Po drugiej stronie jeziora. Tom 1Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Miłość – rzeczywistość w świecie fantazji.

Charles Maurice Talleyrand

SPIS TREŚCI

1.

2.

3.

4.

5.

6.

7.

8.

9.

10.

11.

12.

13.

14.

15.

16.

17.

18.

19.

20.

21.

22.

23.

24.

1.

Weszłam do domu. W korytarzu walało się mnóstwo opakowań, papierowych toreb i rozerwanych pudełek, porozrzucanych niedbale po wytartych panelach. Z oddali dobiegał odgłos nerwowej krzątaniny i cichych rozmów rodziców. Poczułam też intensywny zapach ulubionych owsianych ciasteczek, które mama zawsze przyrządzała na specjalne okazje.

Wywęszyłam spisek.

– Już jestem! – krzyknęłam nazbyt ochoczo, po czym usłyszałam dźwięk tłuczonego szkła.

– Mia? – zawołała mama, a w jej głosie rozbrzmiała niepokojąca nuta paniki. – Tak szybko?

– Tak, wróciłam wcześniej.

Zdjęłam czarne adidasy i ułożyłam je równo pod szafką, po czym skierowałam kroki do kuchni, by się przywitać, bo przecież nie byłam wyrodną córką. Może i niezbyt kontaktową, ale na pewno dobrze ułożoną. W końcu szanowałam te całe rodzinne zwyczaje i śmiechu warte „formy grzecznościowe”.

Po chwili zatrzymał mnie w przejściu szeroki uśmiech Darka.

– Tato? – zdziwiłam się. – Czemu jesteś cały brudny?

– To nic. – Bezskutecznie próbował strzepnąć z fartucha kolorowe pozostałości po lukrze, śmiejąc się nerwowo. – Pomagam Emilii przy obiedzie.

– Ty pomagasz przy obiedzie? – Z niedowierzaniem pokręciłam głową, nie mogąc połączyć słów „obiad” i „tata” w pasującą do siebie całość. – Przecież jedyne, co do tej pory potrafiłeś zrobić w kuchni, to włożyć chleb do tostera… a i to zwykle nie wychodziło ci najlepiej – dodałam, szczerząc zęby w uśmiechu.

– No wiesz, nigdy nie jest za późno na naukę! – odparł radośnie, a w mojej głowie kłębiło się nieodparte wrażenie, że nie wszystko tu gra. Nie tylko nerwowe potakiwania mojego rodziciela wydały mi się podejrzane, lecz także unoszące się w powietrzu wszechogarniające poczucie napięcia.

Teraz, kiedy przypatrzyłam mu się uważniej, zauważyłam na jego twarzy kilkudniowy zarost, a ciemne oczy, mimo iż radosne, wydawały się zmęczone. Zmarszczki w kącikach dodawały mu uroku, ale i one nie zdołały odciągnąć wzroku od śliwkowych cieni pod powiekami.

– Mia, czy możesz umyć ręce przed jedzeniem? – zawołała mama, wyrywając mnie z labiryntu domysłów.

– Ok – odparłam niechętnie i zamiast pójść do kuchni, weszłam do bladoniebieskiej łazienki, w której jak zwykle pachniało landrynkowymi perfumami. Powoli odkręciłam wodę i popatrzyłam w wiszące nad umywalką okrągłe lustro, które pamiętało jeszcze młodość babci Doroty. Moje kasztanowe, sięgające pasa włosy przypominały rozdmuchany przez wiatr szałas. Zadarty, drobny nos był teraz zaczerwieniony od szybkiego marszu, a malinowe usta wykrzywiał grymas niezadowolenia. Byłam zdyszana i ewidentnie przydałby mi się zimny prysznic, i to w trybie natychmiastowym.

Chyba nigdy nie polubię tych pseudo-spontanicznych wypadów, na które wyciągały mnie Sylwia i Beata. Dziś zagwarantowały mi zabawę w towarzystwie pizzy i kilku dodatkowych znajomych, których znałam jedynie z imienia. Niemal siłą wywlekły mnie spod ciepłego koca, a ja zgodziłam się tylko dlatego, że był to prezent urodzinowy.

Moje rozmyślania przerwał gwałtowny ruch za drzwiami, a po chwili dobiegł do mnie dźwięk szybkich i zdecydowanych kroków na schodach. W skupieniu nasłuchiwałam głosów rodziców, jednak wokół panowała głucha cisza.

Wytarłam mokre dłonie o ręcznik, po czym delikatnie nacisnęłam klamkę w drzwiach i, niczym Sherlock Holmes, wyszłam na zwiady. Usłyszałam krzątaninę w salonie, więc postanowiłam tam zajrzeć.

Kiedy tylko przekroczyłam próg pokoju, moim oczom ukazał się tłum gości wypełniający niemal całe pomieszczenie niczym stado mrówek w słoiku z resztkami dżemu.

– Sto lat, sto lat! – padły zewsząd okrzyki i śpiewy.

Stałam jak sparaliżowana, świdrując wzrokiem wiwatujący tłum. Na pierwszym planie najgłośniej śpiewający, a raczej zawodzący jak syreny na policyjnym pościgu, rodzice. Wśród licznych ciotek i wujków dostrzegłam dwie rozentuzjazmowane ośmiolatki – kuzynki Anikę i Polę, skaczące w miejscu i klaszczące w swoje tłuściutkie, zaczerwienione rączki. Przybyli także sąsiedzi: ogrodnik Patryk i jego żona Monika ze swoją trzynastoletnią córką Klaudią, która starała się ukryć swoje niezadowolenie, leniwie otwierając usta. Za nimi babcia Dorota, dla której moje urodziny z pewnością były imprezą roku, a ściany pokoju podpierało wielu kuzynów i kuzynek, których imion, niestety, nigdy nie pamiętałam.

– Niech żyje, żyje nam! – Klaskała energicznie mama, a pozostali goście wiwatowali i z entuzjazmem wyczekiwali mojej reakcji.

– Dziękuję – usłyszałam własny, niepewnie przebijający się przez falę skrępowania, głos.

W następnym momencie, wystrojona jak choinka, ciotka Lola przytuliła mnie, rzucając w powietrze kilka prostych życzeń w stylu „zdrowia, szczęścia, pomyślności” i pośpiesznie wręczyła mi małą paczuszkę z prezentem. Z pewnością będą to kolejne kolczyki, które wylądują w najgłębszej szufladzie pod biurkiem.

Z wymalowanym uśmiechem podziękowałam za życzenia. Bo tak trzeba.

Kolejne były Anika i Pola, które bez skrępowania oświadczyły, że wiek osiemnastu lat to już starość, ale i tak życzą mi, abym przeszła przez resztę życia z dumą i nie przejmowała się opiniami innych. Po chwili podeszła moja ulubiona i jedyna babcia Dorota, życząc mi przede wszystkim miłości. To słowo zaakcentowała aż trzykrotnie, co wywołało we mnie głęboką konsternację i pytanie, czy aby na pewno nie chodziło jej o coś więcej…

Nie zabrakło także uścisków od sąsiada Patryka, który swoimi brudnymi od grzebania w ziemi paluchami klepał mnie po ramieniu, prosząc, abym zawsze była tak pomocna i dobra dla innych, tak jak przez te osiemnaście minionych wiosen. Litości!

Córka Patryka i jego żona podeszły razem. Życzyły mi samych sukcesów w życiu zawodowym, a ja zastanawiałam się, czy w ogóle zdają sobie sprawę z tego, że kończę dopiero osiemnastkę.

Dalsze serdeczności od pozostałych gości, pomimo narastającego zmęczenia, przyjęłam z uśmiechem, jednocześnie zastanawiając się, ile pracy musieli włożyć rodzice, aby przygotować dla mnie taką niespodziankę. Nie przepadałam za tłumami ani za hucznymi imprezami, ale staranność, z jaką Darek i Emilia przystroili nasz niewielki salon, rozczuliła mnie do łez.

Po uściskach przyszedł czas na owocowy tort, który od kilku dobrych minut trzymał w dłoniach przepełniony dumą ojciec.

– Kochanie, pomyśl życzenie i zdmuchnij świeczki! – zaapelował, kiedy życzenia dobiegły końca, a sterta prezentów pod ścianą mogła teraz śmiało stanowić nietuzinkową ozdobę staroświeckiego salonu.

Podeszłam nieco bliżej, by przypadkiem nie zrobić z siebie błazna i nie zdmuchiwać świeczek pięciokrotnie. Tort był nieumiejętnie przyozdobiony lukrem. Uśmiechnęłam się, widząc nierówno rozprowadzoną bitą śmietanę, ściekającą z niżej wypieczonego brzegu, oraz napis, którego litery zmniejszały się nieestetycznie, walcząc o miejsce na owocowym spodzie: „Wszystkiego Najlepszego Mia”.

W tym momencie życzyłam sobie jednego: By w moim ułożonym i rozplanowanym dotąd życiu, wreszcie coś się zmieniło – powiedziałam w duchu i mocno wypuściłam powietrze z płuc. Goście ponownie zaklaskali, a kilka ciotek wydało dźwięki przypominające nieumiejętne gwizdanie niczym namolny wiatr przedzierający się przez szparę w oknie.

 

Czyniąc honory, kroiłam tort na spore kawałki i rozdawałam gościom. Zauważyłam, że kuzynki Pola i Anika właśnie pochłonęły swoje porcje i idą po kolejne.

– Córciu, poświęć nam chwilkę – szepnęła mama, pochylając się nad moim ramieniem. Jej blond loki okalały zaczerwienioną od emocji twarz, a błękitne, uśmiechnięte oczy jaśniały szczęściem. – Chcielibyśmy wraz z tatą wręczyć ci urodzinowy prezent.

Poczułam, jak moja buzia na nowo nabiera kolorów. Prezenty od rodziców zawsze sprawiały mi największą radość. Były wyszukane, a przy tym niedrogie. Nigdy nie wydawali pieniędzy na rzeczy, które po kilku tygodniach mogły wylądować w koszu. W poprzednim roku podarowali mi słoik z karteczkami, a na każdej z nich był jeden prezent, który mogłam w danym dniu wykorzystać: „rodzinny wypad do kina”, „wieczorna gra w twistera”, „anulowanie kary/szlabanu”, a z usługi „dzień bez sprzątania pokoju” skorzystałam trzykrotnie.

Przekazałam ciotce Loli nóż i prosząc o wyręczenie mnie w dalszym częstowaniu gości, poszłam do kuchni, gdzie w drzwiach stał uśmiechnięty Darek, trzymając w dłoniach małe pudełeczko:

– Wszystkiego najlepszego, Mia! – zaintonował. – Chcielibyśmy wręczyć ci skromny prezent, który ma dla mnie ogromną wartość – dodał, kiedy moja rodzicielka zajęła miejsce przy jego ramieniu.

– Nie trzeba było – odparłam szczerze, mimo narastającej ciekawości. – Przecież przygotowaliście dla mnie całe to przyjęcie. To w zupełności wystarczy!

– Wiemy, kochanie, dlatego to tylko drobny upominek – włączyła się z uśmiechem mama.

Wewnątrz pudełka znajdował się delikatny naszyjnik na złotym łańcuszku. Kształtem przypominał liść wierzby, którego złote kontury mieniły się w ciepłych, maślanych barwach. Był tak lekki i delikatny, że bałam się mocniej chwycić go w dłonie.

– Śliczny. Czy możesz mi go założyć? – zapytałam Darka.

– Oczywiście! – odparł, po czym zapiął łańcuszek na mojej szyi, a jego oczy mówiły teraz więcej niż słowa. Były rozmarzone, jakby ten mały przedmiot przypominał mu o czymś niezwykle przyjemnym, o czymś ważnym.

– Skąd go macie? – zapytałam.

Rodzice wymienili znaczące spojrzenia.

– To pamiątka rodzinna twojego taty. Może kiedyś, gdy będzie więcej czasu, co nieco ci o nim opowie, a teraz, kochanie, wracajmy do gości! – rzuciła mama.

Wieczór upłynął na wspólnych zabawach i opowieściach, a kiedy do akcji wkroczyły planszówki, dałam się ponieść dziecięcej euforii. Policzki bolały mnie od ciągłych wybuchów radości, a pod powiekami wciąż czułam wilgoć – pozostałość po łzach rozbawienia, kiedy to sąsiad Patryk wraz z żoną zajmowali najróżniejsze pozycje, grając w Twistera. Nawet ich córka Klaudia kilkukrotnie wydała dźwięk przypominający zdławiony śmiech.

Może i nie byłam przebojową nastolatką, ale bez wątpienia urodziny w gronie najbliższych okazały się dla mnie świetną rozrywką.

Po przyjęciu postanowiłam wyjść na spacer, by oczyścić głowę. Słońce intensywnie mieniło się w różach i czerwieniach, a czerwcowe powietrze było teraz nieco chłodniejsze. Urodziny były zdecydowanie najlepszym pomysłem na rozpoczęcie wyczekiwanych wakacji.

Oddaliłam się w kierunku miejsca, gdzie często zabierał mnie tata, gdy byłam młodsza. Po kilku minutach spokojnego marszu dotarłam nad małe błękitne jezioro, gęsto otoczone zielenią. Doskonale pamiętam, jak przesiadywałam tu z nim: rozkładaliśmy koce i urządzaliśmy sobie piknik. Dużo wtedy rozmawialiśmy, a słuchanie jego beztroskich opowieści było moim ulubionym sposobem na spędzanie wolnego czasu.

Zatęskniłam za tamtymi dniami, kiedy jedynym moim zmartwieniem była kanapka zbyt grubo posmarowana masłem, a zabawka kupiona w markecie „na promocji” ratowała mój paskudny nastrój. Od zawsze marzyłam o uczęszczaniu do najbardziej prestiżowego liceum w okolicy, jednak teraz zdałam sobie sprawę, że wiąże się to z ogromną presją, a ja znacznie przeceniłam swoją psychiczną niezależność. Życie szkolne w zaledwie kilka miesięcy okazało się walką o przetrwanie, zwłaszcza że nie miałam zbyt wielu znajomych, którzy zrozumieliby moją niechęć do obowiązkowego integrowania się z elitą szkolnego mikrospołeczeństwa.

Usiadłam nad brzegiem i wpatrywałam się w wielki dąb, rosnący po przeciwnej stronie. Był to naprawdę duży okaz, jego liście głaskały taflę wody, a spokojny wiatr wprawiał gałęzie w subtelny ruch, imitujący taniec.

Położyłam się na wilgotnym piasku, zanurzając stopy w przyjemnie chłodnej wodzie. Trwałam tak przez wiele błogich minut, aż do momentu, kiedy pouczyłam lekkie zawroty głowy.

W pierwszej chwili obwiniłam za to swój nieposkromiony apetyt, który sprawił, że zjadłam podwójną porcję popisowej pieczeni mamy, jednak zawroty nasilały się z niebywałą prędkością, a swobodne rozmyślania rozmywały się niczym rozchlapana na chodniku kałuża. Kiedy próbowałam się poruszyć, zdałam sobie sprawę, że moje palce u rąk drętwieją, jakby stado mrówek wdzierało się pod rozpaloną niczym żar skórę. Mój oddech gwałtownie przyśpieszył, a karuzela w czaszce spowodowała silne mdłości. Jeśli było to zatrucie pokarmowe, to musiałam jak najszybciej udać się do domu!

Chciałam wstać, jednak ciało odmawiało posłuszeństwa. W uszach dudnił mi przeraźliwy dźwięk niczym kościelny dzwon bijący w samym środku mojej ciężkiej i bezwładnej głowy. Chciałam krzyczeć, ale z mojego gardła nie wydobył się najcichszy nawet dźwięk. Z minuty na minutę traciłam zmysły, a przed oczami wirowały mi ciemne plamy, coraz większe i większe, przesłaniając niemal cały horyzont, pochłaniały mnie niczym czarna dziura, otwierająca swoje podwoje nad moim bezwładnym ciałem.

Znikały szumiące drzewa, bryzgająca woda, zachmurzone niebo i twardy piach. Nie byłam w stanie stwierdzić, kiedy wreszcie odpłynęłam.

2.

Mocny chwyt za ramiona i krótkie potrząśnięcie zbudziły mnie z tego przeraźliwego snu. Przetarłam dłońmi zaspane oczy, a kiedy już byłam w stanie w pełni je otworzyć, ujrzałam nad sobą młodą, promienną twarz. Szczerzyła białe zęby nad moją rozłożoną na piasku sylwetką, a ja spostrzegłam, że słońce za jej plecami dopiero co wstało. Musiałam spędzić tu całą noc.

Chwilę zajęło mi uporanie się z pulsującym w skroni bólem głowy – pozostałością po domniemanym zatruciu pokarmowym, a kiedy już udało mi się wrócić do rzeczywistości, złapałam spojrzenie dziewczyny.

– Kim jesteś ? – zapytałam.

– Od godziny próbuję tego samego dowiedzieć się od ciebie – odparła dźwięcznie, odgarniając luźny warkocz do tyłu.

– Chyba nie rozumiem, o czym mówisz – rzuciłam od niechcenia, podnosząc się i otrzepując wilgotne dłonie z piasku.

W porannym słońcu brzeg, na którym musiałam zasnąć, bądź co gorsza, stracić przytomność, wydawał się obcy i nieprzyjazny. Spojrzałam na stojącą naprzeciw blondynkę, ubraną w krótkie cieliste szorty i poszarpaną bluzeczkę, która podpierała teraz dłonie na biodrach z wyraźnym grymasem obrzydzenia na twarzy.

– Co ty masz na sobie? – zapytała nieznajoma, badawczo świdrując mnie wzrokiem.

Zmieszana popatrzyłam na swoje ubrudzone od ziemi jeansy i czarny przylegający top, który teraz wyglądał jakby został dopiero co wyciągnięty z paszczy lwa. Nigdy zbytnio nie przejmowałam się swoim ubiorem, jednak w tym momencie poczułam lekkie ukłucie wstydu. Czy naprawdę wyglądałam aż tak źle?

– To… przez piach, wcześniej były czyste – westchnęłam, daremnie starając się rozprasować na sobie pogiętą koszulkę i pozbyć się pozostałości po piachu. Żałowałam, że nie mam lepszego argumentu lub chociaż jakiejś ciekawszej historii do opowiedzenia, bo cóż mogłam powiedzieć: „Mam na sobie to samo co wczoraj, dlatego pachnę nieświeżo i wyglądam jak bezdomna, a to wszystko przez pieczeń, która musiała mi zaszkodzić”? W milczeniu przełknęłam gorycz zawstydzenia, akceptując świadomość, że nie pokazałam się od najlepszej strony.

– Chodź lepiej ze mną, przebywanie nad jeziorem za dnia nie jest najrozsądniejszą opcją – rzuciła blondynka, odwracając się w stronę gęstwiny drzew. Przypominało to dziki las, którego mogłabym przysiąc, że wcześniej tu nie było.

– Nie rozumiem… dlaczego?

– Żartujesz sobie ze mnie? – Z przerażeniem spojrzała na mnie, i nie szczędząc sił na jakiekolwiek wyjaśnienia, dodała: – No już, idziemy! – Po czym żwawym krokiem pomaszerowała przed siebie.

Poklepałam się po policzku, by rozbudzić wciąż uśpione zmysły, a następnie ruszyłam za dziewczyną, przedzierając się przez ścianę gałęzi. Korony drzew zdawały się gęstsze i bardziej zielone niż te, które zapamiętałam. Gdzieniegdzie kwitły na nich owoce, wyglądem przypominające jabłka. Byłam jednak przekonana, że jabłonie owocują później, a mieliśmy dopiero koniec czerwca. Nie pamiętałam tego miejsca, ale coś podpowiadało mi, że lepiej zachować to dla siebie.

– Jak masz właściwie na imię? – zapytałam po kilku minutach intensywnego marszu.

– Kleo, a mój wuj to Rango.

– Aha – odparłam bez namysłu.

– A ty?

– Co ja?

– Jak masz na imię? – zaśmiała się blondynka.

– Ach… ja nazywam się Mia Lang.

– Całkiem ładnie – odparła radośnie.

Dalej przemierzałyśmy dziki i gęsty las w milczeniu. Pasowało mi to, gdyż bardziej niż zwykle musiałam uważać i patrzeć pod nogi. W tym miejscu korzenie były przeraźliwie wysokie. Teraz już byłam pewna, że nigdy wcześniej nie byłam w tej części lasu.

Kiedy minęłyśmy tę nieprzyjazną część drogi, naszym oczom ukazała się mała wioska. Domy przypominały drewniane altanki ogrodowe, których od wielu tygodni nikt nie sprzątał, musiałam jednak przyznać, że tkwił w nich pewien urok. Wioska wyglądała raczej minimalistycznie, próżno więc było szukać znaków szczególnych. W oddali widniały skupiska kamieni przypominające małe paleniska – jedyna, poza małymi chatkami, rzecz świadcząca o obecności człowieka w tym miejscu.

Nie było tu brukowanych chodników ani betonowych budowli. Żadnych ławek, śmietników czy choćby alejek spacerowych. Wszystko wydawało się surowe, a jednocześnie ujarzmione. To nietypowe połączenie wzbudzało we mnie mieszane uczucia.

Mimo tak skromnego wystroju było tu coś, co przyciągało moją uwagę. Delikatnie wyrzeźbione na konarach obrazki i znaki oraz zawiłe wąskie ścieżki, które na pierwszy rzut oka gubiły się między rzędami korzeni, zdawały się wołać, aby zanurzyć się w ich głąb. Soczyście zielone liście drzew posłusznie kołysały się w rytm szumiącego wiatru, a wilgotna trawa niezauważalnie uginała się pod ciężarem naszych stóp. Małe szczegóły zdradzały, że nie jest to jedynie opustoszałe bezludzie – pod pokrywą zwyczajności najwyraźniej kryło się coś więcej.

– Gdzie my właściwie jesteśmy? – zapytałam, podpierając się o korę wysokiego dębu, aby łapczywie złapać oddech. Szybkie tempo marszu dało mi się we znaki, a może raczej brak kondycji, który „zawdzięczałam” osiadłemu trybowi życia.

Od jutra biegam, postanowione.

– Cały czas w Treehide, moja droga! – Rozłożyła dłonie i uśmiechnęła się szeroko.

– W tree, co?

– Z jakiej planety przybyłaś? – przewodniczka zaśmiała się lekko, ale nie uraczyła mnie dalszą odpowiedzią. Nie czekając na mnie, ruszyła w kierunku wioski. Słońce przedzierało się przez gęste korony drzewa, a w powietrzu czuć było zapach wilgotnych liści. Chłonęłam widoki, kiedy rześki chłód wiatru przyjemnie oplatał moją zaczerwienioną od wysiłku twarz. Byłam oczarowana barwną dzikością natury.

– Poczekaj! – zawołałam, biegnąc za dziewczyną. – Powiedz mi coś więcej, ja… ja naprawdę nie wiem, gdzie jesteśmy ani jak mam wrócić do domu! – dodałam, orientując się, że przewodniczka znacznie się oddaliła.

Kleo zatrzymała się i ze współczuciem popatrzyła na mnie. Widząc jej reakcję, mogłam się tylko domyślać, jak żałośnie w tej chwili wyglądam.

– Mieszkam z wujem Rango, on na pewno będzie wiedział, gdzie jest twoja wioska – uśmiechnęła się szczerze. Dopiero teraz spostrzegłam, jak łagodne i dobre są jej oczy, a twarz, która wcześniej była zupełnie obca, wydała się teraz nad wyraz przyjazna.

Kiwnęłam głową i odwzajemniłam uśmiech.

Dziewczyna poprowadziła mnie do małego domku, do którego wchodziło się po nierównych, lekko spróchniałych schodkach. Kiedy weszłam do środka, spostrzegłam, że przestrzeń wewnątrz jest niewielka i skromna. Salon, choć ciemny, sprawiał wrażenie przytulnego, a brązowe ściany zdobiły ręcznie robione naczynia. Przy okrągłym stoliku zajmującym centralny punkt pokoju były ustawione tylko trzy drewniane krzesła. Pachniało kurzem i palonym drewnem, a ja zdałam sobie sprawę, że panuje tu przyjemny spokój, którego, mieszkając w zatłoczonym mieście, rzadko mam okazję doświadczać.

 

– Mówisz, że mieszkasz z wujem? – zagadnęłam, zajmując wolne miejsce i rozglądając się dookoła.

– Zgadza się. Wiem, że chatka jest mała, ale my tu tylko śpimy, całe dnie spędzamy na szlifowaniu naszych umiejętności oraz na pracy – powiedziała Kleo, podając na stół ciepłe placuszki z jabłkami. – Pewnie nic nie jadłaś.

Mój żołądek właśnie zaalarmował stan krytyczny, toteż ochoczo potrząsnęłam głową i poprawiłam się na krześle. Danie wyglądało niesamowicie, a zapach pieczonych jabłek, wypełniający moje zmysły błogim ciepłem sprawił, że poczułam się jak w domu.

– Jeśli te placuszki smakują tak samo jak wyglądają, to ogłoszę cię nowym mistrzem kuchni, zaraz po mojej mamie – rzuciłam, znacznie się rozluźniając.

– Gwarantuję, że są lepsze! – blondynka zaśmiała się krótko i zasiadła po drugiej stronie niewielkiego stołu.

Jadłyśmy w milczeniu, co jakiś czas przerywając, aby dać żołądkom chwilę na trawienie. Musiałam przyznać, że już dawno nie miałam takiego apetytu. Prędko pochłaniałam olbrzymie kęsy, tak że zanim informacja o nasyceniu dotarła do mózgu, już siedziałam bezwładnie na krześle, głaszcząc się po pełnym brzuchu. Kiedy sterta placków zniknęła ze stołu, Kleo zaapelowała:

– Wuj wróci wieczorem, mamy więc prawie cały dzień na zwiedzanie! Od czego chciałabyś zacząć, moja droga?

– Macie tu może jakiś telefon albo budkę, z której mogłabym zadzwonić do domu? Tata i mama pewnie się martwią o mnie. – Spojrzałam z nadzieją w okno.

Kleo popatrzyła na mnie zdziwiona, po czym podała mi drewnianą podkładkę z kawałkiem białego papieru.

– Nie wiem, czym jest fotelon, ale jeśli chcesz coś im przekazać, to tutaj masz papier listowny, dotrze w ciągu dwóch dni, jeśli jutro o wschodzie wyślemy go sowią pocztą – dodała ożywiona.

– Telefon.

– Słucham? – zapytała blondynka, nastawiając ucha.

– Nie fotelon, tylko telefon. – Ze zrezygnowaniem przewróciłam oczami, biorąc od Kleo kartkę papieru i pióro. – Napiszę potem, skoro i tak jestem tu uziemiona do wieczora.

– Ok, Mi! – Pokiwała głową nieznajoma.

– Mia – poprawiłam ją, krzyżując ręce na piersiach w geście protestu.

Z pewnością było jeszcze za wcześnie na takie spoufalanie.

– Oj, daj spokój, musisz mieć jakąś ksywkę! – upierała się dziewczyna.

– Oszaleję – wymamrotałam zirytowana i odłożyłam kartkę.

Zwiedzanie rozpoczęłyśmy od wędrówki po okolicy. Już po chwili odkryłam, że w małej wiosce znajduje się znacznie więcej ukrytych domostw, niż przypuszczałam. Niektóre zdawały się być niemal wkopane w ziemię, inne opierały się o wysokie konary potężnych drzew. Dominowały tu trawiaste zielenie i brudne brązy. Gdyby nie wtapiające się w tło drewniane domy, trudno byłoby to miejsce nazwać cywilizowanym. W ciągu kilku godzin dostrzegłam tylko dwie osoby: tubylczo przyodzianego młodzieńca śpieszącego przed siebie w głąb lasu oraz dziecko niosące kosz z owocami i machające ochoczo do Kleo.

– Gdzie są wszyscy? – zapytałam, kiedy przysiadłyśmy na sporym kamieniu, który w blasku słońca mienił się srebrzystą poświatą. Wokół otaczały nas teraz gęsto rosnące brzozy. Dumne i wysokie.

– Jak mówiłam, pracują albo ćwiczą, a młodsi uczą się w szkółce – odparła Kleo, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie.

Domyśliłam się, że zadając coraz więcej pytań, tylko się ośmieszam. Nie wiedziałam jednak, gdzie się znajduję, ani dlaczego tu jestem, a to było jeszcze gorsze niż utrata godności. Ostatecznie zdecydowałam, aby zapytać o jeszcze jedną sprawę.

– Kleo?

– Hm?

– Pamiętasz, jak znalazłaś mnie rano nad jeziorem? – Popatrzyłam na nią z powagą.

– Kooochana – zaintonowała blondynka. – Nie mam jeszcze sklerozy – zaśmiała się.

Zignorowałam jej słowa, by skupić się na pytaniu, które siedziało w mojej głowie.

– Czemu powiedziałaś wtedy, że to nierozsądne przebywać tam podczas dnia? – zapytałam, starając się, by mój ton brzmiał lekko.

Kleo rozprostowała nogi i położyła się na kamieniu.

– Jestem zmęczona. – Przeciągnęła się. – Nie spałam prawie całą noc.

Podkuliłam nogi, by zrobić jej więcej miejsca. Zaczęłam dochodzić do wniosku, że dalsza rozmowa nie ma sensu. Albo moja kompanka ma problemy z koncentracją, albo celowo sprawdza mój próg wytrzymałości, która powoli mi się kończyła.

– Elajza w ostatnim czasie węszy i wysyła wielu zwiadowców. Z lotu ptaka mogłaby dostrzec naszą wioskę, a tego staramy się uniknąć – powiedziała sennie Kleo.

A jednak rozumie, co do niej mówię! Już chciałam pociągnąć temat, kiedy to nagła reakcja rozmówczyni niemal przyprawiła mnie o zawał.

– Czekaj! – krzyknęła przerażona. – Ty chyba nie jesteś wysłanniczką królowej? – zapytała, zakrywając dłońmi usta i gwałtownie podnosząc się do pozycji siedzącej.

– Nie wydaje mi się… – Byłam równie niepewna, co przestraszona.

– Uff… kamień z serca. Rango nie byłby zadowolony, gdyby się dowiedział, że znalazłam odludka o niewiadomym pochodzeniu, który prawdopodobnie jest wysłannikiem Elajzy.

– Przepraszam bardzo, ale jak mnie nazwałaś? – Wstałam i z nerwów zacisnęłam pięści, a na język cisnęło mi się już co najmniej piętnaście epitetów.

– Oj, przepraszam Mi, nie to miałam na myśli! – odparła, a jej zaróżowione policzki przybrały odcień dojrzałego buraka. – Rango nie lubi, kiedy sama chodzę nad jezioro, mówi, że jest tam niebezpiecznie, a ma tu tylko mnie.

Potok słów, który padł z ust Kleo, załagodził nieco napięcie, jednak odpowiedzi, które dostawałam, rodziły jeszcze więcej pytań. Kilka razy uszczypnęłam się w rękę, by sprawdzić, czy to nie sen. Niestety, nie śniłam, a na moich przedramionach gościło już kilka dorodnych siniaków.

Spędziłyśmy resztę dnia na spacerowaniu i opowieściach Kleo o rosnących tu starych dębach, krystalicznie czystych źródłach i niewielkich, ale jakże przytulnych domkach, które, według jej opowieści, powstały kilkadziesiąt lat temu. Dzień raczył nas piękną pogodą, a nadlatujące ptaki pieściły zmysły najcudowniejszymi melodiami, jakie do tej pory słyszałam.

– Drzewa nigdy nie umierają ze starości. To owady, choroby i ludzie są zwykle ich zabójcami – mówiła z przekonaniem w głosie, delikatnie przesuwając dłońmi po korze dębu.

Szczerze podziwiałam uroki tego miejsca. Nie przypominało to lasów, które odwiedzałam w rodzinnym mieście. Tu drzewa

były wyższe, potężniejsze, jakby to ujął mój ojciec: majestatyczne. Kleo znała nazwę każdego z nich, potrafiła dokładnie określić jego wiek oraz specyfikę, a nawet przytoczyć zabawną historię ze swojego życia, związaną z najmniejszym nawet krzewem. To miejsce było nienaturalnie fascynujące i nadzwyczaj piękne.

Kiedy słońce chyliło się ku zachodowi, skierowałyśmy kroki z powrotem do chatki. Teraz pomiędzy domami częściej pojawiali się rdzenni mieszkańcy Treehide, przyodziani w beżowo-brązowe stroje z wieloma zdobiącymi ciało rzemykami i przepaskami. Wiele głów było pokrytych fantazyjnymi fryzurami, a na ich ciele dostrzegłam nieokreślonego kształtu i znaczenia malunki. Moi znajomi nigdy nie ubraliby się w podobne rzeczy, a w salonach fryzjerskich, jakie do tej pory odwiedzałam, nikt nie wpadłby na pomysł, by wykonać z włosów takie jak to dzieło sztuki.

– Zanim wróci wuj, przebierzesz się w normalne ubrania. Wszyscy na ciebie patrzą jak na dziwoląga – rzuciła Kleo rozbawionym tonem.

– Cóż za subtelność… – skwitowałam, przewracając oczami.

W chatce dostałam nowy zestaw ubrań, prawdopodobnie należący do Kleo – obie byłyśmy podobnego wzrostu i postury. Zmianie stroju towarzyszyło moje uporczywe grymaszenie i donośne wzdychanie, ale mieszkanka Treehide wydawała się głucha na mój sprzeciw.

Kiedy byłam już przebrana, Kleo napawała wzrok moim nowym wizerunkiem, a ja, dręczona poczuciem winy, starałam się tak rozciągnąć materiał, by zakrył mi jak najwięcej ciała. Beżowa obcisła spódniczka i krótki top bez ramiączek nijak współgrały z moim codziennym stylem.

– Teraz wyglądasz jak prawdziwa mieszkanka Treehide! – powiedziała radośnie Kleo.

– Raczej jak szczur na otwarcie kanałów – odparłam cierpko, zdradzając rozdrażnienie.

– Jeszcze tylko fryzura… – Dziewczyna zignorowała moje słowa i podeszła bliżej. Już chwyciła rozpuszczone pasma moich włosów, kiedy gwałtownie zaprotestowałam.

– Nie dam ich sobie zapleść w jakieś gniazdo!

– Jak wolisz… – skwitowała, nie kryjąc w głosie nuty rozczarowania. – Zawiąż chociaż rzemyk na szyi, tu go wszyscy nosimy. – Odsunęła się i podała mi beżową delikatną ozdobę.

No dobra, na to jeszcze mogłam się zgodzić.

Zakładając rzemyk, wyczułam pod palcami drobny łańcuszek. Wciąż miałam na sobie prezent od rodziców, ale postanowiłam, że nie będę go ściągać. Guzik mnie to obchodziło, czy pasuje, czy nie. Pomagała mi świadomość, że mam przy sobie drobiazg przypominający mi o domu.

– Zadowolona? – zapytałam, kiedy ceremonia zmiany stroju dobiegła końca.

– Och, i to jak! – odparła, a jej usta ułożyły się w szczery uśmiech.

Nagle drzwi chatki uchyliły się, a do środka wszedł niewysoki mężczyzna ubrany w brązowe spodnie i luźną, potarganą bluzkę. Jego gęsty, lekko posiwiały zarost i drobne zmarszczki zdradzały, że nie jest już w kwiecie wieku, niemiej oczy wciąż były żywe i pełne wigoru.