Po drugiej stronie jeziora. Tom 1Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Najbardziej ucierpiało Hideout. Było to kiedyś duże miasto zaprzyjaźnione z Memris. Żyli tam ludzie niezwykle oddani swemu władcy, królowi Abitusowi, który nie zgodził się na układ z królową, która za tę niesubordynację zagroziła zniszczeniem miasta. Nikt wtedy jeszcze nie brał jej słów tak całkiem serio… wiesz, co młoda kobieta może wiedzieć o wojnie?! – Machnęła ręką, naśladując władczy ton króla. – Niestety, pewnej nocy mury miasta zostały zrujnowane. Wybuchł pożar, zapanował wielki chaos, a wielu mieszkańców straciło tej nocy życie, łącznie z królem. Pozostali, którzy wyszli cało z tej masakry, schronili się wysoko w górach. Na miejscu dawnego Hideout pozostały tylko ruiny. Elajza wielokrotnie wracała do tego miejsca, ale nie odnalazła mieszkańców. Ich nowa kryjówka jest bardzo dobrze ukryta, a znają ją tylko rodowici mieszkańcy Hideout.

– Tak jak wasze Treehide! – zauważyłam, dumna ze swojej spostrzegawczości.

– Dokładnie! – przytaknęła.

Zastanowiłam się chwilę i podniosłam rękę do góry.

– Co robisz? – zapytała zdziwiona blondynka, taksując spojrzeniem moją nienaturalną pozycję.

– Zgłaszam się, bo chcę zadać pytanie – wytłumaczyłam, równie zdziwiona co poprzedniczka.

Widać, nie mieli tu takich zwyczajów, jak zgłaszanie się na ochotnika do odpowiedzi. Ucieszyłam się, że pierwszy raz to ja mogę czegoś nauczyć mieszkankę Treehide. Ot co!

Kleo ochoczo przytaknęła i pozwoliła zadać kolejne pytanie:

– Jak można pokonać królową Elajzę? Jest na to jakiś sposób?

– To jest właśnie nasze… to znaczy, wasze zadanie jako drużyny, która wyrusza w tajną misję. Musicie zebrać informacje od wszystkich władców miast, którzy zadeklarowali, że pomogą, ile tylko zdołają. Szczerze mówiąc, wuj Rango sam się zdziwił, że odpowiedziały wszystkie miasta. W ten sposób powstała Rada Pięciu Miast. Przez pierwsze lata po jej założeniu obmyślano strategię. Zastanawiano się, czy ma pójść cała armia, czy może jedna osoba, aż wreszcie najrozsądniej było wyłonić po jednej osobie z każdego miasta, łącznie z Treehide, które teoretycznie nie jest miastem, ale zostało na równi potraktowane z innymi królestwami.

– Racja! Gdyby poszła cała armia, królowa na pewno zauważyłaby zbliżających się wojowników. Mówiłaś, że ma szpiegów? – przypomniałam, spoglądając wyczekująco na rozmówczynię.

– To prawda, wysyła swoich zwiadowców na tereny w pobliżu Memris, by donosili o każdej najmniejszej nawet wyprawie. Co prawda, nie widziałam ich na naszych terenach, ale królowa jest nieprzewidywalna.

– A co z królem Hideout? Mówiłaś, że został zabity? – wróciłam do opowieści o mieście wojowników. Moje myśli wciąż krążyły wokół ich tajemnicy.

– Tak. Teraz panuje tam bezkrólewie, a o losach mieszkańców decyduje starszyzna. – Wzruszyła ramionami.

– My to nazywamy demokracją! – odparłam, na co Kleo tylko uśmiechnęła się blado.

– Kiedyś Rango mówił mi, że następca tronu żyje w Hideout, ale nie chce się ujawnić. Niestety, wszystkie dokumenty w mieście zostały zniszczone, a król nie zdradził, kto jest jego dzieckiem. Nie miał żony, więc musiał mieć romans.

– Myślę, że bycie królem to duża odpowiedzialność dla kogoś, kto nie wychowywał się na zamku – odparłam bez zastanowienia.

Ja sama również czułam na sobie ciężar odpowiedzialności. Przytłaczał mnie ogrom informacji, a jeszcze bardziej fakt, że nikt z towarzyszy nie miał zielonego pojęcia, jakim jestem niedoinformowanym uczestnikiem tej wyprawy. Jedyne, co mnie pocieszało, to fakt, że muszę jedynie dotrzeć do niejakiego Fem, skąd uciekam do domu. Ominie mnie finał – pomyślałam w duchu, szczerze tym faktem uradowana.

– Masz rację – odparła. – Szkoda, że mamy tak mało czasu, aby o wszystkim porozmawiać.

Kleo spuściła głowę. Widocznie nie była zadowolona, że opuszczam Treehide, a raczej, że opuszczam ją. Zrobiło się trochę niezręcznie.

– Wiesz, gdybym miała jakąkolwiek alternatywę… – Popatrzyłam na blondynkę, która masowała nerwowo swoje dłonie, a jej twarz wykrzywiał grymas niezadowolenia.

– Rozumiem – powiedziała, siląc się na uśmiech. – Na pewno tęsknisz i twoi rodzice też. Świetnie się złożyło, że drużyna właśnie wyrusza. Pamiętaj, że będę trzymała za ciebie kciuki i mocno wierzę, że sobie poradzisz!

– Byłabyś świetną przyjaciółką – odparłam pocieszająco. O ironio, do czego to doszło! Stałam się wsparciem, sama będąc ofiarą. – W rodzinnym mieście nie poznałam nikogo równie zwariowanego i szczerego – kontynuowałam, porzucając swoje spostrzeżenia.

– A mogę już teraz nią być? – zapytała blondynka, patrząc na mnie swoimi okrągłymi oczami. Uśmiechnęłam się szeroko i kiwnęłam ochoczo głową na znak, że oczywiście się zgadzam. Atmosfera w magiczny sposób oczyściła się, a w pokoju zapanował błogi spokój. Z oddali dochodził do nas stłumiony głos Rango, który żegnał się z gośćmi.

– Prawie bym zapomniała – rzuciła Kleo, kiedy podnosiłam się z łóżka. – Wuj prosił, abym przekazała ci informację dla Seona, którego znajdziesz w Fem. – Wręczyła mi niewielką pożółkłą kopertę.

Schowałam list do plecaka, który leżał obok łóżka.

– Proszę, nie wspominaj reszcie o tym, że kończysz misję w Fem, ani o tym, że pochodzisz z… innego miasta – zastanowiła się Kleo, ostrożnie dobierając słowa. – Rango mógłby mieć nieprzyjemności, gdyby pozostali dowiedzieli się o jego planie.

Przez moment głowiłam się, dlaczego Rango nie wysłał listu za pośrednictwem sowy, ale chyba zdążyłam się przyzwyczaić do tego, że wiele osób ma tu swoje tajemnice. Bez sensu było rozmyślać nad pytaniami bez odpowiedzi.

– Nie pisnę ani słowa – odparłam z uśmiechem.

5.

Stałam na placu, a słońce ciepłymi promieniami ogrzewało moją twarz, wciąż nierozbudzoną po długiej i męczącej nocy.

Mieliśmy wyruszyć po cichu i bez fajerwerków, ale tak jak przewidywałam, pożegnanie nie mogło odbyć się bez widowni. Od samego rana czekał na nas tłum mieszkańców Treehide, wręczając nam wymyślne przedmioty i prowiant na drogę.

Rex dostał trzy pudełka ryżu z dodatkami od starszej kobiety, która, głaszcząc go po głowie, prawiła komplementy dotyczące jego domniemanej odwagi i męstwa. Młodzieńcowi nie przeszkadzały te gesty, był wręcz zachwycony, a jego wciąż jeszcze płaska chłopięca pierś wypięła się dumnie do przodu. Irma otrzymała kilka kolorowych fiolek od młodych mieszkanek lasu, które wpatrzone w nią jak w obrazek, kłaniały się jej nisko. Subtelnie nałożyła odrobinę oleistej mazi na dłoń i roztarła, by poczuć ich woń, po czym uśmiechnęła się w geście wdzięczności i schowała je do swej niedużej podręcznej torby.

Bagaże pozostałych osób także były niewielkich rozmiarów: jak tłumaczył Rango, mieliśmy przygotować jedynie niezbędne rzeczy, aby przetrwać kilka dni, zanim dotrzemy do Topos. Większe pakunki mogłyby opóźnić podróż i spowolnić ewentualną ucieczkę. Jakoś specjalnie nad tym nie ubolewałam, gdyż zapas moich akcesoriów składał się tylko z naszyjnika, kilku ubrań i przyborów do higieny osobistej. Chwyciłam więc za plecak, modląc się w duchu, by znalazło się w nim jakiekolwiek przyzwoite odzienie.

Dziś Kleo nie przyszła się pożegnać i życzyć nam owocnej podróży. Mimo ogarniającego mnie zewsząd smutku, poczułam także ulgę. Pożegnania nie były moją mocną stroną. Zwyczajnie nie potrafiłam się żegnać, zwłaszcza gdy ogromna gula pojawiała się w moim gardle, a każde wyduszone słowo było walką o to, by nie wybuchnąć falą płaczu. Z dwojga złego, wolałam nie żegnać się w ogóle. Zresztą, od rana nie widziałam Kleo, która widocznie wyszła przed wschodem słońca, aby nas nie zbudzić.

Dziś postanowiłam, że dam z siebie wszystko, nie będę się mazgaić, narzekać i szczęśliwie wrócę do domu! Poprawiłam plecak w kolorze piasku, takim samym, jak mój strój przygotowany dzień wcześniej przez Kleo, i związałam włosy w koński ogon, z którego luźne kosmyki opadały na moje czoło.

– Pamiętajcie, dbajcie o siebie wzajemnie, nie rozdzielajcie się, a poza granicami miast pozostawajcie niezauważeni – powiedział do nas ściszonym głosem Rango.

Przysunęłam się do niego, aby lepiej słyszeć. Teraz bez problemu wyczuwałam ziołowy zapach jego perfum. W moich oczach był on istnym uosobieniem wioski, był łagodny i spokojny niczym las o wschodzie słońca, jednocześnie krył też wiele tajemnic, o czym mówiło jego wiecznie zamyślone spojrzenie – tak jak teraz, gdy patrzył na mnie. Miałam nieodparte wrażenie, że Rango nie powiedział mi wszystkiego, a jednocześnie czułam, że mimo krótkiej znajomości mam w nim ogromne wsparcie. Spojrzał na mnie w taki sposób, w jaki patrzył na mnie ojciec, którego spojrzenie wyrażało jednocześnie troskę i zaufanie.

– Tak jest – rzucił Toron gotowy do drogi.

– Jesteśmy gotowi, Rango – dodała Irma, nie patrząc na rozmówcę. – Znamy plan. W Topos powinniśmy być za trzy, maksymalnie cztery dni.

– Tak – podsumował Rango, zerkając na każdą z osób. – Pragnę wam jeszcze powiedzieć, że… – odchrząknął – że wierzę w was z całych sił i wspieram całym duchem. Jesteście dla mnie ważni, ważniejsi niż ta misja, więc jeśli coś poszłoby nie tak… proszę, przetrwajcie! Pamiętajcie, że od teraz w pełni ufać możecie tylko sobie. – To powiedziawszy, kiwnął głową na pożegnanie, a na jego twarzy pojawił się wymuszony uśmiech.

Pierwszy podszedł Toron, by w męskim uścisku pożegnać przewodniczącego. Był to krótki, ale niezwykle treściwy gest. Kolejny podbiegł Rex, który zdawał się być tak podekscytowany wyprawą, że zapomniał, iż jest ona, delikatnie mówiąc, niebezpieczna. Irma kurtuazyjnie podała Rango rękę i odwróciła się na pięcie.

Zostaliśmy we trójkę. Ja, oglądająca swoje, to znaczy zapożyczone od Kleo buty, Rango wpatrujący się w gęstwinę lasu, oraz przyodziany w pokerową twarz wojownik z Hideout.

 

– Zayn, chciałbym, abyś został jeszcze chwilę ze mną, mam ci coś do przekazania – powiedział spokojnie Rango, dając jednocześnie sygnał, by zostawił nas teraz samych.

– Rango, dziękuję ci za wszystko – zaczęłam, gdy Zayn oddalił się na odpowiednią odległość. – Dziękuję, że przez te kilka dni zatroszczyłeś się o mnie i pomogłeś znaleźć wyjście z tej przedziwnej sytuacji… nie wiem, jak sama poradziłabym sobie w obcym miejscu – zmusiłam się do uśmiechu. – Może nie spędziłam tu wiele czasu, ale dziękuję, że miałam gdzie spać i co jeść. Dam z siebie wszystko na tej misji!

Rango w zamyśleniu słuchał tego, co do niego mówiłam. Wydawał się dumny i zadowolony, jednak jego nieobecny wzrok zdradzał, że myślami był już oddalony lata świetlne stąd. Położył ciepłą dłoń na moim ramieniu.

– Cieszy mnie, że się pojawiłaś – dodał enigmatycznie. – Dbaj o siebie i nie oddalaj się od grupy. Kleo przekazuje uściski i życzy powodzenia.

Uśmiechnęłam się pomimo rosnącej w gardle guli i przytaknęłam na tyle energicznie, na ile było mnie w tej sytuacji stać.

– Ty też ją ode mnie pozdrów! – wydukałam wzruszona.

Pierwsze godziny wędrówki upłynęły na podziwianiu widoków i słuchaniu odgłosów natury, które podczas panującej wśród podróżujących grobowej atmosfery, były jedynym urozmaiceniem. Szłam jako ostatnia, napawając się widokiem pięknych, niemal sięgających nieba sosen, pachnących porannym spacerem i rosą. W oddali błyszczał niewielki, przejrzysty, srebrny strumyk. Subtelny szmer liści nucił pożegnalną melodię, jakby cały las wiedział o naszej wyprawie.

Mimo niecodziennych widoków, zapachów i dźwięków, wciąż nie czułam się na tyle komfortowo, by włączyć się w pojawiąjącą się od czasu do czasu wymianę zdań pomiędzy członkami wyprawy. Moja czujność była na tyle wysoka, że już kilkakrotnie odwracałam się wabiona nagłym szelestem liści i trzaskaniem suchych gałęzi.

– Spokojnie – zaśmiał się idący kilka kroków przede mną Toron, widząc, jak po raz kolejny badawczo rozglądam się dookoła. – Las wydaje wiele odgłosów, nie ma się czym stresować.

Nie wiedziałam, co bardziej mnie zszokowało: odgłos, który usłyszałam za plecami, czy też fakt, że od rana po raz pierwszy ktoś nieprzypadkowo się do mnie odezwał. Nawet Rex był tak skupiony na prowadzeniu grupy, że jedynie dwukrotnie napomknął o najważniejszej w życiu misji i o tym, że doskonale zna drogę. Nikt jednak nie pociągnął tematu, więc i on już się nie odzywał.

Moje myśli wbrew woli wędrowały w stronę ostatniego członka misji, Zayna, który od pożegnania nie dołączył jeszcze do grupy. Zastanawiałam się, dlaczego chłopak nie wyruszył razem z nami, oraz jaką to ważną informację chciał mu przekazać Rango na osobności.

Moje przemyślenia przerwało głośne burczenie, które, ku mojemu przerażeniu, pochodziło z mojego własnego żołądka. Błyskawicznie spojrzałam na kompanów z nadzieją, że nie zwróciłam na siebie niczyjej uwagi. Nie chciałam stać się pośmiewiskiem dla reszty drużyny, zapewne zaprawionej w boju i przyzwyczajonej do wielogodzinnego marszu.

– Zaraz zrobimy przerwę – powiedziała ze spokojem Irma, wciąż patrząc przed siebie. – Muszę dać nogom chwilę odpoczynku.

Czyżby Irma usłyszała? Zastanawiałam się, nieco zwalniając tempa. Zaczynałam mieć dziwne odczucia dotyczące pozostałych kompanów. Najwidoczniej rozszyfrowanie ich zwyczajów nie będzie tak proste, jak mi się dotąd wydawało.

Po całym dniu wędrówki i tylko jednej przerwie na posiłek padałam z nóg. Myśl, że za chwilę dojdziemy na miejsce, gdzie będziemy mogli nieco się przespać, dodawała mi otuchy. Wyszliśmy już poza teren Treehide, a chroniące nas do tej pory drzewa przerzedzały się z każdym kolejnym kilometrem.

– Rozbijmy tutaj obóz – powiedział Toron, chwytając za ramię Rexa, który jak się wydawało, mógłby iść przez kolejne godziny, nie odpoczywając i nie jedząc.

– Tu? No co wy? Słońce jeszcze nie zaszło, możemy iść kolejne kilka kilometrów, zanim się ściemni – odpowiedział oburzony Rex, po czym spojrzał na pozostałych. Kiedy jego oczy skrzyżowały się z moimi, chłopięca twarz złagodniała. Przez moment miałam nawet wrażenie, że Rex patrzy na mnie z politowaniem.

Niewiarygodne! Aż tak bardzo widać, że nie mam kondycji?

– To dobry pomysł, aby rozbić się tutaj – włączyła się Irma ze stoickim spokojem, rozmasowując kark.

– A jakie jest twoje zdanie, Mia? – odezwał się Rex, wciąż bacznie mi się przyglądając.

– Moje? – zapytałam.

Nie wiem, po co zadałam to pytanie. Przecież nie ma tu innej Mii!

Rex kiwnął głową, a pozostali wyczekująco patrzyli w moją stronę. Poczułam na sobie ciężar odpowiedzialności. Wolałabym nie narażać się Toronowi i Irmie, poza tym musiałam przyznać, że jeszcze kilka kroków, a zaczęłabym chodzić na rękach.

– Podzielam zdanie Irmy i Torona – powiedziałam niepewnie, kierując spojrzenie na młodzieńca.

– Rozumiem – odparł już nieco delikatniej Rex i rozejrzał się w poszukiwaniu miejsca na nocleg.

– O, tam! – krzyknął, wskazując palcem na pusty plac zieleni, skromnie otoczony łysymi drzewami. – Jest sporo miejsca, by rozpalić ognisko i przygotować posłania.

Rozkładanie czegoś na kształt legowiska okazało się nie lada wyzwaniem. Męczyłam się, by znaleźć wygodne i w miarę równe miejsce, a kiedy już takie znalazłam, w nieskończoność głowiłam się, jak rozłożyć śpiwór poskładany tak ciasno, że wydawało się niemożliwe, by coś tak małego zamieniło się w normalnych rozmiarów posłanie.

Kiedy ciężko dysząc, klęczałam nad plecakiem w poszukiwaniu jakiejkolwiek instrukcji, usłyszałam za swoimi plecami niespodziewany szelest. Moje ciało w jednej chwili napięło się i zastygło w posągowej pozycji. Po chwili jednak do mych myśli doszły strzępki racjonalizmu i nakazałam sobie nie przerywać tej skomplikowanej czynności. Jeśli za każdym razem będę się wzdrygała na dźwięk poruszanego na wietrze liścia, to następnego dnia będę zmuszona włożyć sobie zapałki między powieki.

Nie minęła minuta, a znów usłyszałam ten sam dźwięk, tym razem dużo głośniejszy, i z pewnością nie przypomniał niewinnego odgłosu dzikiej natury. Nakazałam rozpędzonemu sercu zwolnić, ale ono od momentu przybycia do Locus najwidoczniej przestało mnie słuchać.

Zanim zdążyłam uświadomić sobie, co tu się właściwie dzieje, szeroko otwartymi oczami spostrzegłam wyłaniający się zza drzewa cień jakiejś postaci. Oblała mnie fala gorąca, kiedy z przerażeniem widziałam, jak niewysoka postać biegnie w moją stronę w zastraszająco szybkim tempie. Jej kroki były teraz coraz głośniejsze, a panujący dookoła zmrok nie pozwolił mi dostrzec twarzy osobnika. Z drżącymi kolanami wciąż klęczałam na ziemi, próbując przypomnieć sobie, jak posługiwać się własnymi nogami, jednak nim zdołałam to uczynić, tuż przede mną wyłoniła się kolejna sylwetka, tym razem wyższa i bardziej umięśniona niż poprzednia. Postać stanęła tyłem, tak by oddzielić mnie od biegnącego w naszym kierunku osobnika, a ja wstrzymałam oddech, starając się zupełnie rozmyć w otaczającej nas przestrzeni.

Z całej siły zacisnęłam powieki, czekając na najgorsze, ale ku mojemu zdziwieniu usłyszałam tylko ciszę. Czas zatrzymał się w momencie, kiedy podniosłam wzrok.

Nie dostrzegłam żadnej z twarzy, widziałam jednak, że obie sylwetki zatrzymały się w bezruchu tuż obok mnie. Bałam się choćby mrugnąć, by nie zwrócić na siebie uwagi, kiedy nagle usłyszałam znajomy głos:

– Zayn? – zapytała niższa osoba, nie kryjąc zdziwienia.

– Kleo? – odpowiedział pytaniem mężczyzna osłaniający mnie przed zagrożeniem.

Zaraz, co tu się dzieje?

Wstałam i nie bacząc na mężczyznę, podbiegłam do niej. Już wiedziałam, kto to – rozpoznałam ją po piskliwym głosie: to była Kleo. Badawczo omiotłam wzrokiem jej twarz oraz zastygłą w bezruchu uzbrojoną sylwetkę, by sprawdzić, czy nic jej się nie stało. Objęłam jej ramiona, po czym przytuliłam z taką siłą, że mnie samą rozbolał ten uścisk. Wypuściłam z płuc resztki zalegającego powietrza, czując, jak schodzi ze mnie całe napięcie.

– Już dobrze, to ja – jęknęła błagalnie dziewczyna, a ja zorientowałam się, że moje ręce krępowały jej ruchy. – Też się cieszę, że cię widzę – dodała rozbawiona.

Puściłam ją i wciąż nie dowierzając własnym oczom, spojrzałam na Zayna. Na jego pokerowej twarzy odmalował się wyraz złości i niezadowolenia. Już chciał się odezwać, ale w tym momencie naszą uwagę przykuł kolejny męski głos.

– Co tu się, do cholery, dzieje?! – usłyszałam nadbiegającego Torona. – Zayn? Kleo? Co to ma znaczyć? – zapytał nie mniej zdezorientowany niż reszta.

Wtedy Zayn nieco rozluźnił swoją bojową postawę i przeniósł spojrzenie na las.

– Szedłem za wami od początku – warknął z dezaprobatą. – Już miałem podejść, kiedy zorientowałem się, że nie tylko ja za wami podążam. – Popatrzył na Kleo, która zawstydzona wciąż stała blisko mnie, jakby miało ją to uchronić przed srogim spojrzeniem Zayna. – Chciałem zbadać sytuację, ale zgubiłem trop.

– Ja… ja – zaczęła Kleo – bardzo martwiłam się o Mię. Poza tym, jestem doskonale przygotowana do misji, chciałam wam pomóc. – Jej naturalna stanowczość została zastąpiona przez niepewność i wstyd.

Zamrugałam, niedowierzając, co słyszę.

– Chciałaś nam pomóc? – Zayn skierował na nią wściekły wzrok. – Czy zdajesz sobie sprawę, że narażasz na niebezpieczeństwo nie tylko siebie, ale nas wszystkich?

Poczułam, jak ramiona Kleo zaczynają drżeć. Nie mogłam pozwolić, by teraz się rozkleiła.

– Kleo chciała dobrze! – zbuntowałam się, a mój głos nabrał pewności. – To moja wina, że za nami poszła. Martwiła się o mnie!

Zayn spojrzał mi w oczy, a jego wyraz twarzy wskazywał na to, że wcale mu się ta odpowiedź nie podoba. Zaklął pod nosem, kiedy dołączyła do nas pozostała dwójka.

– Super, że jesteś! – zawołał Rex, kiedy zobaczył stojącą bezbronnie Kleo. Poklepał ją po ramieniu, a dziewczyna na moment rozpromieniła się.

– Nic ci nie jest, młoda damo? – zatroszczyła się Irma, która także wyglądała na mocno zaskoczoną. Chyba po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że ma w głosie pewien rodzaj ciepła, matczynej troski, które wcześniej skrzętnie ukrywała.

Kleo zaprzeczyła, co uspokoiło resztę drużyny. Tylko Zayn stał wciąż naburmuszony, a jego wściekłe spojrzenie wywoływało na mojej skórze gęsią skórkę.

– To jest bardzo nierozsądne i ryzykowne. Nie możesz tutaj zostać – powiedział w końcu, kiedy Irma okrywała ramiona dziewczyny ciepłym materiałem.

– Nierozsądne jest, by teraz wracała do domu, Zayn! – Odwróciła się zielarka i taksowała go pouczającym spojrzeniem. – Jest ciemno, zimno i niebezpiecznie. Wyszliśmy już poza obszar Treehide. Kleo nie jest chroniona.

– To nie mój interes – odpowiedział chłodno.

– Powinien być twój, skoro to ty przewodniczysz tej wyprawie!

Że jak? Popatrzyłam zdezorientowana na Kleo, która śledziła teraz wymianę zdań pomiędzy Irmą i Zaynem, czekając jak na wyrok śmierci.

– Jeśli jesteś taki mądry, to powiedz, czemu sam nie szedłeś z nami, tylko skradałeś się jak jakiś bandyta?! – walczyła zielarka, coraz bardziej przypominając rozwścieczoną matkę krzyczącą na dziecko, które właśnie przyniosło jedynkę ze sprawdzaniu.

– Już mówiłem. Chciałem sprawdzić tę małą oszustkę – upierał się Zayn, tym razem spuszczając nieco z tonu.

– To nie jest… – przerwała Irma.

– A właśnie, że jest! – wzburzył się.

– Powiedziałam…

Stanęłam pomiędzy ich rozwścieczonymi spojrzeniami, pchana nieznaną dotąd determinacją.

– Dość! – krzyknęłam, czym zwróciłam na siebie uwagę wszystkich uczestników podróży. – Jeśli ona ma wracać, to ja wracam z nią! – zarządziłam, patrząc odważnie na Zayna.

Ciemne oczy chłopaka rozszerzyły się ze zdziwienia, a jego zaciskające się i rozluźniające co rusz pięści zdradzały, że toczy wewnętrzną walkę. Zapanowała głucha cisza, a wszyscy patrzyli ze zdziwieniem po sobie, finalnie skierowując spojrzenie na Zayna.

Sama byłam zaskoczona stanowczością w swoim głosie, a myśl, że miałabym teraz wracać do wioski, przyprawiała mnie o zawrót głowy, jednak nie mogłam się już wycofać.

Powietrze pomiędzy nami stało się teraz gęste niczym bagno, w którym utknęliśmy. Serce w mojej piersi biło jak szalone. W sumie, było mi wszystko jedno, czy mam wrócić teraz, czy może z samego rana, ważne było to, by nie zostawić… przyjaciółki. Tak, przyjaciółki! Kleo była dla mnie najbliższą tu osobą, a myśl, że jest ktoś, kto razem ze mną nosi brzemię mojego sekretu, napawała mnie nadzieją. Może i naiwnie, ale ufałam, że znajdziemy wyjście z tej sytuacji.

 

– Kleo zostanie z nami do momentu, aż dotrzemy do Topos – powiedział w końcu Zayn, unikając mojego spojrzenia. – Tam ją zostawimy, by wróciła do Treehide z eskortą.

Atmosfera między pozostałymi członkami wyprawy nieco się rozluźniła, toteż z zadowoleniem zaczęli wracać do niedokończonych czynności. Rex poszedł w stronę żarzącego się ogniska, Toron powędrował na swoje posłanie, Irma zaś wzięła pod rękę Kleo, upewniając się, że wszystko z nią w porządku.

Zayn podszedł bliżej mnie. Obserwowałam jego ruchy, niezdolna poruszyć się choćby o milimetr. Teraz, stojąc twarzą w twarz z wojownikiem, odczułam pulsujący dyskomfort, a może to moje łomoczące w piersi serce sprawiało, że bałam się wykonać jakikolwiek ruch. Z wszystkich sił starałam się nie dać po sobie poznać, jak wiele kosztuje mnie moja bezrefleksyjna mimika. Wyprostowałam się nagle, utwierdzając się w przekonaniu, że postępuję właściwie.

Poczułam woń jego ubrania: pachniał żywicą i drzewem sandałowym, a jego twarz w tym świetle przypominała porcelanowy posąg nie oddający żadnych emocji. Pierwszy raz mogłam mu się przyjrzeć z bliska, a moje serce pomrukiwało łagodnie.

Myślałam, że znam jego twarz, ale im dłużej się w nią wpatrywałam, tym bardziej wydawał mi się nieodgadniony. Tak samo niebezpieczny, jak piękny.

– Następnym razem bardziej ufaj swoim zmysłom – rzucił niedbale, patrząc w przestrzeń nad moim ramieniem.

Potem zostawił mnie, udając się w pobliże ogniska, a ja próbowałam doprowadzić swoje zmącone myśli do ładu.

Ten wieczór miał zakończyć się porządną regeneracją sił, ale rozmowom nie było końca. Przez pół nocy opowiadałam Kleo o podróży i o tym, jak bardzo brakowało mi kompana.

– Nawet Rex niewiele mówił, był zbyt skupiony na prowadzeniu grupy właściwą drogą – żaliłam się.

– Naprawdę musiał się przejąć swoim zadaniem – skwitowała żartobliwie Kleo, zerkając na Rexa, który siedział przy ognisku obok Zayna.

– Wygląda, jakby w przeciągu jednej doby postarzał się o dziesięć lat – stwierdziłam z rozbawieniem, podpierając się na łokciu, by zmienić niewygodną do spania pozycję.

– No, w końcu ktoś musiał przejąć przywództwo – dodała z wymuszoną powagą, po czym parsknęła śmiechem, zwracając na siebie uwagę pozostałych towarzyszy.

– Nie wiedziałam, że mamy przywódcę – zastanowiłam się szeptem, uświadamiając sobie, że tak właśnie zielarka nazwała Zayna.

– Zawsze musi być osoba odpowiedzialna za misję – odparła Kleo, jakby było to coś tak naturalnego, jak mycie zębów przed snem.

– Ale dlaczego akurat on? – zapytałam, bacznie przyglądając mu się z oddali.

Wspomnienie naszej dzisiejszej konfrontacji sprawiło, że przeszedł mnie dreszcz.

– Hm… może dlatego, że jest najbardziej sumiennym i doświadczonym wojownikiem. Poza tym, to od dawna ulubieniec Rango. Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie, aby ktoś inny był w stanie trzymać nas wszystkich w ryzach.

Fatycznie, miało to jakiś głębszy sens.

– Powiedz mi jeszcze jedną rzecz – ożywiłam się, przypominając sobie, o co miałam ją wcześniej zapytać. – Potrafisz posługiwać się łukiem? Widziałam, że miałaś go przy sobie, kiedy wybiegłaś z lasu.

Kleo zaczerwieniła się i zachichotała piskliwie, potakując przy tym twierdząco.

– Uczą nas tego w Treehide. Tak jak mówiłam, mamy w ciągu dnia wiele zajęć, a moim głównym jest nauka strzelania z łuku – ciągnęła, a ja musiałam trafić w jeden z jej ulubionych tematów.

– Nie wspominałaś o tym wcześniej. – Przyjęłam obrażoną pozę, a Kleo jeszcze głośniej się roześmiała.

– Nie chciałam wzbudzać podejrzeń, poza tym i tak byłaś wystraszona, kiedy przybyłaś do naszej wioski. Wyglądałaś, jakbyś zaraz miała zemdleć albo się popłakać – dodała rozbawiona.

Parsknęłam, kręcą głową z niedowierzaniem i szturchnęłam ją w ramię.

– Tylko się ze mnie nie śmiej! – Pogroziłam jej żartobliwie palcem.

– Przepraszam Mi, ale byłaś wtedy przeurocza.

– Dobrze, kończmy ten temat, lubię dużo spać, a jutro pobudka z samego rana – powiedziałam i przekręciłam się na drugi bok.

– Dobranoc! – zapiszczała Kleo, a ja wciąż słyszałam w jej głosie strzępki rozbawienia.

Pomimo że rzeczywistość była dla mnie krępująca, ja także uśmiechnęłam się na myśl o tym, jak musiałam wyglądać dla mieszkańców tego świata. Przymknęłam powieki i starałam się wyzbyć krążących w mojej głowie myśli, ale na nic zdały się wszelkie próby zaśnięcia. Nie wiem, jak długo leżałam bezwładnie, ale z pewnością sen przyszedł o wiele za późno.

Kolejny dzień rozpoczęliśmy bardzo wcześnie, a przynajmniej takie miałam wrażenie, gdyż obudziłam się jako ostatnia. Złożenie wszystkich rzeczy w krótkim czasie stało się niemałym wyzwaniem, nie wspominając już o zjedzeniu czegokolwiek przed wędrówką – na to zwyczajnie nie starczyło mi czasu. Postanowiłam jednak, że nie będę się skarżyć i ociągać. Musiałam funkcjonować według ich zasad, tak by nie opóźniać wędrówki.

Wyruszyliśmy w kierunku otwartej przestrzeni, gdzie teraz stawał się coraz bardziej piaszczysty. Drzewa przerzedziły się na tyle, że kawałek cienia był luksusem podczas naszej kilkugodzinnej wędrówki. Rex szedł jako pierwszy, tym razem mówiąc znacznie więcej niż poprzedniego dnia. Za nim Irma i Toron, pogrążeni w rozmowie, a dalej Kleo i ja. Grupę zamykał Zayn, który bacznie rozglądał się po okolicy.

Obecność Kleo znacznie ożywiła atmosferę. Dziewczyna często zmieniała rozmówców, co, jak zauważyłam, nieco zbliżyło nas do siebie. Kilkukrotnie udało jej się nawet rozbawić zielarkę, a to już było niemałym sukcesem. Toron i Rex włączyli się w rozmowę dotyczącą miasta Topos. Mężczyzna zachwalał piękne i potężne mury wybudowane dookoła królestwa oraz doskonałą ochronę, którą cieszyli się mieszkańcy, zaś Irma zbywała go krótkimi machnięciami dłoni i lakonicznymi parsknięciami.

Chyba tylko ja zaczynałam mieć trudności, aby skupić się na rozmowach. W palącym słońcu odczuwałam silne zmęczenie, a od pewnego czasu mój wzrok tracił ostrość.

– Mia, dobrze się czujesz? – zapytała po raz kolejny idąca obok mnie Kleo.

– Już mówiłam, wszystko w porządku – wypaliłam z wymuszonym uśmiechem, karcąc się w duchu za to ohydne kłamstwo.

Wzięłam głęboki oddech i usiłowałam zebrać myśli, gdy kątem oka dostrzegałam idącego za mną Zayna. Za wszelką cenę nie chciałam okazać przed nim słabości. Bałam się, że jeśli zacznę marudzić, zostanę oddelegowana, a to znacznie utrudniłoby mój powrót do domu.

Zacisnęłam wargi i szłam przed siebie. Wytężałam wszystkie zmysły, usilnie odganiając latające przed oczami mroczki. Im bardziej się starałam, tym z większym trudem walczyłam o każdy oddech, a wszelkie ruchy musiałam wykonywać ze zdwojoną niemal siłą. Rwący ból w klatce piersiowej sprawił, że przez moją głowę, niczym cień, przeleciał nieopisany strach.

To właśnie wtedy zorientowałam się, że powinnam komuś o tym powiedzieć. Ale już nie potrafiłam zatrzymać biegu wydarzeń…

Momentalnie popatrzyłam na Kleo, która szła przede mną, ale z moich ust nie wydobył się już żaden dźwięk. Wyciągnęłam rękę i sięgnęłam jedynie pustej, wirującej wokół mnie przestrzeni.

Zmusiłam się do wykonania kolejnego kroku, ale moje ciało zupełnie straciło stabilność. Widziałam tylko zarys odwracającej się postaci, która coś krzyczała, ale jej słowa stały się dla mnie całkowicie niezrozumiałe. Kiedy nogi ugięły się pode mną, wydałam z siebie cichy jęk i osunęłam się na ziemię.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?