Szósty Po latach

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 5

Marcin patrzył na kobietę, która weszła do jego gabinetu, i tak mocno ścisnął podłokietniki fotela, że aż lekko zaskrzypiały, jakby ostrzegając go, że dłużej nie zniosą tego miażdżącego uścisku. Patrzył na piękną, wysoką kobietę z niesamowicie zielonymi oczami i ciepłym uśmiechem na pełnych wargach. Pomyślał, że jeśli ktokolwiek powie mu, żeby nie wierzył w to, co niepojęte czy nadprzyrodzone, roześmieje mu się w twarz i wyzwie od najgorszych idiotów.

Bo przed nim stała kobieta ze snu. Kobieta ze szpitala. I teraz, w tym momencie, przypomniał sobie wszystko.

Jego wypadek.

Letarg.

Dziwne, migające przed oczami obrazy.

Ten niesamowity sen.

Mężczyznę o smutnym spojrzeniu.

Jego prośbę.

A potem… ją.

Kobietę, którą ujrzał po przebudzeniu.

Piękną, zielonooką i boleśnie smutną.

Teraz też patrzył w jej cudownie zielone oczy, ale nie dostrzegał już w nich tamtego przejmującego smutku.

Teraz ona patrzyła na niego z zaciekawieniem, zdziwieniem i… zachwytem.

Tak…

Ta kobieta patrzyła na niego z zachwytem.

Alicja Szymczak.

Ali…

Tak.

To była jego Ali. Kobieta mężczyzny ze snu sprzed lat.

Gdy powiedziała, że na niego czekała, był już pewny, że oto odnalazł tę, która stała się jego obsesją.

– Inspektorze? – Zielonooka uniosła brwi i patrzyła na niego już z lekkim zaniepokojeniem.

– Hm… Witam panią. Inspektor Langer – powiedział zachrypniętym głosem, wstając i podając jej rękę. Gdy zacisnął palce na jej szczupłej dłoni, poczuł, jakby przez całe jego ciało przeszedł prąd. Zacisnął zęby i wziął głęboki wdech. Wiedział, że musi nad sobą zapanować, bo za chwilę zrobi coś głupiego, spłoszy ją, przestraszy i nie dość, że straci świetnego specjalistę, to jeszcze kobietę, która prześladuje go od sześciu lat.

– Tak, wiem. Bardzo dziękuję, że zgodził się pan dać mi szansę i że chce pan współpracować akurat ze mną. – Alicja uśmiechnęła się i spojrzała na swoją dłoń, którą on cały czas trzymał zamkniętą we własnej. Potem przeniosła wzrok na jego twarz i pomyślała, że jest… jest cholernie niebezpieczny. Wysoki, czarny, z brązowymi oczami i śniadą karnacją, pewnie był pożeraczem serc. Ale bardziej ją teraz intrygowało, skąd ona go zna.

Marcin puścił jej dłoń, chociaż w tym samym momencie, kiedy stracił kontakt z jej ciepłą skórą, miał wrażenie, jakby odebrano mu możliwość oddychania.

– Proszę, niech pani siada. – Wskazał jej jedno z krzeseł, stojących obok prostokątnego stołu, przy którym, jak przypuszczała, odbywały się spotkania szefa grupy z jego ludźmi.

– Dziękuję. – Kiwnęła głową i zajęła miejsce, patrząc, jak ten niesamowity mężczyzna bierze grube akta ze swojego biurka i siada naprzeciwko niej.

– Fakt, że akurat pani została skierowana do tej sprawy, świadczy tylko o tym, że jest pani dobra w tym, co robi. Prosiłem o najlepszego profilera. – Marcin rozkładał na stole akta sprawy, jednocześnie wpatrując się w jej cudowne oczy.

– Mam nadzieję, że okażę się pomocna. – Alicja uśmiechnęła się lekko i kiwnęła głową.

– Ja również. Zaraz przyjdą tutaj szefowie wszystkich sekcji, przedstawimy pani sprawę tych morderstw. Już teraz mogę powiedzieć, że mają one charakter seryjny. Ta sprawa nosi kryptonim „Szósty”. – Marcin wyciągnął zdjęcia z miejsc odnalezienia trzech ciał. I akta ostatniej zaginionej kobiety, której jeszcze nie odnaleziono. Alicja była przyzwyczajona do takich widoków, ale za każdym razem czuła dziwny ucisk w żołądku, widząc, jak okrutne rzeczy są w stanie zrobić sobie nawzajem przedstawiciele rodzaju ludzkiego.

– Dlaczego „Szósty”? – Alicja oglądała poszczególne zdjęcia kolejnych ofiar.

– Bo zabija je szóstego dnia po porwaniu. A ja dostałem od niego to… – Podał jej dużą białą kartkę z nalepionymi literami, zapakowaną w przezroczystą folię.

Alicja spojrzała na trzymany w ręku list, będący wyraźnym mottem, przesłaniem tego psychola, który zabrał już trzy życia i było wiadomo, że to dopiero początek.

Po chwili otworzyły się drzwi i weszło przez nie pięć osób – trzech mężczyzn i dwie kobiety. Marcin przedstawił im Alicję, określił zakres jej działań i poprosił ich o ścisłą współpracę z profilerem. Potem zaprezentował Alicji trzon swojej grupy śledczej. Wszyscy nowo przybyli mieli stopnie komisarzy i byli szefami sekcji, które podlegały inspektorowi Langerowi. Każdy w sekcji miał pięć osób, które w tej chwili były całkowicie podporządkowane śledztwu w sprawie „Szóstego”. Alicja przyjrzała się uważnie ludziom, z którymi teraz miała współpracować.

Adam Malicki, na oko trzydziestoletni, mocnej budowy blondyn, był chyba najbliższym współpracownikiem inspektora Langera. Pochylał się ku niemu i z wielką zapalczywością coś mu przekazywał, a jego szef słuchał go z niesłabnącym zainteresowaniem.

Jerzy Leszczak, chyba zbliżał się do czterdziestki, wysoki, mocny i obserwujący wszystko uważnie. Alicja zauważyła na palcu obrączkę i pomyślała, że każdy potencjalny przestępca, mający w perspektywie spotkanie z komisarzem Leszczakiem, powinien się kilkakrotnie zastanowić, zanim wejdzie na drogę przestępstwa.

Następna była komisarz Sylwia Borowczak, wysoka, szczupła blondynka, która w rogowych okularach wyglądała na trochę starszą, niż była w rzeczywistości. Jednakże mogła mieć nie więcej niż trzydzieści lat.

Koło niej siedziała Katarzyna Pelles, drobna, delikatna ciemna blondynka z długimi, gęstymi włosami i niesamowicie niebieskimi oczami. Alicja odniosła wrażenie, że za tym niewinnym wyglądem czai się prawdziwa wojowniczka, która nigdy się nie poddaje.

U końca stołu siedział najstarszy z szefów sekcji, starszy chyba od samego inspektora, Janusz Walewski, który samym swoim wyglądem powinien budzić respekt. Miał prawie dwa metry wzrostu i na pewno ważył ponad setkę. Był wyższy nawet od Langera, który na pewno miał prawie metr dziewięćdziesiąt.

No właśnie…

Marcin Langer.

O co tutaj chodziło?

Od początku, gdy tylko weszła do jego gabinetu, sprawiał wrażenie, jakby zobaczył ducha.

Jakby ujrzał kogoś, kogo dawno nie widział, i wreszcie miał okazję spotkać tę oczekiwaną od lat osobę.

A poza tym skąd u niej takie dziwne zachowanie? I to niesamowite uczucie, że go zna? Że na pewno go kiedyś widziała? Może nawet spotkała? I to więcej niż raz? I że to na niego czekała? Te słowa, które wypowiedziała, jakby wbrew sobie. To… to nie było normalne.

Ale teraz nie miała czasu, żeby się nad tym zastanawiać, bo inspektor Langer wstał i rozpoczął odprawę swojego zespołu, do którego ona też się teraz zaliczała.

– Słuchajcie. Mamy trzy ofiary i czwartą porwaną. Co udało się wam ustalić w sprawie Anny Skotnickiej?

– Niewiele – zabrała głos niebieskooka blondynka. – Wyszła z pracy nad ranem i ślad po niej zaginął. Koleżanka dosyć późno zgłosiła zaginięcie, ale wścibska sąsiadka powiedziała, że od tamtego dnia nie widziała Skotnickiej. Przesłuchaliśmy jej chłopaka, ma alibi, a poza tym jest tak spanikowany i przerażony, że na pewno nie miał z tym nic wspólnego. Widać… – Komisarz Pelles odchrząknęła. – Widać, że zależy mu na tej dziewczynie.

– Jedno drugiego nie wyklucza – mruknął pod nosem komisarz Leszczak.

– Jasne, Jurek, ale nie w tym przypadku. Sprawdziłam dokładnie tego chłopaka, on nie ma z tym nic wspólnego. – Katarzyna kiwnęła głową w stronę kolegi i utkwiła wzrok w swoim szefie.

– No dobra – westchnął Marcin. – To już wiemy. Co dalej?

– Dalej… niestety. Żadnych śladów. Przeszukaliśmy teren, po którym Skotnicka poruszała się w drodze do domu, do pracy, na uczelnię. Przesłuchaliśmy okolicznych mieszkańców, pracodawcę, wszystkich pracowników klubu, w którym pracowała. Koleżanka ze zmiany powiedziała, że Skotnicka wyszła z klubu około trzeciej nad ranem i skierowała się na przystanek, aby jechać nocnym autobusem do domu. Niestety – albo tam nie dotarła, albo pojechała z kimś innym, bo kierowca nie pamiętał, żeby wsiadała do pojazdu. O tej porze jeździ niewielu pasażerów, a samotną, ładną dziewczynę by zapamiętał. – Komisarz Pelles złożyła swój raport i zacisnęła usta.

– Czyli tak naprawdę nie mamy nic… – Marcin potarł oczy i oparł się całym ciężarem o skórzane oparcie fotela, wyciągając przed siebie swoje długie nogi.

– Na uczelni dowiedziałam się, że Anna Skotnicka była obecnie na czwartym roku filologii romańskiej, należała do solidnych i bardzo dobrych studentek. – Sylwia Borowczak zdjęła rogowe okulary i powiodła uważnym wzrokiem po twarzach wszystkich obecnych w pokoju. – Rozmawiałam też z jej rodzicami, którzy mieszkają pod Krakowem. Potwierdzili opinię o córce. Spokojna, ułożona, zawsze dobra uczennica, planowała ślub z tym chłopakiem, z którym była od pierwszego roku studiów. W tym domu panuje straszna rozpacz… – Sylwia westchnęła i pokręciła głową.

– Dobrze. Teraz udostępnię naszej pani psycholog więcej szczegółów na temat śledztwa. Zgodzicie się ze mną, że musi znać wszystkie szczegóły? – Marcin spojrzał na swoich ludzi, a oni pokiwali głowami, zerkając w stronę Alicji, która poczuła znajome łaskotanie w brzuchu, jakie ogarniało ją zawsze, gdy dostawała nową sprawę do rozpracowania.

– Jak pani wie, mamy trzy ofiary, porwane w różnych miejscach, czasami nawet w biały dzień. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nikt nigdy nic nie widział, nie zauważył niczego podejrzanego, co mogłoby nas naprowadzić na jakikolwiek trop. – Marcin zwracał się bezpośrednio do Alicji, nie spuszczając z niej wzroku, i tym samym spowodował, że zrobiło się jej gorąco. Machinalnie zdjęła marynarkę i powiesiła ją na oparciu krzesła, wyciągnęła duży czarny notes i zaczęła w nim robić pośpieszne notatki, starając się utrzymywać stały kontakt wzrokowy z siedzącym naprzeciwko ciemnowłosym mężczyzną.

 

– Wszystkie trzy kobiety zostały zabite szóstego dnia od momentu porwania, ale o tym już mówiłem. Nasz psychol ma jakąś chorą religijną fazę i jeszcze bardziej chore poczucie humoru, skoro wysłał nam, a właściwie mnie, ten chory list.

– Ten list był zaadresowany bezpośrednio do pana, inspektorze? – Alicja spojrzała uważnie na Marcina.

– Tak, dokładnie na moje imię i nazwisko. – Marcin kiwnął głową.

– I stopień – dodał szybko Adam.

– Okej, proszę kontynuować – poprosiła Alicja, notując coś zawzięcie w notesie.

Adam spojrzał na swojego szefa, któremu nikt nigdy, przenigdy nie wydawał poleceń, ale Marcin rozłożył przed sobą kolejne papiery i zaczął dalej przedstawiać sprawę, patrząc na siedzącą po drugiej stronie stołu blondynkę i łapiąc się na tym, że jego uwagę zaprząta całkiem coś innego. Na przykład sposób, w jaki Alicja trzyma notes i przygryza końcówkę długopisu.

Boże…

Jesteś chorym człowiekiem, Langer!

Odchrząknął i mówił dalej:

– Wszystkie trzy kobiety zostały przed śmiercią zgwałcone. I, czego jeszcze nie ujawnialiśmy, dokładnie… obmyte.

– Przed czy po? – spytała konkretnie Alicja, nadal przygryzając końcówkę trzymanego w dłoni długopisu.

– Na pewno po gwałcie. I o tym nie wie nikt, poza osobami siedzącymi w tym pokoju, no i patologiem.

– Co pan rozumie pod stwierdzeniem „dokładnie obmyte”, inspektorze? – Alicja zmarszczyła brwi i spojrzała uważnie w czekoladowe oczy Langera.

– To znaczy, że nie miały na ciele żadnych fizycznych śladów, które mogłyby mieć w sobie DNA mordercy.

– Czy to może oznaczać, że mamy do czynienia z kimś, kto zna się na policyjnej robocie? – Alicja powiodła wzrokiem po wszystkich obecnych.

– Byłbym ostrożny z wypowiadaniem takich opinii. – Komisarz Leszczak zmierzył Alicję wzrokiem.

– Ale nie zaprzecza pan? – Alicja śmiało zniosła jego spojrzenie.

Leszczak szybko spojrzał na swojego szefa, który wykonał nieznaczny ruch głową, co nie uszło uwadze Alicji.

– Nie zaprzeczam. Ciała ofiar zostały dokładnie oczyszczone. Nie ma nawet najmniejszych śladów pod paznokciami, które moglibyśmy zbadać. – Leszczak zacisnął zęby.

– To, że wysłał do pana list, inspektorze, świadczy o tym, że ma o sobie bardzo wysokie mniemanie. Wie, że jest dobry w tym, co robi, dlatego może sobie pozwolić na zabawę w kotka i myszkę ze słynną grupą śledczą. A to z kolei oznacza… – Alicja zamknęła notes i popatrzyła w oczy swojego tymczasowego szefa. – To może oznaczać tylko jedno. Będzie więcej ofiar, facet jest sprytny, inteligentny i wie, jak pracujecie. To znaczy… pracujemy.

– Masz rację, to znaczy ma pani rację – poprawił się Adam, kiwając głową.

– Wolę tę pierwszą formę, skoro mamy współpracować… – Alicja chciała jeszcze coś dodać, ale w tym momencie zadzwonił wewnętrzny telefon Marcina, który spojrzał szybko na Adama i Janusza i podniósł słuchawkę.

– Langer, słucham – powiedział twardym głosem. – Gdzie? Kiedy? Jedziemy tam. Niczego nie ruszajcie! – zakończył tonem nieznoszącym sprzeciwu, odłożył słuchawkę i popatrzył na swoich ludzi, a oni wiedzieli, co im zaraz powie.

– Znaleźli ciało Anny Skotnickiej. Janusz, Adam, jedziecie ze mną. Prokurator jest już w drodze, ruszajmy – powiedział przez zaciśnięte zęby, wkładając pośpiesznie skórzaną kurtkę.

Alicja, wraz z pozostałymi policjantami, posłusznie wstała, zebrała swoje rzeczy i podeszła do Marcina.

– Panie inspektorze, pojadę z wami.

– Dobrze, jedziesz ze mną, porozmawiamy w drodze… – Marcin od razu przeszedł z nią na ty, bo nigdy nie lubił tytułów czy stopni i nie miał czasu zastanawiać się nad tym, jak ma się zwracać do poszczególnych osób.

– Tak jest. – Alicja kiwnęła głową i ruszyła za swoim szefem, z którego biła czysta, nieposkromiona wściekłość.

***

Widział ich.

Jechali w miejsce, gdzie ją zostawił.

Naiwni maniacy pseudosprawiedliwości.

Co oni mogli o tym wiedzieć?

Co mogli naprawić?

Czemu przeciwdziałać?

Kiedy on ich krzywdził, gdzie byli im podobni?

Czemu wtedy nie biegli, nie krzyczeli, nie wyciągali broni i w końcu nie strzelali do tego, który zadał im tyle zła?

Gdzie wtedy byliście???

Chciał krzyczeć, ale wiedział, że nie może.

Jest na to za sprytny.

Za inteligentny.

Za mądry.

Jest bogiem.

Swojej własnej religii.

W swoim własnym świecie.

A oni będą musieli nauczyć się wyznawać jego religię.

Nie będą mieli wyjścia.

Nie będą…

***

Marcin jechał na miejsce zbrodni, omijając zgrabnie auta, które i tak zjeżdżały im z drogi, ostrzegane wyciem syren i migającymi kogutami, umieszczonymi na dachach nieoznakowanych policyjnych samochodów. Był wściekły. Rozsadzała go niepohamowana złość na tego psychopatycznego gnoja, który po raz kolejny zabrał komuś córkę, siostrę, ukochaną osobę. Mógłby udusić go własnymi rękoma, gdyby tylko miał ku temu sposobność. Ale teraz musiał zmierzyć się po raz kolejny z widokiem nieżywej kobiety i powiadomić o tym jej rodzinę. Zerknął na siedzącą obok niego Alicję, która trzymała dłonie na leżącej na kolanach torebce i patrzyła przed siebie, nie odzywając się ani słowem. Chyba widziała, że z siedzącego obok mężczyzny bije wściekłość i żal, dlatego wolała się nie odzywać.

– Byłaś już kiedyś na miejscu zbrodni? – spytał Marcin, patrząc na drogę i omijając kolejny samochód.

– Kilka razy. Nie musi się pan martwić, to znaczy nie musisz się martwić, nie zemdleję – odpowiedziała cichym, ale pewnym głosem.

– To dobrze. Nie jest to przyjemny widok.

– Jesteś wściekły. Ale to niczego nie rozwiąże. To przecież nie twoja wina. Ani nikogo z nas – dodała.

Marcin rzucił jej szybkie spojrzenie i mocniej zacisnął dłonie na kierownicy.

– Wiem o tym. Ale nie potrzebuję teraz psychoanalizy. Skup się lepiej na tym cholernym psycholu i przygotuj mi wstępny raport.

– Tak jest – odparła Alicja, marszcząc brwi.

Nie odzywała się aż do momentu, kiedy dojechali do leśnego traktu niedaleko Ogrodzieńca i zobaczyli błyskające z daleka światła policyjne i funkcjonariuszy z komendy powiatowej, którzy zabezpieczali teren przed wszędobylskimi gapiami. Alicja, odpinając pas, popatrzyła na swojego szefa, który zatrzymywał samochód, i powiedziała cicho:

– Raport przygotuję najpóźniej na pojutrze. Jestem dobra w tym, co robię, i nie lubię, jak ktoś na mnie krzyczy. Nawet jeśli jest to mój własny szef. Albo zwłaszcza jeśli jest to mój własny szef. – Spojrzała na zdumionego Marcina, błyskając wściekłą zielenią oczu, otworzyła drzwi i wysiadła z samochodu.

Hm. No tak, to by było tyle, jeśli chodzi o delikatne, eteryczne blondynki.

Dokopała ci, Langer, przyznaj.

Marcin pokręcił głową, wysiadł tuż za nią i razem z resztą zespołu, a także z patologiem i dwoma technikami, którzy jechali za nimi, poszli w kierunku gęstych drzew i krzewów, gdzie czekał na nich policjant z komendy powiatowej.

Z drugiej strony dostrzegł zbliżającą się wysoką postać Andrzeja Lisa. Prokurator podszedł do nich i przywitał się z Marcinem, Januszem i Alicją, a potem skierował się do lekarza patologa.

Z daleka dostrzegli niemal białe zwłoki kobiety, leżące na zielono-brązowym poszyciu lasu. Był koniec października, więc większość liści już opadła, tworząc nieco monotonną kolorystycznie mozaikę.

Adam podszedł do policjanta pilnującego zwłok i zaczął go przesłuchiwać. Marcin z Januszem i Alicją podążyli w ślad za zespołem patologa, który przystąpił do oględzin zwłok.

Alicja przyglądała się jasnowłosej kobiecie, wpatrzonej nieruchomym wzrokiem w kołyszące się nad nią drzewa. Wiedziała, że nie do końca zapoznała się ze wszystkimi szczegółami sprawy, bo nie było na to czasu. Ale odkryła kolejny wspólny dla wszystkich spraw element.

– Ona też ma zielone oczy i jest blondynką – powiedziała cicho do Marcina, który szybko na nią spojrzał i zaraz odwrócił wzrok.

– Tak, to jest cecha wspólna wszystkich ofiar. – Janusz pokiwał głową.

– Trzeba poszukać podobnych zabójstw w ciągu ostatnich lat. – Alicja patrzyła na czynności patologa i starała się opanować drżenie głosu.

– Sprawdziliśmy. – Marcin stanął bokiem i spojrzał na nią, czując, że zaczyna tonąć w jej niemal szmaragdowym spojrzeniu. – Ostatnie pięć lat. I nic. Żadnych analogii.

– To sprawdźmy dziesięć. Cokolwiek. Musi być jakieś powiązanie. I z kolorem włosów, i z kolorem oczu.

– Słuszna uwaga – powiedział milczący do tej pory prokurator, patrząc z uznaniem na Alicję. – Masz rację – dodał. – Janusz… – Kiwnął głową do potężnego mężczyzny, który od razu złapał za telefon komórkowy i odszedł w bok, żeby wydać odpowiednie polecenia ludziom ze swojej sekcji.

Wtedy zawołał ich patolog, który pochylał się nad zwłokami młodej dziewczyny.

– Co mamy? – Marcin zmarszczył brwi i patrzył na siwego lekarza.

– Śmierć nastąpiła wskutek uderzenia ostrym narzędziem w okolice osierdzia. Zgon nastąpił niemal natychmiast, około czternastu godzin temu.

– Czyli zabił ją zaraz po północy – stwierdził ponurym tonem Marcin.

– Tak. Poza tym otarcia na narządach płciowych i wewnętrznych częściach ud wskazują na to, że została zgwałcona. Innych śladów nie ma. Tak jak w pozostałych przypadkach. Kompletny raport otrzymasz, gdy przeprowadzę dokładne oględziny i badania. – Starszy mężczyzna otarł czoło wierzchem dłoni.

– Jasne, dzięki, Patrycjusz. – Marcin klepnął lekarza w ramię, kiwnął głową w stronę dwóch techników, którzy zabezpieczali ślady, i odwrócił się w stronę samochodu. Alicja ruszyła za nim, starając się nie komentować dziwnego imienia patologa.

– Znowu to samo – westchnął Marcin, zaciskając zęby.

– To musi mieć jakiś związek z kolorem włosów i oczu. Nie wybiera ich przypadkowo.

– Tak, a ja przecież nie mogę wydać komunikatu, że na Śląsku grasuje seryjny morderca blondynek z zielonymi oczami! – Marcin uderzył zaciśniętą pięścią w dach samochodu. – Nie ostrzegę wszystkich kobiet. To jest niemożliwe… – Pokręcił głową, patrząc na stojącą przed nim blondynkę.

– Jedną już ostrzegłeś – powiedziała cicho i oparła się o stojące auto.

– No tak. – Błysnął ciemnym spojrzeniem oczu i kiwnął głową w stronę Adama. – Adam zabierze cię do miasta. Ja muszę jechać do jej rodziców.

– Dlaczego ty? – Alicja popatrzyła na niego uważnie.

– Bo jestem im to winien – odpowiedział ponuro, otwierając drzwi od strony kierowcy.

– Poczekaj. – Alicja złapała go za ramię, a on poczuł się nagle jak sparaliżowany. – Pozwól mi jechać z tobą. Mogę pomóc… – Patrzyła na niego zielonymi oczami, a on, chociaż chciał odmówić i uciec od niej jak najdalej, odpowiedział zachrypniętym głosem:

– Wskakuj. – Usiadł za kierownicą, nie patrząc już na nią i modląc się o opanowanie.