Mazurskie LatoTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Zabezpieczyłem się – powiedział ochrypłym szeptem. Patrzył na mnie błyszczącymi oczami, w których widziałam zachwyt, pożądanie i jeszcze coś, czego nie chciałam w tej chwili definiować ani rozumieć.

– Chodź – szepnęłam. Tylko tego chciałam. Poczuć go w sobie. Wsunął się we mnie powoli, jego wzrok śledził z uwagą moją twarz, a dłonie pieściły delikatnie moje policzki.

Kiedy był już we mnie cały, jęknęłam cicho i wygięłam się, aby czuć go jeszcze mocniej.

– Jak chcesz? Delikatnie czy… – spytał szeptem. Widziałam, jak drżą mu mięśnie, jego ramiona były napięte, ukazywały twarde bicepsy.

– Chcę cię czuć. Cholernie mocno – odpowiedziałam, patrząc prosto w jego rozgorączkowane oczy.

– Poczujesz – szepnął. Wsunął dłonie pod moje pośladki i wszedł tak cudownie mocno i do samego końca, że jęknęłam głośno, a mój głos potoczył się po tafli jeziora, docierając zapewne do portu, do Mazurskiego Lata, a może i jeszcze dalej. Ale najważniejsze, że usłyszałam go ja i wcale nie czułam się źle. Czułam się cudownie. Gdy wchodził we mnie raz za razem, boleśnie mocno, powoli przyspieszając, coraz mocniej, szybciej, intensywniej, wypełniając mnie całą, patrząc na mnie, jakby nie chciał stracić nic z widoku, kiedy doprowadzi mnie na szczyt, tutaj, wśród mazurskiego lasu, na małej wysepce, gdzieś na końcu mojego świata, poczułam, że żyję. I zdałam sobie sprawę, że to może nie koniec mojego świata, ale dopiero początek?

– Jezu, Nata… – jęknął gardłowo, kiedy zacisnęłam palce na jego obojczykach i wygięłam się w łuk, czując, jak pulsuję w rytm szalonego orgazmu, który właśnie przetaczał się przez moje ciało.

– Tak… już… – wykrztusiłam.

Wówczas on podniósł mnie na siebie, ścisnął biodra i nakierował, nieustannie się we mnie wpatrując. Trzymałam się jego ramion, przyspieszyłam i także patrzyłam na jego twarz. Chciałam zobaczyć, jak ogarnia go przyjemność, jak on traci kontrolę i staje się bezbronny, a jego rozkosz jest także moją rozkoszą. I tak się stało. Poczułam, jak jego twardy penis robi się jeszcze większy, wypełniając mnie boleśnie słodko. Jego dłonie zacisnęły się na moich biodrach jeszcze mocniej, odchylił do tyłu głowę, a oczy nakryły się powiekami z długimi rzęsami. Jęknął gardłowo, a mnie ten dźwięk podniecił jeszcze bardziej. Przyspieszyłam tempo, przedłużając jego rozkosz.

Kiedy się uspokoił, objęłam go mocniej, wciąż mając go w sobie. Tulił mnie i całował czule, a jego dłonie dotykały mnie z jakąś niespodziewaną delikatnością. Potem położyliśmy się w kajaku, a Krzysiek nakrył nas kocem. I leżeliśmy, słuchając swoich uspokajających się serc, oddechów, odgłosów otaczającej nas przyrody i muzyki, która – niesiona po wodzie – docierała do nas z pobliskiego portu. Zamknęłam oczy i korzystałam z tego uczucia, które mnie ogarnęło. Uczucia bezkresnej wolności.

Potem ubraliśmy się i dopiliśmy piwo, patrząc na siebie z głupimi uśmiechami. Miałam wrażenie, że znowu mam osiemnaście lat. I zero problemów.

– Wracamy do portu. Chcesz potańczyć? – spytał mnie, kiedy wsiadaliśmy do kajaka.

– Możemy – zgodziłam się. Coś zaczynało mnie dusić, ale odłożyłam te cholerne myśli głęboko w siebie. Dzisiaj… dzisiaj spędzałam noc na Mazurach, noc pełną wolności i namiętności. Jutro… wszystko wróci, a ja nie będę mogła spojrzeć na siebie w lustrze. Ale to będzie jutro. Dzisiaj jest dzisiaj. I to dzisiaj jest moje.

* * *

Następnego dnia zaspałam na śniadanie. Wraz z Krzyśkiem imprezowaliśmy prawie do czwartej nad ranem. Tańczyliśmy, piliśmy, przytulaliśmy się i całowaliśmy. Potem puszczaliśmy lampiony, życząc sobie wzajemnie, żeby się spełniło. Dawno się tak nie śmiałam. Tak szczerze i tak dużo. Potem wróciliśmy do pensjonatu, Krzysiek odprowadził mnie do pokoju, objął i pocałował w usta. Potem patrzył na mnie z uśmiechem, gładząc moje policzki.

– Widzisz, Natalio? Wcale nie jest tak strasznie.

– Co?

– Pomyśleć czasami o sobie. I pamiętaj, że zawsze cię wysłucham, kiedy tylko będziesz chciała. Nie jestem na chwilę.

– Nie wiem tego – szepnęłam, pragnąc, aby to, co mówił, było prawdą.

– Jasne, że nie wiesz. Ale zobaczysz. Trzeba dać życiu szansę. I sobie. I nam.

– A jesteśmy jacyś „my”?

– Kto wie, co przyniesie jutro? – Krzysiek roześmiał się i znowu mnie pocałował.

Teraz doprowadziłam się szybko do jako takiego wyglądu, wzięłam prysznic, włożyłam krótkie spodenki, T-shirt, związałam włosy, wsunęłam stopy w klapki, sięgnęłam po lnianą torbę, do której wrzuciłam portfel, telefon, mokre chusteczki i wodę. Gdy zeszłam na dół, pierwsze, co ujrzałam, to Krzysiek, który robił tatuaż na ramieniu jakiemuś chłopakowi, którym okazał się brat Filipa.

Szybko zostaliśmy sobie przedstawieni i przypatrywałam się, jak Krzysiek metodycznie nanosi tusz na wzór przedstawiający tribal. Był skupiony i bardzo dokładny. Siedziałam obok i z wielką przyjemnością obserwowałam jego pracę.

– A ty, Natalia, nie masz żadnego tatuażu? – Filip spojrzał na mnie.

– Nie. Nigdy mnie jakoś nie ciągnęło do tego. – Wzruszyłam ramionami.

– Nie bój się, nie boli. – Brat Filipa, Franek, roześmiał się, a jednocześnie lekko skrzywił, co trochę przeczyło temu, co mówił.

– No jakoś ci nie wierzę.

Krzysiek zerknął na mnie, a kiedy tylko nasze oczy się spotkały, momentalnie zrobiło mi się jakoś dziwnie gorąco. Napięcie pomiędzy nami było aż wyczuwalne. Zauważyłam, że Filip uważnie się nam przypatrywał, aż w końcu uśmiechnął się lekko pod nosem. Boże, czy to było widać, że ja… że on, że my…

– Jak będziesz chciała, to zrobię tak, żeby nie bolało. – Niski głos Krzyśka wbił się w moje rozpaczliwe myśli.

– Nie, nie, dziękuję.

– Kończę za pół godziny, pojedziesz ze mną w jedno miejsce? – Krzysiek popatrzył na mnie z uwagą i oczekiwaniem.

– Motocyklem? – spytałam cicho.

– Zdecydowanie.

Poczułam strach, ale musiałam go zdusić, zwalczyć. Nie mogłam dać się… Nie teraz.

Kiwnęłam głową, zgadzając się.

– To idź, włóż dżinsy.

– Okej.

Przebrałam się, a gdy zeszłam na dół, Krzysiek owijał rękę Franka i tłumaczył, jak ma dbać o tatuaż.

– Raz dziennie myj go delikatnie ciepłą, ale nie gorącą wodą, smaruj tą maścią – dał mu małą tubkę – i owijaj folią. Nie opalaj się i nie korzystaj z basenu.

– Jasne. Dzięki, wyszło super.

Rozliczyli się, a ja wyszłam na zewnątrz i czekałam na Krzyśka, który poszedł do swojego pokoju zanieść sprzęt i po chwili zszedł na dół. W ręku trzymał skórzany motocyklowy kuferek i dwa kaski orzeszki.

Kiedy to zobaczyłam, strach ścisnął mi gardło, nie mogłam wykrztusić z siebie ani słowa. Krzysiek chyba zobaczył, że coś jest nie tak. Chciał podejść do mnie, ale odwróciłam się i pobiegłam w stronę portu. Nie myślałam, nie analizowałam, po prostu biegłam, wiedząc, że zachowałam się jak skończona idiotka. Ale nie zdołałam dobiec do pomostu, bo poczułam, że ktoś łapie mnie za ramię. Oczywiście to był Krzysztof. Patrzył na mnie poważnym wzrokiem, w którym widziałam ogrom niepokoju.

– Boisz się jeździć? – spytał bez ogródek. Zdołałam się już zorientować, że on właśnie taki był. Prostolinijny, niebawiący się w półsłówka. I bardzo dobrze. To było zdrowe. Pochyliłam lekko głowę i odpowiedziałam cichutko:

– Tak.

– Dlaczego?

Potrząsnęłam głową. Nie mogłam…

Usłyszałam, jak on westchnął z frustracją.

– Po prostu zostaw… – zaczęłam, ale nie dał mi dokończyć.

– Chodź, przejdziemy się na pomost. – Złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę mariny. Poszłam za nim, czując silny uścisk jego ciepłej dłoni. Kiedy doszliśmy do końca pomostu, Krzysiek usiadł na nagrzanych od słońca deskach i poklepał miejsce obok siebie.

– Chyba powinnam iść – powiedziałam, bo było mi bardzo wstyd.

– Chyba powinnaś usiąść i popatrzeć na te piękne statki. – Wskazał mi dwie białe, potężne żaglówki, które właśnie wypływały z portu.

Westchnęłam i zajęłam miejsce obok niego. W milczeniu patrzyliśmy, jak łódki opuszczały mikołajską marinę. Nic nie mówiłam, bo nie wiedziałam, jak zacząć. Ale pierwszy raz od dwóch lat poczułam chęć opowiedzenia mojej historii temu mężczyźnie, którego praktycznie nie znałam, a z którym kochałam się ubiegłej nocy. Może coś w tym jest, że łatwiej zwierzyć się komuś, kogo nie znamy? Dlatego chodzimy na terapię i mówimy, co czujemy, obcym ludziom? Chociaż nie do końca. Próbowałam terapii, nie wypaliło. Nie zadziałało. A tutaj, przy nim… – Spojrzałam na jego profil. Miał wyraźnie zarysowane kości szczęki, wydatny nos, piękne usta. Westchnęłam i znów spojrzałam na żaglówki.

– Marek i ja byliśmy razem przez trzy lata. Mieliśmy się pobrać. Poznałam go na imprezie w takim klubie, gdzie spotykali się… harleyowcy.

Widziałam kątem oka, że Krzysiek drgnął, ale nie skomentował.

– Na początku to było dla mnie takie dziwne. Ja, nauczycielka matmy, on w tych skórach… Prowadził bar, był szalony i zawsze pełen niespodziewanych pomysłów. Lecz okazało się, że wiele nas łączy, że dobrze nam razem. Zakochałam się. On też. Planowaliśmy wspólną przyszłość. I wtedy on koniecznie chciał jechać na zlot do Słowacji. Namawiał mnie, lecz miałam koniec półrocza, mnóstwo pracy, nie mogłam się wyrwać. Pokłóciliśmy się. On pojechał i… jakieś nowobogackie gnojki z Polski urządzały wyścigi na drodze pełnej zakrętów, już tam, w Słowacji. Było ich trzech, wymijali na wariata samochody, prując chyba z dwieście kilometrów na godzinę. I ten, który jechał porsche, ostatni, nie zdążył się schować i wjechał w nadjeżdżającą z naprzeciwka kolumnę motocykli ze zlotu. Uderzył w pierwszej kolejności w Marka. On… – Pochyliłam głowę i przełknęłam łzy. – Nie miał szans.

 

– Bardzo mi przykro, Natalio. – Cichy głos dotarł do mnie, poczułam, że Krzysiek mnie objął i lekko zacisnął palce na moim ramieniu. – To dlatego nie lubisz motocykli?

– Moje ostatnie słowa do niego były pełne złości. Powiedziałam mu, że ten jego głupi motocykl jest ważniejszy niż ja. Byłam idiotką… – Pokręciłam głową. – I tak, dlatego nie lubię motocykli i ludzi, którzy na nich jeżdżą. – Spojrzałam mu w oczy. Wpatrywał się we mnie spokojnym wzrokiem, w którym dostrzegałam żal, smutek, ale i mnóstwo innych uczuć, których wciąż i wciąż się bałam.

– Nie byłaś idiotką. Ludzie będący w związkach czasami się kłócą. To po prostu był zbieg okoliczności. I nie było w tym ani twojej winy, ani Marka. Tylko tego gnoja, który zrobił sobie z normalnej drogi prywatny tor wyścigowy. Mam nadzieję, że poniósł karę?

– Siedzi w więzieniu na Słowacji. Dostał pięć lat. Zginęły tam trzy osoby, a mnóstwo było rannych.

– Pamiętam chyba tę sprawę. – Krzysiek zmrużył oczy. – Było o tym głośno w mediach.

– Dokładnie. A ja od tamtej pory… ciągle się oskarżam – szepnęłam.

– Och, Natka… – Krzysiek przytulił mnie mocno. – Nie powiem ci, że nie powinnaś tak robić, bo wiem, że ty sama najpierw musisz dojść do takich wniosków. Ale mogę ci powiedzieć, że na takie rzeczy nie masz wpływu. Nikt z nas nie ma. To się po prostu dzieje, nazwij to sobie, jak chcesz, karmą, przeznaczeniem, losami wyrysowanymi gdzieś tam, przez kogoś. Każdy wierzy w co innego. Ja tego nie neguję. Skoro pomaga to przetrwać trudne chwile? Ale nie masz na to wpływu. Ani ja, ani Marek nie miał, ani mój stary. Wiesz, kto miał? Moja matka, to ona zadecydowała o tym, że nie chce już mieć rodziny. – W jego głosie wybrzmiał jakiś twardy ton. – Ale na to, co się stało z naszymi bliskimi… nie mieliśmy wpływu. Tak się stało, i tyle. I teraz musimy sobie z tym poradzić i żyć dalej. To jest okrutna prawda, ale jest.

– To cholernie beznadziejne – szepnęłam, czując się tak dobrze w jego objęciach. Wtuliłam się mocniej, wdychałam korzenny zapach jego perfum, czułam na sobie chłód mazurskiego wieczoru i zaczęłam się powoli uspokajać i wyciszać.

– Zgadzam się. Beznadziejne. Ale nikt nie obiecywał, że będzie nam łatwo. W każdym razie nie zawsze jest tak źle. Popatrz na to jezioro. Jest naprawdę pięknie. Zawsze, kiedy jest mi źle, kiedy zastanawiam się nad tym, dlaczego matka mnie nie chciała, dlaczego choroba zabrała mojego ojca, który był moim najlepszym kumplem, przyjeżdżam gdzieś nad wodę, siadam i patrzę. Od razu robi mi się lepiej. Wyobrażam sobie, że jak odejdę, to jezioro, ten las, tamta zatoczka nadal tutaj będą. To mnie uspokaja, pokazuje, jak mały jestem, jak niewiele znaczę. Nie ma co się spalać, zabijać, zarzynać. Musimy trwać, Natka.

– Lubię… – westchnęłam, czując nagłe znużenie.

– Co takiego. – Poczułam, że Krzysiek patrzy na mnie. Uniosłam głowę i spojrzałam w jego spokojne oczy.

– Lubię, jak tak do mnie mówisz.

– Cieszę się. Ja lubię tak do ciebie mówić. – Pochylił się i lekko mnie pocałował. – Daj mi znać, kiedy będziesz gotowa na przejażdżkę.

– Dam – powiedziałam i ponownie się w niego wtuliłam.

Siedzieliśmy do późna, aż zaczęło się robić chłodno. Czułam zawód, że tak się zachowałam, bo w sumie teraz… chciałabym pojechać z nim tam, gdzie pragnął mnie zabrać. Obiecałam sobie, że następnego dnia powiem mu na śniadaniu, że chcę z nim jechać. Gdziekolwiek.

Kiedy wróciliśmy do Mazurskiego Lata, Krzysiek odprowadził mnie do pokoju. Miałam ochotę zaprosić go do środka, chciałam go w swoim łóżku.

Ale on przytulił mnie, pocałował czule w usta, pogłaskał po twarzy i mrugnął porozumiewawczo.

– Do jutra, Natka – powiedział cicho i poszedł do siebie.

To też sprawiło mi na swój sposób przyjemność. Bo nie okazał się tylko napalonym facetem, dążącym do jednego. To mnie ujęło jeszcze bardziej.

Pół nocy nie spałam, tylko myślałam. To, co przeżyłam z Krzyśkiem wtedy, na pomoście… było cudowne. Ale to nie tylko seks. Tutaj chodziło o coś zupełnie innego. Jakieś porozumienie, zrozumienie. Coś, co dopiero się budziło. Było świeże, ulotne, ale się zaczęło. Wiedziałam o tym i on także o tym wiedział.

Może… warto dać temu szansę?

Następnego dnia zbiegłam jak na skrzydłach na śniadanie. Przy naszym stoliku siedzieli wszyscy, oprócz… Krzyśka.

Nie umiałam ukryć rozczarowania.

Zuza spojrzała na mnie ze współczuciem, co zabolało mnie jeszcze bardziej.

– Kochanie, pan Krzyś wyjechał z samego rana. Do Wrocławia.

– Ach… – Nie mogłam wyartykułować z siebie nic więcej.

– Rano zawsze chodzę z kijkami wzdłuż jeziora i widziałam, jak się pakował. Spytałam, czy jedzie gdzieś znowu kogoś tatuować, ale odparł, że nie, że wraca do domu. Nie wiem. – Zuzanna wzruszyła ramionami i odgarnęła jasne włosy z policzka. Złote bransoletki na jej nadgarstku wydały metaliczny dźwięk. – Może coś się stało w domu czy coś?

– Być może – odparłam i uśmiechnęłam się.

Do końca śniadania wymieniałam uwagi o pogodzie, o tym, co będzie na obiad i że ciekawie zapowiada się wieczorny występ nowego zespołu. Nie chciałam, aby ktokolwiek pomyślał, że jakoś to mnie ruszyło.

A ruszyło.

Wczoraj wymieniliśmy się numerami telefonów.

Gdyby… gdyby on uznał, że naprawdę to coś, co było między nami, było czymś więcej niż tylko letnim podrywem, to… Chyba powinien mi dać znać, że musiał tak nagle wyjechać?

Naprawdę… byłam naiwna.

I rysowałam sobie w głowie nie wiadomo co. A przecież to tylko… mazurskie lato. I głupia reklamowa plota. Nie wiem, co w ogóle sobie myślałam!

Został mi tydzień wypoczynku i postanowiłam nie rozpamiętywać tego, co się wydarzyło, tego, że go spotkałam, że coś na nowo zaczęłam czuć. Dużo spacerowałam, słuchałam muzyki i czytałam książki. Wzięłam ze sobą czytnik, więc nosiłam go zawsze ze sobą, szłam na plażę miejską umiejscowioną nieopodal hotelu Mikołajki. Siadałam na kocu albo na deskach pomostu i czytałam. Zajęłam się tylko sobą, wsłuchałam się tylko w siebie. Chyba tego mi właśnie było potrzeba. Wkurzałam się jedynie, że dałam się wciągnąć w ten… szalony tydzień z Krzyśkiem. Z facetem, który zniknął jak duch i sama czasami się zastanawiałam, czy nasze wspólne noce, kochanie się pod gwiazdami, rozmowy, trudne wyznania najzwyczajniej w świecie mi się nie przyśniły.

Ale chyba nie.

Bo wciąż czułam jego dotyk na swojej skórze, jego zapach, a jak zamknęłam oczy, słyszałam jego niski głos.

Ostatniego wieczoru dałam się wyciągnąć moim towarzyszom na imprezę pożegnalną, która odbywała się w naszej tawernie. Do tańca przygrywał jakiś lokalny zespół, który grał coś na kształt indie rocka, bardzo mi się podobały ich kawałki.

Tańczyłam oczywiście z Arkadiuszem, który rozkręcił się i widziałam, że dopiero teraz pokazał, co potrafi na parkiecie. Potem siedziałam z Zuzą, piłyśmy cydr i kobieta z uśmiechem pochyliła się do mnie, żeby mi coś powiedzieć.

– Moja córka za miesiąc przylatuje do domu.

– Tak? Świetnie!

– Napisała mi wczoraj maila, będą w Polsce sześć tygodni i chcą mnie zabrać do siebie.

– To dobrze, Zuzanno – uśmiechnęłam się.

– Stęskniłam się. – Kobieta patrzyła na mnie, jej oczy błyszczały.

– Cieszę się, naprawdę!

Wtedy Zuzanna chciała coś do mnie powiedzieć, ale nagle zamilkła i utkwiła wzrok gdzieś nad moją głową.

– Co się… – Chciałam zapytać, o co chodzi, ale wówczas koło mojego ramienia pojawił się jakiś mężczyzna. Uniosłam głowę i wpatrzyłam się w jego karmelowe oczy. Widziałam w nich smutek, ale i radość.

– Kochanie, ja idę do Arka, widzę, że woła mnie do tańca. – Zuza poklepała mnie po dłoni, uśmiechnęła się do Krzysztofa i poszła tanecznym krokiem na parkiet. Jej miejsce zajął Krzysiek.

– Wróciłeś? Gdzie byłeś? – Zmarszczyłam brwi.

– Pójdziemy na nasz pomost? – spytał, pochylając się ku mnie, abym go lepiej słyszała w tym wszechogarniającym hałasie.

– A to jest jakiś nasz pomost?

– Jest, Nata. Jest. – Pokiwał głową, wstał i podał mi rękę.

Zastanawiałam się chwilę, ale… przecież to życie. Jest jedno. A ja miałam zamiar w końcu żyć. Ale potrzebowałam także dowiedzieć się, co się działo z tym facetem. I chciałam… chciałam znowu coś czuć, a to udawało mi się właśnie przy nim. Wstałam i podałam mu swoją rękę, ujął ją w ciepły, ale mocny uścisk i poprowadził mnie do wyjścia z tawerny. W milczeniu ruszyliśmy w stronę portu. Gdy dotarliśmy do pomostu, Krzysiek puścił mnie, stanął na środku i usiadł bezpośrednio na deskach. Zajęłam miejsce naprzeciwko niego, skrzyżowałam nogi i patrzyłam na jego zmęczoną twarz.

– Przepraszam, że tak zniknąłem bez słowa.

Potrząsnęłam głową.

– Nie musiałeś… nie miałeś żadnego obowiązku, aby mi się tłumaczyć.

Krzysiek zmarszczył brwi, przysunął się do mnie i złapał za ręce. Ścisnął je lekko.

– Miałem obowiązek i tego nie zrobiłem. Natalia, przepraszam cię. Wszystko ci wyjaśnię.

– Okej – powiedziałam ostrożnie.

Wziął głęboki wdech, puścił na moment moją dłoń i potarł twarz. Widziałam, że jest sfrustrowany i zdenerwowany. Ja za to byłam spokojna. Złapałem jego rękę i teraz ja go ścisnęłam.

– Jestem tutaj, aby cię wysłuchać. Ty mnie wysłuchałeś.

– Wiem… Wtedy… pojechałem do Wrocławia. Zadzwoniła sąsiadka mojej matki, że ta miała zawał i jest w szpitalu. Rzuciłem wszystko, jak stałem, wyjechałem wczesnym rankiem. Miałem zadzwonić do ciebie już z Wrocławia, jechałem prawie bez przystanku. Poza tym nie chciałem psuć ci urlopu swoimi sprawami.

– Powinieneś zadzwonić. Nie masz pojęcia, co sobie myślałam… – szepnęłam.

– Wiem. – Spojrzał na mnie wzrokiem pełnym bólu. – Ale gdy tam dotarłem… coś mnie pokonało.

– Co takiego?

– Spotkałem tam mojego… brata.

– Masz brata? – zdziwiłam się.

– No, fajnie, nie? Z matką było okej, to był lekki zawał, musi przejść na dietę i nie palić, bo jarała jak smok. Okazało się, że mam o dziesięć lat młodszego brata. Ma na imię Krystian. Wiesz, co czułem, kiedy zobaczyłem młodego chłopaka przy łóżku matki, a ta przedstawiła nas sobie i poinformowała, że jesteśmy braćmi? On niemal zemdlał. A ja prawie rzuciłem krzesłem w okno. Oczywiście w myślach. – Pokręcił głową. – Ale musiałem nieźle nad sobą panować. Matka nie miała czasu nam powiedzieć, że jesteśmy braćmi. Wówczas coś we mnie pękło. Pojechałem do mojego domu w Trzebnicy i zamknąłem się w mojej chacie. Trochę piłem, trochę wrzeszczałem… Ale w końcu zrozumiałem, że to nie jest moje życie. To jej wybór. Mnie straciła, nie wiem, jak teraz będzie z Krystianem. – Krzysztof wzruszył ramionami. – Zapakowałem się i wróciłem. Do ciebie, Natalia. Chcę, abyś wiedziała, że wprawdzie znamy się krótko, ale czasami nigdy nie poznasz drugiego człowieka, nawet jeśli będziesz znać go bardzo długo. Popatrz na moją matkę. Uświadomiłem sobie, że to, że się tutaj spotkaliśmy, to było coś więcej. Przeznaczenie, karma, ta głupia legenda związana z Mazurskim Latem? Nie wiem. – Znów pokręcił głową. Widziałam jego rozgorączkowane oczy, w których błyszczała radość. Uśmiechnęłam się.

– Nie wierzę w bajki – powiedziałam spokojnie.

– Ja też nie. Ale wiesz, w co wierzę? – Uniósł brew.

– W co?

– W to, co czuję, gdy jestem z tobą. Gdy myślę o tobie. I chciałbym… chciałbym ci coś zaproponować.

– Co takiego?

– Pojedź ze mną za zlot. Wyjazd dzisiaj. Spotykamy się koło Łodzi.

– Mam jechać z tobą na motocyklu?

Krzysiek wpatrywał się we mnie, jego oczy niemal mnie przewiercały.

– Tak, Nata. Ty i ja na moim harleyu. Poznasz moich kumpli, wejdziesz w mój świat. Potem zawiozę cię do Wrocławia. I ja z chęcią poznam twój świat.

– Ja… – Jakieś dziwne uczucie radości, strachu, wyrzutów sumienia, euforii i podniecenia opanowało mnie całą. Może… najwyższa pora przestać się bać? Może… trzeba łapać to, co los rzuca nam na drogę życia? Może… Spojrzałam na siedzącego obok mnie mężczyznę. Może on mówi prawdę? To było przeznaczenie? A może… to po prostu czar Mazurskiego Lata? Nie miałam pojęcia. Ale wiedziałam, czego chcę.

Puściłam jego dłonie i wstałam. Krzysiek wpatrywał się we mnie i wręcz widziałam w jego oczach pytania, a także coś na kształt obawy. Ruszyłam w stronę portu. Usłyszałam, że mężczyzna wstał gwałtownie.

– Natka! – krzyknął.

Odwróciłam się i uśmiechnęłam.

– Musimy załatwić mi jakieś ciuchy. Nie pojadę na harleyu w letniej sukience – powiedziałam, patrząc mu prosto w oczy.

 

Poruszył się tak szybko, że nawet tego nie zauważyłam. Złapał mnie wpół i podniósł tak, że nogi dyndały mi w powietrzu. Pocałował mnie z mocą i postawił na ziemi, jego dłonie gładziły moje policzki, oczy błyszczały, a na twarzy wykwitł szeroki uśmiech.

– Spokojnie, mam wszystko. Pożyczyłem od dziewczyny przyjaciela.

– Tak na wszelki wypadek? – Zmrużyłam oczy i uśmiechnęłam się.

– Tak. Gdyby jednak los okazał się dla mnie łaskawy.

Pochylił głowę i zaczął mnie całować.

A ja…

Poczułam w sercu coś, czego od dawna mi bardzo brakowało i myślałam, że nigdy już tego nie poczuję.

Nadzieję.

Na lepsze jutro.

I letni uśmiech losu.

Który tym razem okazał się dla mnie bardzo łaskawy.

KONIEC

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?