Przeklęte dzieci Inayari

Tekst
Z serii: Mojra
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Agnieszka Kulbat

Mojra. Przeklęte Dzieci Inayari


ISBN 978-83-8203-039-6


Prawa autorskie © Agnieszka Kulbat, 2021

Wszystkie prawa zastrzeżone Redaktor prowadzący Tomasz Zysk Redakcja Łukasz Radecki Projekt typograficzny i łamanie Jarosław Szumski Ilustracja na okładce Ina Wong Znak zakonu Bartłomiej Sprysak Typografia okładki i stron tytułowych Joanna Wasilewska Wydanie 1 Wydawnictwo Nowa Baśń ul. Święty Marcin 77 lok. 8, 61-717 Poznań telefon 881 000 125 www.nowabasn.com Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonał Jarosław Szumski.

Kłamstwa rodzą bunt, a bunt jest matką wojny.


Rozdział I

— Chyba śnisz. Życie ci niemiłe? Nie pójdziemy dalej.

— Cykasz się?

— Nawet jeśli, to co?

Dwie adeptki przystanęły gwałtownie w mroku długiego zamkowego korytarza. Ich szepty niknęły w hałasie trzeszczących okiennic, co chwilę wprawianych w ruch przez śnieżycę szalejącą nad Zakonem Inayari. Białe płatki już prawie w całości oblepiły poszarzałe szyby, gdy nagle zerwał się silny wiatr, strząsając śnieg ze szkła, a okno za plecami uczennic otworzyło się z wielkim hukiem.

Mroźny podmuch owiał zlęknione dziewczęta, akurat kiedy wychyliły się zza rogu, by spojrzeć na majaczące w ciemności masywne wrota. Adeptki zadrżały z zimna, lecz tylko Aurora objęła się ramionami, aby przycisnąć do siebie szarą szatę. Chcąc zachować trochę ciepła, schowała się za plecami Neyry, która zastygła w bezruchu, wpatrzona w drzwi prowadzące do Zakazanych Komnat.

Skryte w oddali laboratorium zawsze budziło w Aurorze trwogę. Odkąd pamiętała, dochodziły z niego nieludzkie piski. Ich echo odzywało się w jej koszmarach wraz z mrożącymi krew w żyłach wrzaskami, które nocami niosły się po zamku i wytrącały ją ze snu. Choć dość późno, pomyślała wreszcie o konsekwencjach zbliżenia się do Komnat i na samą myśl o nich poczuła mdłości. Pełna strachu chwyciła koleżankę za ramię.

— Słuchaj — westchnęła, siląc się na opanowany ton. — Pomysł był świetny. Pośmiałyśmy się, pogadałyśmy i zobaczyłaś, co chciałaś, więc wracajmy już — mruknęła i pociągnęła ją lekko w swoją stronę.

— Nie złapią nas przecież. — Neyra wywróciła oczami i zdegustowana wyrwała ramię z chwytu Aurory. — Zaraz będzie wymiana personelu, a wiemy, że kapłanki Lyrii nie będzie. Może…

— Może sobie tam wejdziemy, wyjdziemy i nic się nie stanie? To przecież takie proste! — zironizowała Aurora.

— Tak mi się wydaje.

— To źle ci się wydaje — odparła cicho adeptka, próbując odzyskać kontrolę nad sytuacją.

Jej wzrok niespokojnie skakał między oburzoną Neyrą a wejściem do Zakazanych Komnat. Wygładziwszy swoją długą do ziemi szatę, wzięła głęboki oddech i odezwała się ponownie:

— Poszłam z tobą, ponieważ mnie o to poprosiłaś, ale tutaj nasza przygoda się kończy.

Światło księżyca z trudem oświetlało pełen pajęczyn korytarz, rzucając długie cienie na miejscami popękaną podłogę. Ten widok wraz ze świadomością przebywania tuż obok laboratorium wystarczył, żeby Aurora ostatecznie spanikowała. Razem z Neyrą znajdowały się w zamkniętym skrzydle zamku, gdzie nikt nie powinien nakryć ich o tak późnej godzinie, ale ona i tak niecierpliwie pociągnęła koleżankę w stronę, z której przyszły.

Neyra natomiast uważała, że nie było aż tak wielkiej potrzeby, aby się martwić. Jej zdaniem kapłanki sądziły, że wśród adeptek nie znalazłaby się choćby jedna na tyle odważna bądź głupia — co zależało od wyraziciela opinii — żeby zapuszczać się w tę zatęchłą część twierdzy.

— Dobrze. Nie chcesz, to sama tam pójdę. — Neyra spojrzała na Aurorę z wyższością. Próbowała w ten sposób zagrać na jej ambicjach, lecz jej słowa nie przyniosły spodziewanego rezultatu.

— Po co? Nie ryzykowałabyś życia dla zwykłej ciekawości — odszepnęła Aurora, w zamyśleniu nerwowo ściskając dłonie. Była pewna, że za zachowaniem koleżanki kryło się coś więcej. — Stać cię na lepszą śmierć — rzuciła niedbale z nadzieją, że to odwiedzie blondynkę od dalszego sterczenia tak blisko drzwi do Komnat.

W Neyrze coś pękło. Jej początkowa brawura ulotniła się, ustępując miejsca lękowi. Adeptka opuściła ramiona w geście rezygnacji, jakby słowo „śmierć” przebiło się przez barierę jej pewności siebie. Wyraźnie chciała się odezwać, za wszelką cenę wyjść zwycięsko z tej rozmowy, lecz nagle zabrakło jej odwagi.

W końcu tylko zacisnęła usta i cofnęła się, z wściekłością zwracając się do Aurory:

— Ty po prostu nic nie rozumiesz.

— Czego nie rozumiem?

— Ja chcę uciec, kretynko. Wybadać wyjście przez Komnaty i uciec.

Aurora zamrugała kilkukrotnie powiekami, oddech zamarł jej w piersi.

Samo wejście do Komnat w perspektywie ucieczki faktycznie nie wyglądało na najtrudniejsze…

— A-ale zdajesz sobie spra…

— Zginę tak czy inaczej. To jedyny los, który czeka skrytobójczynię. — Spojrzenie Neyry było nieustępliwe, jakby zdążyła to wszystko już dawno przemyśleć. Aurora bała się zapytać, od kiedy przyjaciółka planowała tę eskapadę. — Dla mojej rodziny i tak nie ma to znaczenia. Sami mnie tu oddali, pamiętasz?

— N-nie mówiłam wcześniej poważnie o tej śmierci… Uspokój się. To nie jest wyjście.

— Nie praw mi kazań…

— Naprawdę chcesz zginąć jako uciekinierka?

— Co za różnica, jak umrę, co? — Neyra zbliżyła się do koleżanki, patrząc jej prosto w oczy. Między adeptkami zapadła ciężka cisza pełna niewypowiedzianych zarzutów i długo skrywanej urazy, z której Aurora do tej pory nie zdawała sobie sprawy. — Na arenie, na misji, uciekając. Co za cholerna różnica?

Aurora milczała. Próbowała jakoś opanować natłok myśli, ale nie przychodziło jej do głowy nic wystarczająco dobrego, aby odwieść Neyrę od szalonego pomysłu ucieczki z Inayari.

— Tylko nie rób nic głupiego, proszę…

— Łatwo ci mówić. Jesteś dobra i zdasz — odparła Neyra z wyrzutem. — Do tego masz wybór, ciągle możesz zostać medyczką, a ścieżkę skrytobójczyni puścić w niepamięć. To mnie zabiją, nie ciebie — wycedziła, a w jej oczach gościł jedynie strach.

Aurora już otwierała usta, by jej odpowiedzieć, ale Neyra nagle rzuciła się do biegu. Ku uldze dziewczyny — jak najdalej od Zakazanych Komnat. Było to jednak marne pocieszenie. Nie gwarantowało jej bezpieczeństwa. Aurora obawiała się, że następnym razem blondynka nie poprosi jej o towarzystwo i wtedy już na pewno ściągnie na siebie prawdziwe kłopoty.

Kroki Neyry odbijały się głuchym echem przez kilka kolejnych sekund, aż wreszcie zupełnie ucichły. Aurora, pozostawiona samej sobie, wzdrygnęła się, gdy chłodny podmuch niespodziewanie targnął jej szatą. Ponownie przyciągnęła ręce do siebie. Zacisnęła dłonie na szorstkim materiale i spojrzała niepewnie na rozpościerający się przed nią, skąpany w mroku korytarz.

Wizja nadchodzącej próby nie przerażała jej zbytnio. Adeptka coraz bardziej skłaniała się ku porzuceniu profesji skrytobójczyni na rzecz medyczki, choć nikomu jeszcze o tym nie powiedziała. Rozumiała jednak obawy i strach koleżanki, bo to jej groziła śmierć na arenie podczas ostatecznego egzaminu. Mroczny świat za murami świętej twierdzy pochłaniał wiele istnień i dlatego opuszczali ją tylko nieliczni, a Aurora, w przeciwieństwie do Neyry, bez względu na wszystko zamierzała być jedną z nich, jedną z Kończących.

Nie wiedziała jedynie, czy chciała ratować ludzkie życie czy je odbierać.

*

— Szczypce — powiedziała Rayn, wysuwając rękę w prawo, i od razu poczuła na skórze dotyk zimnego metalu włożonego w jej dłoń przez asystentkę.

Spojrzała krytycznie na nieprzytomnego młodego mężczyznę, który przed chwilą trafił na jej stół z rozoraną klatką piersiową. Jej zadaniem było utrzymanie go przy życiu, lecz już na pierwszy rzut oka widziała, że nieznajomy nie miał na to prawie żadnych szans.

— Uciśnij tutaj — wydała Aurorze kolejne polecenie. Nie wątpiła w dokładność i precyzję młodej uczennicy, dzięki czemu ze spokojnym sumieniem mogła skupić się na swoim zadaniu.

Kapłanka sięgnęła po moc i sprawiła, że ogniste kule, wiszące dotychczas w powietrzu nad stołem, obniżyły się i rozjaśniły komnatę. Widoczność w pomieszczeniu znajdującym się na tyłach skrzydła leczniczego poprawiła się zdecydowanie, dzięki czemu runiczna mogła lepiej widzieć ranę mimo panującej ciemności.

Aurora w międzyczasie dzielnie uciskała krwawiące miejsce. Nie można było odmówić jej umiejętności i talentu, jednak opanowanie nie należało do jej mocnych stron, nie zdołała więc powstrzymać nerwowego potoku słów.

— O-on nie przeżyje. Chyba same Mojry musiałyby go uleczyć czy coś… — szeptała pod nosem, nie mogąc wyzbyć się myśli, że to już praktycznie operacja prowadzona na trupie. — To jakiś przybłęda, Rayn. Jest cały poharatany. Do tego infekcja zaszła za daleko, nie odratuje…

 

— Cicho.

Aurora powoli uniosła wzrok, by w milczeniu obserwować kobietę. Lubiła ją, szanowała jej wiedzę oraz zdolności. Nigdy nie została przez nią niesprawiedliwie potraktowana, a nauczyła się przy niej naprawdę dużo, lecz teraz zaczynała powątpiewać w nieomylność mentorki — z jej polecenia babrała się w posoce obcego człowieka, choć ten jedną nogą był już w grobie. W dodatku, po szalonej wycieczce pod wrota Zakazanych Komnat, marzyła tylko o tym, żeby wreszcie pójść spać.

Sprawdziła puls pacjenta. Wstrzymała oddech, gdy niczego nie wyczuła pod palcami brudnymi od krwi. Wiedziała, że Rayn dobrze zdawała sobie z tego sprawę i kontynuowała pomimo zgonu mężczyzny.

— Może nie powinnam, ale… — zaczęła niepewnie Aurora, lecz została uciszona szybkim machnięciem ręki.

— Szybko, załóż szwy.

Tym razem adeptka, bez choćby słowa komentarza, wzięła się do pracy. Zaczęła sprawnie przekłuwać skórę denata, zaszywając wielkie rozcięcie na piersi. Kątem oka spojrzała na Rayn, która stała obok, kreśląc znaki nad ciałem ociekającym błotem i krwią.

Runiczna przymknęła powieki, była w transie. Jej czarna szata falowała delikatnie, gdy kobieta zaczęła poruszać rękoma. Spod jej palców uwalniały się smugi czerwonej energii, które sprawnie łączyły się w runy. Czerwień wirowała wokół kapłanki, błyszcząc również we wszystkich symbolach znaczących jej ciało oraz w oczach, które otworzyły się nagle, aby spojrzeć na adeptkę.

— Szyjesz?

— Tak, tak. — Uczennica szybko pokiwała głową, nakazując sobie skupienie. Z zapartym tchem obserwowała pulsującą moc oplatającą dłonie Rayn, której czoło zmarszczyło się w skupieniu.

Aurorę zawsze fascynował proces powstawania run. Sama nie miała o nim pojęcia, ponieważ jej energia życiowa nie pozwalała na zostanie runiczną, mimo że moc krążyła w każdym człowieku. Mało kto jednak był w stanie ją opanować. Wielu ludzi energia po prostu utrzymywała przy życiu, po czym znikała bezpowrotnie wraz z ich śmiercią. Adeptka potrafiła manipulować właśnie tą żywotnością.

W przeciwieństwie do Rayn Aurora nie miała dostępu do własnej energii. Nigdy nie było jej przeznaczone panowanie nad znakami, które runiczni byli w stanie okiełznać i podporządkować własnej woli. Każdy, kto należał do tego ścisłego grona, posiadał jakąś wyjątkową zdolność oraz własny kolor mocy, a o samych runicznych mówiono nawet, że dzierżyli w rękach boską potęgę, której lękał się świat.

Serce Aurory ścisnęło się na myśl o Neyrze, która nie miała możliwości wyboru profesji. Dziewczyna, niezdolna do kontroli jakiejkolwiek energii, była skazana na zostanie skrytobójczynią.

— Dużo czasu minęło od zatrzymania akcji serca?

Aurora spojrzała na mentorkę ze zdumieniem, lecz kobieta mówiła całkiem poważnie.

— Nie — odmruknęła bez entuzjazmu.

Kapłanka skierowała wzrok na martwego mężczyznę na stole przed sobą i skrzywiła się, zauważywszy kilka kropel jego krwi, które skapnęły jej na buty.

— Trzymaj go mocno, może krzyczeć.

Nakreślony w powietrzu krwawy znak nie opuszczał Rayn. Jej sięgająca kostek ciemna toga zaszeleściła cicho, a kaptur opadł na plecy, ukazując długie, czarne i proste włosy, gdy Rayn znów wpadła w trans. Jej oczy zaszły mgłą, a świadomość zniknęła na moment, oddając mocy władzę nad ciałem. Runa zaczęła intensywniej błyszczeć, kiedy kobieta lekko uniosła rękę i zastygła na moment w tej pozycji.

Nagle gwałtownie przyłożyła dłoń do klatki piersiowej blondyna.

Aurora kojarzyła tę runę z widzenia — kapłanka już wiele razy próbowała jej użyć, lecz technika nigdy nie została dokończona. Runa zawsze rozpadała się w którymś momencie i traciła swoją moc. Tym razem jednak czerwona energia zaczęła widocznie krążyć po ciele denata, prześwitując przez skórę, gdzie znak od razu wypalił się w formie znamienia. Adeptka otworzyła szerzej powieki, wiedząc, że tak działo się tylko w przypadku bardzo potężnych technik. Większość nie pozostawiała śladów na ciele, więc na widok tego, co się właśnie działo, zadrżała.

Kobiety cofnęły się i wstrzymały oddech, ich strach mieszał się z ekscytacją. Uczennica, niezgrabnie cofnęła się o krok i zrzuciła ze stołu tacę z brudnymi przyrządami, które z hukiem upadły na ziemię, przerywając napiętą ciszę.

Zaraz potem rozległ się rozdzierający krzyk zmartwychwstałego mężczyzny.

— Nie podchodź! — Runiczna ostrzegła uczennicę, wyciągając stanowczo dłoń.

Nieznajomy wrzeszczał, miotając się w spazmach bólu. O mało nie spadł ze stołu, gdy jego ciało drżało w konwulsjach, a twarz wykrzywiała się w agonii.

Wszystko uspokoiło się dopiero w przeciągu kilku kolejnych, bardzo długich sekund. Światło emitowane przez znaki powoli przygasało. W powietrzu unosił się swąd palonego ciała, na którym została umieszczona runa.

Aurora oniemiała. Z szaleńczo bijącym sercem patrzyła na mężczyznę będącego żywym dowodem na to, iż technika Rayn zadziałała, choć nie miała do tego prawa. Adeptka nigdy nie sądziła, że jej mentorka naprawdę dopnie swego. Zgodnie z zasadami swojej wiary sądziła, że przywracanie ludzi ze świata pozagrobowego było jedynie mitem.

Aż do teraz.

— Czy ty go…

— W-wskrzesiłam — wydusiła Rayn, opierając się niepewnie o szafkę. Kilka małych pudełek z medykamentami upadło na ziemię, lecz nikt nie schylił się, aby je podnieść.

W komnacie zapanowała cisza przerywana jedynie urywanymi oddechami ożywieńca wciąż leżącego na ociekającym krwią stole na środku pomieszczenia. Nad nim znajdowały się ogniste kule rzucające na niego ciepłe pomarańczowe światło. Stanowiły jedyne źródło oświetlenia, ponieważ noc była bezgwiezdna, a księżyc skrył się za burzowymi chmurami, niewidoczny z okien lecznicy Inayari.

Rayn powoli zaczęła się prostować, sięgając pod szatę po jeden z kilku schowanych tam sztyletów. Nie miała pojęcia, jak zachowa się nieznajomy. Bazowała jedynie na swojej dotychczasowej wiedzy, której prawa właśnie złamała. W dodatku spokoju nie dawała jej myśl, że to nie ona dokończyła runę, a ktoś inny poprowadził jej dłoń oraz moc we właściwym kierunku.

Sama nie wiedziała, czym martwić się najpierw.

— Udało ci się — szepnęła z podziwem Aurora, również nie mogąc oderwać wzroku od blondyna. Z wrażenia aż zrobiło jej się słabo i musiała oprzeć się o najbliższą szafę.

Rayn nie skakała z radości, sukces nie przyćmił jej podejrzeń oraz obaw. Choć odczuwała satysfakcję, jeden głos w jej głowie krzyczał, że popełniła błąd i zostanie za to ukarana, drugi natomiast spokojnie tłumaczył, iż dokonała największego przełomu, jakiego dokonać mogła runiczna — w końcu właśnie zwróciła komuś życie.

Jednak czy na pewno zrobiłam to sama?

— Gdzie ja jestem?

Chrapliwy, niski głos mężczyzny zabrzmiał w zakonnej lecznicy wyjątkowo głośno. Rayn ostatkami silnej woli zachowała zimną krew i zbliżyła się do nieznajomego, wykrzesawszy z siebie resztki profesjonalizmu.

— W Zakonie Inayari. Umarłeś.

Kpiący półuśmiech chłopaka i zwątpienie w jego niebieskich oczach szybko odzwierciedliły brak wiary w jej słowa.

— Umarłem?

— Jak się nazywasz? — odpowiedziała pytaniem Rayn i mało delikatnie uniosła jego podbródek, zwracając źrenice blondyna w kierunku światła.

Ma prawidłowe reakcje, więc powinien być świadom tego, co mówi, pomyślała.

— Aiden — odparł z wahaniem. Bacznie obserwował poczynania kobiety, gdy ta zaczęła sprawdzać resztę odruchów jego ciała, mruknąwszy pod nosem:

— Całkiem ładnie.

Nieznajomy poddawał się wykonywanym przez nią czynnościom w ciszy — jak na kogoś, kto zmartwychwstał, zachowywał się wyjątkowo spokojnie. Nie próbował uciekać ani zrobić jej krzywdy, jakby od początku był przygotowany na cały proces, który się właśnie odbywał.

Rayn starała się powstrzymać drżenie rąk. Miała ochotę uwolnić kotłujące się w niej emocje, ale wiedziała, że to nieodpowiedni czas i miejsce. Dlatego też próbowała udawać, że wskrzeszenie nie wstrząsnęło nią tak, jak to zrobiło w rzeczywistości. W końcu wciąż nie wiedziała, z kim ma do czynienia. Aurora za to schowała się za jedną z przeszklonych szaf. Wciąż nie dotarło do niej, czego tak naprawdę była świadkiem — widziała cud i to pozbawiło ją ostatniego powodu, aby kiedykolwiek wątpić w Rayn, która właśnie, dość nieoczekiwanie, zwróciła się do ożywieńca.

— Ty… żyjesz — powiedziała cicho runiczna, bardziej, aby przekonać samą siebie niż jego.

— No, na tym chyba polega praca medyków, że ratują życie, nie? — odparł arogancko chłopak, co Rayn skomentowała grymasem.

Mimo tego nie mogła się na niego napatrzeć. Miała przed sobą żywy dowód na to, że powrót z zaświatów wcale nie był mrzonką czy legendą. Aiden wydawał się być wycieńczony, ale wciąż żywy. Tak, jakby wcale nie umarł, a obudził się z długiego koszmaru. Bez pośpiechu rozglądał się po otoczeniu, zupełnie nie czuł się zagrożony — niczym dziecko, które cierpliwie czekało, aż ktoś się nim zajmie. Sprawiał wrażenie rozluźnionego, ale Rayn obserwowała go z rezerwą, ponieważ w każdej chwili mógł się na nią rzucić i sięgnąć jej gardła skalpelem leżącym w zasięgu jego rąk.

Na wszelki wypadek szybko zabrała narzędzie i odłożyła na szafkę nieopodal.

Gdy inne kapłanki zerwały ją w środku nocy, od razu uprzedzając, że wołają ją do beznadziejnego przypadku, nie oczekiwała zbyt wiele. Położono jej na stole ledwo żywego człowieka i powiedziano „ratuj”. Już wtedy jedno spojrzenie na niego wystarczyło, aby stwierdzić, że trafiła na kogoś, kto mógł sprowadzić na nią kłopoty.

Ubrania, które nieznajomy miał na sobie, były oczywiście rozszarpane i zakrwawione, ale Rayn potrafiła rozpoznać jakość tkaniny. Zdejmując z niego wcześniej resztki koszuli, aby mieć dostęp do największej rany na klatce piersiowej, czuła, że był to tak aksamitny materiał, jakiego jeszcze w życiu nie dotykała. Do tego przybysz miał twarz ubrudzoną błotem, a w okolicy Inayari panowała sroga zima, nieurodzajną ziemię skuwał lód.

— Nie uratowałam ci życia. Zwróciłam ci je — odezwała się w końcu kapłanka, choć wiedziała, jak absurdalnie brzmiały jej słowa. Reakcja blondyna szybko potwierdziła jej przewidywania.

— Że co?

Runiczna wskazała na jego klatkę piersiową, a on podążył za jej gestem i powoli spojrzał na swój tors, po czym zastygł w takiej pozycji.

Rayn nie mogła pozbyć się wrażenia, że to, co zrobiła, to wskrzeszenie, było złe. Oczywiście ciężko też zapytać umierającego człowieka, czy czasem jednak nie chciałby przeżyć, lecz zabawa w Mojry mogła przynieść jedynie przykre konsekwencje. Zastanawiała się nad słusznością swojej decyzji, ale spoglądając na tego chłopaka, widziała tylko dobrą stronę medalu. To, jak powracały mu kolory, jak jego oczy z każdą mijającą sekundą nabierały blasku.

Ożywieniec w tym czasie próbował zrozumieć nowy symbol znaczący jego ciało. Widział go pierwszy raz w życiu i niezdarnie próbował przeczytać do góry nogami.

— Co to jest? — warknął wreszcie, nie poznając sekwencji znaków.

— Runa.

— Zabawne…

Rayn wzruszyła ramionami jakby nigdy nic i kiwnęła ręką na Aurorę. Kimkolwiek był ten mężczyzna, runiczna nie mogła pozwolić, aby jej adeptce stała się krzywda. Kapłanka dobrze ją znała i niemal czuła, choć uczennica stała daleko od niej, że serce zaraz wyskoczy dziewczynie z piersi ze strachu. Odetchnęła więc, gdy Aurora bez sprzeciwu skierowała się w stronę wyjścia.

Runiczna, spojrzawszy przelotnie na Aidena, który wydawał się wszystkimi siłami skrywać złość, nie wiedziała, czy to ona była jej powodem czy on sam.

Drzwi zamknęły się za Aurorą. Uczennica opuściła pomieszczenie na sztywnych nogach, co nie umknęło uwadze Rayn. Mimo tego kapłanka nie musiała się martwić, że adeptka powie komuś o tym, co zobaczyła dziś w odosobnionej komnacie lecznicy.

— Jak to zrobiłaś? — zapytał Aiden, nie przestając analizować nowo nabytego znamienia.

— Czy to ważne? Żyjesz, tylko to się liczy — odpowiedziała mu od razu i wzięła się za czyszczenie przyborów.

Musiała czymś zająć myśli — czuła bowiem, że rozmowa z tym człowiekiem w cztery oczy mogłaby być dla niej teraz za trudna, że jej głos mógł drżeć bardziej, niż by tego chciała. Wystarczyło, że nie mogła zapanować w pełni nad dygocącymi dłońmi, które szczękały narzędziami, zdradzając zdenerwowanie.

Wykonując rytuał, tak naprawdę nie miała pojęcia, jaki przyniesie efekt, mimo że od lat pracowała nad tą runą. Zarwała setki nocy, niezliczone razy próbowała ją wykonać, ale nigdy nie zakończyło się to powodzeniem. Dotychczas runa zawsze rozmywała się na którymś etapie, całkowicie zaprzepaszczając swoją moc.

 

— Mam prawo wiedzieć, co mi zrobiłaś. Może będę chodził z tym do końca życia — rzucił Aiden cierpko, wytrącając kapłankę z zamyślenia.

— Do końca życia, które ja ci zwróciłam. A runa powinna niedługo zniknąć.

— Przestań kręcić.

Rayn z satysfakcją wyczuła, że się niecierpliwił.

Dobrze. W złości mógł więcej wyjawić.

— Kim ty jesteś, żeby mi rozkazywać? — spytała bez cienia złośliwości.

Celowo stała do niego bokiem, aby kątem oka obserwować jego reakcję. Zapanowawszy nad wcześniejszą nerwowością, odłożyła narzędzia na stalową tacę i spojrzała na Aidena, który prychnął cicho.

— Kimś wyżej postawionym niż ty, Rayn, więc darujmy sobie i przejdźmy do konkretów, skoro już tu jestem.

Wyprostowała się lekko, słysząc swoje imię. Nie pamiętała, aby mu się przedstawiała. Postanowiwszy udać, że w ogóle jej to nie zaskoczyło, zaczęła przemywać dłonie w misie z czystą wodą, która stała pod oknem.

— Mów jaśniej.

— Po prostu zaprowadź mnie do Mirii, Najwyższej kapłanki, a wszyscy będą szczęśliwi.

Runiczna skrzywiła się, niezadowolona z obrotu spraw. Wydawało jej się to irracjonalne, aby ktoś powstały z martwych zachowywał się tak, jakby nic się nie wydarzyło. Nie chciała ujmować trupom humoru, ale jego podejście nie pasowało do nastroju zmartwychwstania.

— Mów w końcu, kim jesteś naprawdę albo…

— Albo co? — odburknął.

— Albo poślę cię tam, skąd cię zabrałam, prosto w objęcia śmierci.

Zmrużyła oczy. Starała się zatuszować swoją frustrację, ale czuła, jak energia coraz szybciej krąży po jej organizmie, wyrywając się spod kontroli. Czerwona smuga oplotła już jej dłoń.

— Możesz nie utrudniać, proszę? — zaczął Aiden znużonym tonem, jakby tłumaczył jej coś oczywistego. — Jestem tu w konkretnym celu, w tak zwanej delegacji, i prawdopodobnie nie masz z nią nic wspólnego.

Z początku Rayn zaniemówiła. Mężczyzna wcale jej nie słuchał, a ton jego pełen był buty, której szczerze nienawidziła.

Majaczy, jak nic. To stąd wynika bezsens tej rozmowy.

— Po co się z tobą męczę… — Niedbale odrzuciła na plecy ciemne długie włosy. — Po prostu cię tu zamknę i wrócę, gdy spokorniejesz — powiedziała oschle, na co Aiden od razu się obruszył.

— Nie chcę być niemiły, ale traktujesz mnie jak więźnia. Cała ta sytuacja to jedna wielka pomyłka!

— Twoje zachowanie jest poniżej wszelkiej krytyki. — Rayn oparła ręce na biodrach, nie zamierzając szczędzić sobie zgryźliwości. — Przywróciłam cię do życia. Powinieneś być mi wdzięczny, wiesz? Właśnie masz do tego idealną okazję. Pamiętaj, martwy nie mógłbyś tego zrobić.

— Skoro tak… — Blondyn westchnął i przetarł twarz dłonią, tylko bardziej rozmazując na skórze krew i brud. — Jestem najmłodszym księciem Ratrii, zadowolona? I zapewniam cię, że na twój stół trafiłem przypadkiem. Przybyłem do Inayari w konkretnym celu.

— Masz beznadziejne poczucie humoru.

— Może i prawda, bo jestem nieśmieszny. Prawda tak już ma, że czasem zaskakuje.

Rayn, chcąc zyskać kilka sekund na zastanowienie się, niespiesznie, z cichym westchnieniem, poprawiła kaptur czarnej szaty.

— Posłuchaj, przybłędo. — Założyła ręce na piersi, patrząc na chłopaka z góry. — Po pierwsze z tego, co wiem, książęta nie podróżują samotnie po kraju i nie „trafiają przypadkiem” na stoły operacyjne obcych kobiet — mruknęła cierpko. — Po drugie Inayari tonie w śniegu i znajduje się wysoko w górach, daleko od Królewskiego Traktu, a co dopiero od stolicy i twierdzy Namiri. Ciężko więc uwierzyć, że przypadkowy trup, którego przywróciłam z martwych, to jakiś książę, rozumiesz?

— Jak już powiedziałem, jestem…

— …nikim, przynajmniej to najbardziej wiarygodna wersja. — Kobieta znów zaczęła sprzątać narzędzia. — Do tego najmłodszy królewski syn, o ile wierzyć plotkom, zaginął dawno temu.

— Znalazłem się, oto ja. — Wskazał na siebie, czego Rayn nie skomentowała.

Przewróciła tylko z dezaprobatą oczami, mimo że jej myśli zaczęły gonić w zastraszającym tempie. Miała wrażenie, że ktoś na górze dokładnie to wszystko zaplanował, jeśli naprawdę ożywiła księcia.

— Też jestem runicznym.

Rayn skamieniała, oceniając prawdziwość słów blondyna.

Runiczni musieli ukończyć podstawowe szkolenia kapłańskie w którejś z dwóch szkół — Inayari lub Hakuzie. Ponieważ jedna była żeńska, a druga męska, pasowała jedynie Hakuza. Jeśli faktycznie było to prawdą, Aiden musiał odbyć tam naukę, zanim trafił pod skrzydła jakiegoś mentora. Pozostałe, mniejsze zakony kształciły wyłącznie medyków i skrytobójców, więc Rayn odrzuciła je już na starcie.

Kapłanka mogłaby teraz podejść i spróbować skupić się na jego wewnętrznej energii. Może pozwoliłoby jej to potwierdzić jego słowa, ale wolała nie ryzykować kontaktu z jego mocą. Już raz to zrobiła i skończyło się zmartwychwstaniem.

— Udowodnij — mruknęła, starając się być bardziej czujna.

Miała świadomość, jak potężne mogły być runy, a nie znała człowieka, który siedział naprzeciwko niej. Wiedziała jedynie, za kogo się podawał i dlatego ledwo zauważalnie sięgnęła pod szatę, gdzie na biodrze nosiła kilka przypiętych do pasa sztyletów. Dotknęła rękojeści jednego z mniejszych. Była gotowa wbić go Aidenowi prosto w serce, jeśli ją do tego sprowokuje.

Widząc, jak chłopak zapada w trans, napięła mięśnie, pozostając w gotowości do ataku. Gdy spod jego palców zaczęły uwalniać się smugi czerwonej energii, krwawa moc zalśniła również w wielkiej, stworzonej przez nią runie na jego klatce piersiowej. Kapłanka momentalnie zbladła i straciła czujność. Ten widok zszokował ją równie mocno, jak samo wskrzeszenie.

— Niemożliwe — szepnęła, widząc, jak Aiden kreśli w powietrzu znaki, które po chwili zaczęły błyszczeć, aby nagle zniknąć.

Jedna z fiolek znajdujących się na stoliku spadła na ziemię, roztrzaskała się, a po chwili zabarwione ciemnym płynem kawałki szkła uniosły się w powietrzu i zatrzymały na moment przed oczami Rayn. Całe błyszczały od czerwonej energii.

— Bardzo śmieszne — warknęła, lecz szybko dotarło do niej to, co zobaczyła.

Szlag, nie kłamał.

Szkło spadło na ziemię, tłukąc się na jeszcze mniejsze drobiny.

— No, mnie bawi — odpowiedział Aiden i wzruszył leniwie ramionami.

— Dobrze, rzucasz runy. — Rayn powoli skinęła głową. — W to ci wierzę.

— W to, że jestem królewskim synem, też powinnaś.

Książę czy nie książę, przywróciła go z martwych i ta świadomość budziła w niej lęk. Aiden jeszcze niedawno był trupem, jego serce zatrzymało się, a teraz, jakby nigdy nic, sypał docinkami. Nagle jednak zmartwychwstanie mężczyzny przestało być dla Rayn największym problemem. Na czoło wysunął się fakt, że spotkała kogoś z czerwoną energią — taką samą jak jej — i to ostatecznie złamało jej ducha.

Gdy była dzieckiem, matka zaprowadziła ją do wiastki, kobiety, która widziała przyszłość. Przepowiednia dotycząca Rayn mówiła, że zginie ona z ręki człowieka o takim samym wnętrzu. Po latach dziewczyna zrozumiała, że chodziło o moc, ponieważ każdy runiczny posiadał własną, unikalną, w tym jej kolor. Powtórka barw zdarzała się niezwykle rzadko, bo samych runicznych na świecie było bardzo mało, więc prawdopodobieństwo spotkania innej osoby o takiej samej barwie energii sięgało zera.

Ten nadzwyczajny splot przypadków wydawał się Rayn nad wyraz podejrzany.

To ten człowiek ma mnie zabić.

— Co tak nagle przycichłaś? — Głos Aidena wytrącił ją z zamyślenia.

Wciąż nie spuszczała z niego wzroku.

— Masz mi powiedzieć, po co tu przybyłeś.

— Słuchaj, technicznie rzecz biorąc, to zostałem tutaj wniesiony jak na księcia przystało.

Rayn wcale nie było do śmiechu, puściła ten żart mimo uszu.

Już od dawna w mało co wierzyła, jednak przepowiednie wiastek zawsze się sprawdzały. Zasłyszane przed laty złowróżbne słowa kobiety bez twarzy kołatały się jej po głowie, a Rayn w jednej chwili pożałowała, że zwróciła Aidenowi życie. Poważnie obawiała się, że jego ceną będzie jej własne.

Runiczny za to zaczynał przysypiać. Coraz częściej zamykały mu się oczy, stawał się coraz bardziej ociężały — jakby cała energia, którą odzyskał po obudzeniu, zaczynała z niego uciekać.