Miłość z widokiem na Śnieżkę Tekst

Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Agnieszka Olejnik

Jeszcze jedna szansa

Magdalena Witkiewicz

Nudne-cudne

Karolina Wilczyńska

Ucieczka

Magdalena Majcher

Bal ostatniej szansy

Tomasz Kieres

Urodziny

Anna H. Niemczynow

Fantazja

Ilona Ciepał-Jaranowska

Bo życie to bal

Dorota Milli

Wygrać szczęście

* * *

Reklama 1

Reklama 2

Karta redakcyjna


AGNIESZKA OLEJNIK



Jeszcze jedna szansa

Szymon dopił kawę i odstawił kubek do zlewu. Odkąd mieszkał sam w wynajętej kawalerce, nie chciało mu się używać zmywarki. Znacznie mniej zachodu było z ręcznym zmywaniem, zwłaszcza że ostatnio przestał cokolwiek gotować. Stołował się na mieście.

Zanim włożył kurtkę, przypomniał sobie o nieodebranym połączeniu od żony. Musiała dzwonić późno, kiedy już spał. Zauważył migającą ikonkę dopiero rano, wyłączając budzik. Ostatnio wszystkie wieczory spędzał w taki sam sposób: brał prysznic, otwierał piwo i włączał sobie jakiś serial. W zasadzie było mu wszystko jedno, co wybierze, bo i tak zasypiał niemal natychmiast po wypiciu ostatniego łyka piwa. Sam nie wiedział, skąd brało się jego permanentne zmęczenie.

– Halo – odezwał się w słuchawce głos Anki, jego żony. Wciąż jeszcze żony, choć już prawie byłej. Pierwsza (i oboje mieli nadzieję, że ostatnia) rozprawa rozwodowa miała się odbyć w styczniu.

– Dzwoniłaś wczoraj wieczorem – powiedział. – Sorry, że nie odebrałem, spałem już. Coś ważnego?

– Trzeba dziś zawieźć Sebastiana do dentysty. Na szóstą. Załatwisz to? Ja nie mogę, wypadło mi coś. A ty chyba w piątki nie masz zajęć w szkole językowej?

Kandydat na nowego tatusia nie może? – chciał zapytać Szymon, powstrzymał się jednak przed tą złośliwością. Podobnie jak przed zadaniem kolejnego pytania: czym jest to „coś”, co wypadło Ance. Wciąż zapominał, że to już nie są jego sprawy.

– Jasne, postaram się. Niech czeka w domu, podjadę i zadryndam. Mam lekcje do szesnastej, powinienem dać radę.

– Ale to nie może być „powinienem”, musi być „na pewno”, bo go okropnie boli i dziąsło spuchło. Rosną mu siódemki i tam musi być jakiś stan zapalny…

– Okej, będę na pewno.

„Spokojnie, mała” – powiedziałby. – „Zdążycie, jak zawsze”.

Prychnęłaby i może mruknęła coś o czekających na nią w banku klientach. Potem wszyscy troje wyszliby z domu, Anka zamknęłaby drzwi, cmoknęłaby męża w policzek i poszłaby do garażu, przypominając Sebastianowi, aby uważał na drzwi auta. Szymon otworzyłby bramę wyjazdową i pomachałby im, wsiadając do swojego opla. Potem pojechałby do pracy.

Tak właśnie wyglądałby ten poranek, gdyby jakieś osiem miesięcy wcześniej żona nie wyznała mu, że ma romans i że chce rozwodu, bo nawet jeśli ze związku z tamtym mężczyzną nic nie wyjdzie, to ona ma absolutną pewność, że z Szymonem nic jej już nie łączy.

Jadąc do szkoły, psioczył na światła, które ewidentnie sprzysięgły się, aby utrudnić mu dotarcie na czas. Włączył radio, chcąc wysłuchać prognozy, bo obiecał synowi weekendowy wyjazd do dziadków, ale wizyta u nich nie miała sensu w deszczowy listopadowy dzień. W taką pogodę leśniczówka tonęła w błocie. Nawet Borys, stary wyżeł ojca, odmawiał spacerów po lesie, kiedy padało.

Niestety, skrót wiadomości o wpół do ósmej już się skończył. Z głośników popłynęła skoczna melodia reklamy, a potem odezwał się rozemocjonowany spiker:

– Przypominamy o naszym konkursie! Wygraj podwójne zaproszenie na Wielki Bal Ducha Gór w Karpaczu! Spędź sylwestra w pięknym górskim otoczeniu, baw się, tańcz, jedz i pij z najpopularniejszymi celebrytami! Wszystko, co trzeba zrobić, to opowiedzieć nam o swoim pierwszym balu. Regulamin konkursu znajdziecie na naszej stronie…

– Jasna cholera! – zaklął Szymon i zahamował w ostatniej chwili.

Facet jadący przed nim zatrzymał się nagle. Najwyraźniej zobaczył na chodniku kogoś znajomego i postanowił go podwieźć.

– O mały włos rozkwasiłbym ci kuper! – krzyknął Szymon, choć tamten nie mógł go usłyszeć. Zatrąbił więc, a tuż po nim zrobiło to kilku innych kierowców stojących z tyłu.

Facet na szczęście ruszył, dzięki czemu Szymon wciąż miał szansę zdążyć na pierwszą lekcję. Jego myśli wróciły do słów spikera radiowego. O czym to on mówił? O konkursie. Wygrać zaproszenie na bal w Karpaczu? Po co komu bal? Zwłaszcza komuś takiemu jak on, porzuconemu przez żonę, samotnemu trzydziestosiedmiolatkowi?!

Do budynku liceum wpadł dosłownie równo z dzwonkiem. W drzwiach pokoju nauczycielskiego zderzył się z dyrektorką.

– Proszę wcześniej wychodzić z domu – upomniała go chłodno. – Dzwonek oznacza, że wychodzimy na lekcję, a nie wbiegamy do szkoły.

– Tak, tak – mruknął.

Szkoda mu było energii na tłumaczenie, że czasem zdarza się taki poranek jak ten, pełen czerwonych świateł i idiotów na drodze. Powiesił kurtkę na wieszaku, wziął klucz od klasy i poszedł na drugie piętro, aby przypomnieć tegorocznym maturzystom, co to jest mowa zależna.

Pogoda w sobotę okazała się niezła jak na listopad, więc Szymon mógł wywiązać się z obietnicy i zabrać Sebastiana na weekend do dziadków. Chłopiec wziął już dwie dawki antybiotyku i był nieco mniej spuchnięty, ale wciąż bolało go dziąsło, spod którego wyrastała prawa siódemka.

– Mamo, wiozę ci ciężko chorego wnuka – zażartował Szymon, który zatelefonował do rodziców, stojąc na przejeździe kolejowym. – Nie może gryźć, biedaczysko, no mówię ci, siedem nieszczęść. Chyba musisz mu ugotować kleik.

– Nie, tylko nie kleik! – zawołał Sebastian z tylnego siedzenia. – Babciu, nie rób kleiku! Ja mogę pierogi, rosół, grzybową…

– Mam pomysł! – oznajmiła babcia. – Rozmrożę mus truskawkowy i zrobię pyszne danie: pierożki leniwe. One rozpływają się w ustach i nic nie trzeba gryźć, do tego słodka śmietanka i mus truskawkowy właśnie. Może być?

– Może być – potwierdzili chórem Szymon i Sebastian.

Po obiedzie dziadek i wnuk wzięli wyżła Borysa na spacer po lesie, a Szymon usiadł z matką przy stole kuchennym i układał na blaszce herbatniki, które miały stanowić spód sernika wiedeńskiego. Mama ucierała mikserem twaróg z żółtkami i cukrem.

– Jak tam sprawy sercowe? – zapytała głośno, aby przekrzyczeć pulsujący odgłos miksera. – Rozmawiałeś z Anką?

– A o czym tu rozmawiać, mamo? Wszystko jest jasne. Mamy ustalony termin rozprawy rozwodowej, od razu zrobimy podział majątku. Ten Anki biznesmen jest przy forsie, więc pewnie ona przeprowadzi się do niego, a dom sprzedamy i podzielimy się pieniędzmi.

– Nie chciałbyś tam zamieszkać?

– Sam? Po co mi taki duży dom? Utrzymanie go sporo kosztuje. Dobre czasy się skończyły. To Anka w naszym małżeństwie dużo zarabiała. Ja z moją pensją nauczycielską…

– Przecież dorabiasz w szkole językowej. Nie przesadzaj, ona cię nie utrzymywała. Pracujesz jak mróweczka.

– Co nie zmienia faktu, że to dzięki jej zarobkom mogliśmy sobie pozwolić na dwa samochody, wakacje za granicą, ogrodnika i tak dalej. Ja będę musiał żyć skromnie.

Mama wyłączyła mikser. Milczała przez chwilę, zdejmując masę serową z ubijaków.

– A inne kobiety? – zapytała niby mimochodem. – Pojawił się ktoś w twoim życiu?

– Daj spokój, mamo! Nie uważasz, że jeszcze na to za wcześnie?

– Nie, nie uważam. – Mama popatrzyła na niego zadziornie, jakby rzucała wyzwanie. – Szkoda życia na samotność. Ty się w niej nurzasz, jakby ci to sprawiało jakąś masochistyczną przyjemność…

– Te twoje pseudopsychologiczne teorie! – prychnął Szymon. – W niczym się nie nurzam! Jestem smutny, bo rzuciła mnie żona. Zdradziła, diabli wiedzą, jak długo zdradzała, a potem odeszła. Czy to nie jest normalne, że chwilowo nie mam ochoty na niczyje towarzystwo? Że chcę pobyć sam, przetrawić to wszystko, jakoś się z tym uporać… Ale w swoim tempie, na litość boską! Nie zacznę się przecież umawiać na randki w celach terapeutycznych!

 

– Nie o tym mówię. Jeśli zamkniesz się w czterech ścianach, to nigdy nikogo nie poznasz! Daj sobie przynajmniej szansę! Wyjdź gdzieś, do kina albo ze znajomymi do pubu! Pojedź w góry! Kiedyś jeździłeś w każdy weekend!

– Daj spokój! To było w czasach studenckich!

– Raptem trzynaście lat temu. Nie rób z siebie staruszka.

Szymon nie miał siły dyskutować. Poczuł się bardzo zmęczony, naprawdę niczym starzec, który wszystko już przeżył i wszystkiego doświadczył, i który już tylko czeka na rychły koniec swojej historii.

Może mam depresję – przeszło mu przez myśl. – To by wyjaśniało, dlaczego wciąż czuję się taki wyczerpany i senny.

– Jesteś tak samo przystojny jak w kawalerskich czasach – mówiła dalej mama, która tymczasem zabrała się do ubijania piany z białek. – Zawsze mogłeś przebierać w pannach, lgnęły do ciebie jak pszczoły do miodu. Pamiętam tę Dorotkę z liceum…

– Ech, daj spokój, mamo. Stare dzieje.

– Przyjeżdżała pod byle pretekstem. Niby że chciała się od ciebie uczyć gry na gitarze. Czasem aż mi było jej żal, robiła takie maślane oczy, a ty nie zwracałeś na nią uwagi.

– Nie byłem zainteresowany – mruknął Szymon.

– Bo ktoś inny zaprzątał twoje myśli. Była taka czarnulka… Wszędzie wisiały jej zdjęcia. Jak jej było na imię?

– Weronika – mruknął. – I wcale nie wszędzie, bo miałem tylko jedno. Zresztą nieważne. Już mówiłem, stare dzieje. No, skończyłem z tymi ciasteczkami. Jeśli nie masz dla mnie już żadnej roboty, to pójdę się przejść, może spotkam tatę z Sebkiem.

– Roboty nie mam – odparła mama. – I doskonale wiem, że uciekasz przed rozmową. Wydaje ci się, że dopóki nie rozmawiasz o problemie, to jego nie ma? Jest, synku. Twoja samotność nie stanie się ani odrobinę mniejsza przez to, że będziesz o niej milczał. Ani odrobinę!

Nie słuchał dalej. Włożył kurtkę i wyszedł przed dom. Mama irytowała go tym wiecznym optymizmem, przekonaniem, że wszystko da się zrobić, jeśli tylko człowiek wystarczająco się stara. Otóż nie wszystko. Nie da się na przykład odbudować małżeństwa, kiedy uczucie się wypaliło.

Szymon ruszył przed siebie ścieżką, którą znał od dzieciństwa. Przez chwilę kluczył w zaroślach, by wreszcie znaleźć się na polance, gdzie w czasach dorastania chował się przed rodzicami, ilekroć chciał pobyć sam.

Uwierała go świadomość, że mama miała trochę racji. Samotność rzeczywiście była dokuczliwa. Dla faceta, który dotychczas narzekał na brak czasu, bo wiecznie miał jakieś domowe sprawy do załatwienia, trzeba było gdzieś zawieźć syna, skądś go zabrać, a na biurku zawsze piętrzyły się stosy sprawdzianów i kartkówek – dla kogoś takiego sytuacja, w której nagle ma się zająć tylko sobą (no i tymi nieszczęsnymi sprawdzianami), jest czymś nowym i nienaturalnym. Anka uznała, że skoro odeszła od męża, to nie będzie go prosić o pomoc w załatwieniu czegokolwiek. Oczywiście rozumiał to: pragnęła udowodnić jemu i samej sobie, że jest niezależna i samodzielna. Tylko że on bardzo chciał na coś się jeszcze przydać. Łatwiej było pogodzić się ze słowami „nie kocham cię już” i nawet „jest ktoś inny” niż ze świadomością, że i ona, i syn świetnie radzą sobie bez niego.

Sebastian zareagował na wieść o rozwodzie rodziców nadzwyczaj spokojnie – wydawało się, że bez emocji. Chyba sprawił to fakt, że rodzice się nie kłócili, nie obrażali wzajemnie, zwyczajnie się dogadali w kwestii rozstania. Szymon zastanawiał się nawet, jak udało mu się przejść przez to tak spokojnie. On sam na wieść o tym, że żona chce odejść do innego, zwyczajnie poszedł do baru i wypił trochę wódki. Wrócił w nocy, położył się spać na kanapie w salonie i nie odzywał się przez cały następny ranek. Oto cała jego reakcja.

Podejrzewał, że sam już prawdopodobnie Anki nie kochał. Byli ze sobą siłą rozpędu, bo dom, bo syn, bo wspólna codzienność… Owszem, trochę ucierpiała jego męska duma, ale nie miał złamanego serca. Wreszcie doszedł do wniosku, że trudno złamać coś, co jest wyschnięte na wiórek. Od dawna nie odczuwał żadnych romantycznych porywów. Pewnie to była jego wina, bo rozleniwił się w małżeństwie, nie dbał o podsycanie uczuć, nie kupował żonie kwiatów, nie zabierał jej na randki. Uznał jednak, że gdyby to wszystko robił, byłoby to sztuczne. Nie czuł potrzeby spędzenia z nią wieczoru. Kiedy nie było z nimi syna, zwyczajnie się ze sobą nudzili.

Więc może dobrze się stało, że ona odeszła – podsumował w myślach. I że potrafili to załatwić tak, żeby nie ucierpiało dziecko. Jedyne, co nie stało się dobrze, to to, że w miejscu, gdzie kiedyś była rodzina i dom, w życiu Szymona pojawiła się ogromna, czarna dziura, która nosiła imię „pustka”.

* * *

Weronika ostatni raz poprawiła włosy klientki siedzącej na fotelu.

– Chyba ładny odcień nam wyszedł, prawda? – zapytała.

– Mógłby być trochę bardziej popielaty. Ale może być – potwierdziła łaskawie pani Jola.

Cóż, w jej ustach brzmiało to jak nie lada pochwała. Niemal entuzjazm.

– Dam pani odżywkę, która powinna zapobiec żółknięciu – dodała szybko Weronika. – Wystarczy, jeśli będzie jej pani używać raz w tygodniu.

– Drogie to?

– Nie, nie, ja to pani dodaję gratis.

– A, no to wezmę.

Kiedy pani Jola wyszła z zakładu, Weronika odetchnęła z ulgą. Bała się takich klientek: wiecznie niezadowolonych, prychających, fukających z niesmakiem, ilekroć coś poszło nie po ich myśli. A szło często: wymyślały na przykład fryzury zupełnie niepasujące do ich kształtu twarzy, wysokości czoła albo rysunku brwi. Rude chciały stać się brunetkami, a brunetki – blondynkami, koniecznie bez żółtego odcienia. Te o prostych włosach marzyły o lokach, a te z naturalnymi puklami kazały je sobie prostować. No i wszystkie bez wyjątku oczekiwały, że te zabiegi pozostawią ich włosy w tak dobrej kondycji, w jakiej były przedtem, a może nawet w lepszej.

Weronika pozamiatała, odłożyła nożyczki do sterylizacji, umyła szczotkę i grzebień, przygotowała próbnik farb i zaparzyła sobie herbatę. Spojrzała na zegar. Miała jeszcze pięć minut do następnej klientki. Usiadła w fotelu i włączyła radio. Spiker ogłaszał właśnie konkurs pod hasłem „Mój pierwszy bal”. Nagrodą miało być dwuosobowe zaproszenie na bal sylwestrowy do Karpacza.

– Dwuosobowe – mruknęła między jednym łykiem herbaty a drugim. – Ciekawe po co. Nawet gdybym wzięła udział w tym konkursie i jakimś cudem go wygrała, na co mi podwójne zaproszenie, skoro nie mam nawet z kim obejrzeć filmu dziś wieczorem, a co dopiero pójść na bal.

Poza tym – choć w młodości lubiła pisać i marzyła o tym, aby zdawać na dziennikarstwo – nie miałaby o czym opowiedzieć. Nigdy nie była na prawdziwym balu. No, może raz. Ale nie jako zaproszony gość, lecz w charakterze kelnerki. Nie było czego wspominać.

Z takich rozmyślań wyrwał ją zdyszany głos klientki, która już od progu przepraszała za spóźnienie. Weronika wyłączyła radio i wzięła się do pracy.

Po całym dniu jak zwykle miała nogi ciężkie niczym kłody. Mimo że starała się strzyc i nakładać farbę na siedząco, i tak co wieczór musiała spędzić co najmniej pół godziny, leżąc na plecach z nogami opartymi o ścianę, aby pozbyć się wrażenia, że popękają jej łydki.

Tuż przed dwudziestą pierwszą wpadła do niej Iza z butelką wina.

– Dziś sobota – oznajmiła wesoło. – Nie zamierzasz chyba po prostu iść spać.

– Zawsze w soboty po prostu chodzę spać – odparła Weronika. – Podobnie jak w czwartki, niedziele oraz wszystkie inne dni tygodnia.

– Och, nie bądź nudna! Napijemy się wina. Siadaj! Dlaczego kładziesz się na podłodze?

– Codziennie muszę odleżeć swoje. Pół godziny to minimum, żeby krew wróciła na swoje miejsce.

Iza przyjrzała się z troską przyjaciółce. Sięgnęła do barku po kieliszki, przetarła je i nalała wina.

– Martwię się o ciebie – powiedziała. – Od śmierci tego drania powoli zasychasz jak niepodlewana paprotka u mojej ciotki.

– I dlatego postanowiłaś mnie podlać winem? – zaśmiała się Weronika.

– To też. Ale oprócz podlania potrzebujesz jakiegoś nawozu. Potrzebujesz troski.

– Daj spokój. Jest mi teraz lepiej niż kiedykolwiek.

– Taaa, w tym sensie, że nikt cię nie poszturchuje, nie obraża w pijackim amoku i nie podbiera ci pieniędzy przeznaczonych na rachunki. Tylko że pod wszelkimi innymi względami jest coraz gorzej. Weź się za siebie, dziewczyno!

Weronika westchnęła i z wysiłkiem podniosła się z podłogi.

– Co konkretnie masz na myśli? – zapytała sucho. – Co według ciebie powinnam zrobić?

– Nie wiem. Wyjść gdzieś. Idź do kina na dobrą komedię, na jakiś koncert, potańcz, poszalej, pośpiewaj. Kiedyś lubiłaś poezję śpiewaną… Miałaś gdzieś takie fajne płyty… Co to było?

– Stare Dobre Małżeństwo. Ale nie chcę tego słuchać.

– Dlaczego? – Iza odchyliła głowę i patrzyła na przyjaciółkę spod zmrużonych powiek. – Niby dlaczego nie chcesz?

– Bo wtedy zaczynam beczeć – odparowała Weronika. – Czy taka odpowiedź cię satysfakcjonuje?

Wypiła wino jednym haustem.

– Wszystko okazało się do dupy, rozumiesz?! – powiedziała napastliwie, choć wcale nie miała zamiaru być niemiła. – Moje życie, moje małżeństwo, moja praca! Nic mi się nie udało! Źle wybierałam od początku do końca!

Iza była jej przyjaciółką od czasów liceum. Nie dała się spłoszyć opryskliwym tonem ani złym humorem.

– Właściwie dlaczego zostałaś fryzjerką? – zapytała. – Właśnie sobie uświadomiłam, że nigdy o tym nie rozmawiałyśmy. Czy ty przypadkiem nie marzyłaś o karierze dziennikarskiej?

– Dziennikarskiej! – prychnęła Weronika. – Może i marzyłam, ale to były takie dziecinne fantazje. Znasz mnie przecież. Jestem nieśmiała, nie mam za grosz siły przebicia. Czy dziennikarka może być zahukana?

– Nie jesteś zahukana. A w każdym razie nie byłaś. Cicha i refleksyjna, to tak. Ale zahukana, jeśli w ogóle taka jesteś, stałaś się dopiero jako żona Artura.

– Zaraz mnie jeszcze zapytasz, dlaczego za niego wyszłam.

– A żebyś wiedziała!

Wbrew tym słowom Iza nie zapytała jednak o nic więcej. Dolała wina i poszła po orzeszki ziemne. Doskonale wiedziała, gdzie co jest w kuchni przyjaciółki. Swego czasu, tuż po śmierci Artura, mieszkała tu przez trzy tygodnie, bo Weronika bała się każdego szmeru.

– Powiem ci, dlaczego za niego wyszłaś – oznajmiła, wróciwszy do pokoju. Przesypała orzeszki do bambusowej miseczki i usiadła naprzeciwko Weroniki. – Ponieważ ten drań miał zwierzęcy urok, a ty nie umiałaś odróżnić zauroczenia od miłości. I ponieważ umarł twój tata, a mama znalazła sobie drugiego męża, którego nie akceptowałaś. Byłaś sama. Nie lubisz być sama. Prawie nikt tego nie lubi. Jesteśmy stworzeniami stadnymi, czy nam się to podoba, czy nie. Dlatego przyszłam tu dzisiaj z winem, dlatego przychodzę tu od lat.

– Przecież ty masz rodzinę – chlipnęła Weronika, która rozpłakała się już przy słowach „nie lubisz być sama”. – Masz swoje stado.

– Tak, ale ono mnie wkurza. – Iza mrugnęła zawadiacko. – Nie masz pojęcia. Dzieciaki mają swój świat, jakieś pokemony i gry, do dłoni poprzyrastały im telefony, a jak matka się do nich odezwie, to prychają ze zniecierpliwieniem, bo przeszkadza. Z kolei Mirek całymi dniami gapi się w telewizor.

– Pogap się razem z nim.

– Taaa, zwłaszcza że to są kanały sportowe. Uwielbiam sport!

Mówiła ironicznie, śmiała się przy tym, ale Weronika znała ją zbyt dobrze, by dać się zwieść. Iza była rozżalona, rozczarowana i zmęczona. Potrzebowała przerwy, jakiejś odskoczni, relaksu.

– Pouczasz mnie, że powinnam wyjść do kina albo na koncert, a sama wlazłaś po uszy w rolę kury domowej. Nie sądzisz, że…

– Tak, sądzę – przerwała jej Iza, machając ręką. – Oczywiście, że powinnam zająć się sobą. Pójść do kosmetyczki, do fryzjera.

– No, u fryzjera właśnie jesteś. Jeśli chcesz, to ci zaplotę…

– Daj spokój. Odpocznij.

– Ale zawsze lubiłaś, jak ci czesałam koronę albo kłos.

– Pij wino. Tego mi najbardziej trzeba. Żeby ktoś się ze mną napił wina, wysłuchał mnie, nie oceniał, nie pouczał. Po prostu przy mnie pobył. Rozumiesz?

– Rozumiem – odparła Weronika, która uświadomiła sobie, że potrzebuje tego samego.

Po wyjściu Izy napuściła wody do wanny i wlała kilka kropli olejku do kąpieli, aby łazienka wypełniła się zapachem igliwia. Rozebrała się i stanęła nago przed lustrem. Już od dawna na jej ciele nie było sińców ani otarć, a jednak nawyk pozostał – zawsze rano i wieczorem sprawdzała, czy może włożyć bluzkę z krótkim rękawkiem albo z większym dekoltem.

 

Iza miała rację, twierdząc, że człowiek to stworzenie stadne i w samotności zawsze będzie mu źle. Nie brała tylko uwagę tego, że czasem samotność jest wybawieniem. I tym właśnie była dla Weroniki. Wybawieniem od strachu, od pogardy, której starała się nie żywić dla męża, tłumacząc sobie, że alkoholizm to choroba, że on na trzeźwo nigdy by jej nie uderzył, nigdy by jej nie ukradł pieniędzy… A jednak gardziła nim, brzydziła się go i nienawidziła, ilekroć składał te swoje pijackie obietnice, że nigdy więcej, podczas gdy ona przykładała do obolałych miejsc lód zawinięty w ściereczkę, żeby następnego dnia obrzęk był mniejszy.

Umarł w najgłupszy z możliwych sposobów. Zachłysnął się własnymi wymiocinami, kiedy wracał z imienin kolegi. Nie było przy nim żony, ponieważ nie została zaproszona, to była męska impreza. Znaleziono go dopiero rano, gdy był już niemal zupełnie sztywny.

Gorąca woda otuliła jej ciało, rozluźniła mięśnie. Weronika odchyliła głowę i zanurzyła włosy, pozwalając, by unosiły się swobodnie i łaskotały ją w ramiona. Zmęczone nogi już nie bolały. A może to dwie lampki wina pozwoliły zapomnieć o bólu?

Czy tak właśnie ma wyglądać reszta mojego życia? – zadała sobie pytanie. – Będę wracać skonana z pracy, wypijać trochę alkoholu, aby się rozluźnić, poprawiać gorącą kąpielą, a potem siedzieć w pustce, aż zmorzy mnie sen? Przed telewizorem, przy książce, wszystko jedno. Tak czy owak, pustka pozostanie pustką, niezależnie od tego, czy spróbuję zagłuszyć ją ciekawą historią, głośną muzyką czy nawet wizytą przyjaciółki.

Co trzeba zrobić, aby nadać życiu sens? I czy wszyscy inni ten sens znajdują? Nie wierzyła w to. Była przekonana, że takich jak ona – ludzi nie bardzo wiedzących, po co właściwie żyją, jest wielu. I nie chodziło tylko o samotność. Bywa przecież, że ktoś ma rodzinę, kochającego partnera, jest otoczony gromadką dzieci, a zmaga się z depresją, nie znajduje odpowiedzi na pytania o sens tych codziennych zmagań ze światem.

Jako młoda dziewczyna była bardzo religijna. Ojciec zachorował wtedy na raka. Ten okres w jej życiu – wbrew pozorom – Weronika wspominała jako najbardziej wypełniony treścią. Jej świat składał się z opieki nad chorym, szczerej modlitwy i miłości (a była wówczas zakochana najpiękniej, bo po raz pierwszy). Towarzyszyło temu przeświadczenie, że każdy dzień może przynieść jakiś dar, cudną niespodziankę od losu czy raczej Boga – bo naprawdę wierzyła, że to Stwórca rozdaje karty. Czuła się potrzebna i z całą sobą odczuwała błogą pewność, że taki jest właśnie sens istnienia: robić coś dla drugiego człowieka.

Dopiero małżeństwo z Arturem wyleczyło ją zarówno z tego przekonania, jak i z wiary w Boga. Kiedy po raz kolejny podnosiła się z podłogi, sprawdzając, czy ma wszystkie zęby, kiedy sprzątała po nim i prała jego uwalane wymiocinami ubrania – stopniowo przestawała wierzyć w cokolwiek.

Przez te wieczorne rozmyślania źle spała. Śniły jej się jakieś strzępki przeszłości: biwak szkolny, na którym zerkała na Szymona grającego na gitarze, a potem nagle Artur, wyjątkowo zupełnie trzeźwy, wymierzający jej metodycznie cios za ciosem za to, że ośmieliła się patrzeć na innego.

– Patrzyłam na gitarę – tłumaczyła się w tym śnie, ale mąż nie słuchał, bił dalej, aż na jego rękach pojawiła się krew. – Wiesz dobrze, że inni mężczyźni mnie nie interesują. Jesteś tylko ty.

Obudziła się spuchnięta, z bólem głowy i karku. Nigdy więcej wina, pomyślała. Nie, raczej nigdy więcej wspomnień. Skąd jej się w ogóle wziął ten Szymon? Przecież to stare czasy.

Zaparzyła sobie kawę i usiadła przy oknie, aby mieć widok na bezlistne drzewa. Usiłowała sobie przypomnieć, jak wyglądają latem. Nie znosiła listopada. Potrzebowała odrobiny koloru, najchętniej zieleni, ale jesienne rudości także ją cieszyły. W grudniu można było przynajmniej ubarwić sobie świat choinką i ozdobami, natomiast listopad był bezbarwny, szary i zimny. O tej porze roku naprawdę trudno było dostrzec w czymkolwiek sens.

Jej myśli wróciły do paskudnego snu. Tak naprawdę doskonale wiedziała, co sprawiło, że Szymon pojawił się w jej wspomnieniach. Przywołało go ogłoszenie o konkursie, usłyszane poprzedniego dnia w radiu. Konkurs na opowieść o pierwszym balu. To wtedy wrócił obraz zmierzwionych blond włosów, szarych oczu i tego uśmiechu, któremu nie mogła się oprzeć żadna dziewczyna.

Chodzili razem do liceum. Już w pierwszej klasie widać było wyraźnie, że Szymon nie jest po prostu jednym z wielu uczniów. Był wybitny. Na angielskim swobodnie rozmawiał z nauczycielem, podczas gdy reszta grupy wybałuszała oczy i usiłowała wyłapać choć ogólny sens konwersacji. Na matematyce rozwiązywał zadania maturalne już w drugiej klasie. Jego serwów w czasie gry w siatkówkę nikt nie był w stanie odebrać, nikt również nie mógł go powstrzymać podczas rajdów z piłką na bramkę, gdy chłopcy grali w futbol. Był wirtuozem gitary, śpiewał przyjemnym głosem z leciutką chrypką, a do tego grał w szkolnym teatrze i recytował niczym zawodowy aktor.

W dodatku był duszą towarzystwa. Lubiany przez wszystkich i dla każdego życzliwy, zawsze roześmiany, po prostu idealny kumpel. Jego popularność była oczywista, szybko stał się kimś w rodzaju szkolnej gwiazdy.

Czy można było się w nim nie zakochać? Zapewne tak. Na przykład Iza pozostała odporna na jego wdzięk, zawsze bardziej podobali jej się umięśnieni twardziele. Ale dla Weroniki był bożyszczem. Nie miał wad. Wszystko, co zrobił lub powiedział, było absolutnie idealne, godne uwielbienia i zachwytu.

Od początku starała się być blisko. Zdawała sobie sprawę, że Szymona otaczają wielbicielki i że ona nie ma przy nich najmniejszych szans. Niewysoka, drobna, niewyróżniająca się niczym – mogła być dla Szymona jedynie przyjaciółką, nie kandydatką na dziewczynę.

Udało jej się do niego zbliżyć dopiero w drugiej klasie. Teatr szkolny, którego trzon stanowili uczniowie z klasy Weroniki, wystawiał wówczas spektakl według Stachury. Pojawił się problem ze scenariuszem.

– Tu jest za dużo piosenek – mruczał niezadowolony polonista. – Wiem, że lubicie śpiewać, fajnie, że jest Szymon z gitarą, ale widziałbym jednak więcej ról mówionych. Dialogi! Potrzebne nam dialogi!

– A gdyby tak powstawiać fragmenty z Dziennej jazdy pociągiem? – zapytała nieśmiało Weronika, która nie dostała żadnej roli, a bardzo chciała się na coś przydać.

– Co masz na myśli?

Wzrok polonisty spoczął na jej twarzy, a wraz z nim spojrzeli na nią uczniowie, w tym ten jeden, najważniejszy – Szymon. Uśmiechnął się zachęcająco, a w jej duszy wszystko się rozśpiewało.

– Przedział w pociągu – rzuciła już odważniej. – Różni pasażerowie, z różnymi historiami. Jak to w pociągu, nawiązują rozmowę, ktoś czyta, ktoś rozwiązuje krzyżówkę…

– Ktoś pisze list… – wtrącił się Szymon, a jego oczy błyszczały podekscytowaniem. – I śpiewa Z nim będziesz szczęśliwsza.

– Ktoś inny patrzy przez okno, mówi, że wschodzi słońce. I tu pasuje Wstaje nowy dzień – dodał ktoś inny.

Klasa zaczęła się przerzucać propozycjami, a nauczyciel patrzył na nich z rosnącym zadowoleniem.

– I o to właśnie chodzi – oznajmił wreszcie. – O burzę mózgów, o pomysły. Szymon i Weronika zajmą się zebraniem tego wszystkiego. Weronika, ty jesteś na bieżąco z prozą Stachury? Czytałaś tę Dzienną jazdę pociągiem?

Weronika skinęła głową.

– Świetnie, w takim razie powybierasz odpowiednie fragmenty. Spotkajcie się któregoś dnia, Szymon dobierze piosenki, spiszcie to. Dorota z Kaśką zaczną myśleć nad scenografią, to nie będzie łatwe, przedział w pociągu to nie mogą być krzesła, bo wyjdzie jak poczekalnia u dentysty…

Weronika już nie słuchała. Patrzyła uszczęśliwiona w oczy Szymona, który uśmiechnął się do niej i zapytał, czy pasuje jej czwartek po południu. Pasował. Pasowałaby jej każda data i każda pora.

* * *

Niedzielne wieczory miały w sobie więcej smutku niż pozostałe. Szymon odwiózł syna do Anki, po czym wrócił do pustego mieszkania. Nie chciało mu się nawet zapalać światła. Siedział przez jakiś czas po ciemku, aż przypomniało mu się, że na następny dzień zapowiedział test, a jeszcze go nie wydrukował.

– Klasa druga a by się ucieszyła – mruknął do siebie.

Zapalił światło i z westchnieniem usiadł do komputera. Miał ochotę na piwo, ale wolał z tym poczekać, aż dopnie wszystkie sprawy szkolne na ostatni guzik. Wiedział, że po kilku łykach stanie się senny i prawdopodobnie o czymś zapomni.

Wydrukował testy, powpisywał planowane tematy w dzienniku elektronicznym i sprawdził, czy ma wystarczającą ilość kopii mapek dla uczniów szkoły językowej, z którymi zamierzał ćwiczyć pytanie o drogę. Wreszcie uznał, że jest przygotowany na nadejście poniedziałku. Wziął gorący prysznic, żeby pozbyć się nieznośnego napięcia ramion i karku, po czym otworzył puszkę piwa.

Wiedział, że jego kiepski nastrój wynika po trosze z tego, że pokłócił się z matką. Po niedzielnym obiedzie, kiedy Sebastian bawił się z psem na podwórku, a ojciec i Szymon zaczęli partyjkę warcabów, mama postanowiła wrócić do tematów damsko-męskich.

– Nie masz jeszcze czterdziestki – powiedziała zaczepnie. – Zamierzasz spędzić resztę życia w samotności?

– Mamo, naprawdę nie masz innych zmartwień?

Wzięła się pod boki i przekrzywiła głowę. Wyglądała jak rozgniewana przekupka.

– A żebyś wiedział, że nie mam! – odrzekła. – Wszystko inne mi się układa! Nawet ten wasz rozwód byłby do przyjęcia, bo Sebuś tak pięknie potrafi się odnaleźć w tej sytuacji… Ale matka nie może spać spokojnie, wiedząc, że jej dziecko jest nieszczęśliwe.

Inne książki tego autora:
Rozwiń