Dziewczyny od AndersaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


zakupiono w sklepie: Sklep Testowy
identyfikator transakcji: 1632132507606907
e-mail nabywcy: test@virtualo.pl
znak wodny:


Okładka

Fahrenheit 451

Zdjęcie na okładce

© Bartosz Klimasiński

Zdjęcia

Helena Jabłonowska, Halina Wyrzykowska, Maria Włodkowska: Ośrodek Karta; Łucja Madalińska: Fundacja Archiwum i Muzeum Pomorskie Armii Krajowej oraz Wojskowej Służby Polek; Karola Uniechowska: Centralna Biblioteka Lekarska; ppor. Kepisz-Kulikowska: dzięki uprzejmości Wydawnictwa Trio; Waleria Sawicka: archiwum własne; Janina Hobler: Oficyna Poetów/Uniwersytet Jagielloński; Władysława Piechowska: dzięki uprzejmości Oficyny Wydawniczej Ajaks

Redakcja i korekta

Ewa Popielarz

Dyrektor projektów wydawniczych

Maciej Marchewicz

Skład i łamanie

TEKST Projekt, Łódź

ISBN 978-83-935847-4-1

Copyright © by Agnieszka Lewandowska-Kąkol

Copyright © for Zona Zero Sp. z o.o., Warszawa 2016

Wydawca

Zona Zero Sp. z o.o.

ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

Tel. 22 836 54 44, 877 37 35

Faks 22 877 37 34

e-mail: fronda@fronda.pl


Skład wersji elektronicznej

Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Przedmowa Anny Marii Anders

Wstęp

Marzyła, by walczyć

Pierwsza u Andersa

Nie nauczyłam dłoni swych gestu rezygnacji…

Ktoś tam w niebie mnie lubi

Pragnęłam przeżyć

Wciąż martwiłam się, że oddalam się od kraju

Pestka

Chciałam spłacić dług

Przyjaciółki z wojska

„Kultura” prosto od Andersa

Całe życie szukała swego Adolfa

Kufer

Egzamin z życia

Była uparta

Najważniejsze, że jestem z synem

Musiałyśmy pracować na 120%

Do armii wstępowała dwa razy

Cały czas żyję Polską

Irena Goławska, „Mundur miałyśmy zielony”

Bibliografia

Źródła zdjęć

Przedmowa Anny Marii Anders

Książka Dziewczyny od Andersa wypełnia kolejną lukę na mapie wspomnień tego niepowtarzalnego okresu, jakim była epopeja wojenna Armii Andersa i szlaku nadziei, którym kroczyła z głębi nieludzkiej ziemi, przez Persję, Bliski Wschód, Egipt i Włochy, ku Wolnej Polsce. Na całej tej trasie i w największych trudach wojennych towarzyszyły tej niezwykłej Armii niesamowite kobiety. Wyrwane ze swego dotychczasowego życia przez ślepy los wojennej zawieruchy, musiały zmierzyć się z wyzwaniami, które nierzadko przerastały wytrzymałość zwykłego człowieka. W ekstremalnych warunkach wojennych te zwyczajne dziewczyny stawały się niezwykłe. Amazonki XX wieku, które walcząc z przeciwnościami losu, odkrywały swe nowe powołanie. Mimo chwil załamania nie poddawały się. Walczyły, choć nie to było ich marzeniem.

Już same tytuły poszczególnych opowieści Dziewczyn od Andersa mówią wiele. Gdy czytamy Nie nauczyłam dłoni swych gestu rezygnacji, Pragnęłam przeżyć, Egzamin z życia, Byłam uparta czy Musiałyśmy pracować na 120%, wchodzimy w świat konkretnych osób, które dotąd mogliśmy tylko oglądać na pożółkłych fotografiach. Patrząc na nie i widząc te piękne młode dziewczęta w wojskowych mundurach przekonujemy się, jak bardzo ich życie zmieniła wojna. Ich losy przestają być anonimowe i nabierają indywidualnego rysu, który uświadamia nam, jak ważne jest, by te wspomnienia nie zaginęły, by doczekały się swojej publikacji.

Dziś, gdy odchodzą ostatni żyjący świadkowie tamtych dni, Dziewczyny od Andersa ratują od zapomnienia nie tylko te indywidualne losy, lecz także dzieje pokolenia naszych matek i babć. Wśród nich jest i moja mama, Renata Bogdańska, która, tak jak większość przypomnianych przez Agnieszkę Lewandowską-Kąkol dziewcząt, też pochodziła z Kresów Wschodnich RP. Gdy czytam ich dzieje, wciąż mam ją przed oczyma. Ona tak samo musiała to wszystko znosić i tak samo musiała walczyć o przeżycie.

Mamy przed sobą istotny fragment tego, co kształtowało obraz Polek XX wieku, który wszedł do kanonu narodowej pamięci. Nierozerwalnie wiąże się on z Armią Andersa, o której – opisując losy jednej z dziewcząt – autorka napisała, iż fakt jej powstania działał nią „jak powiew ożywczego powietrza, jak potwierdzona badaniami wieść o leku na nieśmiertelność”. I to prawda. Wszystkie one stały się w naszej zbiorowej pamięci nieśmiertelne, a otwierając karty Dziewczyn od Andersa, czytamy ich dzieje i poznajemy pragnienia, dążenia oraz nadzieje, ktre wyzwalały w nich wolę przeżycia, wolę przetrwania i wolę zwycięstwa. Dla siebie, dla rodziny, dla Polski.

Dla mnie to obowiązkowa lektura, mam nadzieję, że dla innych również taką sie okaże.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Wstęp

– Lejtnant do generała!

Obejrzałam się: na wiejskiej drodze stoi willys. Przeskoczyłam przez rów, w biegu wyprostowałam poły szynela, poprawiłam pas i furażerkę. […] Podbiegam do samochodu, otwieram drzwiczki i zaczynam meldować:

– Towarzyszu generale, zgodnie z waszym poleceniem…

– Wróć…

Wyciągam się na baczność. Generał nawet nie odwrócił głowy w moją stronę. […] Ja stoję. On zwraca się do adiutanta:

– Gdzie jest ten dowódca saperów?

Znów próbuję się zameldować:

– Towarzyszu generale…

W końcu obrócił się do mnie i ze złością:

– A ty na diabła mi tu jesteś potrzebna!

Zrozumiałam wszystko i omal nie wybuchnęłam śmiechem. Wówczas jego adiutant pierwszy się domyślił:

– Towarzyszu generale, a może to ona jest dowódcą saperów?

Generał wlepił wzrok we mnie:

– Kim ty jesteś?

– Dowódcą plutonu saperów, towarzyszu generale…

– Ty jesteś dowódcą plutonu? – zdumiał się.

– Tak jest, towarzyszu generale!

– To twoi saperzy pracują?

– Tak jest, towarzyszu generale!

– W kółko tylko to: generale i generale…

Swietłana Aleksijewicz, Wojna nie ma w sobie nic z kobiety

Chociaż historia udziału kobiet w konfliktach zbrojnych sięga starożytności, do dziś kobieta w żołnierskim mundurze budzi ciekawość, a z męskiej strony niedowierzanie, sceptycyzm i podejrzliwość, czy aby na pewno jest zdolna do wykonania powierzonego jej zadania równie dobrze, co kolega w tej samej randze. A przecież już w IV wieku p.n.e. panie walczyły zarówno w ateńskim, jak i spartańskim wojsku, uczestniczyły również w wyprawach Aleksandra Macedońskiego. Podczas oblężenia Konstantynopola (626 r.) wśród poległych znaleziono wiele kobiet słowiańskiej nacji. W czasach nowożytnych pierwsze szpitale obsługiwane przez żołnierki powstały w Anglii w latach 1560–1650.

 

Od I wojny światowej kobiety w wojsku zadomowiły się na stałe. W Anglii służyło ich wówczas około 100 tysięcy, głownie w siłach powietrznych, transporcie samochodowym i Kobiecym Korpusie Pomocniczym. Wiele Francuzek, Niemek i Rosjanek pracowało w pociągach sanitarnych i szpitalach wojskowych.

W Polsce było nieco inaczej. Józef Piłsudski był przeciwnikiem udziału kobiet w operacjach frontowych. Twierdził, że nigdy nie powinny walczyć na linii frontu, co nie oznacza, że nie mogą być przydatne na tyłach armii, gdzie wyręczą mężczyzn w wielu zajęciach, dzięki czemu odciążą walczących i ci będą mogli się skupić na ich naczelnym zadaniu – pokonaniu wroga. Zgodnie z takim stanowiskiem wodza jeszcze przed wybuchem wojny kobiety dopuszczono do zajęć paramilitarnych. Tworzyły sekcje żeńskie Związków Strzeleckich albo powoływały samodzielne oddziały. Szkolone były przede wszystkim w umiejętnościach kuriersko-wywiadowczych i dywersyjnych. W tych właśnie dziedzinach odgrywały znaczącą rolę od początku działań wojennych. Kiedy jednak oddziały strzeleckie przekształcono w Legiony Polskie subsydiowane przez armię austriacką, wydano rozkaz nakazujący usunięcie kobiet z oddziałów liniowych. Prawdopodobnie chodziło o to, że w siłach zjednoczonych ich pomoc nie wydawała się już tak potrzebna, a poza tym były źle widziane przez większość swoich kolegów, bardziej przywiązanych do tradycyjnych rozwiązań niż żołnierze innych nacji. Minimalnej więc tylko liczbie strzelczyń udało się nadal służyć w wojsku, ale niektóre wpadły na pomysł obejścia nakazów i zakazów. Przywdziały męski strój, obcięły loki i warkocze, przybrały męski pseudonim i tak odmienione (Maria Wołoszyńska jako Alfred Wołoszyński, Maria Błaszczykówna jako Tadeusz Zalewski, Ludwika Daszkiewiczowa jako Stanisław Kepisz) działały głównie w służbach łącznościowych, aprowizacyjnych i sanitarnych funkcjonujących przy jednostkach frontowych.

Udział kobiet w II wojnie światowej był już właściwie powszechny. Powoływano je do wszystkich rodzajów wojsk. Rekordowo dużo, bo około miliona, służyło ich w armii radzieckiej. Mniej więcej 500 tysięcy działało w wojsku niemieckim i tyle samo w armii amerykańskiej. Brytyjczycy, pod każdym względem będący tradycjonalistami, skorzystali ze służby 225 tysięcy kobiet. W Polsce walka odbywała się na wielu frontach i prowadzona była przez różne wojskowe organizacje. Szacunkowo przyjmuje się, że we wszystkich służyło łącznie ponad 100 tysięcy kobiet. Najwięcej w Armii Krajowej, potem w Ludowym Związku Kobiet i Batalionach Chłopskich, w Narodowej Organizacji Wojskowej Kobiet i Wojsku Polskim. W Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie, których ta publikacja dotyczy, walczyło ponad 7 tysięcy żołnierek, nazywanych – przez jednych pieszczotliwie i z podziwem, przez innych z lekceważeniem graniczącym z pogardą – Pestkami.

– Mamy urodziny. Córka! Matka i dziecko zdrowe – zawołał zza drzwi Pantera.

– Srokate?

– Jak jesienne kasztany, co się dzieci bawią. […]

Rano każdy zajrzał do nowego domownika, niosąc Łatanej Skórze różne smakołyki. Źrebiątko, trochę jeszcze chwiejne na nóżkach, wyzierało już ciekawie na boży świat, od boku matki nie odstępując.

– Istna karta geograficzna – zaśmiał się Żuraw.

– Frontowa będzie panna! – pogłaskał ją Rosomak. […]

Maria Rodziewiczówna, Lato leśnych ludzi

Kilka miesięcy później mała Agatka, bo tak nazwano dziecko Łatanej Skóry, dreptała za matką – „kropka w kropkę, łatka w łatkę pstra miniaturka klaczy”. Tę to właśnie pstrą Agatkę podarowała pisarka „na początek” nowym sąsiadom. Dodała jeszcze krowę, cielaka, kilka owiec i drewno na budowę domu. Łucja i Zbigniew zamieszkali w 1936 roku w Antopolu na Polesiu. Byli osadnikami wojskowymi. Zbigniew jako szesnastoletni chłopak wstąpił do „Strzelca”, dzielnie walczył, a za udział w bitwie pod Kuźnicą Białostocką otrzymał Krzyż Virtuti Militari. Porucznikowi w stanie spoczynku, na mocy uchwały sejmowej, przydzielono kawałek ziemi, któremu nadał nazwę na pamiątkę wymarszu Legionów z krakowskich Oleandrów. Ich Oleandry znajdowały się w sąsiedztwie Hruszowej, majątku pisarki, z którą młodzi zaprzyjaźnili się na tyle serdecznie, że Zbigniew prowadził jej sprawy finansowe, kontaktując się z jej wydawcami i wytwórnią filmów fabularnych, przywożąc autorce z Warszawy spore sumy pieniędzy, a często też ulubione przez nią felietony „Wiecha” (Stanisława Wiecheckiego). W ramach dobrosąsiedzkich przysług skonstruował też dla niej maszynę ułatwiającą karczowanie drzew. Sielskie życie w bliskim kontakcie z naturą nie trwało niestety długo. Latem 1939 roku Zbigniewa powołano do Samodzielnej Grupy Operacyjnej generała Kleeberga. Łucję wraz z teściową, jak większość osadniczych rodzin, wywieziono w głąb ZSRR. Nastąpiło to w bardzo trudnym dla niej momencie, tuż po stracie nienarodzonego dziecka. Teściowa zmarła po kilku miesiącach, a Łucja pracowała najpierw w okolicach Archangielska przy wyrębie lasów, potem zakładała inspekty i pielęgnowała warzywne uprawy.

Kilka miesięcy po podpisaniu zbawczego dla zesłańców układu polsko-sowieckiego wyruszyła na południe, do Taszkentu, miejsca, w którym organizowały się w tym czasie Polskie Siły Zbrojne. W ich ramach powstawała Pomocnicza Służba Kobiet (PSK), złożona z ochotniczek, które miały zastąpić mężczyzn w działach pozafrontowych i administracyjnych. Podobnie jak w całej Armii Andersa formowała się ona w różnych ośrodkach na terenie ZSRR i w różnym czasie. Siedemdziesiąt pięć procent żołnierek pochodziło z Kresów Wschodnich II Rzeczypospolitej. Zdecydowana większość z nich została wywieziona do sowieckich więzień, łagrów i kołchozów. By przetrwać czas głodu, ciężkiej pracy, przekraczającej ich możliwości fizyczne, uwłaczającego godności ludzkiej traktowania, śmiertelnych chorób i rozstań z najbliższymi, często umierającymi na ich rękach, musiały uodpornić się zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Kolejną dla nich próbą było dotarcie do armii. Często chore, wycieńczone, pozbawione pieniędzy i możliwości korzystania z jakichkolwiek środków transportu wędrowały tygodniami, przemierzając tysiące kilometrów, a kiedy szczęśliwe, że udało im się osiągnąć cel, stawały w bramie wojskowego obozu, słyszały:

– Limit wyczerpany, proszę iść do pracy w kołchozie i zgłosić się za dwa miesiące.

Ze Związku Sowieckiego ewakuowano ponad 1700 ochotniczek, które służyły potem w Iranie, Iraku, Syrii, Libanie, Palestynie, Egipcie, a na koniec we Włoszech. Pierwszą komendantką główną PSK została Zofia Leśniowska, córka generała Sikorskiego, a gdy zginęła w katastrofie gibraltarskiej, funkcję tę objęła po niej pułkownik Maria Leśniakowa. W szczytowym okresie rozwoju Pomocniczej Służby Kobiet w jej szeregach pozostawało ponad 7500 ochotniczek. Były w różnym wieku, z krańcowo odmiennych środowisk, wykształcone lub nie, z rozmaitymi zawodami. Różne też kierowały nimi pobudki przy wstępowaniu do wojska. Oprócz tych, które z przekonania chciały walczyć dla kraju, mając już niejednokrotnie za sobą pracę w szeroko rozumianym podziemiu, były i takie, które nakładały mundur, by nie umrzeć śmiercią głodową, zaś dzięki ewakuacji ocalić siebie, a często i kogoś z rodziny. Nawet jednak, gdy wstępowały w zielone szeregi, egoistycznie, po ludzku pamiętając tylko o sobie, to pod wpływem atmosfery, jaka panowała w armii, szybko zaczynały działać na rzecz innych, gubiąc w ferworze prac partykularne myślenie. Większość z nich, nawet jeśli przemierzyła cały szlak Polskiej Armii, od radzieckich republik po Londyn, nie rozmawiała nigdy z twórcą całego przedsięwzięcia – generałem Andersem, ale był on postacią scalającą żołnierskie szeregi w jeden organizm, a każdy jego rozkaz powszechnie uważano za niepodważalny. Kiedy podczas defilad badawczo, z ojcowską troską przyglądał się maszerującym, każda z żołnierek czuła, że patrzy tylko na nią, i przepełniało ją szczęście.

Wśród Pestek, jak żargonowo, od skrótu nazwy formacji, nazywali ochotniczki żołnierze Polskiej Armii, znajdował się również niewielki procent kobiet, które wiodły w oddziałach spokojną i dostatnią egzystencję dzięki bliskim kontaktom z wyższymi rangą oficerami. Nie są one jednak w żadnym razie reprezentatywne dla całej rzeszy ofiarnych, odpowiedzialnych, pełnych samozaparcia i poświęcenia kobiet, które wypełniały powierzone im zadania wzorowo, czyniąc to w ekstremalnie trudnych warunkach. Wobec tych, które nie żałowały wysiłku wkładanego w zdobywanie wiedzy i umiejętności wojskowych, bowiem miały pełną świadomość celu, do którego dążą. Co prawda w miarę upływu czasu ten cel odsuwał się od nich, by w końcu, zatracając kontury, rozpłynąć się w nicości, ale nawet wtedy, gdy stało się jasne, że resztę życia spędzą na emigracji, próbowały działać na rzecz starej ojczyzny. Swą służbę pełniły głównie w następujących działach: sanitarnym (lekarki i sanitariuszki), transportu (jako kierowcy samochodów, głównie ciężarowych), łączności (telefonistki, radiotelegrafistki, szyfrantki, obsługujące pocztę polową), oświaty (nauczycielki, wychowawczynie, świetliczarki, kantyniarki, członkinie zespołów teatralnych, redakcji wydających ulotki, czasopisma i książki) oraz administracji (urzędniczki, maszynistki, magazynierki, obsługujące kuchnię, szwalnię, pralnię…). Większość ochotniczek za swą służbę otrzymała liczne odznaczenia polskie i angielskie.

Łucji się udało. Trafiła w dobre miejsce w dobrym czasie. Nie odesłano jej z kwitkiem, ale niemal od razu została przyjęta do pracy przy Dowództwie Ośrodka Organizacyjnego Broni Pancernej w Karabałtach. Prowadziła tam między innymi kantynę, a już po dwóch miesiącach znalazła się w transporcie ewakuacyjnym płynącym z Krasnowodzka do irańskiego Pahlevi. Tam czekały na kobiety świetnie przygotowane obozy namiotowe, gdzie można się było wreszcie dobrze umyć i najeść do syta. Do dyspozycji miały też opiekę medyczną, która jednak niewiele mogła poradzić w stanach beznadziejnych, jakich niestety nie brakowało. Łucja dostała przydział do 2 Kompanii PSK w 2 Obozie Ewakuacyjnym dla ludności cywilnej. Nieco później zatrudniono ją w charakterze telefonistki w Komendzie Placu w Teheranie. Po niespełna pół roku wyjechała do obozu przejściowego w al-Mughar w Palestynie, a stamtąd w połowie stycznia 1944 roku wypłynęła do Wielkiej Brytanii przez Gibraltar. Morze było niezwykle wzburzone, kilkakrotnie wydawało się, że statek pójdzie na dno i wiele spośród ochotniczek było o włos od wskoczenia do skłębionej toni morskiej. Kiedy po przeszło dwóch tygodniach okręt przycumował w porcie w Liverpoolu, niejedna przyrzekała sobie, że nigdy już na żaden statek nie wsiądzie. Po dwóch dniach od przyjazdu Łucja rozpoczęła dwumiesięczne przeszkolenie rekruckie w obozie w North Berwick w Szkocji, obejmujące musztrę, ćwiczenia wojskowe i naukę języka angielskiego. Po ukończeniu kursu została wcielona do żeńskiej służby pomocniczej w Królewskich Siłach Lotniczych (RAF). Zewnętrzną oznaką przejścia do zupełnie innego rodzaju wojska była zamiana munduru z zielonego na niebieski. Pracowała w grupie stu osiemdziesięciu osób personelu naziemnego polskiego Dywizjonu Bombowego 300 „Ziemi Mazowieckiej”, który mieścił się na stacji lotniczej RAF w Faldingworth, a później przy Dowództwie Polskich Sił Powietrznych w Londynie. Służbę zakończyła w marcu 1948 roku w Aberporth. W roku następnym odpłynęła statkiem „Aquitania” do Kanady, wraz z mężem, którego zwolniono z niewoli niemieckiej w 1945 roku. Po osiemnastu latach wrócili do Polski i zamieszkali w Siedlcach, gdzie przebywała ich rodzina. Czas spędzony w wojsku Łucja uważała za najszczęśliwszy okres swojego życia.


Łucja Madalińska, z domu Urbańska (urodzona w 1909 r. w Kamieńcu Podolskim, zmarła w 1907 r. w Siedlcach) – żołnierz RAF-u.

Marzyła, by walczyć

Wcale nie wygląda jak baba – mruknął któryś ze strzelców.

– Baba? Tutaj? – Było to tak mało prawdopodobne, że strzelca podejrzewać by można o majaki ze zmęczenia. – Cóż wy mi opowiadacie?

– Wszyscy to wiedzą – zaśmiał się mężczyzna, który absolutnie nie wyglądał na nieprzytomnego. – Nigdy nie dało się go namówić, by poszedł z wojskiem do łaźni. Wódki nie pije, nie przeklina, to któż to może być, jak nie baba?

Tak na temat sanitariusza Stanisława Kepisza żartowali sobie podczas walk w Karpatach w styczniu 1915 roku koledzy z jego oddziału. Szczupły blondyn, o krótkiej męskiej fryzurze walczył z nimi już od ponad roku, budząc swą odwagą i zaangażowaniem ogólny podziw, a równocześnie nie dając się do końca poznać. Dowódcy przeważnie znali jego tajemnicę, ale zwykli żołnierze dowcipkowali, spekulowali, zakładali się, a czasem go podglądali. Sanitariusz Staś był lubiany, lecz swym zachowaniem znacznie odbiegał od reszty. Cóż to za kawalerzysta, który siarczyście zakląć nie potrafi ani wieczorem swego zmęczenia nie utopi w kielichu? Z drugiej strony jego męstwu nie dało się przypiąć żadnej łatki. Pod Bielgowem, kiedy żołnierzom zabrakło amunicji, Kepisz pobiegł pod obstrzałem wroga do współwalczących po tej samej stronie Niemców, wziął od nich skrzynię z amunicją, którą normalnie dźwigało dwóch chłopa, i jej zawartość porozdawał potrzebującym. W wyniku dalszych walk, wraz z kilkoma innymi legionistami, dostał się do niewoli, ale koledzy zaskakująco szybko ich odbili. Było mu jednak sądzone nie zaznać spokoju… Jeszcze tego samego dnia, kiedy wyszedł na przedpole, aby opatrzyć rannego, wraz z nim został zagarnięty przez Moskali. Przewieziono go do Moskwy i tam konsternacja – pojmany jeniec okazał się kobietą. Nigdy dotąd w murach tamtejszego więzienia nie przebywała żadna osadzona. Sanitariuszem zainteresowali się członkowie Komitetu Narodowego Polskiego, organizacji politycznej z Romanem Dmowskim na czele, stanowiącej namiastkę rządu polskiego na emigracji i uznanej przez państwa Ententy. Na skutek ich interwencji rosyjskie władze zaliczyły Kepisza do grona austriackich sanitariuszek, a więc sióstr Czerwonego Krzyża, które niebawem miały być wymienione z rosyjskimi sanitariuszkami przebywającymi w niewoli niemieckiej i austriackiej. 13 czerwca 1916 roku transport sióstr wyruszył z Petersburga i przez Finlandię, Szwecję, Niemcy i Czechy dotarł do Krakowa.

 

Ludwika Kepisz-Daszkiewiczówna, po mężu Kulikowska, była wielokrotnie odznaczana, z dumą nosiła między innymi Krzyż Srebrny Orderu Wojennego Virtuti Militari, a także swastykę – odznakę 4 Pułku Piechoty Legionów.

Skąd ten pomysł? Dlaczego Eliza Ludwika Daszkiewiczówna walczyła w Legionach Piłsudskiego w męskim przebraniu i dlaczego nie wcześniej niż po wielu mężnych wyczynach, gdy znana już wszystkim była jej prawdziwa natura, szczególnie po feralnym trafieniu do niewoli, dopiero w listopadzie 1918 roku mogła przestać się ukrywać pod pseudonimem?

Uważam, że praca w formacjach ściśle wojskowych nie nadaje się dla kobiet, ale gdzie indziej, na tyłach armii, do każdej pracy mogą być użyte, aby zastąpić mężczyznę, a przez to zwiększyć szeregi armii.

Józef Piłsudski

Eliza, podobnie jak jej około trzydziestu koleżanek biorących udział w legionowej kampanii, nie chciała działać na tyłach, zastępować kogokolwiek i być narzędziem do powiększania liczebności armii. Postanowiła iść w jej czołówce i w niczym nie ustępować kolegom „po mundurze”. Jej plan okazał się trudny do realizacji, w praktyce niebezpieczny, czasem szokujący obydwie strony, ale możliwy do przeprowadzenia.

W chwili wybuchu I wojny światowej miała trzydzieści jeden lat, a za sobą szkolenie w Polskich Drużynach Strzeleckich i pracę urzędniczki we Lwowie, choć z wykształcenia była nauczycielką. Właśnie zatrudniono ją w fabryce wyrobów fajansowych w Wiedniu. Wiedziona pedagogicznym impulsem, społecznie prowadziła tam również szkółkę dla dzieci robotników z Polski. Z dnia na dzień rzuciła jednak wszystko pod wpływem pierwszych informacji o planach wykorzystania strzelców w, dopiero co rozpoczynających się, działaniach wojennych. W ekspresowym tempie przebyła drogę z Wiednia do Krakowa i zgłosiła się do Legionów. O służbie liniowej, a więc na froncie, z bronią w ręku, marzyła od dziecka. Zapewne mała Eliza większą przyjemność czerpała z zabawy w podchody czy policjantów i złodziei niż z ubierania i niańczenia misiów albo lalek. Sama wspominała, że na jej życiową postawę wpływ miało wiele czynników, z których na plan pierwszy wysuwały się: opowiadania uczestniczek powstania styczniowego, treści przekazane jej podczas seminarium nauczycielskiego pani Fedki Deskur, udział w samokształceniowym kole niepodległościowym nauczycielek, szkolenia w Drużynach Strzeleckich i tradycje rodzinne. W Krakowie spotkało ją duże rozczarowanie. Prawdopodobnie oczekiwała, że ochotników przyjmuje się z otwartymi ramionami, tymczasem na przeszkodzie do upragnionego przydziału stanął jej wiek (była już po trzydziestce) i… płeć. Komisji rekrutacyjnej nie przekonało ani potwierdzenie uczestnictwa w szkoleniu rekruckim we Lwowie, ani zdane egzaminy z tak specjalistycznych przedmiotów jak: materiały wybuchowe, organizacja armii, geografia militarna, ani nawet prezentacja znajomości broni i praktycznego strzelania z browningów i mauzerów. Urzędnicy pozostawali w zgodzie z zaleceniami, a raczej rozkazami, naczelnego wodza. Eliza Ludwika nie poddawała się jednak – walczyła, na razie na słowa, wymyślając kolejne argumenty.

– Obiecywano nam przecież udział w służbie kurierskiej – podkreślała butnie, szczególnie akcentując słowo „obiecywano”. I z nieskrywaną zazdrością w głosie dodawała: – Wiem, że na front pojechało już kilka dziewczyn.

– Na razie potrzebujemy pań tylko do intendentury – otrzymała odpowiedź zdecydowaną, niepodlegającą dyskusji.

Co było robić, chwilowo skapitulowała. Przydzielono ją, wraz z drugą ochotniczką – Marią Wołoszyńską, do pracy w intendenturze Wojska Polskiego. Miały podobne charaktery i obydwie były niezadowolone z zaistniałego stanu rzeczy.

– Jak przy gotowaniu zupy i szyciu mundurów mamy wykorzystywać naszą wiedzę z kursów rekruckich? – pytała rozżalona Ludwika.

– To po co w ogóle uczono nas strzelania, opatrywania rannych? Stracony czas – denerwowała się Maria, chyba jeszcze bardziej radykalna w swym dążeniu do uczestnictwa w walkach jak najbliżej frontu. Brała udział w ruchu skautingowym i zaraz po skończeniu nauki w popularnym wówczas zakładzie naukowo-wychowawczym Zofii Strzałkowskiej we Lwowie zapisała się do Polskich Drużyn Strzeleckich. Przejęta ich działalnością, idee przez nie propagowane rozsiewała wśród byłych koleżanek, a dla najbardziej zainteresowanych sama organizowała kursy. Swe zaangażowanie ukrywała przed rodzicami, a kiedy wybuchła wojna i ogłoszono mobilizację oddziałów strzeleckich, uciekła z domu.

Dziewczyny dobrały się znakomicie. Po wielu wspólnych naradach i dyskusjach postanowiły… zmienić płeć i od razu przystąpiły do działania. Najważniejsze, że udało im się ominąć konieczność stawienia się przed komisją lekarską sprawdzającą stan zdrowia ochotników i zdobyć tzw. kartkę opiniową, niezbędną do zameldowania się w komisji poborowej. Tam stały ruch, mnóstwo ludzi i brak czasu – więc już niczego nie sprawdzano. Przedstawiciele komisji bez zbędnych rozmów łączyli zgłaszających się ochotników w jednostki liniowe i przydzielali do konkretnych funkcji. Kobiety osiągnęły swój cel. Obydwie otrzymały legitymacje drużynowe. Maria na nazwisko Alfred Wołoszyński, a Ludwika – Stanisław Kepisz. Oficjalnie zostały uznane za sanitariuszy piechoty Legionów Polskich i pełniły liniową służbę sanitarną. A służba ta była w owym czasie wielce odpowiedzialna i wymagająca całkowitego poświęcenia. Sanitariusze brali udział w każdej bitwie swego oddziału, niejednokrotnie, dla dodania ducha kolegom, kładąc się obok żołnierzy w linii tyralierskiej i idąc z nią do przodu, jak cała reszta byli więc narażeni na ostrzał. Marzli w okopach i w dodatku w najgorętszym ogniu opatrywali rannych, często przeprowadzając ich lub przenosząc z pola bitwy w ustronne miejsce. Gdy było trzeba, szli ze strażami przednimi, a z braku oficera prowadzili wywiadowcze patrole. Nie mieli broni, więc w najtrudniejszych sytuacjach posługiwali się kijem czy siekierą. Nocą pełnili warty koło wozów sanitarnych, a przy okazji śledzili rozwój wydarzeń bojowych i zawiadamiali o nim dowódców. Słowem, intensywnie pracowali w czasie marszów i bitew, podczas odpoczynku również.


Służbę wojskową Ludwiki Kepisz-Daszkiewiczówny, mianowanej w 1921 r. podporucznikiem Ochotniczej Legii Kobiet, przerwały niewola rosyjska (7 listopada 1915 – 14 czerwca 1916) i ukraińska (13 grudnia 1918.).

„Kilkanaście ofiar jęczy już w rozmaitych miejscach pola. Po omacku rozkłada się nosze na błocie, bez światła, instynktownie bandażuje się i opatruje ciężko rannych i z najwyższym wysiłkiem, przy akompaniamencie jęków znosi się ich do pierwszej lepszej węgierskiej czy rumuńskiej chałupy” – czytamy w książce Szlakiem bojowym Legionów, wydanej już w 1915 roku przez uczestników walk. Jedna z sanitariuszek, podobnie jak Eliza Ludwika walcząca w męskim przebraniu, wspominała:

Nie jestem w stanie dziś opisać wrażenia, jakie wywołał we mnie wtedy zgrzyt piły o żywą kość… Z największym wysiłkiem jednak starałam się utrzymać pozory obojętności. Szło mi opornie, spazm dusił gardło, ale wytrwałam. Tylko, gdy już było po wszystkim, gdy amputowana noga była już w moich rękach, stałam wciąż bez ruchu, nie wiedząc, co zrobić z tym strasznym przedmiotem, pod którym uginały się moje ramiona. Dopiero na ostry rozkaz operatora położyłam martwą nogę we wskazanym miejscu. Później wybiegłam z sali operacyjnej, aby na uboczu wypłakać się i jakoś uspokoić.

Batalion Kepisza zaraz po sformowaniu rzucony został na szerokie wody. Swój chrzest bojowy przechodził w Karpatach, w niezwykle trudnych warunkach. Wspierał oddziały austro-węgierskie w walce z wojskami rosyjskimi, o wiele silniejszymi, lepiej wyposażonymi i wyszkolonymi. Polacy w ciągu pięciu dni musieli przebyć niemal niedostępne dla ludzkiej stopy tereny wysokogórskie, równocześnie wykonując zadania bojowe.

– Długi marsz, czterdzieści kilometrów za nami, wszyscy ledwo żyjemy, a obywatel sanitariusz wcale nie wygląda na zmęczonego… – zagadnął Stanisława któryś z żołnierzy.

– Przyzwyczajony jestem do długich spacerów. U nas w Stanisławowie do szkoły było daleko – żartował blondyn.

Sanitariusz Kepisz wszędzie był pierwszy, chętny do pomocy i działania, opatrywał rannych, nie zwracając uwagi na to, jaki mundur nosili. Prześcieradła z namalowanym czerwonym krzyżem miały powstrzymać artylerię przed ostrzeliwaniem polowych punktów opatrunkowych. Jednak nie wszyscy artylerzyści się do tego stosowali. Polscy legioniści byli oburzeni „polowaniami” przeciwnika na ich kolegów z pododdziałów sanitarnych. Krążyło wśród nich powiedzenie – dobry sanitariusz ma przed sobą najwyżej pół roku życia. Na szczęście Kepiszowi dane było służyć znacznie dłużej. Kampanię karpacką zakończył awansem na plutonowego, a w niedługim czasie zgłoszono go do odznaczenia. W uzasadnieniu pisano: „Stanisław Kepisz wyróżnia się największym poświęceniem i oddaniem wszystkich swoich sił dla Sprawy Legionowej, przy wysokiej swej wartości moralnej. W walkach odznacza się odwagą osobistą i niezwykłą pogardą śmierci, w najcięższych warunkach pokrzepia, w największym niebezpieczeństwie opatruje rannych. Szczególnie wyróżnił się pod Kirlibabą i Rarańczą”.