Złota epopejaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Projekt okładki i stron tytułowych

Fahrenheit 451

Redakcja i korekta

Ewa Popielarz

Skład i łamanie, projekt graficzny, fotoedycja

TEKST Projekt

Zdjęcia wewnątrz książki

Wolne zasoby internetu i Narodowe Archiwum Cyfrowe

Dyrektor wydawniczy

Maciej Marchewicz

ISBN 9788380794702

Copyright © for Agnieszka Lewandowska-KąkolCopyright © for Fronda PL Sp. z o.o., Warszawa 2019

Warszawa 2019

Wydawca

Fronda PL Sp. z o.o.

ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

tel. 22 836 54 44, 877 37 35

faks 22 877 37 34

e-mail: kontakt@wydawnictwofronda.pl

www.wydawnictwofronda.pl

www.facebook.com/FrondaWydawnictwo

www.twitter.com/Wyd_Fronda

Konwersja

Monika Lipiec

Spis treści

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Epilog. Z zapisków starego bankiera

Lektury


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Pod koniec lipca 1939 roku Adam Koc wrócił z Londynu do Warszawy. Był w kiepskim nastroju. Nie lubił spraw niezałatwionych, czuł się podle, gdyż nie wypełnił w stu procentach zadania, które mu powierzono. Daleki był od pochopnego podejmowania decyzji. Zazwyczaj rozważał wszelkie możliwe przeciwności mogące stanąć mu na drodze, nim się za coś zabrał, szczególnie jeśli uznał sprawę za ważną. Ta w jego ocenie należała do najistotniejszych, jakie kiedykolwiek spadły na jego barki, bowiem zdawał sobie sprawę z faktu, iż zależy od niej przyszłość Polski, i to nieodległa.

W Londynie przebywał służbowo, jako szef polskiej delegacji do spraw rokowań z Wielką Brytanią o kredyty wojenne. Rozmowy były trudne, przeciągały się, wymagały żyłki dyplomatycznej i niestety odniósł w nich sukces jedynie połowiczny. Polsce przyznano na razie pożyczkę materiałową, a pertraktacje dotyczące drugiej, gotówkowej części kredytu utkwiły w martwym punkcie. Chyba tylko jego szczere zaangażowanie i determinacja sprawiły, że definitywnie ich nie zakończono, ale odroczono do jesieni. Zwykle surowy w ocenie swych działań, to jedno w duchu zapisał po stronie osiągnięć, choć nie niwelowało ono przekonania, że wina za częściowe fiasko leżała po obydwu stronach. Teraz wezwano go do Warszawy, by podczas konferencji odbywającej się na Zamku Królewskim przedstawił sprawozdanie z dotychczasowej swej działalności. Oprócz prezydenta Ignacego Mościckiego, gospodarza spotkania, uczestniczyli w nim Marszałek Śmigły-Rydz, generalny inspektor armii premier Felicjan Sławoj Składkowski, wicepremier i minister skarbu Eugeniusz Kwiatkowski, minister spraw zagranicznych Józef Beck oraz Edward Raczyński, ambasador RP w Londynie. Sprawozdanie Adama przyjęto pozytywnie, nie padły w stosunku do niego żadne zarzuty, co powinno poprawić mu samopoczucie i uspokoić jego dyplomatyczne sumienie. Dla niego jednak skuteczność była najważniejsza, więc rozgrzeszyć się nie potrafił, a dalszy ciąg dyskusji, w której ujawniły się znaczące różnice zdań interlokutorów, wzmógł jeszcze obawy co do zdarzeń, które mogą nastąpić. Najbardziej niepokojąca wydawała się nieugięta postawa Eugeniusza Kwiatkowskiego, który robił wrażenie, jakby jego resort funkcjonował w rządzie innego państwa albo jakby on sam powrócił właśnie z długiej wyprawy na Księżyc.

– W wojsku czyniliśmy wszystko – stwierdził Śmigły-Rydz – by wydatki na nasze potrzeby nie stały się nadmiernym ciężarem dla gospodarki kraju. Ograniczyliśmy się do zaspakajania tylko tych potrzeb, które były niezbędne. Obecnie jednak chyba doskonale panowie rozumieją, dlaczego muszę domagać się od ministra skarbu znacznie większych dotacji na potrzeby wojska.

– Niestety nie będę mógł zadość uczynić żądaniom pana marszałka – odpowiedział, lekko drwiącym tonem Eugeniusz Kwiatkowski. – Wręcz przeciwnie bowiem przewiduję teraz zmniejszenie wydatków budżetowych, a od pierwszego września zmuszony jestem cofnąć wypłacaną dotychczas wojsku dodatkową kwotę trzydziestu milionów złotych miesięcznie, dotąd nieobjętą nawet budżetem.

Podobnie nierealne, nieuwzględniające aktualnej sytuacji politycznej stanowisko zajmował minister skarbu w sprawie negocjacji o pożyczkę gotówkową od Wielkiej Brytanii. Uważał, iż winna być ona wypłacona w złocie, co skutkowałoby rozszerzeniem podstawy emisyjnej Banku Polskiego, i takie oficjalne zalecenie przekazał Adamowi, zabiegającemu o nią w Londynie. To służbowe polecenie tyleż go przygnębiło, co wywołało kolosalne zdziwienie z racji na swą absurdalność. Nie pomogły stanowcze uwagi, iż prowadzi rokowania o pożyczkę na cele obronne, a nie dla zaspokojenia potrzeb gospodarczych kraju w długiej, pokojowej perspektywie, kiedy dba się o pomnażanie zasobów państwa. Nikt z zebranych lepiej od niego, zorientowanego w nastrojach panujących w wyspiarskich kręgach rządowych, nie wiedział, że parlament angielski nigdy nie poweźmie decyzji o wypłaceniu kredytu w złocie. Wracając z konferencji zamkowej, Adam był świadom, iż nie doprowadzi negocjacji do pozytywnego finału, tym bardziej iż nad Tamizą również panowało niefrasobliwe przekonanie, że do wojny może jeszcze nie dojść. Uważano między innymi, iż sam fakt udzielenia Polsce pomocy na dozbrojenie się sprawi, iż Niemcy nie podejmą decyzji o naruszeniu pokoju, tak jakby mieli przestraszyć się „po zęby” uzbrojonego dzięki pożyczce sąsiada.

Stało się zgodnie z jego przewidywaniami. I choć trzeźwo spojrzawszy na sprawę, winy za to nie mógł przypisywać sobie, niemniej osad rozgoryczenia z powodu nie w pełni udanej misji pozostał.


Adam Koc

Gdy w sierpniu podczas defilady szedł na czele swych byłych żołnierzy z 22 Dywizji Piechoty Ochotniczej, którą – po opuszczeniu kierownictwa 201 Pułku Piechoty Obrony Warszawy – dowodził podczas wojny polsko-bolszewickiej w 1920 roku, nastrój wszystkich biorących udział w krakowskim Zjeździe Legionistów był tyleż podniosły, co nerwowo-wyczekujący. Ci, praktycznie doświadczeni wojną, a nie czytający o niej w książkach, ludzie doskonale odczytywali symptomy zbliżającego się konfliktu zbrojnego. Choć wciąż nie milkły głosy albo niezorientowanych w sytuacji, albo programowo nieopuszczających do siebie złych myśli optymistów, zaraz po powrocie do Warszawy Adam uzupełnił i odświeżył swój polowy ekwipunek. Zadbał, aby buty, mundur i płaszcz były w należytym stanie, by w jednym miejscu czekały na ewentualną konieczność ich użycia. Wyznawał zasadę, że zawsze lepiej nie skorzystać z przygotowanego rynsztunku, niźli wstydzić się za jego wygląd i funkcjonalność, kiedy przyjedzie czas. Nie lubił niespodzianek. Jak wzorcowy stary kawaler wszystko musiał mieć zaplanowane, poukładane, a każde odejście od ustalonej rutyny mocno go niepokoiło.

Pierwszego września obudziły go odgłosy wybuchów bomb. Radio nadawało już komunikaty wojenne i ostrzegawcze informacje o nalotach. Adam od przeszło trzech lat nie zajmował żadnego stanowiska w administracji państwowej, choć wcześniej sprawował wiele kierowniczych funkcji w Ministerstwie Spraw Wojskowych. Nadal brał jednak czynny udział w życiu politycznym kraju, kilkakrotnie będąc wybieranym jako poseł do Parlamentu, a od 1938 roku piastując nobilitujący urząd senatora z ramienia Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem. Będąc dyplomowanym pułkownikiem w stanie spoczynku, działał w Komisji Wojskowej Senatu. Następnego dnia udał się więc na zwołane naprędce posiedzenie swej izby. W drodze do budynku Parlamentu zaskoczył go nalot. Wpadł do pobliskiej piwnicy, by go przeczekać. Nie chciał korzystać z komunikacji miejskiej, która działała już dość nieregularnie, a miał do pokonania szeroką, pozbawioną zabudowań aleję. To głupota podrzucać wrogowi tak łatwy cel – pomyślał. Już drugi dzień spadały na Warszawę niemieckie bomby. Coraz częściej na błękicie nieba, wyjątkowo jak na ten wrzesień rozpromienionym słońcem, rysowały się stalowe maszyny miast kluczy ptaków odlatujących do ciepłych krajów. Nie niósł się za nimi świergot, czasem nadspodziewanie głośny, będący symptomem odchodzącego lata, lecz złowróżbny szczęk, świst i systematycznie zwiększana liczba bomb. Wytryskiwały one spod martwych skrzydeł, niczym bańki mydlane powstające pod wpływem lekkiego dmuchnięcia. Pożar gonił pożar, były już pierwsze ofiary, trwała akcja kopania rowów przeciwlotniczych, szyby zabezpieczano paskami papierów, a sklepowe wystawy workami z piaskiem. Ale Warszawa, jakby na przekór temu wszystkiemu, żyła normalnie. Być może codzienną rutyną chciała zaczarować ponurą rzeczywistość. Ukazywały się kolejne numery pism i gazet, biura, sklepy, restauracje, kina i teatry funkcjonowały jak zwykle. Adam był wczoraj z jednym z legionowych towarzyszy broni na premierze w teatrzyku Ali Baba przy Karowej. Sztuka Pakty i fakty, będąca świetną satyrą polityczną, rozbawiła ich do łez. Nic zresztą dziwnego, bo złożyły się na nią teksty prawdziwych mistrzów słowa: Juliana Tuwima, Mariana Hemara, Andrzeja Własta i Jerzego Jurandota. Podpatrywana przez nich rzeczywistość, również ta najbardziej aktualna, w humorystycznym wydaniu była lżejsza, pozbawiona zagrożeń, co dawało relaks i poczucie wspólnoty z ludźmi na widowni. To ostatnie przenosiło się również na rodaków spotykanych już po spektaklu, z łopatami w ręku, przy stale powiększającej się sieci rowów, czy pędzących w mundurach do koszar lub na dworce.

 

– Przepraszam pana, czy mogę przejść? – Starszy mężczyzna z sumiastym wąsem od dłuższej chwili starał się ominąć Adama, ale on, mimo niezbyt pokaźnej postury, stał w miejscu na tyle newralgicznym, że uniemożliwiał wyjście z piwnicy. Ten głos przywołał go do rzeczywistości, wytrącił ze wspomnień wczorajszego dnia. Okazało się, że nalot już minął, drzwi zostały otwarte, a on, stojący najbliżej, stanowił przeszkodę w opuszczaniu pomieszczenia.

Zmrużył oczy, bo choć południe dawno już minęło, jasność słonecznego dnia szalenie kontrastowała z piwnicznym półmrokiem. Zaciągnął się powietrzem, które wydawało się jeszcze cieplejsze po chłodnej stęchliźnie pomieszczenia, w którym przebywał zaledwie trzydzieści pięć minut. Ruszył szybkim krokiem. Nie lubił się spóźniać i chyba nie zdarzyło mu się przyjść na posiedzenie izby niepunktualnie, ale tym razem podejrzewał, że nie będzie wyjątkiem. W programie obrad były tylko dwa punkty: uchwalenie formalnego zezwolenia dla senatorów, by mogli wstępować do czynnej służby wojskowej, i odroczenie sesji do czasu zakończenia działań wojennych. Posiedzenie było wyjątkowo krótkie i jak to często wcześniej bywało, poszedł po jego zakończeniu do Klubu Towarzyskiego, którego siedziba znajdowała się przy Foksal 3/5 (obecnie Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich), by spotkać się z przyjaciółmi.

Było to w latach trzydziestych ubiegłego wieku ważne miejsce na politycznej mapie Warszawy, związane z BBWR, gdzie lubili przebywać najwyżsi urzędnicy państwowi i całe ich otoczenie. Szczególnie słynne stało się w czerwcu 1934 roku, kiedy to przed bramą prowadzącą do budynku Klubu zamordowany został minister spraw wewnętrznych Bronisław Pieracki. Legionista, który do polityki wkroczył po zamachu majowym, ze względu na takie cechy swego charakteru, jak zdecydowanie, duże zaangażowanie, silna wola, zyskał sympatię Józefa Piłsudskiego i był uważany za jednego z najbardziej zaufanych ludzi Marszałka. Zamachowca, który oddał do ministra trzy strzały w tył głowy, a w czasie ucieczki porzucił torbę z bombą, nie ujęto. W trakcie śledztwa ustalono, że należał on do skrajnych nacjonalistów powiązanych z Ukraińcami. Teza ta, mimo długiego i spektakularnego procesu, w którym przesłuchano blisko stu świadków, nigdy nie została w pełni udowodniona. Wydawała się najbardziej prawdopodobna, gdyż na kilka dni przed zamachem zdelegalizowano partię Obóz Narodowo-Radykalny. Na ławie oskarżonych brakowało sprawcy, ale zasiadło dwanaście osób, które w jakiś sposób na niego wpływały, a być może i pomagały w działaniach. To one, z najwyższymi wyrokami, stały się pierwszymi więźniami Berezy Kartuskiej, obozu odosobnienia zorganizowanego właśnie po tym wydarzeniu, by można było bez wyroków sądowych izolować przeciwników rządu lub terrorystów. Aż do lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku tej nieudowodnionej nigdy koncepcji, z braku innych, nie podważano. Dopiero w 1966 roku niejaki Mieczysław Różański, mieszkający w Argentynie, tuż przed śmiercią wyznał księdzu, iż to on zastrzelił ministra w akcie zemsty za uwiedzenie przez Pierackiego jego narzeczonej. Polityczne racje przykryte obyczajowymi i poszlakowe śledztwo do dziś czekają na dowody.

Tragedia, która miała miejsce przed pięcioma laty i która na krótko okryła Klub złą sławą, dawno została zapomniana i teraz, we wrześniu 1939 roku, pewnie ze względu na wyjątkowość sytuacji, roiło się tu od ludzi. W czasie rozmów tam prowadzonych dominował jeden temat, będący przedmiotem troski wszystkich, którym losy kraju leżały na sercu. Mówiono nie tyle o wojnie, która dopiero co się rozpoczęła, ale o tym, że rząd nie ma pieniędzy na zakup środków do jej prowadzenia. Finał beztroski stojących na czele państwa, wciąż odsuwających od siebie myśl o pesymistycznym scenariuszu, przedstawiał się nader groźnie. Wcześniej miano nadzieję, że najgorsze nie nastąpi, a teraz, już we wrześniu, gdy wojna stała się faktem, nadal starano się utrzymywać klimat huraoptymizmu. Prasa, zarówno prorządowa, jak i opozycyjna, wciąż donosiła, że polskie samoloty dokonują nalotów na niemieckie miasta i nie wiąże się to z jakimikolwiek naszymi stratami, a w regularnych nalotach na Berlin pomagają nam brytyjscy lotnicy. Ponoć na Wyspach stworzono drugi front, na którym Hitler poniesie z pewnością klęskę. Takie bajki dodawały otuchy niezajmującemu się polityką społeczeństwu, ale gorzej, że rozpowszechniali je, chyba w nie wierząc, także członkowie rządu. Wiceminister spraw zagranicznych twierdził, bynajmniej nie w rozmowie prywatnej, że Anglicy niebawem zbombardują Hamburg i Kilonię, a Francuzi bez problemów wkroczą na terytorium Niemiec. Na śniadaniu u ministra spraw zagranicznych chwalono się, że jesteśmy już znacznie odciążeni, bowiem w związku z działaniami Anglii i Francji duże siły Luftwaffe mają zostać przeniesione na front zachodni.

Adam był odporny na tego typu propagandę. Zawsze opierał się tylko na faktach. Już u siebie, w mieszkaniu przy Madalińskiego, zbulwersowany tym, co usłyszał w Klubie, bardzo długo nie mógł zasnąć. Najpierw przewracał się z boku na bok, potem spróbował środka zawsze stosowanego w takich przypadkach przez jego babcię Walerię – wypił szklankę mleka z miodem, a gdy wszystko zawiodło i sen nie przychodził, wstał i zaczął pracować, to znaczy analitycznie myśleć o zaistniałej sytuacji. Nad ranem miał już gotową dokładnie sprecyzowaną koncepcję zorganizowania środków na cele wojenne. Boleśnie wwiercając się myślą w zakamarki swego umysłu, znalazł trzy ich źródła. Pierwsze to wznowienie rozmów z Anglikami na temat kredytu, które należałoby prowadzić już zgodnie z warunkami wojny, a nie pokoju, co oznaczało wycofanie się z dotąd forsowanych stanowisk, nieupieranie się przy swoim, a więc schowanie do lamusa żądania wypłacenia kwoty w złocie. Pomóc mogło też otwarcie kredytów na finansowanie działań wojennych w państwach „sprzymierzonych”, choć uzyskanie od nich zgody oczywiście nie było pewne. Pieniądze miało szansę wygenerować także złoto zgromadzone w skarbcach przez Bank Polski, ale tylko wtedy, gdyby udało się wywieźć je z kraju, co, trzeźwo patrząc na sprawę, było mało prawdopodobne.

Rano, półprzytomny – zawsze tak reagował na nieprzespaną noc – zapomniał okularów, z którymi zwykle się nie rozstawał, więc musiał wrócić po nie już z klatki schodowej. Nieogolony – nie pamiętał, kiedy to mu się ostatni raz przydarzyło – pobiegł na Chocimską. Tam bowiem przeniosło się Ministerstwo Spraw Wojskowych, uciekając z dawnej, wciąż bombardowanej siedziby przy Nowowiejskiej. Przyjął go generał brygady Aleksander Litwinowicz, pełniący funkcje wiceministra spraw wojskowych i szefa Administracji Armii. Z wielką uwagą słuchał Adama, od czasu do czasu drapiąc się, z rzadkim u niego zakłopotaniem, po okazałej łysinie i pomrukując pod nosem. Nie zadawał żadnych pytań. Gdy Adam skończył, w gabinecie zapanowała całkowita cisza, po czym generał wstał, dwukrotnie przemierzył wolną przestrzeń pomiędzy weneckim oknem a wejściem, poruszając przy tym wargami okraszonymi krótkim wąsikiem. Gdy po raz drugi wracał spod drzwi, zatrzymał się naprzeciwko Adama.

– Panie pułkowniku, gratuluję – powiedział służbowym tonem, którego pewnie trudno mu było się pozbyć nawet w prywatnych kontaktach. – Podejrzewam, iż pana plan, doprawdy niezwykle szczegółowo przemyślany, nie ma w tej chwili żadnych konkurentów. Jest logiczny i daje pewne nadzieje na wyjście z tej matni. Akceptuję go w całej pełni.

W sekretariacie generała od ręki wystawiono Adamowi legitymację potwierdzającą powołanie do czynnej służby wojskowej i w trybie natychmiastowym miał przystąpić do działania. Podczas gdy w sukces odpowiednio, a więc ugodowo prowadzonych negocjacji nie trudno było uwierzyć, akcja wywozu za granicę kilkudziesięciu ton najszlachetniejszego z kruszców, podczas przybierających na sile działań wojennych, zakrawała na utopijny sen szaleńca. Nie było jednak rady, bowiem niestety słowa jakiegoś żartownisia z bankowych kręgów: „Złóżcie złoto pośrodku jednego z placów w Sztokholmie, a będzie bezpieczniejsze niż w skarbcu przy Bielańskiej”, z dnia na dzień nabierały cech coraz większego prawdopodobieństwa. Warszawa nie tylko była nękana bombardowaniami, ale niemieckie siły lądowe zbliżały się do niej z niewiarygodnym impetem. Trzeba było działać jak najszybciej.

Adamowi w sytuacjach podbramkowych energii nie brakowało. Nie znał szczegółowo bankowych danych, gdyż od kilku lat zajmował się czymś zupełnie innym, ale błyskawicznie je zebrał, korzystając z różnych źródeł. Diagnoza okazała się porażająca. Bank Polski zgromadził zapas złota o wartości 463 milionów złotych, czyli około 87 milionów dolarów według kursu ówcześnie obowiązującego. Kruszec o wartości około 100 milionów złotych zdeponowany został w bankach zagranicznych, a reszta, ważąca 80 ton, ulokowana była w kraju. Zarówno w Ministerstwie Skarbu, jak i w dyrekcji Banku Polskiego od dłuższego już czasu dyskutowano nad tym, jaka część zasobów winna pozostawać w Polsce, ale decyzji żadnych nie podjęto, panowała pod tym względem totalna niemoc. Jak w przypadku większości problemów, argumenty rozkładały się po różnych stronach. Posiadanie wartości za granicą ułatwiało transakcje, ale wiązało się równocześnie z wieloma niebezpieczeństwami, jak choćby zajęcia sądowe, gdyby Skarb Państwa nie wypełnił zobowiązań wobec wierzycieli. Dopiero w drugiej połowie sierpnia 1939 roku zaczęto rzeczywiście zastanawiać się nad możliwością wywozu większych zapasów złota, szukano kanałów lotniczych, którymi można by tego dokonać, ale było już za późno, tym bardziej że stąpające twardo po ziemi towarzystwa ubezpieczeniowe nie podejmowały się ryzyka ubezpieczenia tak cennego ładunku. Prezes Banku Władysław Byrka, wcześniej wieloletni prezes Izby Przemysłowo-Handlowej we Lwowie, przeprowadził tylko akcję przeniesienia części zapasów z Bielańskiej do kilku oddziałów na wschodzie kraju. Do Siedlec przewieziono złoto o wartości 80 milionów złotych, do Lublina – o wartości 20 milionów, w Zamościu umieszczono kruszec wart 30 milionów, w Brześciu nad Bugiem – 40 milionów, a w twierdzy Brześć – 80 milionów złotych. W Warszawie pozostał skarb wart 113 milionów złotych. Miało to zaowocować większym bezpieczeństwem złota, ale przysporzyło, czego przewidzieć raczej nie było można, trudności w zorganizowaniu jego transportu za granicę.

Wywieźć w tej sytuacji osiemdziesiąt ton towaru nawet tylko z Warszawy to zadanie nie lada – pomyślał z lekkim drżeniem serca Adam, gdy po opuszczeniu budynku ministerstwa wszedł w Willową, uliczkę prowadzącą z Chocimskiej do Puławskiej. Wystarczy, że Niemcy zbombardują mosty i nie ma o czym marzyć. Na spacerowy stateczek przecież tego nie załaduję ani nie wyślę Wisłą do Gdańska. Już wiedział, że szefostwo Armii nie mogło mu zaoferować ani jednego samochodu, bo wszystkie niezbędne były do przewozu wojska. Podpowiedziano mu tylko, że jakieś zepsute samochody są naprawiane w Parku Paderewskiego na Pradze. Natychmiast się tam udał, z przyjemnością stwierdzając po drodze, że mosty jeszcze są na swoim miejscu. Oby jak najdłużej nie przyszło im do głowy, by je zniszczyć – pomyślał Adam, patrząc na mający za sobą burzliwe dzieje most Poniatowskiego. Ledwie w 1914 roku oddano go do użytku, a już rok później wycofujące się wojska rosyjskie wysadziły w powietrze górne części dwóch jego filarów. W pełni odbudowano go dopiero w 1927 roku, a to oznacza, że służył warszawiakom przez dwanaście lat. Adam minął potężne wieżyce zaprojektowane przez Stefana Szyllera, mające między innymi pełnić funkcje obronne. To punkt strategiczny miasta – pomyślał. Łakomy kąsek, trzeba się spieszyć.

 

W głębi parku, wśród pokaźnych rozłożystych drzew, stanowiących znakomitą zaporę maskującą, odkrył grupę ludzi krzątających się przy samochodach. Większość wozów była bez kół, z powyjmowanymi silnikami, które robiły wrażenie, iż najlepszy czas mają za sobą. Niektóre rozebrane niemal do śrubki, z wnętrznościami doszczętnie przeżartymi rdzą. Na oko widać było, że sprawne szybko nie będą.

Do Adama podszedł szczupły porucznik kierujący pracami. Okazał się nim jego dobry znajomy – Andrzej Jenicz, dawny działacz Polskiej Organizacji Wojskowej na Kresach Wschodnich, obecnie pracownik Ministerstwa Skarbu, zmobilizowany jako oficer rezerwy. Adamowi humor poprawił się od razu, gdy go zobaczył, bo pamiętał, że na Andrzeju zawsze można było polegać. Porucznik podejmował się często zadań uważanych za niewykonalne, więc i teraz Adam miał nadzieję, że zrobi wszystko, by mu pomóc. Jednak kiedy wyłuszczył mu swój plan, Jenicz zmarszczył czoło i srodze się zasępił.

– Mam tu tylko dziesięć autobusów Polskich Kolei Państwowych i dwa z warszawskiego magistratu. Nie wiemy jeszcze, czy wszystkie uda się naprawić, czy kiedykolwiek ruszą z miejsca, bo na licznikach przebiegi kilometrów mają imponujące. A jeśli nawet zdołamy je uruchomić, to nie wiadomo, ile czasu potrzeba, by doprowadzić je do stanu używalności.

– Ale ja mam tylko dobę, by zorganizować ewakuację złota z Warszawy!

– Musi pan wziąć pod uwagę fakt, że moi pracownicy to nie wyspecjalizowani mechanicy samochodowi, ale kolejarze i cywilni kierowcy, których umiejętności właściwie nie znam. To duża odpowiedzialność dopuścić do ruchu pojazdy naprawiane przez amatorów.

– Ma pan rację, w normalnych warunkach też bym był tego zdania. Ale teraz… Cóż ja mogę więcej dodać – stwierdził z desperacją w głosie Adam. – Pan jest moją ostatnią deską ratunku. Innej, jestem o tym głęboko przekonany, już nie znajdę. Uratowanie polskiego skarbu przed zagrabieniem przez Niemców, zadanie, które rząd mi powierzył, a ja zobowiązałem się do jego wykonania, zależy teraz od pana.

– Dobrze, panie pułkowniku – głęboko i z pewnego rodzaju rezygnacją westchnął Jenicz. – Stanę na głowie, ale zadanie postaram się wykonać.

– Panie poruczniku, przypuszczałem, że się na panu nie zawiodę. – Adam nie krył radości, choć stwierdzenie „postaram się” nie niosło ze sobą optymistycznych wizji.

Jadąc na Pragę, Adam nie sądził, że wracać będzie w tak dobrym nastroju. Kolumna miała stawić się na Bielańskiej następnego dnia o czwartej po południu. Do obowiązków porucznika Jenicza należało także zaopatrzenie w paliwo i smary, co już samo w sobie było zadaniem karkołomnym, oraz dostarczenie żywności obsłudze. Adam wziął na siebie zapewnienie straży, choć po części uzbrojonej, którą miał nadzieję zwerbować w Banku, i wyższego oficera, który byłby komendantem transportu.

Z takimi ustaleniami zmierzał do budynku przy ulicy Bielańskiej. Nie był pewien, czy do siedziby Banku Polskiego zostanie od razu wpuszczony. Trzy lata wcześniej piastował co prawda przez kilka miesięcy urząd prezesa tej instytucji, ale przecież woźni z tamtych czasów mogli już dawno nie pracować, a poza tym teraz, by łatwiej mu było poruszać się po Warszawie, szczególnie w czasie nalotów, ubrał się w mundur, w którym w Banku nigdy go nie widziano. Panowie w recepcji poznali go jednak od razu i serdecznie powitawszy, zaprowadzili do gabinetu prezesa, gdzie odniósł nieracjonalne, w podświadomości zrodzone i niepodparte żadnym argumentem wrażenie, iż od dawna na niego czekano. Nie zawiadamiał wcześniej o swym przybyciu ani nikt nie robił tego w jego imieniu, a mimo to powitano go nawet nie jak z dawna wyglądanego gościa, ale wręcz wybawcę. Przy stole siedzieli z wisielczymi minami dwaj dyrektorzy Banku i jego prezes, który ułożywszy dłonie jak do modlitwy, powiedział:

– Niech będą dzięki Panu Bogu Najwyższemu, że nam tu pana zesłał!

Wszyscy trzej bankowcy zdawali sobie sprawę z konieczności ewakuacji najważniejszych skarbów Banku Polskiego, lecz nie mieli pojęcia, jak się do tego zabrać. Pierwszego września problem ten omawiany był podczas konferencji zorganizowanej przez dyrekcję Banku i dyrektor wydziału finansowego zarządu Warszawy, Stanisław Kirkor, nadal podtrzymywał swą propozycję wywozu złota drogą lotniczą, przez Wilno, Rygę, Sztokholm, aż do Londynu, lecz większość dyskutantów uznała ją za nierealną. Zważywszy, że na jeden samolot załadować można było około półtorej tony kruszcu, przewiezienie całości wymagałoby przeszło pięćdziesięciu rejsów. Rzeczywiście pomysł wydawał się rodem z krainy absurdu – w sytuacji, kiedy działania wojenne nad stolicą nasilały się z godziny na godzinę. Koncepcja więc padła. Zastąpiono ją, co prawda wstępnym, ustaleniem, by złoto skierować na wschód kraju, ale nie poszło za tym opracowanie żadnego konkretnego planu. Bankowcy, załamawszy ręce, biernie czekali na rozwój wypadków. I tu pojawił się Adam. Nie przypuszczali z pewnością, że przybył nie tylko z receptą na ich podstawową bolączkę, ale ze szczegółowym planem działania, który mieli realizować przez najbliższe dni. On sam jeszcze dwa dni wcześniej nie wiedział, że przyjdzie mu go opracowywać.

Dopiero po wyjściu z Banku Adam poddał się na chwilę bombardującym go i wywołującym niepokój refleksjom. Uświadomił sobie istnienie ogromnej liczby czynników, nawet tych z pozoru drobnych, które udaremnić by mogły jego, nieco ułańskie w swej zuchwałości, zamierzenia. Ale przecież nie można czekać z założonymi rękoma, aż Niemcy splądrują skarbiec! – usprawiedliwiał się przed samym sobą. Pochodził ze szlacheckiej rodziny legitymującej się herbem Dąbrowa, której wielu przedstawicieli na różne sposoby działało na rzecz ojczyzny. Jego dziadek Leon brał udział w powstaniu styczniowym, w które zaangażowała się nawet babcia Waleria, ta od mleka z miodem, będąc kurierką Rządu Narodowego. Pamiętał wiele historii dziadka, najczęściej wysłuchiwanych przed snem i zaczynających się od stwierdzenia:

– Co ja ci tam, Adaśku, panie tego, bajki będę opowiadał, powiem ci, jak było naprawdę.

Gdy był starszy, zauważył, że te relacje stają się coraz bardziej koloryzowane, niemniej ich osią, centrum, wokół którego niezmiennie się obracały, była ojczyzna i przekonanie, że nigdy nie można pozostawać biernym, kiedy ziemia przodków jest w niebezpieczeństwie.

Cóż – pomyślał – trzeba wierzyć w swą gwiazdę i nie oglądać się za siebie, a przede wszystkim przeć do przodu i walczyć z czasem, bo każda godzina działa na moją niekorzyść.

Szedł tak, rozważając wszystkie za i przeciw, aż na Krakowskim Przedmieściu omal nie wpadł na innego przechodnia. Chciał tylko przeprosić i pójść dalej, ale kiedy przyjrzał się nieznajomemu, krzyknął:

– Stefan!

Obydwaj byli pułkownikami, a wcześniej legionistami i razem studiowali w Wyższej Szkole Wojennej przy Koszykowej.

– Masz już przydział? – z nadzieją w głosie zapytał Adam.

– Nie, właśnie idę w tej sprawie do Dowództwa.

– Błagam cię, przełóż tę wizytę o kilka dni, a teraz mi pomóż. Potrzebuję kogoś takiego jak ty, by objął komendę nad specyficznym transportem.

W krótkich żołnierskich słowach Adam przedstawił sytuację, a Stefan bez większych oporów zgodził się wziąć udział w ewakuacji złota z Warszawy.

– No, chyba trochę szczęścia jeszcze mam – skonstatował Adam. – Może to duch dziadka Leona nade mną czuwa.

Po wyczerpującym dniu udał się do swego mieszkania. Nie odpoczywanie jednak było mu w głowie, spanie też odłożył na później, zabrał się za to do sporządzania szczegółowego planu ewakuacji złota. Zajęło mu to prawie całą noc. Po porównaniu wagi skarbu i pojemności całej kolumny doszedł do wniosku, że jednorazowo da się do niej załadować tylko połowę kruszcu. Tak więc trzeba będzie pokonać trasę dwukrotnie, raz za razem. Zdawał sobie sprawę, że teoretycznie przekracza to siły i ludzi, i maszyn. Mógł tylko liczyć na to, że ci, którzy podjęli się tej, z gruntu szaleńczej, misji, nie odmówią, bo skoro narażają swe życie na niebezpieczeństwo, przekonani są o celowości jej przeprowadzenia. Innego wyjścia nie widział.

Porucznik Andrzej Jenicz rzeczywiście musiał stanąć na głowie, bo tak jak umówił się z Adamem, punktualnie o czwartej po południu czwartego września kolumna dziwnych samochodów, w tym czerwone miejskie autobusy, wjechała na dziedziniec Banku Polskiego przy Bielańskiej. Złoto zapakowane już było w drewniane, nieduże skrzynki, przypominające te z amunicją, opasane żelaznymi taśmami. Każda ważyła około sześćdziesięciu kilogramów. Nie wszystkie zaopatrzone były w uchwyty, co utrudniało ich przenoszenie, a w akcji brali udział nie tylko strażnicy, lecz i urzędnicy Banku niezaprawieni w pracy fizycznej. Kolejne pojazdy po załadowaniu wyjeżdżały na Pragę pojedynczo, co miało zapobiec zwracaniu na nie uwagi, a więc wydawało się bezpieczniejsze. Ochronę stanowili strażnicy skarbca i urzędnicy bankowi. Wyposażono ich w broń krótką, ale należy przypuszczać, że nie każdy z nich miał w ręku kiedykolwiek jakiś pistolet czy rewolwer, więc ewentualna konieczność użycia broni mogła stanowić problem.