Dziewczyna z Ajutthai

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dziewczyna z Ajutthai
Dziewczyna z Ajutthai
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 39,98  31,98 
Dziewczyna z Ajutthai
Dziewczyna z Ajutthai
Audiobook
Czyta Joanna Derengowska
19,99  14,39 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Agnieszka Walczak-Chojecka

Dziewczyna z Ajutthai

Saga

Dziewczyna z Ajutthai

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2013, 2021 Agnieszka Walczak-Chojecka i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726806250

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Kochanym Rodzicom

Rozdział 1

Przegrany mecz

JOANNA

Joanna otworzyła oczy. Spojrzała na budzik stojący koło łóżka. Siódma, o tej porze codziennie wstawała do pracy. Teraz jednak nie musiała się spieszyć do biura. Nigdzie nie musiała się spieszyć. Zaczęły jej się przypominać wydarzenia z poprzedniego dnia.

Siedziała w swoim eleganckim gabinecie z oknami do ziemi, za którymi mieniły się kolorami dachy Warszawy. Pracowała nad prezentacją na najbliższe spotkanie zarządu. Z zamyślenia wyrwał ją dzwonek telefonu.

– Możesz przyjść do szefa? – spytała Iwona, długonoga blondynka, asystentka prezesa.

– Czy mam wziąć ze sobą jakieś dokumenty?

– Nie, nie, tylko przyjdź...

Gdy Joanna weszła do Marka, zauważyła, że nie jest sam. Przy długim, wypolerowanym stole siedziała jeszcze Barbara, szefowa działu personalnego. Lubiła ich obydwoje. Z Barbarą zaczęły pracować w firmie w tym samym czasie, dziesięć lat temu. Była nieco skryta, ale kompetentna. Marek – pięćdziesięciolatek o życzliwym spojrzeniu, dołączył do nich dwa lata później. Dzięki jego śmiałym decyzjom firma zaczęła się szybko rozwijać. Odkąd jednak na światowych rynkach coraz częściej mówiono o kryzysie, centrala postanowiła mocniej kontrolować swoją filię w Polsce i Markowi wyraźnie podcinało to skrzydła.

– Siadaj, Joasiu – powiedział.

Miał dziwny głos i nie patrzył na nią. Poczuła, jak przez jej ciało przebiega dreszcz.

– Powiem krótko. Mam dla ciebie złe wieści. Wracam właśnie ze spotkania w centrali. Kazali dalej ciąć koszty. Tym razem nie mam wyjścia, muszę zredukować etaty. – Przez chwilę patrzył na nią smutno.

Wyglądał na bardzo zmęczonego. W jego wzroku było coś dziwnego, trochę jakby strach, a jednocześnie zawziętość.

– Muszę cię zwolnić. Twoje stanowisko zostanie zlikwidowane – wycedził. – Wiem, że to zrozumiesz. Taki jest biznes.

Joanna spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami. Przez chwilę miała wrażenie, że to jakiś senny koszmar... Przecież jej nie można wyrzucić jak śmiecia, stanowi z firmą jedność. Przez ostatnie lata poświęciła korporacji wszystko, harowała codziennie po dziesięć godzin, często także w weekendy. Wiedziała, że ostatnio Marek planował jakąś restrukturyzację i może nawet zwolnienia, ale nie spodziewała się, że to może dotknąć także ją. Zakręciło jej się w głowie i już nie bardzo słyszała, jak prezes mówił, że dalsze formalności załatwi z nią Barbara.

– Zrozum, Joasiu... Musiałem kogoś wybrać, rzucałem monetą.

Twarz Joanny przybrała kamienny wyraz.

– Byłam orłem, czy reszką? Zawsze mówiłeś, że mogę ci ufać...

Bezradnie rozłożył ręce. Joanna wstała od stołu. Chciała jak najszybciej wyjść z pokoju, w którym nagle zabrakło dla niej powietrza.

A teraz leżała na łóżku i patrzyła w sufit. Zwykle nienawidziła wczesnych pobudek, jednak dziś czas płynął inaczej. Czuła, jakby jej jedwabiste, kasztanowe włosy nagle posiwiały, jakby jej plecy przygarbiły się, a skóra twarzy poszarzała i pokryła się tysiącem zmarszczek. Czy w ciągu jednego dnia można się tak postarzeć? Przecież nie jestem chora – myślała. Dlaczego więc czuję się, jakbym była całkowicie pusta? Jestem niczym porcelanowa lalka, stłuczona przez czyjś nierozważny ruch, rozsypana na tysiąc kawałeczków, które lśnią jeszcze w słońcu, lecz nie da się już ich posklejać. Nie potrafiła uwierzyć, że nie ma dla niej miejsca w firmie, która była jej całym światem, którą od tylu lat uważała za swój dom, prawie za swoją rodzinę.

Miała trzydzieści cztery lata, apartament w drogim Miasteczku Wilanów, białe bmw w garażu i trochę odłożonych pieniędzy na koncie. I chyba nic poza tym. Kariera w firmie farmaceutycznej, jaką zaczęła zaraz po ukończeniu uznanej uczelni, sprawiła, że zabrakło jej czasu na założenie rodziny. Nie miała też zbyt wielu przyjaciół, choć na jej facebookowej stronie znajdowały się zdjęcia ponad dwustu znajomych.

W ostatnich latach przytrafiło jej się kilka romansów, ale żadnego z nich nie traktowała poważnie. Każdy z jej facetów prędzej czy później przegrywał z pracą... Wyjątkiem był Mateusz. On działał na nią jak żaden inny, lecz z nim nie mogło jej się udać. Miał jedną wadę – był żonaty.

Ciekawe, kto już wie o mojej porażce – zastanawiała się. Powiedziałam tylko Monice. Była w szoku. Naprawdę się przejęła, kochana. Jeszcze niedawno załatwiłam jej u nas pracę, a teraz sama wyleciałam...

Joanna miała w telefonie pięć SMS-ów od koleżanki. Nikt inny nie dzwonił. Pewnie nie wiedzą, co powiedzieć. Ja też nie zadzwoniłam do Romana, gdy zwolniono go miesiąc temu – przypomniała sobie. Nawet kilka razy chciałam, ale byłam taka zajęta... Może zadzwonić teraz – przemknęło jej przez głowę. Świetny pomysł, i co mu powiem? Cześć, Roman, mnie też wylali? Teraz mam czas, by z tobą pogadać?

Zarówno tego dnia, jak i następnego Joanna prawie w ogóle nie wstawała z łóżka. W nocy męczyły ją koszmary. Śnił jej się sen, jaki nawiedzał ją często w dzieciństwie. Widziała nitkę, która nagle zaczynała drgać szybciej i szybciej. W końcu robiła się coraz cieńsza, aż prawie pękała. Patrzenie na nią sprawiało ból i napawało strachem. Nigdy nie wiedziała, co ten sen oznacza, ale bała się go śnić. Po nim zawsze budziła się zlana potem. Teraz też tak było. Cienka atłasowa koszula na ramiączkach nadawała się do zmiany, co skłoniło Joannę do tego, by się w końcu ruszyć z łóżka.

Zresztą i tak musiała się zbierać, by pójść do biura na spotkanie z Barbarą. Miały ustalić warunki rozstania z firmą. Myśl o współczujących spojrzeniach koleżanek, które zapewne tam napotka, napawała ją odrazą. Nie chciała, by ktoś się nad nią użalał.

Miała jeszcze trochę czasu. Założyła najlepszą garsonkę, w kolorze delikatnego różu, stopy wsunęła w wysokie szpilki i starannie się umalowała, jak zawsze gdy szła do pracy. Teraz jednak potrzebowała odmiany, jakiejś iskry, która pomoże jej przetrwać jeden z najgorszych momentów w życiu. Stwierdziła, że zdąży jeszcze skoczyć do fryzjera. Szczęśliwym trafem, salon znajdował się na parterze jej bloku.

Siadając na fotelu, zadecydowała: farbujemy na rudo.

Aldona, miła fryzjerka, która zawsze czesała Joannę, zrobiła zdziwioną minę, ale podała klientce folder z kolorami.

– Ten! – Joanna wskazała palcem najbardziej płomienny odcień rudości.

– Jest pani pewna? To będzie radykalna zmiana... – upewniała się fryzjerka.

– Tak. Właśnie takiej potrzebuję – odpowiedziała stanowczo.

Gdy po godzinie spojrzała w lustro, na fotelu siedziała już inna kobieta... Oczy podobne, niebieskie, nos jak zwykle lekko zadarty, ale tylko troszeczkę, uszy zgrabne, niewielkie, lekko wystające kości policzkowe. Ale włosy... ich żywy kolor jakby rozjaśnił całą twarz i sprawił, że wyglądała bardzo młodo. Joanna Płomienna – nazwała samą siebie w myślach i uśmiechnęła się do swojego odbicia. I nagle poczuła wewnętrzny spokój. Wiedziała, że wszystko będzie dobrze. Może tak naprawdę dopiero teraz zacznie żyć! Strata pracy to przecież nie koniec świata, próbowała sobie wmówić. Tylko dlaczego czuła się tak cholernie zdołowana?

– Pani Joasiu, cóż za zmiana, ale pięknie pani wygląda! – zachwycała się sekretarka Barbary, gdy Joanna pojawiła się w biurze. – Szefowa już czeka.

Poskutkowało, uśmiechnęła się w myślach Asia. Ta dziewczyna skoncentrowała się na mojej fryzurze, a nie na tym, co mnie spotkało. A może jeszcze nie wie...?

– Chcę, żebyś miała jasność, że nie miałam z twoim zwolnieniem nic wspólnego. – Barbara tłumaczyła się już od progu. – Przecież wiesz, jak bardzo cię cenię. Dla mnie samej to szok. Jesteś przecież ikoną naszej firmy...

– Daj spokój – żachnęła się Joanna. – Przyszłam usłyszeć, co chcecie mi zaproponować po dziesięciu latach pracy, nie interesują mnie twoje wynurzenia. Wiesz dobrze, że znam wszystkie tajemnice firmy. Chyba zależy wam, żebym zachowała je tylko dla siebie? – Postanowiła grać ostro.

Przecież to biznes, jak niedawno powiedział jej prezes.

Barbara obrzuciła dziewczynę zdziwionym spojrzeniem i natychmiast zmieniła ton głosu.

– Ach tak, rozumiem. Mam nadzieję, że będziesz zadowolona z naszej oferty. Marek nie chce cię przecież skrzywdzić. – Barbara podsunęła Joannie plik dokumentów.

– Oczywiście, ale zależy, na którą stronę spadła dziś moneta – zakpiła.

– Coś ci powiem. – Zawiesiła głos Barbara. – Ja zawsze cię wspierałam, prezes też cię lubił, ale nie wszyscy tutaj byli ci życzliwi...

Joanna machnęła ręką, jakie to teraz miało znaczenie, nawet gdyby wiedziała, kto kopał pod nią dołki, niczego to już nie zmieni.

Wyszła na korytarz, lecz po chwili wróciła, chciała jednak o coś spytać. Nie zdążyła jeszcze otworzyć ust, gdy kątem oka dostrzegła jakiś dokument na biurku. Litery były małe, ale dziewczyna miała dobry wzrok. „Nominacja na stanowisko dyrektora marketingu”? Barbara szybkim ruchem wrzuciła papiery do szuflady. A więc to tak? Joanna wrosła w ziemię. Chciała coś powiedzieć, jednak po chwili bez słowa zamknęła za sobą drzwi.

 

Tej nocy również chodziła po biurze, ale nie mogła znaleźć swojego pokoju. Nagle wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Zamiast dużych, mocno przeszklonych, nowoczesnych wnętrz w budynku znajdowały się malutkie pomieszczenia z ogromną ilością wąskich korytarzy. Ludzie biegali po nich niczym myszy. Przemieszczali się tak szybko, że nie mogła rozpoznać żadnej twarzy. Chciała kogoś zatrzymać i zapytać, gdzie jest jej pokój, ale nie potrafiła wydobyć z siebie głosu. Zaczęło przybywać pracowników i w pewnej chwili ten tłum porwał ją niczym wezbrana rzeka. Zrobiło się głośno. Ludzie skandowali: „Polska gola! Polska gola!”. W całym biurze łopotały narodowe flagi. Nagle tłum urwał pieśń, jakby na coś czekał w wielkim uniesieniu.

A potem z setek gardeł znów wydobył się głos i dobrze znana melodia: „Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało...”.

Znów przegraliśmy – pomyślała Joanna. Ogarnął ją bezmierny smutek. I wtedy się obudziła.

Przypomniała sobie, że w Polsce trwa właśnie Euro, futbolowe szaleństwo. Niestety, nasza reprezentacja, mimo bojowych nastrojów, odpadła w przedbiegach. Czyli było jak zawsze, zapowiadało się świetnie, a wyszła wielka klapa. Piłkarze, których wczoraj noszono na rękach i traktowano jak narodowych bohaterów, dziś byli nikim. To niewiarygodne, że wszystko zmienił jeden niestrzelony gol... A jakiego gola ja nie strzeliłam? – zastanawiała się.

Z porannych niewesołych rozmyślań wyrwał ją dźwięk telefonu.

– Jak tam, radzisz sobie? – W głosie Moniki brzmiała troska.

Nie zapomniała o mnie w ferworze pracy, to miłe, pomyślała Joasia. Wyobraziła sobie, że koleżanka siedzi na wypolerowanym biurku i macha długimi nogami wystającymi spod nienagannie wyprasowanej obcisłej spódniczki. Często zastawała szefową komunikacji w takiej właśnie pozie, gdy jeszcze niedawno wpadała do jej gabinetu, by ją wyciągnąć na kawę.

Obie lubiły te krótkie chwile oddechu. Wspominały wtedy młodzieńcze czasy, obozy harcerskie, wspólne wypady w góry. Znały się od bardzo dawna, mieszkały kiedyś w jednym bloku w samym sercu Warszawy – Za Żelazną Bramą. Gdy były małe, bawiły się razem na trzepaku, grały w gumę i robiły tak zwane „widoczki” w ziemi. Kopało się mały dołek, wkładało do niego jakiś kwiatek, kilka kamyczków lub inną ozdobę i przykrywało kolorowym szkiełkiem, to była zabawa! Dziewczyny chodziły razem na zajęcia plastyczne do Pałacu Kultury i na pierwsze imprezy zakrapiane winem podkradzionym z barku rodziców.

W czasach licealnych wciąż trzymały się razem. Zdarzyło się nawet kilka podwójnych randek.

Ich drogi rozeszły się jednak, gdy Monika wyjechała na uczelnię do Krakowa. Po kilku latach wróciła do Warszawy jakaś odmieniona i niezdrowo szczupła. Joanna słyszała plotki o nerwicy, zaleczonej bulimii i skłonności do zbyt dużych ilości szampana, ale nie bardzo w to wierzyła.

Mimo że Monika rzeczywiście wyglądała, jakby popadła w życiowe tarapaty, nie wahała się ani chwili i poleciła ją w swojej firmie. Wiedziała, że jest ambitna i pracowita. I nie pomyliła się, dziewczyna szybko zdobyła uznanie prezesa.

– Czy radzę sobie? – Joanna powtórzyła pytanie. – Bywało lepiej, ale powoli się ogarniam.

Nie miała zamiaru udawać, że jest w dobrej formie.

– Gdybym mogła ci w czymkolwiek pomóc... – Telefon zniekształcał głos Moniki.

– Dzięki, sama muszę dojść ze sobą do ładu.

– Nadal nie mogę uwierzyć, że z naszego prezesa taki skurwiel! – wściekała się koleżanka. – Nawet nie wiesz, jak pusto bez ciebie w biurze. Kto mnie teraz będzie wspierał w trudnych chwilach?

– Daj spokój, nie uprzedzaj się do Marka. Zastanawia mnie tylko jedno... Powiedział, że redukuje moje stanowisko, a zdawało mi się, że widziałam u Barbary czyjąś nominację.

– Ej, musiało ci się chyba przywidzieć. – W głosie Moniki zabrzmiała nuta niepokoju.

– Pewnie tak. To przecież niemożliwe, żeby Marek łgał mi w żywe oczy. – Westchnęła.

– Też tak sądzę – przytaknęła przyjaciółka, po czym szybko zakończyła rozmowę, bo ktoś właśnie wszedł do jej gabinetu.

Joanna rzuciła komórkę na kołdrę i leżała nieruchomo, patrząc w sufit. Był jeden plus tej sytuacji – mogła tak leżeć bez końca.

***

IZA

Iza od dziecka wiedziała, że posiadanie planu to połowa sukcesu. Gdyby go nie miała, nie mogłaby robić wielu rzeczy naraz, a już od małego ta sztuka udawała jej się znakomicie. Naukę w dobrej szkole łączyła z intensywnym uprawianiem gimnastyki sportowej. Ciągłe treningi i turnieje, nieustająca rywalizacja, ukształtowały jej charakter. Zawsze umiała sobie radzić. Zawsze, aż do teraz...

Szła przez Ogród Saski, park jej dzieciństwa. Nagle poczuła, że wydarzenia ostatnich dni stały się dla niej ciężarem. Tak ciężkim, że nie potrafiła zrobić kolejnego kroku. Usiadła na ławce i ukryła twarz w dłoniach. Park nie był dobrym miejscem na to, by płakać, ale Iza nie przewidziała, że jej oczy zaczną nagle produkować tyle łez. Przecież nie rozpaczała nawet wtedy gdy jako szesnastolatka doznała poważnej kontuzji, która wykluczyła ją z kadry na upragnione mistrzostwa Europy, ani kiedy lekarz powiedział jej, że operację nadwyrężonego kolana trzeba będzie powtórzyć.

Tylko że wtedy nie chodziło o miłość jej życia, jak teraz. A Tomasz był jej miłością. Wiedziała to już przy pierwszym spotkaniu na Rodos, gdzie brała udział w kursie windsurfingowym. Młody mężczyzna wyniósł z morza chłopca, który zachłysnął się wodą. Normalny odruch, każdy porządny facet by się tak zachował, ale w tamtym momencie Izie przemknęła przez głowę myśl, która zaskoczyła ją samą: to będzie ojciec moich dzieci. Rok później Tomasz przecinał pępowinę ich pierwszej córki.

A teraz to Iza postanowiła przeciąć pępowinę ich małżeństwa. Już od dłuższego czasu czuła, że jeśli tego nie zrobi, ta pępowina zaciśnie się na jej szyi i całkowicie pozbawi ją powietrza. Przez całe życie wierzyła w ideę, że wszystko, co robisz, do ciebie wraca. Jeśli ciężko trenujesz, to osiągasz sukcesy, jeśli kogoś kochasz, to on kocha ciebie. Wszystko miało być proste. Ale nie było. Od początku ich znajomości to Izie zależało bardziej. A on? Jakby jej się cały czas wymykał. Mówił, że jest mu z nią dobrze, ale jednocześnie nie angażował się do końca. To było tak, jakby cały czas czekał na kogoś innego, ale jednocześnie nie chciał stracić osoby, którą podarował mu los.

Tomasz miał jasne wyobrażenie idealnej żony, a ona nijak do niego nie przystawała. Chciał kobiety, która będzie czekać z obiadem na męża i dbać o każdą jego zachciankę, tak jak robiła to jego matka, emerytowana nauczycielka, żona wojskowego. No i nie będzie robić dziur w maśle... Tak, miał prawdziwą obsesję na punkcie porządku. Ręczniki w łazience, wszystkie w takim samym kolorze, musiały wisieć wyprężone jak żołnierze podczas musztry w pułku jego ojca. Codziennie starał się kształtować Izę na podobieństwo swojego ideału: piastunki domowego ogniska.

Na początku małżeństwa bagatelizowała jego ciągłe dąsy. Choć miał jej za złe, że ich mieszkanie nie jest wystarczająco czyste, że kolacja, którą podała jego rodzicom, nie była dość wykwintna i że ona sama ma zbyt duże cienie pod oczami. Starała się puszczać mimo uszu uwagi, że nie umie równo umalować paznokci, a Karolina i Zosia – ich córeczki – mają źle zaostrzone ołówki. Jednak ciągłe złośliwości męża niepostrzeżenie zagnieżdżały się w jej świadomości, wpełzały do jej duszy.

Iza kochała Tomasza i jednocześnie go nienawidziła. Pragnęła jego miłości i uznania jak niczego na świecie, lecz choć była kobietą sukcesu, czuła się przy nim malutka i zagubiona. Na zewnątrz nadal stanowili z mężem doskonałą parę, ale w domu czuć było odór rozpadającego się związku.

Iza siedziała na ławce w parku i pierwszy raz w życiu płakała nad samą sobą. Przypominał jej się wieczór sprzed tygodnia. Tomasz po powrocie z biura oświadczył, że wpadną do nich jego znajomi z Gdańska i zostaną na noc. Już po godzinie w drzwiach stanęła para – szczupła blondynka i dużo starszy od niej, elegancki mężczyzna. Iza nie przeczuwała jeszcze nic złego. Podczas kolacji, która na pewno nie była wystarczająco dobra dla jego gości, Tomasz całą uwagę skupił na dziewczynie w krótkiej spódniczce. Ona go kokietowała i wspominała ich dawną znajomość. Dopiero wtedy Iza zrozumiała, że przy stole siedzi Ewa, miłość Tomasza ze studenckich czasów, kobieta, o której zapewne nigdy nie zapomniał. To na nią zawsze czekał, przemknęło Izie przez głowę. To pewnie do tej dziewczyny porównywał ją przy każdej kłótni.

Jak się okazało, Tomasz odnalazł Ewę na Facebooku, albo to może ona jego odnalazła. Tak czy inaczej, siedzieli teraz w wymuskanej rodzinnej jadalni Izy, wpatrzeni w siebie, jakby cofnęli się o piętnaście lat. Ich źrenice robiły się coraz większe, a salwy śmiechu głośniejsze. Jeszcze chwila i złapaliby się za ręce.

W końcu jednak wieczór się skończył i starszy pan, z którym Ewa przyjechała, pociągnął ją do gościnnego pokoju. Małżeństwo domowników też udało się na spoczynek. Po piętnastu minutach zza ściany zaczęły dochodzić przyspieszone oddechy gości i regularne skrzypienie łóżka. Niemrawe westchnięcia przerodziły się w śmiałe postękiwania, miłosne jęki przeplatały się z niecenzuralnymi okrzykami.

Iza poczuła, że jej mąż zastygł w oczekiwaniu, cały się naprężył, niczym struna ładnie wyrzeźbionych skrzypiec. Wstrzymała oddech, w szeroko otwartych oczach Tomasza dostrzegła cierpienie, a jednocześnie podniecenie wypełniające każdą cząstkę jego ciała.

Potem ciszę domu przerwał stłumiony odgłos rozkoszy, głośny, pełen doskonałego spełnienia. Iza pojęła, że w tej jednej chwili nieznajomy mężczyzna za ścianą odarł jej męża z lat oczekiwań i niespełnionych pragnień. Ciałem Tomasza wstrząsnął dreszcz, jakby to on doznał spełnienia lub jakby miał wybuchnąć szlochem.

Iza nie była w stanie dłużej tego znieść. Zerwała się z łóżka i zaczęła się szybko ubierać. Tomasz nawet nie drgnął zasłuchany w odgłosy dochodzące z pokoju obok.

Kobieta wybiegła z domu w ciemną noc. Na niebie nie było ani jednej gwiazdy. Wsiadła w srebrne volvo i ruszyła z piskiem opon. Nie pamiętała, ile godzin spędziła za kółkiem i jakie przemierzyła drogi. Rano obudziła się w samochodzie zaparkowanym na poboczu niedaleko domu. Jeździła w kółko?

W Ogrodzie Saskim zapalono latarnie. W torebce Izy zabrzęczała komórka.

– Mamusiu, przyjedziesz po mnie? Czekam tu już dwadzieścia minut. – Usłyszała głos Karolinki.

– Zaraz będę, córeczko. Już jadę! – Zerwała się z ławki.

Jak mogła zapomnieć o córce? Nigdy wcześniej nie była tak nieodpowiedzialna. W ostatnim czasie nie poznawała samej siebie. Postanowiła, że musi wziąć się w garść i przede wszystkim na nowo ułożyć sobie stosunki z mężem, tylko nie wiedziała jeszcze jak to zrobić. Nagle, przypomniała jej się Joanna, dobra koleżanka, z którą dawno się nie widziała. Ona zawsze umiała jej doradzić w damsko-męskich sprawach. Miała zdrowe podejście do facetów. Może by tak do niej zadzwonić...?

***