Zakręty losu. Historia LukasaTekst

Z serii: Zakręty losu #3
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 4

– Gruby bat, mówisz? Nie wiem, czy chcę znać szczegóły. – Krzysiek uśmiechnął się i nabił na widelec ogórka. – Ale pamiętam, jak cię zgarnęli. Cholera, to było dla mnie jak koniec świata.

– Wiem, Krzysiek. Dla mnie też nie było to nic miłego. Ale liczyłem się z czymś takim. Tylko nie sądziłem, że znajdę się za kratkami, bo jakiś dupek poczuje się zagrożony.

– No, ale powiedz szczerze, Łukasz, jeśliby ten cały Wasyl nic nie zrobił, to nie zająłbyś wkrótce jego miejsca? – Młodszy Borowski utkwił swoje dwukolorowe oczy w starszym bracie.

Ten wpatrywał się w niego przez chwilę i w końcu uśmiechnął się tym swoim półuśmiechem.

– Pewnie, że zająłbym jego miejsce. Byłem od niego młodszy, mądrzejszy, silniejszy, a moi ludzie byli bardziej lojalni.

– Na pewno byłeś skromniejszy – mruknął Krzysiek, kręcąc głową.

– To też, braciszku, to też…

***

Moje dwudzieste drugie urodziny zbiegły się w czasie z ważnym wydarzeniem w mojej karierze. Wasyl wezwał mnie do siebie i powiedział:

– Lukas, zrobimy ci imprezę u mnie w klubie. Poza tym przyjadą goście z Południa i ze Wschodu. Chcą cię poznać.

– Nie ma problemu. – Wzruszyłem ramionami. – Ale spędu to od razu nie musicie robić.

– Nie bądź taki skromny. Jesteś naszą gwiazdą. Szefowie nie mogą się doczekać, aż cię poznają.

Czy słyszałem w jego głosie zawiść? W sumie miałem to głęboko w dupie, to był jego problem, nie mój. Nie lubiłem zamieszania wokół siebie, jasne, z szefostwem chętnie bym się spotkał, ale mimo zabawowego trybu życia jednak najlepiej się bawiłem we własnym domu, słuchając muzyki i popijając whisky. Ale czy miałem szansę na chwilę relaksu w samotności? Raczej nie. Nie w tym życiu.

– Więc bawimy się w sobotę? U ciebie?

„U ciebie” oznaczało klub przy rynku, zwany Związkiem Autorów. Wasyl był jego właścicielem i bardzo chciał mi się przypodobać, choć najchętniej pozbyłby się mnie z pola widzenia. Trochę było mi przykro z tego powodu, bo ciągle jeszcze lubiłem tego sukinsyna, ale tutaj nie było miejsca na sentymenty. Musiałem pilnować tyłka, bo widziałem, że Wasyl chętnie by mi nakopał. I nie tylko. Ale na razie nie zrobił nic, co by mnie sprowokowało do odwetu, i dlatego nadal grałem w tę grę. Lecz podświadomie wiedziałem, że długo to nie potrwa. Tymczasem czekałem na sobotnią imprezkę, moje urodziny i wizytę szefostwa.

W tamtym czasie spotykałem się z Justyną, która w sumie była najfajniejszą z moich dotychczasowych dziewczyn. Studiowała filologię romańską i miała poukładane w głowie. Poznałem ją w dyskotece. Spodobało mi się, że nie starała mi się podać na tacy, jak drugie danie na obiad, tylko po prostu zaczęła rozmawiać. Przegadaliśmy z pół nocy. Wiedziałem, że poważnego związku z tego nie będzie, ale Justyna była mądra, inteligentna i ładna. I to mi na razie wystarczało. Poza tym… ostatnimi czasy wyszalałem się na tyle, że teraz kręcił mnie ten niby stały związek.

Justyna wynajmowała mieszkanie niedaleko mnie, bo nie byłem aż tak zaangażowany, żeby zaproponować jej wspólne zamieszkanie. Wiedziałem, że mój dom to moja twierdza. Tam czułem się najlepiej i najbezpieczniej. Rzadko ktoś do mnie przychodził, bo nie lubiłem gości, zwłaszcza ze środowiska, w którym się obracałem. A innych ludzi raczej nie znałem. Wyjątkiem była rodzina. Matka z Krzyśkiem odwiedzili mnie kilka razy i chociaż nie przyznawałem się do tego głośno, bardzo mnie te wizyty cieszyły. Widziałem, że mamie podoba się moje mieszkanie, urządzone w takim samym minimalistycznym stylu jak jej dom. Gust i smak też odziedziczyłem po niej.

Justyna była moim pierwszym w miarę poważnym związkiem. Choć nie był to jedyny powód, dla którego tak dobrze ją pamiętam. Nie wierzyłem w miłość, wierność i uczciwość małżeńską. W ten cały banał „i żyli długo i szczęśliwie”. Widziałem, jak zachowywali się moi żonaci koledzy, jak na każdej dyskotece obracali chętne małolaty na zapleczu lub tylnym siedzeniu samochodu. Jasne, ja robiłem w sumie to samo, ale na mnie w domu nie czekali żona i dziecko. Z tego powodu nie wierzyłem w miłość i stały związek. Może dlatego z Justyną było nam tak dobrze, bo ona stawiała na karierę, chciała wyjechać do Francji na stypendium na Sorbonie i też nie miała wobec mnie żadnych poważniejszych planów. Ale na razie byliśmy razem i dobrze się bawiliśmy. I naprawdę świetnie się rozumieliśmy.

W dzień moich urodzin Justyna przyjechała do mnie i mieliśmy razem pojechać do klubu. Zanim wyszliśmy, kochaliśmy się na kanapie w salonie, bo do sypialni nie wpuściłem jak dotąd żadnej dziewczyny. Może to było staroświeckie i zupełnie niepasujące do Lukasa, na pewno dziwne, ale czułem jakiś opór przed tym, żeby bzykać laski we własnym łóżku. Uważałem, że pierwsza kobieta, która się tam pojawi, będzie dla mnie kimś tak ważnym, jak ja dla niej. Justyna nie wiedziała nic o moim dziwnym oporze i nigdy nie miała się o nim dowiedzieć. Zresztą znając ją i jej stosunek do związków i uczuć, zaśmiałaby się i pokręciła głową, nazywając mnie „świrniętym Lukiem”. Ona, jako jedyna, mówiła do mnie Luk albo po prostu Łukasz. Dla całej reszty świata, oczywiście oprócz matki i brata, byłem Lukasem i tak miało pozostać na długie lata.

Dojechaliśmy do klubu, a gdy parkowałem w Rynku, Justyna nieoczekiwanie złapała mnie za rękę i powiedziała:

– Szkoda, że nie poznaliśmy się później.

Spojrzałem na nią zdziwiony.

– To znaczy?

– Nie wiem. Ale za kilka lat, kto wie… Ja byłabym już na swojej drodze i może ty też.

– A skąd wiesz, jaka jest ta moja droga?

– A ty wiesz?

Nic jej nie odpowiedziałem. Patrzyłem na nią przez chwilę, uniosłem dłoń i pogłaskałem ją po policzku.

No właśnie. Czy wiedziałem, dokąd zmierzam? Co mnie czeka za kolejnym zakrętem? Co niesie mi los? Nie, tego wiedzieć nie mogłem, ale przeczuwałem, że nie będzie to nic dobrego. Dlaczego się nie zatrzymałem, nie zmieniłem kierunku? Mieć dwadzieścia kilka lat, łatwy szmal, szybkie życie, poczucie władzy i przekonanie o własnej nieomylności – to czyni cuda, zmienia tok myślenia i przewraca świat o sto osiemdziesiąt stopni. Tak miało być i tak się stało.

Impreza w Związku Autorów była jak większość naszych wewnętrznych spotkań. Dużo wódy, trawy i dziewczyn. Justyna już trochę znała towarzystwo, wiedziała, czym się zajmuję, i nie komentowała tego. Byłem jej za to wdzięczny, bo ostatnie, czego wtedy potrzebowałem, to kazania. Nie widziałem w jej oczach akceptacji, ale krytyki też nie. Przyjmowała to jako coś oczywistego. A raczej jako coś, co jej nie dotyczyło, i taki układ mi też pasował. Nie jej cyrk, nie jej małpy.

Za to mogłem obserwować, jak inne dziewczyny rzucają jej zazdrosne i nienawistne spojrzenia, kiedy wchodziła ze mną do klubu, przytulona do mojego ramienia. Czasami z pewnych rzeczy nawet nie zdawałem sobie sprawy, dopiero gdy kilka razy Justyna pokazała mi, na co patrzeć, zacząłem się przyglądać. I nie powiem, było to nawet zabawne.

Siedziałem właśnie przy stoliku z Fazim, Jarem i kilkoma innymi chłopakami, kiedy zobaczyłem idącego w moją stronę Wasyla. Uśmiechał się szeroko, dla mnie jednak jego uśmiechy były zawsze podszyte fałszem. Ale ja również umiałem przybierać różne maski i teraz także uśmiechnąłem się szeroko.

– Lukas, ty draniu! Tu jesteś! – Wasyl podszedł i uściskał mnie, jakbyśmy się z rok nie widzieli.

– Jestem, jestem – mruknąłem, patrząc na Jara, który przyglądał się temu ze zmarszczonym czołem.

– Porwę na chwilę naszego wielkoluda, chyba nie macie pretensji. – Wasyl pochylił się, spoglądając głównie na Justynę, która pokręciła głową i uśmiechnęła się nieznacznie.

– Chodź, chodź. Szef chce cię poznać.

– Jaki szef? – spytałem, patrząc z góry na idącego obok mnie mężczyznę.

Ten spojrzał na mnie, uśmiechnął się nieznacznie i pokręcił głową.

– Mój szef. Prawa ręka szefa wszystkich szefów. Pan Słonko.

***

Krzysiek drgnął na dźwięk tego imienia.

– To już wtedy się zaczęło? – spytał zachrypniętym głosem.

– No, a jak myślisz? To sięgało bardzo głęboko i bardzo daleko. Gdy poznałem Aleksandra Słonkę, którego ty też miałeś przyjemność spotkać, wszedłem w ten układ dużo głębiej, niż przypuszczałem. Wszystko się zmieniło. To już nie byli chłopcy bawiący się na mieście. To już nie była wieczna impreza, obijanie mord. Zrobiło się groźnie i poważnie. Międzynarodowe grupy przestępcze to nie to samo, co lokalna mafijka przejmująca dyskoteki. I może udałoby mi się trzymać z boku, gdyby durny Wasyl nie zrobił tego, co zrobił. Ułatwiając mi tym samym wiele rzeczy, ale utrudniając wycofanie się z tego gówna. Potem… – Łukasz zamyślił się na moment. – Potem już nic nie było takie samo. I ja się zmieniłem, i cele się zmieniły. Ale o tym później.

– Czekaj. – Krzysiek uniósł dłoń. – Domyślam się, kto był szefem szefów.

– No, nietrudno zgadnąć.

– Kiedy go poznałeś?

– Gdy wyszedłem z więzienia. Ale najpierw poznałem Słonkę. – Łukasz rozlał alkohol do szklanek i miał zamiar wrócić do swojej historii, gdy zadzwoniła jego komórka. Spojrzał na wyświetlacz i uśmiechnął się.

– Co tam, kochanie, stęskniłaś się? – powiedział wesoło.

– Łukaszku, jedziemy do klubu. – Magda usiłowała przekrzyczeć dudniącą muzykę.

– A czasem już tam nie jesteście? – Łukasz prawie krzyczał do telefonu, a Krzysiek dusił się ze śmiechu.

– Dopiero się wybieramy. Kaśka z Sylwią robią dyskotekę, ale już wychodzimy. Mama zostanie z Kacprem i Kamilkiem.

Dla rodziny Borowskich obaj chłopcy byli najważniejsi. Kacper był synem Magdy z pierwszego małżeństwa, małżeństwa, o którym chciała zapomnieć i nigdy go nie wspominać. Dla Kacpra Łukasz był ojcem, choć nie nazywał go „tatą”. Jeszcze. Kamilek był synem Kaśki i Krzyśka i pojawił się w ich życiu po latach walki z naturą i przeciwnościami losu. A starsza pani Borowska stała się ukochaną babcią.

 

– Dobrze, Madziu, ale bądź grzeczna – powiedział Łukasz z uśmiechem.

– Zawsze jestem.

– A dobrze się czujesz?

– Jasne, o nic się nie martw. Oczywiście, nie piję, będę musiała powtórzyć to panieńskie kiedyś, bo to niesprawiedliwe. – Dąs Magdy był uroczy.

– Odbijesz sobie, mała, ale dzisiaj uważaj. Wiesz, że się o ciebie martwię. – Łukasz wstał i podszedł do okna, za którym zapadł już mrok.

– Wiem –odparła Magda już ciszej, chyba też gdzieś wyszła, z dala od ogłuszającego hałasu. – Jak i ja o ciebie. Co robicie?

– Rozmawiamy. I pijemy. Jedziecie autem?

– Tak. Kaśki. Może przyjedziecie do nas?

– Może przyjedziemy. A gdzie będziecie?

– Kaśka zamówiła stoliki w Antidotum.

– Knajpa mojego kumpla.

– Czemu mnie to nie dziwi? – parsknęła.

– Dobrze, dobrze… Postaramy się wpaść, ale generalnie to dzisiaj powinniśmy się bawić osobno. – Łukasz się uśmiechnął.

– Wiem, wiem, ale lubię cię mieć przy sobie.

– Oj, piękna, jak ty to robisz? Jedno słowo, a już jestem cały twój…

– Bo jesteś. A wszystko okej? Wydajesz się trochę smutny – Magda jak nikt inny potrafiła wyczuć każdą zmianę jego nastroju.

– Nie, kochanie. Wszystko dobrze. Wreszcie mam okazję nadrobić stracony czas i porozmawiać z bratem. A ty baw się grzecznie, żebym nie musiał interweniować.

– Bardzo śmieszne – zaśmiała się Magda. – To pa, kocham cię .

– I ja ciebie, moja piękna. Pa, pa – odpowiedział i się rozłączył.

Odwrócił się i zobaczył rozbawione spojrzenie Krzyśka.

– Jak znam moją żonę, to impreza dopiero zaczyna się rozkręcać?

– Dokładnie. Kaśka zamówiła stoliki w klubie, właśnie tam jadą. Nie wiedziałem, że twoja kobieta jest taka zabawowa. – Łukasz usiadł obok brata i stuknął się z nim szklanką z trunkiem.

– Ha, ha, ja też nie wiedziałem. A u Magdy wszystko dobrze? Jak ona się czuje?

– W porządku. Pierwsze trzy miesiące albo spała, albo siedziała w łazience. Ale teraz jest już dobrze. Kwitnie. Moja kobieta kwitnie. – Gdy Łukasz mówił o Magdzie, która za tydzień miała zostać jego żoną, jego głos się zmieniał, a słuchającego uderzało ciepło i uczucie, bijące z wypowiadanych słów.

Jak teraz. Krzysiek dobrze wiedział, co jego brat czuje do tej dziewczyny, którą uratował z toksycznego, przemocowego związku. A potem ocalił jej życie. A ona, Magda, ocaliła jego. I jego człowieczeństwo. Krzysiek wiedział, że będzie jej za to wdzięczny do końca swoich dni. Rozumiał to szalone uczucie pomiędzy Łukaszem a Magdą, bo dokładnie to samo buzowało między nim a Kaśką, z którą był związany od osiemnastego roku życia i choć ich drogi rozeszły się na długie trzynaście lat, odnaleźli się po tak długim czasie, z zaskoczeniem odkrywając, że ich uczucie nie straciło na sile. I po wielu trudnościach wciąż byli razem, mieli syna i wreszcie… po prostu żyli. A teraz to samo spotkało jego starszego brata. W końcu. On też odnalazł spokój. W głowie i w sercu.

– Kobiety w ciąży zwykle kwitną. – Krzysiek klepnął brata w plecy. – Cieszysz się, że będziesz ojcem?

Łukasz spojrzał na niego i Krzysiek dojrzał w jego oczach nie tylko miłość, lecz także strach.

– Stary. Nie wiem nawet, jak opisać to, co budzi się we mnie zawsze, kiedy przytulam się do jej brzucha. To jest coś nieprawdopodobnego. A jednocześnie cholernie się boję. Nasze dziecko ma żyć na tym pokręconym świecie? Za każdym razem, gdy tylko wyjdzie z domu, będę dostawał ataku serca.

– Oj, bracie… – Krzysiek się roześmiał i znowu poklepał siedzącego obok brata w plecy. – Wiem, o czym mówisz. Ale powiedz sam. Czy to nie będą jedne z najlepszych chwil w życiu? Troska, miłość, a nawet ten cholerny strach? Czy to nie jest warte wszystkiego?

Łukasz spojrzał bratu w oczy i uśmiechnął się szeroko.

– Jest, braciszku. Jest. To jest warte wszystkiego. I dziękuję za nią losowi nieustannie. Za moją Magdę. Bo bez niej byłbym martwy. Dobrze to rozumiem. I wiesz, pewnie byłbym martwy zupełnie dosłownie. Ale nie myślałem o tym. Wówczas to była dla mnie jedna wielka zabawa.

***

Udałem się za Wasylem na piętro, do jego biura. Na skórzanych kanapach rozpierało się dwóch wielkich facetów i jeden wysoki, ale znacznie szczuplejszy. Domyśliłem się, że ten musi być kimś ważnym, bo dwaj mięśniacy siedzieli po obu jego stronach i wpatrywali się we mnie wzrokiem, który wyraźnie mówił „Hamuj, chłopcze”. W sumie rozpędzony za bardzo nie byłem, nie planowałem żadnych wyskoków, no i miałem zamiar jeszcze trochę pożyć.

– Aleks, to nasz złoty chłopak. Lukas. – Wasyl dokonał szybkiej prezentacji.

Szczupły mężczyzna wstał, uśmiechnął się i podał mi rękę.

– Witaj, Lukas – powiedział z silnym wschodnim akcentem. – Dużo o tobie słyszałem.

– Witam – mruknąłem i uścisnąłem mu rękę.

– Aleks, musisz się przyzwyczaić. Nasz Lukas jest raczej milczący i niezbyt przyjaźnie nastawiony. – Wasyl wyraźnie nadskakiwał swojemu szefowi.

– Nie musi być przyjaźnie nastawiony, ważne, żeby był skuteczny. – Słonko szybko uciął wywód Wasyla.

Popatrzył na mnie i objął mnie ramieniem. Zesztywniałem. Nie lubiłem takiej bliskości, zwłaszcza ze strony obcych ludzi. Słonko poprowadził mnie w stronę barku, wskazał wysokie stołki. Usiedliśmy, on nalał alkohol do szklanek i przesunął jedną w moim kierunku. Gdy wypiliśmy, Słonko, nie spuszczając ze mnie wzroku, powiedział:

– Rozmawiałem z moim szefem. Właściwie – z naszym. Jesteśmy ci wdzięczni za wkład w rozwój naszego biznesu. Mamy wobec ciebie plany.

– Jakie plany?

Widziałem, że Słonko zerka za mnie, gdzie na sofach siedzieli jego goryle i Wasyl.

– Chcemy, żebyś zajął się zachodnią częścią kraju, klubami nie tylko tu, we Wrocławiu, lecz także w całym sektorze, aż do niemieckiej i czeskiej granicy.

– A Wasyl? – zapytałem, bo przecież teraz on tym wszystkim zarządzał.

– Wasyl… – Słonko się uśmiechnął.

Gdybym to ja był Wasylem, poczułbym się więcej niż niepewnie.

– Wiesz, to on mnie wprowadzał w te klimaty. – Byłem lojalny, to oczywiste. Poza tym ciągle lubiłem tego drania.

– Zadziwiasz mnie, Lukas. Jesteś młody, ale bardzo dojrzały. O nic się nie martw. Wasyl zrobił już swoje, na więcej go nie stać. Potrzebujemy świeżej krwi, kogoś nowego, kogoś z charyzmą. I ty będziesz idealny.

Patrzyłem w zimne niebieskie oczy tego całego Słonki i poczułem dreszcz. Chyba właśnie wtedy uświadomiłem sobie, że zabawa się skończyła. Że zaczynało się coś poważniejszego, coś, co wiązało cię tak ciasno, że nie miałeś najmniejszych szans na wyjście. Wziąłem głęboki wdech. Wiedziałem, że teraz już nie mogę się wycofać. A poza tym… Co miałbym robić innego? No co?

– Zastanowię się – odparłem krótko.

Słonko przypatrywał mi się przez dłuższą chwilę. Chyba wyczuł, że ze mną inaczej się nie da, że jestem uparty jak osioł i nie można mi niczego narzucać. Jasne, dobrze wiedział, że przyjmę jego propozycję. Pewnie lepiej niż ja sam. Ale obaj graliśmy w tę grę. Ja się zastanowię, on poczeka, a wynik i tak będzie wiadomy. Piłka zaś pozostanie po ich stronie.

Tamtego wieczoru wróciłem do domu sam. Odwiozłem Justynę. Gdy już wysiadała, spojrzała na mnie tak, jakby miała zamiar się ze mną pożegnać na zawsze. Tak naprawdę niecały tydzień po moich urodzinach i po spotkaniu ze Słonkiem to ja pożegnałem się nie tylko z nią, lecz także ze światem zewnętrznym na całe dwadzieścia miesięcy.

Ale tej nocy, gdy zamknąłem się w mojej twierdzy, włączyłem cicho ukochaną muzykę Marka Bilińskiego, usiadłem w fotelu i zamknąłem oczy. Muzyka płynęła przeze mnie, a ja, po raz pierwszy od tak dawna… poczułem tęsknotę. Ułożyłem dłonie tak, jakbym trzymał w rękach saksofon. Odetchnąłem głęboko, uspokajając kołaczące serce, i zagrałem. Zacisnąłem zęby. Moje marzenie. Moje pragnienie. Moje życie. Zniknęło. Odebrane mi. Odebrane mi przez niego! Zawsze chciał mną sterować, traktował jak swoją własność, jak pionek na szachownicy, środek do celu. Zapominał, że jestem człowiekiem, że przecież mam uczucia, własne pragnienia, plany, marzenie.

– Nie mogłeś mnie zostawić, do cholery? – krzyknąłem, zrywając się z fotela i zaciskając pięści. – Nie mogłeś zrozumieć? Nie mogłeś? Czego ty ode mnie chcesz, tato? – szepnąłem.

I wtedy poczułem, że jestem sam. Zrozumiałem, że taka jest moja droga, takie jest moje przeznaczenie. Jasne, to był mój wybór. I miałem tą drogą podążać. Robić to, w czym teraz byłem najlepszy. Złapałem kluczyki i wybiegłem na zewnątrz. Wsiadłem do auta i jechałem opustoszałymi ulicami Wrocławia. Minąłem uniwersytet i wjechałem na plac Solny. Zostawiłem samochód i pobiegłem do klubu Wasyla. Tam impreza trwała w najlepsze. Słonko siedział w jednej z loży i rozmawiał z Wasylem. Gdy mnie ujrzał, wcale nie był zdziwiony. Uśmiechnął się szeroko i zobaczyłem w jego oczach pewność. Pewność, że mnie ma. Pewność, że jestem jego. Że jestem kupiony. Do cholery… Przecież byłem. Byłem Lukasem, człowiekiem mafii.

– Wchodzę w to – powiedziałem, nie patrząc na Wasyla. Wiedziałem, że oto podpisuję pakt z diabłem. Na lata. O ile nie na wieczność.

Rozdział 5

Zaczął się ostatni tydzień mojego starego życia. Przeczuwałem, że zaczynają się nade mną zbierać czarne chmury. To było bardzo wyraźne uczucie, którego nie mogłem się pozbyć. Ale szedłem do przodu. Bo przecież nie mogłem się zatrzymać ani cofnąć. Bo i po co? Pogodziłem się z losem, pokonując każdy zakręt na mojej drodze. Na tym chyba polegało życie, prawda? Taką drogę sobie obrałem i nie miałem zamiaru zmieniać trasy. Ale podświadomie czułem, że coś się szykuje. Że los coś dla mnie przygotował. I w sumie gdy wreszcie się stało to, co się stało… nie byłem zdziwiony. Powitałem to zrządzenie losu jak dobrego przyjaciela, na którego czekałem i który czekał na mnie. Tak było najlepiej. Przyjąć to jak mężczyzna, bez mazgajstwa i tragedii. Wiedziałem, że nie jestem zdrajcą i szanuję ludzi, z którymi współpracowałem. Ale też, że jestem kurewsko mściwy i że nigdy nie zapomnę o wyrządzonej mi krzywdzie. A raczej świństwie. Bo inaczej tego nazwać nie można było.

Tamtego dnia wszystko toczyło się zupełnie normalnie. Rano pojechałem na siłownię, potem zaliczyłem bieżnię. Zajrzałem na wydział do Justyny, chciałem ją wyciągnąć na kawę, ale miała ćwiczenia, więc wróciłem do domu. Coś zjadłem, posprzątałem i gdy późnym popołudniem miałem jechać do klubu, zadzwonił do mnie Wasyl.

– Lukas, jesteś na mieście?

– Jadę dopiero. Dzieje się coś? – spytałem, wkładając kurtkę i rozglądając się za kluczykami do samochodu.

– Cholera, ten debil, Buźka, miał dzisiaj zawieźć towar do Legnicy, do mojego człowieka, i tak wczoraj zachlał, że nikt nie jest w stanie go dobudzić.

– Jaki towar?

– Przyjedź, to pogadamy. Jestem u siebie. Lukas, dzięki, na ciebie zawsze można liczyć!

– Dobra, zaraz będę – odparłem i wyszedłem z domu.

Gdy wszedłem do klubu, Wasyl rozmawiał z kimś przez telefon i wyglądał na wkurwionego. Usiadłem przy barze i czekałem, aż skończy rozmowę. Odłożył telefon i popatrzył na mnie.

– Lukas, pojedziesz do tej cholernej Legnicy? Mam do ciebie zaufanie. I wiem, że załatwisz to lepiej niż pieprzony Buźka. Tylko zawieź towar osobiście, facet będzie czekał na konkretnego człowieka.

– Mogę wysłać chłopaka – powiedziałem, patrząc uważnie na Wasyla.

Ten pokręcił głową.

– Mój człowiek wie, że przyjedzie ktoś z góry. Albo Buźka, albo ty. Nie mam zaufania do żołnierzy, nie w tym przypadku.

– Okej, pojadę. – Kiwnąłem głową.

Średnio mi się to uśmiechało, ale musiało to być dla Wasyla niezmiernie ważne, skoro mnie prosił, a że robiłem już takie rzeczy wcześniej, wiedziałem, że nic w tym trudnego.

Okazało się, że muszę jedynie przewieźć paczkę do człowieka Wasyla w Legnicy. Nie było żadnego ryzyka, zresztą do tej pory byłem czysty i nienotowany. Dlatego też nic nie wzbudziło mojego niepokoju.

Zabrałem towar, wsadziłem go do sportowej torby, z którą jeździłem na siłownię, i ruszyłem w trasę. Pogoda była piękna, końcówka maja była naprawdę upalna. Jechałem autostradą, nastawiłem Bilińskiego, założyłem okulary i poczułem się szczęśliwy i wolny od trosk. Nie myślałem o swoim życiu, wyborach, narkotykach, które wiozłem. Po prostu jechałem przed siebie i przez chwilę chciałem przycisnąć pedał gazu i pomknąć przed siebie, nikomu nie mówiąc, gdzie jestem i co robię. Zniknąć. Nie być zależnym od kogokolwiek, od czegokolwiek. To byłoby naprawdę coś! Coś, o co warto było walczyć, coś, dla czego warto było zaryzykować. Ale tymczasem… Musiałem zrobić to, co do mnie należało, a pragnienie wolności odłożyć na później.

 

Na dużo, dużo później…

Zjechałem z autostrady i już miałem skręcać w prawo, gdy zobaczyłem stojący na poboczu radiowóz. Nie zaniepokoiło mnie to zbytnio, zatrzymywany przez policję bywałem często, przeważnie za przekroczenie prędkości. Policjant nakazał mi zjechać na pobocze. Zatrzymałem się i czekałem w samochodzie, patrząc na podchodzącego do mnie gliniarza. Kazał mi pokazać dokumenty, a w tym samym czasie drugi obchodził moje auto dookoła.

– Niezłe auto, lubi się przycisnąć? – zapytał, zaglądając przez boczną szybę do środka.

Wzruszyłem ramionami, choć czułem, że coś jest nie tak.

– Jechałem zgodnie z przepisami – odparłem.

– Jasne. A trójkąt pan ma?

– Mam.

– Proszę otworzyć bagażnik – rozkazał ten, który sprawdzał dokumenty.

– A nakaz? – mruknąłem, ale wiedziałem, że oni i tak wiedzą.

Wysiadłem, spokojnie przeszedłem na tył samochodu i otworzyłem bagażnik. Czułem, jak mocno bije moje serce, ale na zewnątrz nie dawałem po sobie poznać, że choć odrobinę się zdenerwowałem. A denerwowałem się jak cholera.

– Tutaj jest. – Pokazałem na złożony z boku trójkąt.

– Proszę włączyć światła i kierunkowskazy – polecił drugi gliniarz, stając przy otwartym bagażniku.

Chciałem go zamknąć, ale gliniarz skutecznie mi to uniemożliwił. I wtedy już miałem stuprocentową pewność. Nie zatrzymali mnie przypadkiem, do zwykłej kontroli drogowej. Po prostu na mnie czekali.

Wsiadłem do samochodu i zrobiłem to, co kazał gliniarz. Przez podniesioną klapę bagażnika nie widziałem, co robi ten drugi. Usłyszałem tylko, że mówi coś do tego, który stał koło mnie. Po chwili gliniarz spojrzał na mnie uważnie i otworzył drzwi od auta.

– Proszę wysiąść!

– Coś nie tak? – spytałem, choć dobrze wiedziałem, co, do cholery, jest nie tak: złapało mnie dwóch gliniarzy, którzy wiedzieli, że w bagażniku mam paczkę pierdolonej marychy! Albo byli pieprzonymi jasnowidzami, albo…

– Wysiadaj!

I tak skończyły się uprzejmości.

Wysiadłem powoli, myśląc, że bez trudu poradziłbym sobie z tymi dwoma facetami. Obydwaj byli ode mnie co najmniej o głowę niżsi i nie z takimi miałem przyjemność parować. Ale co by mi to dało? Im chyba też przyszło do głowy, że mógłbym chcieć stawiać opór, bo zauważyłem, że jeden z nich wyciągnął kajdanki, a drugi odpiął kaburę. Dobra. Nie miałem zamiaru robić nic głupiego. Stanąłem z opuszczonymi rękoma i nagle zostałem rzucony na maskę, wykręcono mi ręce, a na nadgarstkach poczułem ucisk kajdanek.

Właśnie tak Lukas utracił dziewictwo.

Ale ten, który mnie sprzedał, zapłaci za to. I to z nawiązką!

***

Przypominając sobie tamtą chwilę, Łukasz nawet teraz, po latach, czuł wzbierającą w nim złość. Bezradność, jaka go wtedy ogarnęła, gdy został zamknięty w celi. Przejmującą strachem świadomość, że wpadł w tryby maszyny zwanej polskim prawem i już nie będzie mógł o sobie decydować. I wreszcie… przypomniał sobie to uczucie strachu i zależności od kogoś. I ponownie, tak jak wtedy, nienawidził tych uczuć. Nieustająca obawa o własne bezpieczeństwo i ciągłe, wyczerpujące pilnowanie swego tyłka. Dosłownie i w przenośni. Krzysiek też się na chwilę zamyślił, wspominając dzień, w ktorym ojciec zawołał jego i matkę i przekazał im, że policja zgarnęła Łukasza podczas przypadkowej kontroli drogowej, znalazłszy w bagażniku jego samochodu narkotyki. Matka się rozpłakała, a ojciec z kamienną twarzą stwierdził:

– Wiedziałem, że to się tak skończy. Prosił się, żeby spieprzyć sobie życie.

Po czym zamknął się w swoim gabinecie, z nikim już nie rozmawiając.

Krzysiek opowiedział to bratu, a ten pokiwał głową.

– Jasne, że tak mówił. A co innego miał powiedzieć? W sumie… sam sobie byłem winien i nie liczyłem na jakąkolwiek pomoc.

– Ale ojciec chyba załatwił ci adwokata? – spytał Krzysiek, marszcząc brwi.

– Oj, braciszku… – Łukasz się roześmiał i pokręcił głową. – Jasne, że miałem adwokata. Najlepszego w mieście. Ale to nie ojciec za niego płacił, o nie…

***

Zostałem skazany na dwa lata więzienia. Trzymiesięczny areszt został mi zaliczony na poczet kary, więc była szansa, że wyjdę przed upływem tego czasu. Gdy byłem w areszcie, odwiedził mnie ten, którego się nie spodziewałem. Mój ojciec. Załatwił sobie zgodę prokuratora i teraz siedział naprzeciwko mnie. Ja wpatrywałem się w niego, a on rzucił mi jedno ostre spojrzenie i po chwili patrzył gdzieś ponad moją głową.

– Chciałeś czegoś ode mnie, tato? – przerwałem wreszcie to milczenie.

– Tak. Chciałem ci powiedzieć, że w ogóle mnie nie rozczarowałeś – odparł chłodno.

– Tak?

– Dokładnie. Gdybyś mnie słuchał, w ogóle byśmy się tu nie znaleźli. Ale postanowiłeś zrobić po swojemu, i proszę, jesteś w miejscu, w którym od początku wiedziałem, że się znajdziesz. W ogóle nie jestem zdziwiony. I zaskoczony. Właśnie taką twoją przyszłość widziałem.

– Cieszę się, że nie czujesz się rozczarowany – powiedziałem cicho, zaciskając dłonie.

– Chciałem cię też poinformować, że nie kiwnę palcem, żeby cię stąd wyciągnąć.

– Nie liczyłem na to. – Wzruszyłem ramionami, patrząc na ojca tak samo obcym i zimnym wzrokiem, jakim on patrzył na mnie. Ale za maską obojętności kryło się złamane serce.

– Musisz ponieść konsekwencje swoich czynów.

– Oczywiście, tato – odparłem automatycznie, jak kiedyś, jakbyśmy siedzieli w jego gabinecie.

– Może wtedy sobie coś przemyślisz. I nie spieprzysz swojego życia do końca.

– Nie sądzę, tato. – Podniosłem się, a zdumione spojrzenie ojca śledziło mój każdy ruch. Coś błysnęło w jego oczach, ale ja nie chciałem już tego widzieć.

– Powiedz mamie, żeby się nie martwiła. I niech nie przychodzi do mnie. To nie miejsce dla niej. – Popatrzyłem na ojca z góry. – I powiedz Krzysiowi, że… – Przełknąłem ślinę. – Że trzymam kciuki za jego rowerowe rajdy. Na razie. – Kiwnąłem głową i odwróciłem się do strażnika.

– Łukasz! – Ojciec zerwał się z krzesła i pierwszy raz usłyszałem w jego głosie coś więcej niż pogardę lub krytykę. W tym jednym słowie zawarł cały swój strach, całą złość, całe to nienazwane uczucie, które pewnie gdzieś tam głęboko w nim tkwiło.

– Dbaj o nich – rzuciłem, nie obracając się, i wyprowadzony przez strażnika, wyszedłem z pokoju widzeń, czując na sobie palący wzrok ojca.

To był jedyny raz, kiedy mnie odwiedził. I nie żałowałem. Za to tęskniłem za rozmową z mamą i Krzyśkiem. Zwłaszcza wobec brata czułem się nie w porządku. Ale teraz musiałem się skupić na wyciągnięciu mojego dupska z tego miejsca. Miałem kasę, więc wynajęcie adwokata nie było problemem. Ale okazało się, że już go mam, i to jednego z najlepszych. Słyszałem o tym człowieku, wygrał wiele trudnych spraw, a teraz okazało się, że będzie bronił także mnie. Gdy spotkałem się z nim po raz pierwszy i spytałem, kto go do mnie skierował, uśmiechnął się i powiedział cicho:

– Jak to kto? Twój pracodawca. Pan Siergiej.

Wtedy pierwszy raz usłyszałem to imię. A raczej ksywkę. Bo ten mężczyzna naprawdę nazywał się Igor Siergiejewicz i później odegrał w moim życiu nader znaczącą rolę. Ja w jego życiu również.

Pierwsze tygodnie po wyroku nie były najszczęśliwsze. Siedziałem w ośmioosobowej celi z facetami, którzy mieli na swoim koncie różnego rodzaju akcje. I oczywiście od samego początku musieli mnie wyczuć. Przetestować. Generalnie trzymałem się trochę na uboczu, nie mając zamiaru zawierać jakichkolwiek znajomości „pod celą”. A że moja postura na dzień dobry ostrzegała, że lepiej się nie zbliżać, miałem jako taki spokój. Ale i tak się ustawicznie pilnowałem, bo taki świeżak jak ja musiał się mieć ciągle na baczności. To było jak chodzenie po polu minowym. Pewnego razu, gdy wracaliśmy ze stołówki, podszedł do mnie nieznacznie niższy ode mnie, wytatuowany facet z blizną na policzku. Z tego, co zdążyłem się zorientować, mówili na niego Szyna. Cieszył się dużym szacunkiem wśród więźniów. Siedział za rozboje i kradzieże, i byłem pewien, że to nie jest jego pierwszy pobyt w tym rozkosznym pensjonacie.