siebie pozytywne wibracje i miał wyjątkowo ciepły uśmiech.

– Aga, możemy ci jeszcze w czymś pomóc, dokądś podwieźć? – Bożena złapała mnie za ramię i popatrzyła znacząco na mój plecak, który kierowca autobusu wytaszczył właśnie z przepastnego bagażnika i postawił na chodniku przy mojej nodze.

– Nie, dziękuję – odpowiedziałam szybko, bo nagle, nie wiadomo czemu, zachciało mi się płakać. – Moja siostra powinna być lada chwila. – Rozejrzałam się prędko wokół, ale nigdzie nie dostrzegłam jasnej głowy Julii. Nie wiedziałam, czemu się spóźniała, to było do niej niepodobne.

– Dobra, my musimy już iść. Jakby co, masz mój numer telefonu. – Bożena objęła mnie szybko, po męsku. – Aaa, poczekaj! – Zaczęła myszkować w swojej sławetnej torbie-worku i po chwili wyciągnęła z niej dwie sztangi Marlboro. – To dla ciebie! Są przecież twoje! I nie dyskutuj, bierz! Kasa się zawsze przyda! – Poklepała mnie po ramieniu, zakręciła kwiecistą spódnicą i już jej nie było.

Plac wokół mnie opustoszał. Kierowca autobusu zamknął z hukiem klapę bagażnika, pomachał mi szybko na pożegnanie, wskoczył do szoferki i odjechał, zostawiając za sobą mgłę cuchnących spalin.

Usiadłam zrezygnowana na plecaku, wyjęłam z torby telefon i wystukałam numer do Julii. Byłam już poważnie zaniepokojona. Po dwóch sygnałach włączyła się automatyczna sekretarka i usłyszałam głos siostry świergoczący coś w języku tubylców, którego ni w ząb nie rozumiałam.

– Julka, gdzie ty jesteś?! – krzyknęłam do telefonu i w tym momencie zauważyłam zbliżającego się kurcgalopkiem w moim kierunku czarnego mężczyznę w dziwnym przebraniu.

– Agnes? TY TO? – zdyszany facet wyhamował tuż przed moim nosem.

– Tak, to ja! – odpowiedziałam zdumiona. – A ty kto? I gdzie, do cholery, jest moja siostra?

– Nie nerwuj! Ja od Julki! Twój friend! Nie bój, wszystko powiem tu! – Machał zamaszyście rękami nieznajomy. – Jestem Prosper. Ty Aga! Znamy się! To możesz iść ze mną! – Mężczyzna chwycił dziarsko za ucho mojego plecaka.

– Chwila! – wrzasnęłam! – Nigdzie z tobą nie idę! Kim ty właściwie jesteś? Albo dowiem się tego teraz, albo wracam z powrotem do Polski. Jeszcze dziś! – Po czym rozpłakałam się rzewnie z żalu i niemocy!

Prosper patrzył na mnie wzrokiem bezpańskiego psa i szeptał cicho:

– Ja friend, nie płakaj, nie płakaj…

Chociaż samej trudno było mi w to uwierzyć, po chwili zrobiło mi się go szkoda. Był jeszcze bardziej przerażony niż ja.

– Naprawdę znasz Julkę? – Łypnęłam na niego podejrzliwie zapłakanym, ale już przychylniejszym okiem.

I swear! Znaczy… przysięgać! Znam! To moja neighbour! – Uderzył się w wątłą pierś, odzianą w kanarkową szatę, Prosper.

– Aha, to twoja sąsiadka! Dobra! Nie wiem czemu, ale ci wierzę. Mów, kim jesteś i skąd się tu wziąłeś. – Z rezygnacją usiadłam ponownie na plecaku. Miałam dużo czasu.

Mężczyzna westchnął ciężko, po czym rozpoczął swoją opowieść.

Pochodził z Senegalu. Był najstarszym synem rybaka z nadmorskiego kurortu na południu tego biednego afrykańskiego kraju. Od najmłodszych lat wychowywany na następcę swojego ciężko pracującego ojca, w odpowiednim czasie miał go odciążyć i sam zacząć zarabiać na utrzymanie i wyżywienie licznej rodziny. Familia Prospera była bardzo biedna, mieszkali w lepiance krytej bambusem. Bardzo często za jedyny posiłek na cały dzień musiała im starczyć jedna suszona ryba, którą ojciec rodziny z dumą wręczał żonie, a ta patrzyła na niego z miłością i wdzięcznością w swoich czarnych jak noc nad Saharą oczach. Nikt się nie skarżył, nie narzekał, nie buntował. Wszyscy przyjmowali swój los z pokorą. Każdy nowy dzień był jak cenny podarunek, za który należało być wdzięcznym niebiosom. Pomimo demokracji i pozornej wolności Senegal borykał się z biedą i masowym bezrobociem.

– Ciągle pokutuje u nas widmo kolonialnej przeszłości i handlu niewolnikami – opowiadał Prosper. – Senegalczycy to bardzo pogodni ludzie. W każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji potrafią znaleźć choćby cień nadziei i trzymają się jej ze wszystkich sił. Kochają życie, taniec, muzykę, w ich żyłach płyną gorące rytmy reggae. Są rozmowni, otwarci i gościnni. Dużo tańczą, śpiewają, często zbierają się w grupach i zasiadają z bardzo popularnym w tym kraju piwem z manioku pod rozległym cieniem prastarych baobabów.

Właśnie podczas takiego spotkania, kiedy zachodziło słońce, kryjąc się leniwie za horyzontem nagrzanej afrykańskiej ziemi, Prosper usłyszał opowieść jednego ze współbraci o dalekim miniaturowym państwie w Europie, które bohatersko zwyciężyło w walce z wodnym żywiołem. Z wypiekami na twarzy słuchał o kraju położonym głównie na terenach poniżej poziomu morza, u ujścia trzech wielkich rzek: Renu, Mozy i Skaldy. Dzięki nieprawdopodobnej, wręcz magicznej umiejętności osuszania zbiorników wodnych przez ludność tubylczą terytorium tego państwa mogło rozrastać się bez konieczności dokonywania krwawych podbojów. „Jeżeli nie możesz pokonać wroga, zaprzyjaźnij się z nim” – to motto mieszkańców dalekiej krainy zapadło Prosperowi głęboko w pamięć, poruszyło jego serce i duszę. Zapragnął nagle, tak mocno jak nigdy wcześniej, wyruszyć do Europy i zobaczyć na własne oczy efekt triumfu człowieka nad żywiołem. Wtedy też po raz pierwszy usłyszał wypowiedzianą w miejscowym języku wolof nazwę egzotycznego miejsca, które zawładnęło nim całkowicie.

Olaand.

Holandia.

– Oczywiście musiałem stoczyć walkę, co ja mówię, prawdziwą bitwę z całą rodziną, która uważała mój pomysł za kompletnie szalony. – Prosper zamyślił się na chwilę. – Zebrała się cała starszyzna i trzy dni debatowano nad tym, jak odwieść mnie od szalonych planów. Stwierdzono kategorycznie, że opętał mnie zły duch, którego jak najszybciej trzeba się pozbyć. Odprawiano nade mną rytuały najlepszych w kraju czarowników, znoszono amulety rigi rigi, smarowano uzdrawiającymi maściami i pojono miksturami, które miały osłabić wewnętrznego demona sączącego do moich uszu herezje o wyjeździe do Holandii.

Zasłuchałam się bez pamięci w niezwykłej historii Prospera. Opowiadał tak barwnie, tak plastycznie. Patrzyłam na jego czarną jak heban, pooraną głębokimi bruzdami twarz, z której biła nieprawdopodobna radość i głód życia. Był bardzo szczupły, wręcz chudy, gestykulował żywo długimi kościstymi rękami, podkręcając ekspresję wypowiedzi. Jego kanarkowa szata, przypominająca damską tunikę, zwisała luźno na szpiczastych ramionach, ogromne stopy obute były w skórzane sandały.

– Kiedy po tygodniach bezskutecznych prób odgonienia złych czarów nadal upierałem się przy wyjeździe do Olaand, rodzina niechętnie skapitulowała. Od tej chwili zaczęli mnie wspierać i dopingować w moich planach, – Prosper się uśmiechnął. – Uwierzyli w końcu w to, że dopnę swego, nie na darmo noszę przecież imię oznaczające pomyślność i szczęście[3]. Największy problemem stanowiły oczywiście pieniądze. Moi rodzice nie byli w stanie sfinansować mi nawet podróży do stolicy naszego kraju, a co dopiero do Europy. Sytuacja zdawała się patowa. Wtedy, niczym czarny anioł dobrej nowiny, pojawił się daleki krewny mojego ojca, mieszkający w Dakarze. Zaproponował mi pomoc w znalezieniu pracy jako sprzątacz na Léopold Sédar Senghor International Airport, największym porcie lotniczym w Senegalu. Mon oncle[4] pożyczył mi pewną sumę pieniędzy, pozwalającą na podróż do stolicy, i zapewnił miejsce do spania u znajomego wynajmującego kwatery pracownikom sezonowym w dakarskim porcie. Miejscem do spania okazał się cienki materac rozkładany na noc w pomieszczeniu, które służyło jako kuchnia. Za dnia musiałem go zwijać i wkładać do worka, który oprócz materacowego futerału pełnił funkcję szafy i sejfu. – Prosper popatrzył przed siebie z nostalgią. – Nie skarżyłem się jednak. Miałem obrany konkretny cel i żadne drobne przeciwności losu, jakimi zdawały się warunki mieszkaniowe i katorżnicza wręcz praca na lotnisku, nie mogły mnie do niego zniechęcić. Nie zawsze przecież droga, którą idziemy przez życie, jest gładka i prosta. Nie zawsze pusta i łatwo przejezdna. – Zamyślił się. – Nie wiem dlaczego, ale od dziecka nęciły mnie boczne, kręte i wyboiste szosy. Takie, na których obijałem sobie tyłek i często plątałem kierunek jazdy. Idąc pod prąd, spotkałem najwartościowszych ludzi. Niektórzy pojawili się w mojej historii zaledwie niczym błysk, inni pozostali w niej na zawsze. Nie lubię przewidywalności i po dziś dzień chętniej skręcam w nieprzejezdne. Tylko tam, droga Agnies – wymówił z francuska pięknie moje imię – możemy znaleźć prawdę i ludzi bez masek. Takich, jakich spotkałem w moim „hotelu pracowniczym”. Zbieranina dziwolągów z całego świata, pokrzywionych trudnym losem, pobrudzonych życiem, trochę na bakier, na przekór, bez fajerwerków. Już pierwszego dnia, wiedząc, że jestem głodny i prawie bez grosza przy duszy, poczęstowali mnie ciepłą zupą i kawałkiem chleba. Czas, który tam spędziłem, nauczył mnie ludzi. Teraz wystarczy tylko, że spojrzę im w oczy i już wiem. I widzę… Twoje oczy są szczere, Agnies – powiedział cicho. – Nie bój się mnie, chcę ci pomóc.

 

– Nie boję się ciebie, Prosper – odpowiedziałam prawie szeptem. – Wierzę ci. Ja też mam intuicję i szósty zmysł, który właśnie teraz mi mówi, że jesteś uczciwym człowiekiem i że mnie nie skrzywdzisz.

Między nami nastała cisza. Słychać było tylko dochodzący z niedaleka warkot silników autobusów, które właśnie wjeżdżały lub wyjeżdżały z tętniącego życiem dworca autobusowego. Mijali nas ludzie z plecakami, walizami, zamyśleni, rozgadani, smutni, radośni, pełni werwy i wiary, że właśnie tu, w stolicy Królestwa Niderlandów, przeżyją przygodę swojego życia. Ja też chciałam ją przeżyć. Dlatego dziarsko wstałam z plecaka, rozprostowałam ścierpnięte nieco długim siedzeniem nogi, po czym rzekłam stanowczo do mojego nowego towarzysza niedoli:

– A teraz zaprowadź mnie do domu.

Rozdział czwarty

Deus mare, Batavus litora fecit. „Bóg stworzył morze, ale Holender wybrzeża” – mawiali średniowieczni mieszkańcy Niderlandów. Także współcześni zwykli z dumą powtarzać, że Bóg stworzył świat, ale swój kraj oni sami. Na przestrzeni wieków zdołali poskromić groźny morski żywioł i stali się cenionymi na całym świecie specjalistami od technologii wodnych.

Patrząc zza okna autobusu miejskiego na przesuwający się za szybą imponujący, panoramiczny widok amsterdamskiego portu, zanuciłam pod nosem piękną piosenkę Jacquesa Brela:

Jest port wielki jak świat, co się zwie Amsterdam,

marynarze od lat pieśni swe nucą tam.

Jest jak świat wielki port, marynarze w nim śpią.

Jak daleki śpi fiord, nim szum fal zbudzi go.

Prosper patrzył na mnie z uśmiechem w czarnych oczach.

Autobus lawirował zgrabnie pomiędzy setkami innych pojazdów, wśród których królowały rowery. Były wszędzie, wyrastały znikąd na ceglastoczerwonych, doskonale oznakowanych ścieżkach, na przejściach dla pieszych, przystankach i chodnikach. Ludzie poruszający się na nich byli kolorowi, w większości oryginalnie ubrani, jedni uśmiechnięci, inni zestresowani, widocznie spóźnieni, gdyż gnali na swoich jednośladach na łeb na szyję. Ze zdumieniem spostrzegłam, że niektórzy przewozili na bagażnikach swoich „mustangów” rzeczy, których transport na rowerze w Polsce byłby nie do pomyślenia. Widziałam i przytroczony do bagażnika parcianym paskiem ogromny telewizor, i starą poobijaną pralkę, a nawet dwudrzwiową szafę (!), która chwiała się niebezpiecznie na uginającym się pod jej ciężarem jednośladzie.

Kiedy wyjechaliśmy w końcu poza rogatki miasta, spojrzałam pytająco na Prospera.

– To wy nie mieszkacie w Amsterdamie?

– Nie. Skąd ci to przyszło do głowy? – odpowiedział zdziwiony Senegalczyk. – Nigdy nie rozmawiałaś z Julią na temat jej pracy i tego, gdzie żyje? Nie interesowało cię to? Trochę to dziwne, nie uważasz?

Poczułam nagle wyrzuty sumienia i w duchu musiałam przyznać Prosperowi rację. Nie oskarżał mnie ani niczego nie zarzucał. Był po prostu zdziwiony faktem, że można tak mało wiedzieć o swojej własnej siostrze.

You’re absolutely right. Tak, masz absolutną rację – powtórzyłam po polsku skruszona. – Nawet nie będę próbowała ci tego wyjaśniać, bo nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Poza tym mój angielski nie uniesie stopnia trudności takich wynurzeń. – Położyłam rękę na sercu i żeby rozładować trochę napiętą atmosferę, puściłam do Prospera oko.

Julia była starsza ode mnie o czternaście lat. Kiedy ja poszłam do pierwszej klasy podstawówki, ona już wyfrunęła z domu na studia. Przyjeżdżała bardzo rzadko, zajęta swoim życiem, nauką, nowym środowiskiem. Była bardzo towarzyska i łatwo nawiązywała kontakty. Piękna blondynka o doskonałej, kobiecej figurze, oczytana, z poczuciem humoru, zawsze w centrum wydarzeń. Mogła mieć każdego faceta… wybrała Eryka. Ten diabelsko przystojny i równie inteligentny chłopak tak zawrócił jej w głowie, że niepomna przestróg rodziny i przyjaciół, nieprzytomnie zakochana, wyszła za niego za mąż na drugim roku studiów. Już wtedy Eryk wykazywał niepokojące skłonności do alkoholu i hazardu. Miłość jest jednak ślepa i głucha. Zauroczona żona kryła męża, spłacała z własnej kieszeni (korepetycje!) jego coraz większe długi i dyskretnie, w jej mniemaniu, wynosiła po każdym weekendzie na śmietnik naręcza butelek po najtańszym winie. Nie wiem, jakim cudem skończyła studia. Jej mąż przerwał edukację na czwartym roku, tuż przed dyplomem, i wyjechał na saksy do Niemiec. Na początku dorabiał głównie na budowach, a że praca była zbyt ciężka i mało płatna, szybko przerzucił się na przemyt do Polski szwajcarskich rolexów.

Mijały lata. Julia pracowała jako nauczycielka w liceum, Eryk lawirował w sobie tylko wiadomy sposób w szarej strefie. Wybudowali spory dom, który moja siostra przepięknie i ze smakiem urządziła. Bomba wybuchła, kiedy okazało się, że Eryk wplątał się wraz z grupą kumpli w szemrany handel autami. Przykrywką dla tej działalności był kantor wymiany walut, który prowadził „legalnie”, by zamydlić oczy rodzinie i urzędowi podatkowemu. Po godzinach on i jego szajka zajmowali się zgoła czym innym. Plan był zadziwiająco prosty… Podstawiony niemiecki właściciel auta „odsprzedawał” swój samochód przestępcom po niższej cenie, a następnie zgłaszał kradzież pojazdu, za który otrzymywał odszkodowanie z firmy ubezpieczeniowej. Po odliczeniu kosztów łupem dzielili się po połowie. Wszystko, co dobre, w końcu się kończy, a może raczej wszystko, co nielegalne, kiedyś w końcu wychodzi na jaw. Eryk trafił do więzienia, Julia z kupą wierzycieli na głowie została na lodzie. Z nauczycielskiej pensji nie była w stanie spłacić nawet dziesiątej części całego zadłużenia, a dochodziły jeszcze odsetki. Nie pozostało nic innego, jak wyruszyć za chlebem za granicę, co też uczyniła. W ten oto sposób znalazła się w Holandii, gdzie sprzątając domy zamożnych tubylców, zarabiała na spłatę zobowiązań.

Nasz kontakt ostatnimi czasy był luźny, przyznaję, że zbyt rzadko pytałam, co u niej, jak sobie daje radę. W końcu jednak – pocieszałam się w duchu – nie odmówiłam, tylko przyjechałam, żeby jej pomóc! I wszystko wskazywało na to, że to ona tym razem nawaliła!

Popatrzyłam podejrzliwie na Prospera.

– Julia czeka na mnie w domu, tak?

Prosper nawet na mnie nie spojrzał. Zainteresował się nagle stanem swoich skórzanych sandałów, w które uparcie zaczął się wpatrywać.

– Zaraz zobaczy! Dom już. Tuż-tuż – wydukał łamaną polszczyzną i zamachał gwałtownie rękami.

Nie mogłam się nie uśmiechnąć.

– Prosper, kto cię nauczył mówić po polsku? Moja siostra?

Senegalczyk ponownie się rozpromienił i gwałtownie przytaknął.

– Tak. Ja teraz mówić po polski. To bardzo ładne! – Na czarnej jak heban twarzy Prospera pojawił się śnieżnobiały uśmiech od ucha do ucha.

Nasze dialogi były przekomiczne. Ja mówiłam do niego po angielsku, on odpowiadał w swoim miksie angielsko-polsko-francusko-holenderskim. Bóg raczy wiedzieć, jakim cudem dogadywaliśmy się bezbłędnie. Jak to określiła Ania z Zielonego Wzgórza, moja ulubiona bohaterka powieści Lucy Maud Montgomery, najwyraźniej byliśmy „ludźmi, którzy znają Józefa”.

Kątem oka zauważyłam, że wjechaliśmy właśnie do bardzo malowniczej miejscowości. Odnowione z wielkim pietyzmem charakterystyczne kamienice stały w równych rządkach, a pomiędzy nimi wiła się srebrna nitka poprzecinanej gdzieniegdzie drewnianymi mostkami rzeki. W oddali kręcił się majestatycznie wielki wiatrak, jakie do tej pory dane mi było oglądać jedynie na pocztówkach.

Pociągnęłam Prospera za rękaw jego szaty.

– Błagam, powiedz mi, że to tutaj się zatrzymamy! Przepiękne miejsce! Jestem zachwycona – paplałam trzy po trzy, kompletnie zaczarowana urokiem miasta.

Prosper roześmiał się w głos.

– Tak, Agnies, to tutaj jest kres twojej wyprawy. Wysiadamy!

Przewiesiłam przez ramię podróżną torbę. Prosper chwycił mój plecak, po czym wyszliśmy na zewnątrz i znaleźliśmy się na brukowanym trotuarze tuż przed wejściem do monumentalnej budowli w stylu gotyckim.

– Chodź za mną. – Prosper złapał mnie za rękę. – Na zwiedzanie jeszcze przyjdzie czas. Pora odpocząć! Na pewno jesteś głodna – zaniepokoił się nagle. – Zaraz przygotuję ci coś pysznego do jedzenia!

Popatrzyłam z wdzięcznością na mojego towarzysza i w duchu dziękowałam Bogu, że przyszło mi trafić na kogoś takiego jak on.

Ruszyliśmy przed siebie, aby po krótkiej chwili znaleźć się przed dość sporym białym budynkiem z wielkim szyldem: Italiaans Restaurant. Przed restauracją rozstawionych było kilka stolików z parasolkami. Nie było tłoku, tylko przy jednym z nich siedziała para młodych ludzi i zaśmiewając się do rozpuku, popijała kawę w małych filiżankach.

– Będziemy tutaj jeść? – Spojrzałam pytająco na Prospera.

– Boże broń! – Popatrzył na mnie z przestrachem w oczach. – Tylko spać. Właściciel tego przybytku wynajmuje nam tutaj pokoje na piętrze. Chodź za mną – powiedział szybko, po czym ruszył w kierunku restauracji.

Po chwili znaleźliśmy się na tyłach budynku. Na górę prowadziły bardzo wąskie blaszane schody przeciwpożarowe. Wdrapaliśmy się na szczyt schodów i weszliśmy do wąskiego i ciemnego pomieszczenia na poddaszu. Po obu stronach znajdowały się pomalowane na błękitno drzwi. Prosper wydobył z przepastnej kieszeni szaty klucz, po czym otworzył pierwsze z nich.

Rozdział piąty

Haarlem. Piękne zabytkowe miasto położone dwadzieścia kilometrów na zachód od Amsterdamu. Romantyczne uliczki z urokliwymi domami tworzą tu niezwykły, niespieszny klimat małej miejscowości nad płynącą leniwie rzeką Spaarne.

– Czy wiesz, że słynna murzyńska dzielnica Harlem w Nowym Jorku wzięła swoją nazwę właśnie stąd? – Prosper się uśmiechnął i postawił przy ścianie mój przeładowany plecak. – Holenderscy koloniści nazwali Nowy Jork, założony na początku jako faktoria handlowa, Nowym Amsterdamem, a jedną z jego dzielnic Harlemem, właśnie na cześć naszego miasta. Tylko po latach Amerykanom zgubiło się w nazwie jedno „a”! Zabaw… – nie dokończył Senegalczyk, gdyż przerwałam mu w pół słowa, czując coraz większą irytację.

– Bardzo to szlachetne z twojej strony, mój drogi, że bombardujesz mnie tymi niezwykle przydatnymi w tej chwili informacjami, ale chcę w końcu wiedzieć, gdzie, do cholery, jest Julia!

Byłam zła, zmęczona i głodna. Rozejrzałam się niecierpliwie wokół. Stałam na środku małego pokoju, do którego przylegał aneks kuchenny. Z lewej strony pomieszczenia, na jasnej podłodze z laminatu, stało metalowe łóżko z podwieszoną u sufitu moskitierą. Obok piętrzyła się góra książek i czasopism. Na parapecie nagiego okna widniał miniaturowy przenośny telewizor, a pod ścianą biała dwudrzwiowa szafa z wymalowanymi na froncie ręką Julii czerwonymi tulipanami (wszystkie szafy w swoim domu w Polsce przerabiała zawsze na „kwiatową” modłę).

Na środku pokoju królował solidny, drewniany, okrągły stół przykryty obrusem w kratkę. Na stole pysznił się stary kryształowy wazon naszej babci Leokadii, który moja siostra dostała od niej w prezencie ślubnym. Nie było w nim żadnych kwiatów. Zauważyłam za to opartą o kryształ białą dużą kopertę z wypisanym drukowanymi literami imieniem: AGNIESZKA.

Poczułam nagły lęk. Musiało wydarzyć się coś złego i Prosper nie wiedział, jak mi o tym powiedzieć. Jednym susem dopadłam stołu i rozdarłam drżącymi ze zdenerwowania dłońmi papier. W środku znajdował się list napisany ręką Julii.

Aga!

Wiem, że będziesz na mnie zła, ale nie mogłam inaczej. Musiałam to zrobić. Proszę, wybacz mi i spróbuj zrozumieć. Dzwoniłam do Ciebie przedwczoraj już z lotniska Schiphol w Amsterdamie. Wyjazd moich pracodawców do RPA nastąpił dwa tygodnie wcześniej, niż planowali. Nie mogłam czekać, zapłacili już za bilet, ponieważ byli przekonani, że rozmawiałam z Tobą i wszystko ustaliłam… A ja po prostu bałam się, że się nie zgodzisz, że nie przyjedziesz. Nie martw się, wszystko przygotowałam. Uprzedziłam ludzi, u których będziesz pracować, że potrzebujesz więcej czasu na wdrożenie się we wszystkie obowiązki. Prosper ma wszystkie adresy, zaprowadzi Cię do nich. Dojedziesz wszędzie moim rowerem albo komunikacją miejską. Pieniądze leżą pod pojemnikiem na sztućce w prawej górnej szufladzie w kuchni.

 

Prosper pomoże Ci we wszystkim, zresztą już na pewno go polubiłaś. Tutaj to jest mój dobry duch, na wskroś uczciwy, pomocny, kochany. Z nim będziesz bezpieczna. Nie da Cię skrzywdzić, będzie się Tobą opiekował i pomagał we wszystkim. Tak, jak pomógł mnie…

Wybacz mi, siostrzyczko. Będzie dobrze. Wiem to.

Kocham Cię

Julia

Usiadłam ciężko na jednym z czterech krzeseł stojących przy stole. Prosper stał w miniaturowej kuchence i patrzył na mnie bez słowa.

– A to mnie kochana siostra urządziła! – mruknęłam pod nosem sama do siebie po polsku i ponownie zerknęłam na Prospera. – Okay. So what now? – rzuciłam pytająco w jego stronę.

Wzruszył ramionami.

– Nic! Poradzimy sobie. Wiesz, że ci pomogę. Mieszkam w Holandii już parę lat, w Haarlemie od ponad roku. Zaprzyjaźniłem się z Julką, wiem, gdzie pracuje, znam tutejsze zwyczaje. Wszystko ci objaśnię i pokażę. Nie masz się czego bać.

– Wiem, że nie mam się czego bać, Prosper. Nie jestem już dzieckiem. To nie o to chodzi! – Ponownie poczułam złość na Julkę. – Tak się po prostu nie robi! Mogła mi przecież powiedzieć prawdę.

– Przyjechałabyś wtedy? – Popatrzył na mnie wymownie Senegalczyk. – Zastanów się, czy zdecydowałabyś się podjąć to ryzyko, gdyby siostra powiedziała ci, że nie będzie na ciebie czekać na dworcu, a w zamian przyśle czarnego dziwaka z dzikiego kraju?

Popukałam się znacząco w głowę.

– Co ty za bzdury gadasz, już ja prędzej jestem dzikusem, a nie ty! – Ale w duchu musiałam przyznać mu rację. W życiu nie ruszyłabym się z domu, znając scenariusz mających na mnie czekać na obczyźnie atrakcji. – Dobra, mleko się rozlało, nie ma rady – westchnęłam z taką siłą, że list Julki sfrunął malowniczo na ziemię. Schyliłam się, aby go podnieść. Pod stołem siedział, patrząc na mnie z przerażeniem, wielki szary kocur.

– Czy to kolejna niespodzianka? Co tu, na Boga, robi ten zwierz? Nagle zaczęłam się śmiać. Kot prychnął z pogardą i wolnym krokiem udał się do kuchni, gdzie na podłodze w rogu stała mała srebrna miseczka z jakimś żarciem.

– On jest niegroźny – zastrzegł Prosper i pogładził wielki puszysty koci ogon. – Julka go kocha nad życie!

– Od razu powiedz mi, że w szafie siedzi jeszcze kochanek mojej siostry, a wtedy zaoszczędzisz mi kolejnego zaskoczenia! – Patrzyłam z rozbawieniem na Senegalczyka, który nerwowo skubał nitki swojego żółtego chałata.

– Kochanek? Jaki kochanek? – zaniepokoił się Prosper i obejrzał trwożnie za siebie.

– Prosper, to tylko żart! – zapewniłam solennie, po czym zapytałam z nadzieją w głosie: – Masz dla mnie coś do jedzenia, bo umieram z głodu i jak tak dalej pójdzie, to dobiorę się kotu do miski. Jak temu kociemu księciu właściwie na imię?

– Kociołek – rozpromienił się Prosper. – Bardzo przyzwoita kota z niego.

– Wierzę – zaśmiałam się. – A teraz pokaż mi, mój kochany, zawartość kotła z prowiantem dla mnie.

Senegalczyk z dumą otworzył małą lodówkę.

– Julia ugotowała całe dania! – oznajmił. – Twoje ulubione! Gowombki i pierogi! Z blueberries! Będą ciarne zombki! – zachichotał jak mały urwis.

– Oj tak, po pierogach z jagodami będą czarne. Uwielbiam twoją osobliwą polską mowę – mruknęłam cicho i zabrałam za podgrzewanie Julkowych specjałów.

Powiedzenie, że najlepsze decyzje podejmuje się o pełnym żołądku, miało swój głęboko uzasadniony sens, który pojęłam po zjedzeniu trzech wyśmienitych gołąbków i sześciu pierogów z jagodami. Poezja smaku i zapachu nastroiła mnie pozytywnie i widziałam teraz swoją przyszłość w Holandii w nieco mniej czarnych barwach niż na początku.

Prosper nie zjadł prawie nic, sączył tylko powoli mocną i ciemną jak marokańska noc herbatę Earl Grey z niesamowitą ilością cukru. Przypatrywał się mnie i mojemu wilczemu apetytowi z niezwykłym ukontentowaniem i mruczał coś tam pod nosem w sobie tylko znanym języku.

– Agnies – zagadnął mnie po dłuższej chwili. – Mogę cię o coś zapytać?

– Dawaj! – Oblizałam ze smakiem widelec z cukru i śmietany i popatrzyłam na niego z ciekawością.

– Czym właściwie zajmujesz się w Polsce? Jesteś nauczycielką jak Julia?

– Nie. Jako jedyna w rodzinie wyłamałam się z wiekowej tradycji i nie zostałam belfrem – odpowiedziałam. – Ale nie ma się czym chwalić – dodałam ponuro. – Właściwie to splamiłam rodzinne dobre imię, bo zamiast studiować kierunek dający mi konkretne zatrudnienie od ręki, wybrałam fach, jak to określała moja babcia, ni z puchu, ni z pierza, czyli dziennikarstwo.

– Przecież to bardzo dobry zawód? – zdziwił się Prosper. – Przyszłościowy!

– Też tak myślałam – westchnęłam cicho. – Ale życie okazało się bardziej skomplikowane, niż przypuszczałam.

Przypomniałam sobie siebie samą tuż po obronie pracy magisterskiej i rozdaniu dyplomów. Świeżo upieczona pani magister, w białej bluzce, przekonana, że zawojuje świat, a wszystkie redakcje najbardziej popularnych gazet będą stać przed nią otworem i zaproponują jej na dzień dobry niezwykle atrakcyjną i świetnie płatną pracę. O młodości chmurna i durna!

Brutalne zderzenie z rzeczywistością nastąpiło szybciej, niż myślałam. Po dwóch miesiącach kilometrowych wycieczek po redakcjach czołowych, a później tych drugorzędnych poznańskich tytułów prasowych i po wysłaniu świeżo napisanego, pięknego, acz trochę krótkiego CV w liczbie pięćdziesięciu egzemplarzy wszędzie słyszałam takie same formułki: „Nie, nikogo nie potrzebujemy, planujemy redukcję, kryzys, czy pani oszalała, nie zna pani realiów, bez doświadczenia nie ma szans, chyba że jako stażystka lub goniec. Chyba nie muszę dodawać, że proponowana mi stawka, jeżeli w ogóle o niej wspominano, była tak głodowa, że nie dałabym rady wysupłać z niej nawet połowy czynszu za wynajem mieszkania, nie mówiąc już o innych opłatach. Studia sfinansowali mi w całości rodzice, w wakacje dorabiałam sobie wprawdzie jako barmanka w knajpach nad morzem, ale były to kwoty pozwalające co najwyżej na szaleństwa typu nowe martensy, płyty Depeche Mode czy poprzecierane na kolanach oryginalne levisy. Nie miałam w związku z tym żadnych oszczędności, a rodzice nie po to inwestowali lata całe w edukację upartej i krnąbrnej córki (ojciec oszczędził mi wprawdzie sakramentalnego: „a nie mówiłem”, ale i tak czułam gigantyczne wyrzuty sumienia), żeby teraz, kiedy już miałam dyplom w kieszeni, nadal opłacać moje wydatki. Zacisnęłam więc zęby, pożyczyłam parę groszy od bardziej majętnych znajomych i szukałam dalej. Byłam tak zdesperowana, że w pewnym momencie przyjęłam nawet propozycję pracy „przejściowej” jako roznosiciel ulotek, a potem niezwykle skuteczny samozwańczy copywriter w sąsiadującej z moim mieszkaniem na poznańskich Ratajach, superhipernowoczesnej i całkowicie zautomatyzowanej myjni samochodowej. Ekstrapremię dostałam za nowe hasło reklamowe, mające przyciągnąć świeżą i dzianą klientelę. W tym czasie niezwykłą popularnością cieszył się film z Czarkiem Pazurą Kiler, wykorzystałam to, wymyślając chwytliwy slogan: Myj u nas swojego kara, a będziesz miał furę jak Siarzewski Siara.

Moja kariera w myjni rozwijałaby się zapewne po dziś dzień, ale pewnego pięknego wiosennego poranka jej właściciel został zaaresztowany za malwersacje podatkowe i pranie brudnych pieniędzy. Moje hasło okazało się aż nadto prorocze, gdyż głównymi jego klientami były miejscowe poznańskie Siary, przypominające do złudzenia granego przez Janusza Rewińskiego warszawskiego bossa mafii. Z tą różnicą, że on był fikcyjny, a oni jak najbardziej prawdziwi.