Dziewczyny od Andersa

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

[…] niekończący się szereg sanitarek, jedna przechodziła w drugą, jak wąż złożony z prawie takich samych segmentów…, dzień i noc, noc i dzień, właściwie bez przerwy…, coraz więcej strasznych – o Boże! nie do wiary, że oni z czymś takim jeszcze żyli – ran… Ręka urwana i w dwóch kawałkach leżąca obok na noszach, zdruzgotane udo i na pasku skóry wisząca dalsza część nogi, kolana tak strzaskane, że stanowiły krater w środku całości, kiszki zwinięte osobno na kocu. Miazga zamiast twarzy, widoczny tylko fragment sterczącego nosa, wyrwana cała dolna szczęka… I wciąż te same pytania wyrzucane z tak potwornie okaleczonych, lecz nadal istniejących ciał, na które musiałyśmy, mimo cisnących się do oczu łez, pogodnie odpowiadać: czy będę żył? Kiedy będę mógł dołączyć do oddziału? Czy damy im radę? Czy wrócę do domu?… Większość nie wróciła…

Najtrudniej, ale i najciszej umierali ci z tanków. Żyły w nich tylko oszalałe oczy… Zwęglone ciała przybierały przedziwne kształty…, jak gałęzie spalonych drzew sterczały spod koców ich ręce i nogi.

Nigdy „Wieczne odpoczywanie” nie było wypowiadane z tak głęboką i szczerą prośbą… Nigdy, chyba za żadne inne dusze…

Śmierci – uznaję cię, jako jedną z faz przyrodniczego cyklu, ale znam cię spod Monte Cassino, gdy wpadłaś w jakiś oszalały tan… Brałaś za ofiary najmłodszych chłopców… Takie piękne oczy błagały cię o zwłokę, takie silne ramiona starały się ciebie odepchnąć…

A ty szłaś uśmiechnięta naprzód…, triumfująca, władcza, zwycięska, zła… Czyś pokłóciła się z życiem?

A potem wciąż posuwaliśmy się na północ Włoch. Loreto zdobyliśmy, ratując od zniszczenia tamtejsze sanktuarium, Ankonę zajęliśmy bez jednego wystrzału, dzięki czemu nie było żadnych strat w ludności cywilnej. Walki o Bolonię, też uwieńczone sukcesem, kończyły naszą włoską kampanię. Monte Cassino stało się jednak dla mnie największym, na zawsze w pamięci utrwalonym, przeżyciem. I to nie dlatego, że bitwa ta rozpoczynała nasz marsz, i nie wyłącznie dlatego, że dla mnie, jako dla pielęgniarki, okazała się wyzwaniem szczególnym. Kiedy w samo południe 18 maja nad ruinami klasztoru i całą jego okolicą, gęsto usianą ciałami poległych żołnierzy, usłyszałam nasz hejnał mariacki, wtedy dopiero zrozumiałam tych chłopców, którzy na progu śmierci mówili: najważniejsze, żeby nasi wygrali.

Włochy zwiedziłam wzdłuż i wszerz, gdyż po zakończeniu działań wojennych skierowano mnie na naukę do pierwszej kobiecej podchorążówki, która znajdowała się na południu kraju, w miejscowości Matera. Po jej skończeniu otrzymałam niezwykłe zadanie. Miałam przeszkolić dziewczyny sprowadzone z Niemiec, dokąd zostały wywiezione do prac polowych. Winny były znać musztrę, nabrać ogłady, aby mogły w żołnierskich mundurach wyjechać do Wielkiej Brytanii. Była to dosyć szczególna grupa osób. Wszystkie, zarażone chorobami wenerycznymi, odznaczały się brakiem jakichkolwiek zasad moralnych. Walka z ich sposobem bycia wymagała ode mnie cierpliwości i zaangażowania, ale równocześnie dużego dystansu do spraw mi obcych. Pewnego razu, gdy przyszłam do kantyny na podwieczorek, wszystkie moje dziewczyny siedziały na kolanach żołnierzy z plutonu. Gdy okazałam swoje niezadowolenie, mówiąc, że w publicznym miejscu nie wypada tak się zachowywać, usłyszałam:

– Też coś, dawałyśmy Niemcom, to naszym mamy nie dawać?!

I to było ostatnie moje zadanie jako żołnierza 2 Korpusu Armii Polskiej dowodzonej przez naszego generała. Potem przyszedł czas na wyjazd do Londynu.

Pisząc te wspomnienia, chciałam przekazać tym, którzy zadadzą sobie trud, by w całości je przeczytać, pewną prawdę – moją prawdę, o której istnieniu jestem głęboko przekonana. Wierzę, iż każdy człowiek przychodzi na świat z jakimś specjalnym przeznaczeniem, z misją wyznaczoną jemu i tylko jemu przez Najwyższego. I tylko wtedy, gdy to z góry narzucone zadanie uda mu się spełnić, życie uznać można za udane. Jeśli chodzi o kobiety, najczęściej jest to urodzenie i wychowanie następnego pokolenia. Nie zawsze jednak. Nie mam dzieci, a mimo to uważam, że swoją misję spełniłam. Widzę ją w uratowaniu mojej rodziny od śmierci głodowej, kiedy to w ostatniej chwili dotarłam do kołchozu i wyrwałam ich stamtąd, mimo że nie było realnych szans na powodzenie. Romek ma teraz dwóch zdrowych synów i prześliczną córeczkę. Po to żyłam! Jestem wolna i dumna z siebie! To cudowne uczucie!

BEATA KARPIÓWNA RADZIEJEWSKA

urodzona 10 maja 1927 roku w Poniewieżu

Ktoś tam w niebie mnie lubi

Dziwny to był majątek te Mazunajcie. Prym wiodły w nim indywidua niezwyczajne. Koń, który wszystkich wkoło gryzł, wciąż histeryzująca na całe gardło perliczka i dwie, stare już, owdowiałe przed nie wiedzieć iloma laty, ciotki-właścicielki tego urokliwego zakątka Litwy Kowieńskiej. Całości dopełniała Litwinka Ania, zatrudniona w charakterze administratorki, nałogowa alkoholiczka, która co rusz za plecami staruszek sprzedawała po kawałku lasu, by zaspokoić potrzeby swego nawyku. Tam właśnie skryli się Helena i Gedymin Jabłońscy, kiedy do ich Budrysówki dotarli bolszewicy i całe dobra podzielili między chłopów. W Mazunajciach przynajmniej kawałek zostawiono właścicielom. Piękne lasy, w dolinie wijąca się rzeka, za domem przekształcająca się w dosyć głęboką fosę, pagórki, tajemnicze wąwozy i ogromna rozmaitość bujnie zarastających całość drzew i krzewów. Gdzie by starsze panie znalazły podobne uroczysko? Choć okoliczni ziemianie porzucali swe ojcowizny i uciekali do Prus Wschodnich, one postanowiły zostać do końca i z radością witały w swoich progach wszystkich krewnych wyrzucanych przez okupantów z ich włości. Jabłońscy spędzili tam kilka pierwszych miesięcy II wojny światowej, odwiedzając kilkakrotnie nieopodal leżący majątek przyjaciela rodziny pana Syrutowicza. Było to miejsce również ze wszech miar wyjątkowe, można rzec w pewnym sensie – pokazowe. Jako że fabryka papieru, jedyna wówczas funkcjonująca w tym rejonie, przynosiła Syrutowiczowi niezłe dochody, inwestował w majątek, ile się dało. Był to więc raj dla wszystkiego, co rosło i żyło. Zwierzęta gospodarskie mieszkały w tak luksusowych warunkach, iż nie wyczuwało się typowych dla takich hodowli zapachów i wszędzie panowała wzorowa czystość. Na przykład na pomieszczeniach dla świń – a każda mieszkała sama we własnym lokum – przytwierdzone były tabliczki nie tylko z ich imionami, ale i dokładnym pochodzeniem, a trzeba przyznać, że większość z nich mogła się pochwalić długim rodowodem. Takie wizyty i całe otoczenie sprawiły, iż Helena i Gedymin traktowali toczącą się wojnę jako coś trochę nierealnego, a na pewno odległego. Działo się tak, mimo że ona już w pierwszych dniach września musiała uciekać z Warszawy, gdzie pracowała w rozgłośni Polskiego Radia. Później przez chwilę rozgłośnia funkcjonowała w Baranowiczach, dokąd Helena pojechała, ale bardzo szybko zaprzestano nadawania. Pracownicy otrzymali odprawy i rozjechali się w różne strony świata. Ona, razem z mężem, który wrócił po nieudanej próbie zaciągnięcia się do wojska, pojechała do Wilna, a stamtąd do swej Budrysówki, w której małżonkowie zastali pobojowisko. Szyby we dworze powybijane, meble poniszczone lub skradzione, a w piwnicach, będących chlubą pani domu, wszystkie weki pootwierane, a ich zawartość wyrzucona na podłogę, jakby ją ktoś specjalnie chciał wetrzeć w ziemię.

– Duszyczki wy moje, a kto to widział tak bezmyślnie trwonić dary Boże! Żeby choć ktoś skorzystał, głód zaspokoił, jakiś bezdomny się pożywił… Ci, co tak marnują, to sami kiedyś nie będą mieli, co jeść – skwitowała relację Jabłońskich z Budrysówki jedna z ciotek.

W takich warunkach ani myśleli tam zostawać, tym bardziej że bolszewicy już wywieźli mieszkańców dwóch niedaleko położonych majątków i z pewnością tę akcję mieli zamiar kontynuować. Chętnie więc skorzystali z gościnności starszych pań i wiedli spokojne życie w Mazunajciach.

Pewnego dnia Helenę rozbolał ząb, więc udała się do Szawel do dentysty, u którego leczyła się cała rodzina. Wizyta nie trwała zbyt długo, ząb na szczęście, dzięki interwencji lekarza, przestał jej dokuczać, więc w dobrym humorze wracała do domu. Jak zwykle, po przesiadce w Popielanach, niewiele dzieliło ją już od docelowej stacji. Ledwie postawiła stopę na peronie, podeszło do niej trzech funkcjonariuszy NKWD. Wyraźnie czekali na nią. Żadnego pola manewru. Ona sama, ich trzech i jeszcze zawiadowca stacji, z którym, jak było widać, żyli w dobrej komitywie.

– Będziesz wywieziona na roboty, to znaczy do pracy – wycedził przez zęby jeden z mundurowych.

– Pracy się nie boję, boję się tylko złych ludzi – butnie odpowiedziała Helena. We wspomnieniach dodaje: „byłam wtedy młoda i odważna, a poza tym życie do tego czasu mnie rozpieszczało i nie miałam pojęcia, że człowiek to tak podły gatunek…”.

Ten, który do niej zagadał, popatrzył na dziewczynę z poczuciem wyższości i rodzajem politowania. Potem jeszcze dodał tytułem usprawiedliwienia, choć rzadko w takich sytuacjach podawano jakiś, nawet wymyślony, powód:

– Trzeba było przyjąć nasze obywatelstwo.

Okazało się, że na stacji przygotowany był już pociąg dla zesłańców. Wepchnęli Helenę do jednego z wagonów i zaryglowali za nią drzwi. Przez jedyne, małe okienko widać było korony drzew z parku w Mazunajciach.

„To topolowa aleja prowadząca do domu” – pomyślała Helena. „Czy ja ją jeszcze kiedy zobaczę?” W tym momencie boleśnie odczuwała fakt, że okienko jest zbyt małe, by mogła dostrzec coś więcej, aby zapamiętać te widoki w jak najdrobniejszych szczegółach.

Do majątku dotarły wieści o jej aresztowaniu, a że pociąg jeszcze przez kilka dni stał na bocznicy w oczekiwaniu na nieszczęśników, którzy mieli go wypełnić po brzegi, przyniesiono jej z domu dokumenty, worek sucharów i szubę, która miała być nieoceniona w spartańskich warunkach kazachskich stepów. Podróż trwała przeszło trzy tygodnie. Na stacjach wiejskie kobiety oferowały „warieniec”, czyli zapiekane zsiadłe mleko. Większość wywożonych nie miała pieniędzy, więc królował handel wymienny. Niejako z urzędu dostawali „pszeno” – gotowaną kaszę jaglaną. Mijali góry Uralu. Wierzchołki szczytów można było obserwować w okienku. Długo jechali przez Kazachstan, gdyż celem podróży okazał się Bijsk, bliski granicy z Mongolią. W wagonie Heleny większość stanowiły Litwinki z dziećmi i to właśnie z nimi koczowała przez kilka dni koło torów, pod bacznym okiem uzbrojonej straży. Zdawało się, że nie mają pomysłu, co robić z nimi dalej, jak „zagospodarować” ludzi, których wyrwano z ich środowisk i kazano pokonać kilka tysięcy kilometrów. Odnosiło się wrażenie, że w tym kraju panuje tak wielki bałagan, iż poszczególne grupy działają zupełnie bez porozumienia ze sobą. Gdy kobiety były już skrajnie wyczerpane, podjechało kilka zdezelowanych ciężarówek, którymi wywieziono je w góry Ałtaju, do odległego o czterysta kilometrów sowchozu Tinga. Był to tak zwany „owca sowchoz”, ale przez cały okres pobytu Helena nie widziała tam ani jednej owcy. Stałymi jego mieszkankami były za to cztery czarne, chude do granic możliwości, świnie. W centralnym punkcie rozległego gospodarstwa znajdował się duży drewniany budynek – siedziba urzędniczek i miejsce ulokowania obskurnej jadalni. Poza terenem sowchozu, wiele kilometrów od tego centrum, położone były trzy farmy, także zarządzane przez jego kierownictwo. Do jednej z nich trafiła Helena z kilkoma towarzyszkami podróży. Zabudowania nie były imponujące, obejmowały dwie chaty. Obydwie wyglądały tak samo: dach, gdzieniegdzie się zapadający, klepisko i ściany. Nic więcej. Żadnych, nawet najprostszych mebli czy sprzętów. Zaraz po przyjeździe musiały wymyślić, na czym mogłyby spać, tym bardziej że wśród nich było kilkoro małych dzieci. Narwały dużo trawy i wypełniły nią worki, w których znajdowały się przedtem przywiezione przez nie rzeczy. Sienniki gotowe – było na czym się położyć. Codziennie, wraz z nastaniem świtu, wyruszały do pracy, a wracały już po ciemku. Ze względu na dzieci jedna z kobiet zostawała w chacie i jeśli miała do dyspozycji jakiekolwiek produkty spożywcze, przygotowywała posiłek dla reszty, która po powrocie z pracy nie miała siły na nic więcej, prócz jedzenia i spania. Ścinanie trawy ręczną kosą nie szło Helenie najlepiej, szczególnie na początku. Raz nawet dotkliwie zraniła się ostrym narzędziem w nogę i pamiątka, w postaci szerokiej szramy, pozostała jej na całe życie. Litwinki pochodziły ze wsi, więc były zaprawione w rolniczych zajęciach. Nauczyły Helenę, jak kosić, by wyrobić normę, od której zależał przydział gliniastego chleba. Po ścięciu jednego rzędu trawy następny się opuszczało, a kolejnym trzeba było ten nieścięty przykryć. Zabieg taki wymagał sprytu, bowiem cały czas czuwał nad ich pracą tak zwany „dziesiętnik”, który chodził wokół z batem i wciąż, z uporem maniaka, nim trzaskał. Choć, w obecności Heleny, nie zdarzyło się, by kogoś uderzył, sam ten dźwięk wywoływał lęk i zdenerwowanie. Pewnego dnia Helena nie wytrzymała.

 

– Czy musi pan – specjalnie podkreśliła słowo „pan”, bo dosyć już miała używanej tam formy „wy” – tak wciąż trzaskać tym batem? To bardzo denerwujące i wcale w pracy nie pomaga.

Nie mieli karceru, ale zaraz po powrocie z pracy zamknięto Helenę w osobnej izbie, a raczej składziku bez żadnych sprzętów. Zgięta wpół spędziła tam całą noc, a rano zapowiedzieli, że zostanie przewieziona do siedziby NKWD.

– Świetnie, będę mogła opowiedzieć funkcjonariuszom, jak to nas niemal codziennie okradacie, pomniejszając porcje chleba. Doskonale wiem, że powinnyśmy dostawać więcej. Myślę, że w NKWD się tym zainteresują.

Dodała jeszcze wiązankę przekleństw, których zdążyła się już nauczyć, choć wielu z tych słów nie rozumiała. A wszystko mówiła bez emocji, chłodnym, stanowczym głosem. Nie miała nic do stracenia, więc się nie bała. Reakcja pilnujących ją była natychmiastowa i dla niej samej zaskakująca. Od razu zwolniono ją z kary odosobnienia i nikt nie wspominał o przewożeniu gdziekolwiek. Przestraszyli się. Nieraz później tego doświadczała. Nazwa „NKWD” wywoływała u tubylców lęk chyba jeszcze większy niż wśród zesłańców. Panicznie bali się tego urzędu. Tym razem wygrała. To była dla niej duża satysfakcja, rekompensująca trudy nocy przesiedzianej na klepisku.

Chleb dowożono do farmy tylko dwa razy w tygodniu i jego kawałek, wielkości cegły, musiał starczyć każdemu na kilka dni. Nic dziwnego, że Helena zawsze jadła go nad chusteczką, by nie uronić nawet okruszka. Urozmaiceniem więziennej diety były liście buraków cukrowych. Ich korzenie dostawało wojsko. „Byłyśmy szkieletami – pisze we wspomnieniach Helena. – Jakość i ilość jedzenia byłaby nie wystarczająca nawet wtedy, gdybyśmy całymi dniami nic nie robiły, a przecież zmuszano nas do ogromnego wysiłku fizycznego”. Helena zaczęła podupadać na zdrowiu. Na obydwu nogach zrobiły się jej ogromne, cieknące wrzody i niemal mdlała z bólu podczas chodzenia. Z pomocą przyszła jej Polka mieszkająca w drugiej z chat. Wywieziono ją z małym dzieckiem i zdążyła zabrać ze sobą trochę leków na wypadek, gdyby zachorowało. Maść tranowa okazała się w tym przypadku znakomita i Helena szybko ozdrowiała.

Zabierano je na roboty coraz dalej w góry, aż odległość okazała się tak duża, że musiały w miejscu pracy nocować. By mieć gdzie spać, same robiły sobie z gałęzi i traw szałasy. Całymi dniami ścinały trawę i układały ją na tak zwanych „kapnowozach”, dużych platformach drewnianych, do których zaprzęgano konie. W ten sposób dowożono trawę do silosów, gdzie gromadzono zapasy na zimę dla gospodarskich zwierząt. Tymi dziwnymi pojazdami powozili bezprizorni, młodociani przestępcy, czasem bardzo groźni, niezbyt przyjacielsko nastawieni do zesłańców. Całe ich zastępy zwolniono z więzień w europejskiej części ZSRR. Do kręcenia papierosów przeważnie używali papieru gazetowego, a nim go pocięli, czytali na głos różne informacje. Właśnie od nich Helena usłyszała kiedyś wiadomość o zawarciu między rządami polskim i rosyjskim umowy, na mocy której zesłańcy polscy powinni być zwolnieni z więzień i łagrów. Amnestia! – wydawało się to nieprawdopodobne, wręcz bajkowe, myślała, że śni. Ale zaraz potem przyszła refleksja, że zdoła z niej skorzystać tylko wówczas, gdy wydostanie się z tego odludzia. To nie było łatwym zadaniem. Tutaj ją przywieziono, a teraz sama musiała zorganizować swój wyjazd. Pierwszym krokiem na tej drodze, koniecznym, by móc robić cokolwiek dalej, było dotarcie do centrali NKWD, która znajdowała się wysoko w górach, na samej granicy z Mongolią, w miejscowości Ongudaj. Kierowca pojazdu, którym rozwożono chleb, dowiózł Helenę do centralnego punktu sowchozu. Pierwszy raz skorzystała tam z możliwości zjedzenia czegoś w jadalni. Nim wlano jej do miski coś, co nazywano barszczem, musiała jednak kupić łyżkę, gdyż każdy miał tam swoją, a ona dotąd sztućców ze sobą nie nosiła. Posilona, zaczęła rozglądać się za transportem do Ongudaju. Kiedy już powoli traciła nadzieję, że kiedykolwiek tam dotrze, zobaczyła ciężarówkę, do której ładowano duże ilości jakiegoś towaru. Okazało się, że zmierza właśnie do Ongudaju, celu jej podróży. Kierowca zgodził się ją zabrać, ale w szoferce nie było miejsca i musiała jechać na ogromnej górze bagażu. Kręta górska droga okazała się w tych warunkach koszmarem. Cały czas kurczowo trzymała się lin mocujących towar, a na szczególnie ostrych zakrętach zamierała, przyklejona do kanciastych brzegów przewożonych przedmiotów. Kilka razy była o włos od zsunięcia się na drogę. Do celu dojechali w środku nocy. Gdy Helena podeszła do kierowcy, by mu podziękować, ten popatrzył na nią jak na senną marę. Przekonany był, nie krył tego zresztą przed nią, że po drodze spadła z obładowanej ciężarówki. Na posterunku milicji, dokąd od razu się udała, usłyszała:

– A po cóż tu przyjechaliście, taki kawał drogi?

– Przyjechałam, żeby załatwić ważną sprawę w urzędzie NKWD.

Ponownie ten skrót zadziałał jak czarodziejska różdżka. W oczach milicjanta dostrzegła popłoch.

– Pewnie zmęczeni jesteście drogą. – Jego serdeczność była porażająca. – Prześpijcie się w hotelu, a z rana zaczniecie załatwiać swoją sprawę.

Funkcjonariusz wyszedł przed posterunek i życzliwie pokazał Helenie, gdzie znajduje się hotel. Drewniany budynek nie zasługiwał nawet na miano najpodlejszego tatrzańskiego schroniska, ale nie było to dla niej ważne w tej chwili. Po obu stronach szerokiego korytarza rozstawione były drewniane łóżka, a na końcu stał miniaturowy stolik, przy którym siedziała monstrualnych rozmiarów kobieta. U niej należało wykupić nocleg. Po przyjęciu zapłaty wskazała Helenie łóżko, nie próbując nawet wstać z krzesła, które wyglądało wielce oryginalnie. Dopiero po bliższym przyjrzeniu się można było spostrzec, że to dwa krzesła, zsunięte ze sobą i połączone grubą, drewnianą listwą, by się nie rozsuwały, a pewnie równocześnie – by wytrzymały wagę kobiety. Z sali obok dochodziły odgłosy pijackiej zabawy, jakieś mało wyraźne śpiewy, słabo artykułowane krzyki. Noc nie zapowiadała się najlepiej. Helena miała jednak tylko dwa marzenia – by wyciągnąć się na czymś stabilnym, co nie będzie się ruszać, i zabezpieczyć buty tak, by nikt ich nie ukradł. Włożyła więc je pod głowę jako poduszkę. Pościeli oczywiście nie było, przykryła się zatem podartą już bardzo, ale wciąż dobrze grzejącą i pamiętającą lepsze czasy, szubą.

Jako pierwsza interesantka wkroczyła rano do urzędu. Na wstępie usłyszała:

– Musimy sprawdzić, czy amnestia was obejmuje, nie każdemu wolność się należy.

Cała w nerwach czekała około godziny na decyzję, nie wiedząc, od czego ma ona zależeć, a raczej nie mając pewności, jakie kryteria brać będą pod uwagę.

– Dziwne, ale nadal jesteście obywatelką polską, więc tak, możecie ubiegać się o wydanie stosownych dokumentów. Jutro powinny być gotowe.

Odetchnęła z ulgą. Wyszła na ulicę, nie wiedząc, co dalej robić i gdzie się podziać. Nie uśmiechał się jej ponowny nocleg w hotelu, tym bardziej że nie miała za wiele pieniędzy do dyspozycji. Po drodze spotkała kilku znajomych z jej okolic, którzy przybyli do Ongudaju w tym samym, co ona, celu i również nie mieli zapewnionego lokum. Ktoś wskazał jej dom wynajmowany przez krawca z Popielan, a więc także jej krajana. Mieszkał tam już podobno dosyć długo, pracował i nieźle sobie radził. Był to budynek typowy dla tamtych rejonów, składający się z dużej sieni i jednego dużego pokoju. Krawiec, mrukliwy i mało sympatyczny, niezbyt chętnie, ale zgodził się przenocować Helenę. Udostępnił jej sień, w której oprócz cebrzyka z kiszoną kapustą nie było żadnych innych sprzętów. Alternatywy nie miała. Zapadał wieczór, a ona była zmęczona po całodziennym wałęsaniu się po nieznanej miejscowości i zjedzeniu ledwie kromki chleba. Usiadła więc na podłodze, zadowolona, że to nie klepisko, oparła głowę na drewnianym naczyniu, które cuchnęło kiszeniem i było ze wszystkich stron wilgotne, i tak przedrzemała do rana. W momentach głębszego snu przed oczyma przesuwały się jej obrazy szerokich, miękkich łóżek z puszystymi poduszkami, jakich wiele widziała w pokoju krawca. Następnego dnia wręczono Helenie upragniony dokument. Męcząca wyprawa, jak się okazało, miała sens. Helena była szczęśliwa, tym bardziej że udało jej się w miarę szybko wrócić na farmę. Z całego sowchozu zebrała się grupka wolnych już Polaków z obowiązkowymi papierami i wspólnie wyruszyli, żegnani ponurymi minami tych, którzy jeszcze musieli tam zostać. Najpierw udali się do Bijska. Tam dopiero mieli się rozejrzeć, dokąd można pielgrzymować dalej.

Zorganizowanie sobie życia poza kołchozem nie było łatwe. Przede wszystkim brakowało pieniędzy. Helena wymieniła ostatnie ubrania na kartofle i „pszeno”. Największy kłopot sprawiało znalezienie mieszkania. Wynajęła ławkę koło pieca w syberyjskiej chacie Marii Mierkurownej. Kazaszka była znacznie serdeczniejsza od polskiego krawca i na posłanie położyła gruby siennik. Ciepło, miękko, po prostu luksus! Kiedyś o świcie, a właściwie jeszcze prawie w nocy, kobieta poszła stać w kolejce po mydło, które rzadko można było tam kupić. Wychodząc, zakręciła drzwiczki od pieca, ale zrobiła to prawdopodobnie za wcześnie i zaczął ulatniać się czad. Na szczęście Helena obudziła się i w porę wybiegła z chaty, unikając zaczadzenia. Dużą atrakcję, po koszmarnych warunkach higienicznych w sowchozie, stanowiło korzystanie z bani, w której wreszcie można było do woli się pluskać. Tam Helena spotkała Polkę z małym dzieckiem, która do Bijska trafiła z innego, pobliskiego kołchozu. Niedawno odnalazł ją mąż, sierżant z oddziału wojska polskiego stacjonującego w Buzułuku. Ustalili, że za jakiś czas ma do niego wyruszyć. Dopiero od niej Helena usłyszała o tworzącej się armii pod dowództwem generała Andersa. Była to wiadomość szokująca, co prawda pomyślna, lecz początkowo nie wydawało jej się, żeby miała w jakiś sposób wpłynąć na jej życie. Gdy jednak usłyszała, że przyjmowane są również kobiety, nie miała wątpliwości, że zrobi wszystko, by się zaciągnąć. Żona sierżanta zgodziła się, aby kobieta zabrała się razem z nimi, pod warunkiem wszakże, iż nazbiera suszonego chleba na drogę. Podróż trwała trzy tygodnie. Na stacji w Ałma Acie Helena po raz pierwszy zobaczyła polską czapkę wojskową. Wrażenie było tak silne, że o mało nie uklękła przed żołnierzem. Nie była w tym odosobniona, większość Polaków niezwykle emocjonalnie reagowała na taki widok. W Taszkencie trzeba było wyrobić sobie „kompasirowkę”, czyli oficjalne zezwolenie na przesiadkę i jazdę dalej. W oczekiwaniu na glejt Helena nocowała na placu przed dworcem. Jak zwykle z butami pod głową i przykryta szubą, z którą od wyjazdu z domu się nie rozstawała. Każdego ranka wynoszono z okolic stacji kilka trupów, których znaczną część stanowiły ofiary bezprizornych, już wolnych i teraz wędrujących na wschód rzezimieszków. A potem wreszcie upragniony Guzar, jedno z głównych miejsc formowania armii. Tam jednak czekała na Helenę przykra niespodzianka. Władze sowieckie nie chciały ich wpuścić do miasta ze względu na brak miejsca i żywności.

 

– Każdy żołnierz sprowadza swoją bliższą i dalszą rodzinę i nie wciśnie się już tutaj nikt. Musicie jechać z powrotem – autorytatywnie stwierdził strażnik, po czym zamknięto świeżo przybyłych w małym drewnianym budynku, znajdującym się na tyłach dworca, by czekali tam na pociąg, którym odeślą ich dalej.

Helena była wyniszczona drogą i przerażona tym, że wszystkie jej starania pójdą na marne. Nie miała pomysłu, w którą stronę teraz wyruszyć. Przez jakiś czas siedziała smętna, przygnębiona, zrezygnowana. Cała energia i towarzyszący drodze do wojska entuzjazm uszły z niej jak powietrze nagle wydostające się z przedziurawionej piłki. Umysł jednak wciąż pracował. Determinacja podsuwa często rozwiązania, które wydają się szalone, nieosiągalne, a potem okazują się wcale owocne. Nagle zerwała się, chwyciła skrawek leżącej na parapecie propagandowej gazetki i napisała takie dziwne wezwanie: „Gedyminowa Jabłońska jest na stacji w Guzarze i szuka pomocy”. Wyjrzała przez okienko i poprosiła przechodzącego chłopca – to też omen, że akurat tam się znalazł – o zaniesienie listu do obozu armii. Na odzew nie musiała długo czekać. Mniej więcej po godzinie, może dwóch – nigdzie nie było zegara, więc trudno się było zorientować – pod domek podjechała bryczka, a z niej wysiadło dwóch eleganckich podchorążych.

– Czy jest tu pani Jabłońska? – potężnym, donośnym głosem zapytał jeden z nich pilnującego zesłańców strażnika.

Helena nie czekała, aż tamten przyjdzie o nią wypytywać, bo przecież nie znał ich nazwisk. Podbiegła do okna i radośnie wykrzyknęła:

– Tu jestem, to ja!


Bilet do stacji Guzar.

– Rotmistrz Nowicki przysłał nas po panią, czeka na panią w obozie. Zapraszamy do bryczki.

Strażnik popatrzył zdziwiony, nie powiedział ani słowa, otworzył drzwi i wypuścił Helenę. Współtowarzysze niedoli zerkali smętnie w jej stronę, zdając się mówić: „No cóż, my nie mamy takich znajomości, więc pewnie odeślą nas z powrotem”.

Zrobiło się jej przykro, ale radość ze zbiegu okoliczności i nadzieja, że wreszcie zacznie normalnie żyć, były silniejsze. Pisząc kartkę, nie miała pojęcia, że jej bliski kuzyn, Stasio Nowicki, znajduje się akurat teraz w Guzarze i w dodatku zaszedł wysoko w wojskowej hierarchii.

– Witaj, kochana kuzynko! – wykrzyknął, stając w miniaturowych drzwiach glinianej lepianki, tak małych, że jego potężna postać zdawała się dźwigać chatę na swych barkach.

– Drogi kuzynie, gdybym nie wiedziała, kto tu mieszka, po wystroju tego wnętrza od razu domyśliłabym się, że to ty. Tobie tylko mógł do głowy przyjść tak szalony pomysł, by tę nędzną chałupkę wyłożyć perskimi dywanami. Zawsze lubiłeś luksus. I na wojnie z niego nie zrezygnowałeś?

– Staram się, jak widzisz, nawet na jedną noc urządzać tak, jakbym miał w konkretnym miejscu osiąść na stałe. To mądre przesłanie mych przodków. Ale po tobie luksusów nie widać. Co mogę dla ciebie zrobić, od czego zaczniemy?

– W tej chwili mam tylko jedno marzenie – kąpiel. Popatrz! – Helena rozchyliła podartą szubę, której wyleniałe futro ruszało się od wszy. – Dobrze służyła mi od wyjazdu, ale…

– Spal to wszystko! – Rotmistrz z obrzydzeniem spojrzał na płaszcz.

Po kąpieli, którą trudno było jej zakończyć, i ubraniu się w pachnący czystością wojskowy uniform, Helena poczuła się znakomicie, choć rozstanie z wiernie towarzyszącą jej szubą nie było pozbawione emocji. Postanowiła, że zapisze się do wojska i spróbuje odzyskać siebie, prawdziwą naturę tej Heleny sprzed wywiezienia, zawsze nieskazitelnie czystej, zadbanej, eleganckiej. Spłukała nawarstwiony przez wiele miesięcy na skórze brud, ale równocześnie zmywała powoli osad, który oblepiał jej znękaną wszystkim, co przeżyła i widziała, duszę. Koniecznie też chciała być potrzebna, robić coś naprawdę pożytecznego, działać na czyjąś rzecz, wyciągać pomocną dłoń tak jak niedawno stało się to jej udziałem. Bronisława Wysłouchowa, stojąca na czele Pomocniczej Służby Kobiet, której wcześniej była główną organizatorką, skierowała ją do sierocińca. Miała pomagać jego kierowniczce Krystynie Skwarko, na którą już dawno spadło zbyt dużo obowiązków jak na jedną osobę. Sporą grupą dzieci zajmowały się teraz dwie opiekunki, pracy nie brakowało. Pod koniec marca 1942 roku, w ramach pierwszej fazy ewakuacji z ZSRR, zarówno oddział kuzyna Stasia, jak i sierociniec miały zostać przeniesione do Krasnowodzka, a potem dalej do Persji. Zapanowało podniecenie i radosne wyczekiwanie. Dzieci się cieszyły, jak to dzieci, ze zmiany, z możliwości zobaczenia czegoś nowego. Te mniejsze nie zdawały sobie jeszcze sprawy z tego, że gdyby nie wyjechały, mogłyby w przyszłości nawet nie wiedzieć, skąd pochodziła ich rodzina. Opiekunki modliły się, by wreszcie opuścić znienawidzony kraj. Gdy dojechali do Krasnowodzka, przyszedł jednak zaskakujący rozkaz – w dalszą podróż miało udać się tylko wojsko, a sierocińca Rosjanie na razie nie chcieli wypuścić, ponoć ze względu na trudności żywieniowe w Iranie.

– Jedź z nami – namawiał Helenę kuzyn. – Mogę ulokować cię w swoim oddziale jako sanitariuszkę. Zostaw te dzieciaki.

– Tyś chyba oszalał! – Helena nie kryła oburzenia. – Zaciągnęłam się do wojska i mam oficjalny przydział do sierocińca. Jestem za te dzieci odpowiedzialna, one mnie potrzebują, ciągle obiecywałyśmy im ten wyjazd, a teraz mam je zostawić i uciekać jak tchórz, jak… Jak nasze władze w trzydziestym dziewiątym?


Świadectwo ukończenia przez Helę kursu sanitarnego.


Legitymacja Heli wystawiona przez Polski Czerwony Krzyż na Środkowym Wschodzie.

– Masz teraz szansę! To się może już drugi raz nie powtórzyć! – rotmistrz zaczął krzyczeć. – Nigdy nie wiadomo, co Sowieci wykombinują, na jaki szalony, a dla nas niszczący, pomysł wpadną. Rozkazy zmieniają się z dnia na dzień. Raz mówią tak, innym razem zupełnie inaczej… A jeśli nie dotrzymają obietnicy o kolejnych etapach ewakuacji, bo będą mieli inną koncepcję? Chcesz tu tkwić do końca życia? Tak ci się spodobała Rosja? Zapomniałaś już, jak, oględnie mówiąc, nie najlepiej wyglądałaś, gdy dotarłaś do obozu po ekscytującej wycieczce po tym kraju?!

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?