MollyTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Od autorki

Wiecie, że wszystko zaczyna się od pierwszego kroku.

U mnie zaczęło się od kawałka Molly PRO8L3M-u. Zobaczyłam szaloną dziewczynę z kiepską przeszłością i porządnego faceta z nieciekawą tajemnicą. Te dwa obrazy wystarczyły, aby powstała w mojej głowie historia Molly, dziewczyny, którą pokochałam od pierwszej chwili, a która robiła wszystko, aby nie dało się jej kochać. Lecz stało się inaczej, a Wiktor chyba najlepiej wie dlaczego.

Jestem ciekawa, jak Wy przyjmiecie tak inną bohaterkę i która postać wzbudzi w Was najwięcej ciepłych uczuć.

Melania?

Wiktor?

Robson?

Podzielcie się ze mną swoimi wrażeniami, czekam na Wasze maile:

agnieszka@lingasloniewska.pl

Do zobaczenia!

I zapnijcie pasy!

Lepiej zniszczyć własną młodość, niż nic z nią nie zrobić.

Georges Courteline

Molly – (nazwa potoczna) 3,4-metylenodioksymetamfetamina (MDMA, ecstasy, XTC) – organiczny związek chemiczny, drugorzędowa amina strukturalnie podobna do metamfetaminy. Półsyntetyczna substancja psychoaktywna wykazująca działanie empatogenne, euforyczne i psychodeliczne.

PROLOG

A przecież miało być całkiem inaczej.

On wciąż tam był i na mnie czekał, a ja, wbrew wszystkiemu, nie dałam się własnym demonom. Nie dałam się zniszczyć, chociaż sama pracowałam nad tym usilnie.

A jednak stało się inaczej.

Dzięki niemu.

Dzięki sobie.

Dzięki niej.

Miałam komu dziękować.

Tak bardzo czekałam na ten dzień.

Aż tu…

Los wziął sprawy w swoje wredne ręce.

I zajął się mną tak, jak na to zasługiwałam.

Głupia Molly.

Dałaś ciała, więc teraz musisz ponieść konsekwencje!

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1

Nasz życiorys ma przerwę

Gram DMT do jointa

Tace chyba są srebrne

Żyrandole ze złota

Hajsy lecą przez serwer

Ona na Bahama ma konta

Ja mam wózek z tylnym napędem

Ona wciska gaz, to M piątka.

PRO8L3M, Molly

– Ale o co ci chodzi?

– Mała, jeśli chcesz dostać tę robotę, to twoja spódniczka chyba lekko za krótka jest.

– Kochanie, ja tam będę siedzieć na telefonie. Znaczy, nikt mnie oglądał nie będzie. – Poprawiałam dżinsową spódnicę, do której długości przyczepił się mój przyjaciel.

– Wszyscy faceci będą się gapić. Zamiast załatwiać sprawy biednych petentów, będą zaśliniać biurka.

– Uspokój się. To moja pierwsza praca na etacie. Nie psuj zabawy. – Wydęłam usta i pomalowałam je różowym błyszczykiem.

– Właśnie, co ci odbiło z tą pracą?

– Ej, mam dwadzieścia jeden lat. Najwyższa pora.

– No, trochę mnie zdziwiłaś, fakt.

– Poza tym to nic takiego. Pogadam z klientami przez telefon, załatwię reklamację niezadowolonych ze zbyt dużego rachunku, a wieczorami będziemy mogli robić to, w czym jesteśmy najlepsi.

Robson podszedł do mnie. Zadarłam głowę, bo przy moim wzroście metr pięćdziesiąt pięć wszyscy wyglądali jak wielkoludy. A mój przyjaciel mierzył nieco ponad metr osiemdziesiąt. W domu zawsze chodził ubrany w rozciągnięte T-shirty z napisami typu: „Mam cycki, mam władzę”, „Dzisiaj melanż, jutro blamaż” albo „Widziałem cię nago!”. Kochałam go za te koszulki. Oczywiście nie tylko za nie, ale się przysłużyły, nie ma co czarować. Robert był świetnie zbudowany, ćwiczył, pływał i generalnie dbał o swoją całkiem apetyczną muskulaturę. Kiedy szedł na miasto, uwielbiał wkładać obcisłe dżinsy, koszulki podkreślające jego ładne ciało, a do tego marynarki i wysokie buty. Wyglądał zadziornie i seksownie. Nieraz miałam okazję się przekonać, jak reagowały na niego dziewczyny w klubie. A on wykorzystywał to z wrodzoną bezczelnością. Poza tym był artystą, pięknie malował i kilka razy udało mu się sprzedać swoje prace w jednej z wrocławskich galerii. Wierzyłam, że wszystko jeszcze przed nim, czekałam na rozwój jego kariery artystycznej równie mocno, co on sam.

– Idziemy dzisiaj do Fantomu.

– No rejczel, bejbe. A ty nie masz czasem randki? – Spojrzałam na kumpla.

– Nie, Alicja dzisiaj pracuje. Dlatego chcę iść do klubu.

– Liczysz, że ci się trafi?

Robson wykrzywił swoje idealnie wykrojone usta i przejechał dłonią po blond włosach. Sprawiał wrażenie, jakby go coś zabolało. Czasami widziałam taki jego wzrok, gdy coś działo się nie po jego myśli albo gdy w klubie upatrzył sobie jakąś ofiarę, a potem okazywało się, że laska jest z facetem lub śmierdzi fajkami. Od razu wiedziałam, że coś się zmieniło, że mojemu przyjacielowi popsuł się nastrój. Przecież znałam go doskonale i odgadywałam jego stany chyba lepiej niż on sam.

– Powiem ci, że chyba spróbuję z Alicją.

– Chcesz być wiernym Julkiem na balkonie? – parsknęłam. – Ale jaja.

– Spróbuję.

– No, łatwo nie będzie, pięknisiu. – Walnęłam go lekko pięścią w ramię.

– Robimy dzisiaj kogoś? – Nie zwrócił na to specjalnie uwagi, wciąż nieco zamyślony. Oj, Alicja zawróciła mu w głowie. I dobrze!

– Może jakieś auto? Pojeździłabym.

– Good idea!

– To do wieczora! O dwudziestej pierwszej pod Fanto!

– Baaaaj!

– A teraz idę do pracy.

– Ha, ha, ha, jestem ciekaw, jak długo wytrzymasz.

– Wal się, Robson!

Fakt faktem, praca na etacie była nudna i bez żadnej przyszłości. Ale płacili za mnie składki i, w sumie, siedzenie na infolinii znanej sieci komórkowej nie musiało mnie kosztować wiele trudu. Przeszłam przez dwie rozmowy, potrafiłam się sprzedać, miałam gadane i dobrze wyglądałam. Cierpiałam katusze, kiedy musiałam włożyć ciemne spodnie i jasną bluzkę, spiąć włosy i nie żuć gumy podczas rozmowy. Byłam uzależniona od gum do żucia, butów na platformach i szybkiej jazdy samochodem. A że własnego nie posiadałam… wprawiłam się w pożyczaniu środków lokomocji, gdzie i kiedy tylko mi się chciało. Robson był za to genialnym kieszonkowcem. Poznaliśmy się jako dzieci, kiedy już dawno przestaliśmy tak naprawdę być dziećmi. Robert był starszy ode mnie o dwa lata, w spadku po babci dostał niewielkie mieszkanie, w którym teraz razem mieszkaliśmy. Matka oddała go do bidula, jak był malutkim dzieckiem. Ojca nigdy nie poznał. Babcia była zbyt stara i chora, aby się nim zająć. Dlatego trafił do sierocińca. A tam już byłam ja. Moja historia była jeszcze bardziej popaprana. Wcześnie straciłam matkę, a mój stary… No cóż, może i próbował być ojcem, ale nieszczególnie mu to wychodziło. Teraz siedział w pudle, a ja… nie chcę o tym mówić. W każdym razie od tamtej pory byliśmy z Robsonem nierozłączni. Potem, z pomocą jednej babki z opieki społecznej, która bardzo nas lubiła, trafiliśmy razem do pierwszej rodziny zastępczej. Tam było gorzej niż źle. Wojskowy dryl, kary i gaszenie światła z całkowitym zaciemnieniem. Gdyby nie Robson, nie wiem, jak dałabym radę tam wytrzymać. W drugim domu było o wiele lepiej i jakoś przetrwaliśmy. Łączyły nas beznadziejne dzieciństwo, wspólne dorastanie w rodzinach zastępczych, w których różne rzeczy się działy, i potem wspólne zamieszkanie. A także wiele pojebanych akcji, dzięki którym zbliżyliśmy się do siebie jeszcze bardziej. I wciąż cudem unikaliśmy jakichkolwiek konsekwencji. Co było prawdziwym darem losu, bo już tyle przypałów zaliczyliśmy, że chyba jakaś siła wyższa nad nami czuwała. Może uznała, że skoro wychowaliśmy się bez wzorców, to i tak nieźle sobie radzimy. Oboje byliśmy świetnymi złodziejami. Kradliśmy wszędzie. W spożywczakach, ciuchlandach, na stacjach benzynowych (choć tam niechętnie), w galeriach handlowych, drogeriach, księgarniach. Oboje lubiliśmy czytać książki, ale nie było nas na nie stać. Zapisaliśmy się do biblioteki, ale trudno było o nowości. Często zdarzały się też takie sytuacje:

– Neuromancera bym wzięła.

Bibliotekara spojrzała na mnie jak na wariatkę.

– Dziecko – powiedziała łagodnym głosem. – To jedna z TYCH książek. Ludzie je pożyczają i nie oddają.

– Kradną z biblioteki?

Postanowiłam to naprawić. Okazja trafiła się kilka dni później, gdy wynieśliśmy z empiku wznowienie nie tylko Neuromancera, ale i pozostałych dwóch tomów Gibsona. A po przeczytaniu oddaliśmy je do biblioteki. To samo zrobiliśmy z Rokiem 1984 i Folwarkiem zwierzęcym Orwella, Uległością Houellebecqa czy Ojcem chrzestnym Puzo. Zawsze po zajumaniu i przeczytaniu książki zanosiliśmy ją do biblioteki jako darowiznę. Żeby nie było, że okradamy autorów. No, tak nie do końca, ale myślę, że w jakiś sposób to im rekompensowaliśmy. W ogóle byliśmy takimi robin hoodami naszych czasów. Kradliśmy, przykładowo, karmę dla zwierząt i dawaliśmy ją bezdomnym kotom. Albo psu sąsiadki, której się nie przelewało. Wiedzieliśmy, jak to jest klepać biedę, więc mieliśmy zawsze coś dla ubogiej sąsiadki czy bezdomnego kota.

Kiedyś natrafiłam pod Kauflandem na zbiórkę na rzecz fundacji prozwierzęcej. Ludzie wrzucali saszetki z karmą, jakieś chrupki, niewiele tam tego było. Pieprzeni egoiści! Więc pojechaliśmy z Robsonem do marketu obok i tam zebraliśmy sporo daniny, nie tylko jedzenie, ale i koce, prześcieradła, środki czystości, bo przecież to wszystko było potrzebne, aby utrzymać taką fundację. Mistrzostwem było zajumanie mopa, którego Robson schował pod czapkę, a uchwyt po prostu wyniosłam, odkleiwszy z niego wszystkie kody kreskowe. Bo przecież dziewczyny muszą czymś myć kociarnię i psiarnię. Mój kumpel powiedział wtedy, że on ze mną już więcej na taką akcję nie pójdzie, bo rozumie – kraść książki czy płyty, czy nawet żarcie, ale miotłę?! Śmialiśmy się potem jak wariaci. Za to zwierzakom pomogliśmy!

 

Ale najbardziej lubiłam „pożyczać” samochody. Zawsze można było coś znaleźć w schowkach lub pod siedzeniami albo gdzieś z tyłu. Batoniki, napoje, płyty CD, książki, gazety, ciuchy, zakupy, prezerwatywy. W sumie było to trochę jak wyjście do supermarketu. Otwierać fury nauczył mnie mój ekschłopak, który teraz prowadził klub, handlował samochodami i robił wiele nie do końca legalnych rzeczy. Poznałam go, gdy miałam piętnaście lat. Chodziliśmy przez dwa lata, potem ze mną zerwał, bo laska, z którą spotykał się niejako przy okazji, zaciążyła. Baron, bo taką miał ksywkę, nie był zbytnio szczęśliwy, ale poczuwał się do ojcostwa i usłyszałam tylko: „Sorry, Molly, no dałem dupy po całości”.

Na mój gust to chyba jakoś odwrotnie się odbyło, ale nie wnikałam. Nie przeżyłam tego szczególnie, z Baronem dobrze się bawiłam, nauczył mnie wielu cennych rzeczy i w sumie nadal utrzymywaliśmy kontakt. Bo Baron czasami też handlował kradzionymi samochodami, więc jak „pożyczyłam” jakąś lepszą furę, to dawałam znać mojemu byłemu, a on przejmował fant, gdy ja już się najeździłam. Oczywiście odpalał mi za to kasę.

A dlaczego musiałam jeździć? Robson nazywał to „adrenalinowym hajem”. A ja? Wiedziałam, dlaczego to robię. Tylko ja wiedziałam.

Ten wieczór zaczął się zupełnie standardowo. Zjedliśmy pizzę, wypiliśmy po piwie kupionym w żabce i ruszyliśmy do klubu. Tutaj często balowali chłopcy od Barona, więc czułam się jak u siebie. Poza tym wszyscy znali mnie i Robsona. Sami swoi, można powiedzieć. Ale gdy wtedy tam weszłam, zobaczyłam jakieś towarzystwo białych kołnierzyków, usadowione w jednej z większych lóż. Bawili się głośno, rzucali niewybrednymi żartami i zaczepiali kelnerki.

– Kadra zarządzająca się bawi. – Robson mrugnął i uśmiechnął się do Agaty, barmanki, która miała do niego słabość i zawsze częstowała go darmowymi drinkami.

– Ta, białe kołnierzyki, a słoma z butów – mruknęłam.

– A ty jak zawsze wszystkich do jednego wora.

– Taka już jestem i za to mnie kochasz. Wbijam na parkiet.

– Leć, mała. Zaraz do ciebie przyjdę.

Kiedy mijałam lożę z panami menadżerami, zobaczyłam jego. Miał ciemne oczy, niemal czarne włosy, był szeroki w ramionach i chyba wysoki, co trudno stwierdzić, bo siedział, ale nawet na siedząco był wyższy niż jego koledzy. Gdy mijałam ich stolik, jego sąsiad akurat o czymś perorował i ten z ciemnymi oczami tylko kiwał głową, ale nie spuszczał ze mnie wzroku. Uśmiechnęłam się kącikiem ust i weszłam na parkiet.

Jasne, koleś. Popatrz sobie. Nie lubię białych koszul, głupich żartów i grzecznych chłoptasiów, którzy nie umieją się bawić. Ten gość jednak przyciągnął moją uwagę, sama nie wiedziałam dlaczego. Kiedy ruszałam się w rytm dudniącej muzyki, wyobraziłam sobie, że podchodzi do mnie, faktycznie jest wysoki, jeszcze wyższy od Robsona, wyczuwam korzenny zapach jego perfum. Zaciągam się tym zapachem, on to widzi i mówi coś bezczelnego. Wówczas okazuje się, że wcale nie jest nudnym białym kołnierzykiem i może nawet mamy ze sobą coś wspólnego. Widzę jego oczy, pełne zainteresowania, dostrzegam nawet kilka siwych włosów na skroniach, co dodaje mu charakteru. Pochyla się, czuję jego duże dłonie na biodrach. Przyciąga mnie do siebie w mało delikatny sposób, a ja zamiast się wkurzyć, wtulam się w jego twarde ciało. O tak, twarde i duże. Zapewne wszystko ma właśnie takie… Parsknęłam głośno. Chichotałam jak wariatka. Serio, Molly? Walnęłaś się w głowę? Uniosłam dłonie i skupiłam się na muzyce, zupełnie nie rozumiejąc, dlaczego akurat ten facet wywołał u mnie takie dziwne myśli.

Tańczyłam, zamykając się na to, co mnie otaczało. Uwielbiałam tłum, dym, dudniący bit i rytm, który czułam każdą komórką ciała. Było mi z tym dobrze, byłam na swoim miejscu. Tylko ja, muzyka i mój świat. Bez ludzi. Bez przeszłości. Bez przyszłości. Tylko ja tu i teraz.

Nagle zorientowałam się, że ktoś tańczy bardzo blisko mnie. No tak, jak zwykle. Jeśli nie było w pobliżu mnie Robsona, to zawsze jakiś amator się do mnie przystawiał. Odwróciłam się i miałam zamiar warknąć coś odpychającego. Ale zamiast tego… spojrzałam w jego karmelowe oczy. Bo one nie były ciemne, tylko właśnie karmelowe. I znajome.


Nie chciałem iść na tę imprezę, ale mój wspólnik i przyjaciel Jacek bardzo naciskał. Podpisaliśmy właśnie umowę na nową budowę, dlatego uznał, że zasłużyliśmy na świętowanie. To było nasze piąte wspólne zlecenie, piąte osiedle we Wrocławiu, które miała budować nasza firma deweloperska. No i teraz piliśmy, oblewając ten niewątpliwy sukces.

Jacek zrobił rezerwację w Fantomie. Nie chciałem bawić się właśnie tutaj, ale Jacek o tym nie wiedział. Był dobrym przyjacielem, choć przy tym moim całkowitym przeciwieństwem. Ja byłem spokojny, poukładany, racjonalny. On – szalony, niecierpliwy, lubiący ryzyko. Jak ogień i woda. A jednak świetnie się dogadywaliśmy i teraz trochę żałowałem, że mu nie powiedziałem, że nie chcę świętować w tym klubie. Z wielu względów. Potrzebowałem jeszcze czasu. Ale teraz… wszystko wydawało mi się jak najbardziej na miejscu. Bo gdy już myślałem, że ten wieczór będzie naprawdę beznadziejny, spojrzałem w stronę baru i zobaczyłem ją. Siedziała na wysokim stołku i śmiała się z czegoś, co powiedział jej towarzysz. Była ubrana w krótką spódniczkę i bluzkę odsłaniającą brzuch. Miała długie i zgrabne nogi, jasne włosy, sięgające ramion, i kpiący uśmiech. Była niesamowicie zgrabna, szczupła, ale nie chuda, widziałem jej całkiem przyjemny biust, napierający na obcisłą bluzeczkę. Kiedy zeskoczyła z wysokiego stołka, nadal była niższa od swojego kumpla, mogła mieć najwyżej metr sześćdziesiąt wzrostu. Mały, nieznośny skrzat. Właśnie tak o niej pomyślałem. Jej uroda i świetna figura sprawiły, że moje myśli poszybowały w całkiem innym kierunku. Kiedy poszła na parkiet, zdecydowałem się w jednej chwili.

– Zaraz wracam – rzuciłem do Jacka, łapiąc jego zdziwione spojrzenie. Nie byłem typem faceta, który gdy tylko usłyszy bit, leci tańczyć.

Gdy podszedłem do niej na parkiecie, spięła się, wyczuwając moją obecność za plecami. Odwróciła się gwałtownie, jakby chciała mnie uderzyć albo krzyknąć, i zamarła. Patrzyła na mnie przez chwilę, kołysząc się lekko, aż wreszcie uśmiechnęła się kącikiem ust. Ten uśmiech doskonale znałem. I pamiętałem.

– Kleisz się do mnie? – Przysunęła się, stanęła na palcach w swoich niewiarygodnie wysokich platformach i krzyknęła mi do ucha.

Zmieszałem się.

– Ależ… nie chciałem, znaczy… – Zająknąłem się. Zupełnie mnie zaskoczyła.

A wtedy zaśmiała się głośno, przywarła do mnie całym ciałem i objęła. Zaczęła się kołysać, mimo że muzyka była klubowa i ostro dawała czadu.

– Zluzuj, kolego. Możemy się razem pobawić, nie wyglądasz na psychola.

Podjąłem tę grę, chociaż nie byłem przyzwyczajony do takich zachowań. Objąłem ją w pasie i zacząłem wraz z nią lekko się kołysać. Niezupełnie w takt muzyki.

– Masz imprę firmową? – spytała i poczułem jej miętowo-alkoholowy oddech. Nie wiem czemu, ale bardzo to na mnie podziałało.

– Coś w tym stylu.

– Biały kołnierzyk, co? – Odchyliła się i patrzyła na mnie. Po chwili ścisnęła moje ramiona. Miałem na sobie błękitną koszulę, z podwiniętymi do łokci rękawami i materiałowe spodnie. Nie zdążyłem się przebrać, prosto z biura przyjechaliśmy do klubu.

– Na to… – Nie dopowiedziałem, bo nieoczekiwanie wyszarpnęła mi koszulę ze spodni i spojrzała na mój brzuch. – Co ty robisz…?!

– O ja pierdzielę! Ale masz kaloryfer! Nietypowy z ciebie kołnierzyk! Już cię lubię.

Poprawiłem się i spojrzałem na nią, kręcąc głową.

– Zawsze rozbierasz obcych mężczyzn na parkiecie?

Wzruszyła ramionami i potrząsnęła przecząco głową.

– Nie. Tylko niektórych.

– Jak masz na imię? – spytałem, chociaż wcale nie musiałem.

– A ty?

– Ja byłem pierwszy.

– Ostatni będą pierwszymi.

Skrzywiłem się. Była irytująca. Ale zabawna. Taka, jaką pamiętałem. Szkoda, że ona nie pamiętała mnie.

– Wiktor.

Drgnęła, ale za chwilę znowu wyginała się w tańcu. Przypominała Umę Thurman w tej kultowej scenie tańca z Pulp Fiction. Tak samo jak ona wyluzowana i swobodna. Wolna. Kompletna odmiana dla mnie. Uśmiechnąłem się.

– O, pan sztywniak się uśmiecha. Ho ho, widzę, że ortodonta to twój przyjaciel. Molly jestem – rzuciła na jednym wydechu i ruszyła w stronę baru.

– Co? Jak? Zaczekaj!

Nawet się nie obejrzała. Podeszła do baru, gdzie stał ten wysoki chłopak, i pokazała barmanowi dwa palce. Po chwili miała już w dłoni drinka.

– A więc masz na imię Molly – powiedziałem, nie spuszczając z niej wzroku.

– Aha, panie poważny. – Siedziała teraz oparta łokciem o bar, z głową leciutko pochyloną w moją stronę.

– Kto to? – Wysoki chłopak uwiesił się na jej ramionach i patrzył na mnie z zainteresowaniem.

– Biały kołnierzyk – powiedziała, kładąc mu głowę na ramieniu. Cały czas patrzyła jednak na mnie.

– Siema, Robson jestem. – Chłopak podał mi rękę.

– Wiktor. Cześć. – Oddałem blondynowi uścisk. Znowu zwróciłem się do dziewczyny: – Może porozmawiamy?

– A może się zabawimy! – Molly ruszyła w stronę loży, w której siedzieli moi kumple. Ten cały Robson szedł tuż za nią. – Przedstawisz nas kolegom? – Miałem wrażenie, że rzuca mi wyzwanie.

– Jasne – mruknąłem. Spojrzałem na swoje towarzystwo. – Hej, słuchajcie, to jest Molly i Robson, to Jacek, Andrzej, Marcin, Piotr i Eryk. – Po kolei przedstawiałem kumpli i wspólnika. Ci uśmiechali się durnowato i kolejno wstawali, jakby byli w szkole, a nauczycielka sprawdzała obecność.

– Super. Widzę, że się bawicie na smutno. Może trochę fanu? Może zawołam koleżanki? – Molly napiła się piwa, które stało przed Jackiem, i oblizała usta.

– No jasne!

– Oczywiście!

– Bardzo chętnie!

No tak, moi koledzy musieliby być ślepi, żeby zareagować inaczej.

Molly kiwnęła na cztery dziewczyny siedzące przy barze i po chwili w naszej loży zrobiło się ciasno i głośno. Ona sama podeszła do mnie i wzięła mnie za rękę.

– Siadamy? – Wcisnęła się obok Jacka i pociągnęła mnie za sobą. Jej kumpel usiadł po drugiej stronie stołu, reszta dziewczyn usadowiła się pomiędzy moimi kolegami. Zaraz pojawiła się kelnerka i zaczęły się zamówienia. Towarzystwo się rozkręcało, padały niewysublimowane żarty, głośny śmiech świdrował uszy. Molly siedziała obok mnie, piła drinka i wyglądała na zadowoloną. Spojrzałem na nią z boku i pochyliłem się. Poczułem jej zapach, lekki, delikatny, nie jak z tych duszących perfum, którymi czasami spryskiwały się kobiety.

– Lubisz robić zamieszanie, co?

– Nie, panie rozważny. – Pokręciła głową. A ja, jak nienormalny, wciągnąłem tę woń. Pachniała jak słońce, jak morze. Jak wolność. Idealnie. Przełknąłem ślinę.

– A jak to nazwiesz?

– Jestem społeczniczką.

Była fascynująca. Mruknąłem coś pytająco, a ona się zaśmiała.

– Lubię, kiedy ludzie dobrze się czują. Poza tym co to za impra samych facetów? Nuda. – Uśmiechnęła się nagle, spojrzała na mnie z zaciekawieniem i ukłuła mnie palcem w ramię.

– Kurde, gościu, ale bicek.

– Bicek? – Zmrużyłem oczy. – Co to za język?

– Normalny, wszyscy tak mówią – odparła szybko. – No to jak z tobą jest?

– Czy ty ze mną flirtujesz?

– Nie, coś ty? – Zamrugała nieco teatralnie. – Jedynie omawiamy problemy trzeciego świata.

– No tak, w tym celu tu przyszłaś. – Pokiwałem głową poważnie.

– No nie? – Zrobiła jakiś grymas, kiwnęła głową i przewróciła oczami.

Zaraz potem Robson podniósł się i pożegnał.

– Ja spadam, zdzwonimy się, siema, sis.

– Pa pa! – Molly pomachała mu dłonią. Potem utkwiła wzrok we mnie. – Chcesz się zabawić?

– Co masz na myśli?

– Nie to, co ty.

– A skąd wiesz… – zacząłem, ale Molly już wstawała i wyciągała do mnie rękę.

– Spadamy, Wiko. – Patrzyła na mnie, żując gumę.

– Wiko? – parsknąłem.

– Wóz albo przewóz, dawaj. – Zrobiła dużego balona, który pękł, osiadając na jej pełnych ustach.

Byłem podniecony. I kompletnie rozstrojony.

Zdecydowałem się w jednej chwili. Ująłem jej rękę i kiedy poczułem ciepło jej drobnej dłoni, przez całe moje ciało przeleciał jakiś dziwny prąd.

Patrzyłem jedynie na falujące włosy w kolorze łanu zboża i króciutką dżinsową spódniczkę, odsłaniającą zgrabne nogi. Nie wiedziałem zupełnie, co się dzieje, to miało kompletnie inaczej wyglądać. No ale to była Molly. Melania Tarczyńska. Dziewczyna, która jako pięciolatka niszczyła moje budowle z klocków Lego. Ja miałem lat dwanaście i serdecznie jej nienawidziłem. A potem… stało się to, co się stało.

 

Gdy Molly pozna prawdę na ten temat, znienawidzi mnie. Więc postanowiłem robić to, co ona – żyć chwilą.