Taka miłość się zdarzaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Prolog


Masz siedemdziesiąt zasług na minutę.

Każdy twój skurcz

Jest jak zepchnięcie łodzi

Na pełne morze

W podróż dookoła świata[1].


Serce. Mięsień, najważniejszy element układu krążenia. Strona prawa i lewa, podzielone na kolejne dwie części, co w sumie daje cztery elementy: dwa przedsionki, dwie komory. Krew wpada żyłami do przedsionka, ten się kurczy i tłoczy ją do komory; z komory, także po skurczu, krew pędzi do tętnic. Prawa część serca odbiera krew bez tlenu i wysyła ją do płuc. Lewa część przyjmuje krew bogatą w tlen, by dostarczyć go do każdej komórki ciała. Skomplikowany proces, który trwa mniej więcej sekundę. Potem kilka milisekund na odpoczynek i cykl się powtarza. I tak przez cały czas, od początków w łonie matki do śmierci, serce ciężko pracuje, stuk-puk, stuk-puk, stuk-puk, rytmicznie się kurcząc i rozluźniając, byśmy mogli żyć.

Bywa jednak, że coś w sercu zaszwankuje, na przykład zrobi się dziura w przegrodzie i krew będzie przepływała z lewej strony na prawą lub z prawej na lewą. Zmiesza się, choć nie powinna. Słychać wtedy szmery, serce zaczyna bić szybciej i pojawiają się duszności.

* * *

Serce, czyli głębia duszy, siedlisko uczuć. Pudełko różnej wielkości – u jednych większe, u innych mniejsze; sfatygowane lub oszczędnie używane. Wpadają tam rozmaite emocje, które serce najpierw samodzielnie, a potem współpracując z rozumem, ocenia i wkłada do odpowiednich przegródek.

Serce działa w miarę sprawnie, jeśli emocje pojawiają się pojedynczo i są podobnego rodzaju. Kiedy jest ich za dużo, a do tego sprzecznych, pudełko zaczyna się trząść. Serce dostaje ataku paniki i zrywa kontakt z rozumem. Wtedy może się wydarzyć wszystko, absolutnie wszystko.

Łódź, niczym drobna łupina orzecha, została porwana przez spienione fale. Dla tego sztormu zabrakło skali.

[1] Do serca w niedzielę, Wisława Szymborska.

Rozdział pierwszy


„Stoi oparty o ścianę hangaru, lekko uśmiechnięty. Ciemne błyszczące oczy, rozwiana jasna czupryna”.

Mama opisująca to zdjęcie znajdowała się trzysta kilometrów od domu Pod Trzema Lipami. Fotografię wykonano pół wieku temu, ponad dwa tysiące kilometrów od Krakowa.

A mimo to widziałam go, jakby był na wyciągnięcie ręki, tuż obok. Wcale się nie zestarzał, choć przecież miał już ponad dziewięćdziesiąt lat. Jak to możliwe?

Zdolności ludzkiego umysłu są niebywałe. Na co dzień nie zdajemy sobie z tego sprawy; uświadamiamy to sobie dopiero wtedy, gdy dzieje się coś niezwykłego, na przykład kiedy spadną na nas zupełnie nieoczekiwane emocje o wielkiej sile rażenia.

Staszek Morlaczonek żyje.

Ukochany prababci Emilii, wielka, tylko przez chwilę spełniona miłość, która pozostawiła ją w smutku na wiele lat. Miłość nagle i nieodwołalnie przerwana; ją pozbawiła życia w małżeństwie, babcię Elżbietę ojca, mamę – dziadka, a mnie utrzymywała w przekonaniu, że jesteśmy samotne z powodu niezbadanych wyroków losu, który się na Majewskie po prostu uwziął.

Wszystkiego bym się spodziewała, tylko nie tego, że Staszek Morlaczonek po tylu latach powstanie z grobu i wróci tu, na Wiślną, gdzie wszystko się zaczęło: połączenie serc, ciał i genów, dzięki którym i ja znalazłam się na tym świecie.

– Kochanie, co się stało? – Jasna grzywka pochyliła się nade mną, błyszczące brązowe oczy wpatrywały się we mnie z czułą troską. Dobry człowiek i taki przystojny facet, już samo to było niezwykłe. – Klara, powiedz coś, proszę. Nie było mnie tylko chwilę, wracam i widzę cię w takim stanie... Wszystko dobrze?

Skąd on zna moje imię? I jak to: chwilę? Dla prawie umarłych kilkadziesiąt lat to może i chwila, ale w naszym świecie żywych to jednak prawie wieczność. I dlaczego on ma głos mojego Staszka? Nie, stop, jakiego mojego?! Podłego, zdradliwego chłopaka, w którym się zakochałam, którego dziecko noszę pod sercem i który mnie tak oszukał! Właściwie to już prędzej bym uwierzyła, że wybranek prababci Emilii jednak nie umarł, niż w to, że moja miłość tak szybko i tak dramatycznie legnie w gruzach. Jestem jednak durną naiwniaczką. I to znowu! Cierpiałam podwójnie – wystrychnięta na dudka, w dodatku na własne życzenie. Ofiara losu. Cholerne Mojry nie odpuszczały!

Podniosłam się z dywanu, wciąż jeszcze oszołomiona. Usiadłam na krześle, próbując zebrać myśli. Czułam się jak podczas zabawy w ciuciubabkę – w środku koła, z zawiązanymi oczami, a emocje, jak dzieci w przedszkolnej zabawie, kręcą mną to w prawo, to w lewo. Próbuję je złapać i rozpoznać, ale tylko coraz mocniej wiruje mi w głowie.

Byłam zaskoczona, niezwykle poruszona wiadomością o Staszku Morlaczonku. Wściekła na Staszka Skarłata, rozżalona, zdradzona, oszukana. Przerażona i niepewna przyszłości. Co to będzie? Co będzie z moim życiem? I z tym drugim, dopiero co zaczętym.

– Masz, napij się, poczujesz się lepiej. – Staszek podał mi szklankę wody.

Sięgnęłam po nią trzęsącą się ręką. Wzięłam kilka łyków. Świat się ustabilizował, obraz wrócił do pionu, kolory już się nie rozlewały w barwne plamy.

Usiadł naprzeciwko mnie. W jego spojrzeniu było szczere złoto: troska, czułość, miłość. Och, Boże! Dałam się omamić tym oczom, które miały być zwierciadłem krystalicznie czystej duszy, gdy tymczasem… Ogarnął mnie gniew tak wielki, że z trudem wydobyłam z siebie głos, tak mną telepało.

– Poczuję się lepiej, kiedy stąd wyjdziesz.

Staszek wpatrywał się we mnie osłupiałym wzrokiem.

– Klara, ale co się stało? Ja nic nie rozumiem.

– Nie rozumiesz? Dobre sobie! Z ciebie to jednak kawał sku… – wysyczałam, połykając końcówkę. Kiedy rzucał mnie Paweł, zachowałam się po angielsku, teraz nie chciałam się hamować, mimo wszystko przekleństwo uwięzło mi w gardle. Chyba dopiero za trzecim razem będę potrafiła urządzić siarczystą awanturę. – Może ta karteczka choć trochę ci rozjaśni w głowie. – Sięgnęłam do kieszeni i wyciągnęłam z niej biały kwadracik papieru. Rozłożyłam go i przesunęłam po stole w jego kierunku.

Staszek popatrzył na starannie wypisane słowa i nic nie powiedział. A zresztą co by miał powiedzieć? Jak można się usprawiedliwiać, kiedy ma się dowód własnych oszustw przed oczami?... No jasne, można się zaprzeć, kłamać w żywe oczy, „to nie tak, jak myślisz”… Dobrze, że choć tego nam oszczędził, to już by było kompletne dno.

– Klara, to nie tak, jak myślisz…

Cholera jasna! Kolejny zwyczajny dupek! Czy żeby się nie rozczarować facetem, trzeba go szybko i nie z jego winy stracić, a potem całe życie snuć legendę o tym, jaki był wspaniały? Czy tylko krótkie i dramatem przerwane miłości mogą być nieskalane?

– Posłuchaj. – Głos miałam twardy i stanowczy. – Cóż, to już drugi raz, gdy mężczyzna mnie zdradzał, więc nabywałam praktyki. – Zakończymy to szybko i bez jeszcze większych upokorzeń. Wystarczy mi to, co już wiem. Nie potrzebuję dodatkowych atrakcji. – Starałam się nie denerwować, początek ciąży jest bardzo ważny dla przyszłego zdrowia dziecka. O ciąży mu teraz nie powiem, jeszcze by mi doradził, żebym się pozbyła problemu. A może nie jestem pierwsza, może gdzieś po świecie już biegają małe klony Staszka „Oszusta” Skarłata? Podobno lubi dzieci, taki wrażliwy, jak to Jadzia stwierdziła (ją też udało mu się wziąć na lep tych cudownych oczu!). A gdyby nic mu nie powiedzieć? Nie zasługuje na to, żeby być ojcem! Jaki byłby z niego wzór? Albo nie, na odwrót – skoro dziecko jest jego, to niech się poczuje. Nie, osobiście to nie, nie ma moralnych predyspozycji, ale niech przynajmniej płaci.

– Ty nic nie rozumiesz… – zaczął kolejny raz, ale stanowczo mu przerwałam:

– „Stasiu najukochańszy, czekam na Ciebie i tęsknię. Twoja M.”. Może to nie wszystko, może jest jeszcze jakaś inna czekająca i tęskniąca, ale mnie to całkowicie wystarcza, więcej brudów nie musi mnie oblepić. Wszyscy jesteście tacy sami. Niech zgadnę – dwadzieścia lat i pewnie taka wpatrzona w ciebie, co? Powinnam cię po prostu wywalić na korytarz i przekręcić zamek w drzwiach, ale ja jestem honorowa i uczciwa. Co znaczą te wyrazy, to sobie potem sprawdzisz w słowniku. Zatrudniłam cię, wykonałeś swoją pracę bez zarzutów, więc musimy się rozliczyć. W końcu biznes to biznes, nie? – Gdyby nienawiść mogła zabijać, Staszek Skarłat leżałby już martwy na świeżo przez siebie odnowionym parkiecie. – Za kwaterunek ci nie potrącę, za usługi cateringowe też nie. Teraz bądź uprzejmy się spakować i wynieść. Potem podlicz koszty materiałów i robocizny i zostaw u pana Tomka informację, tą samą drogą ci zapłacę. Swoją drogą to kolejny naiwny – „ręczę za jego uczciwość!”, „dobry chłopak, tylko ma w życiu pod górkę”! Tak o tobie mówił. Jego też wkręcasz, co?

Staszek wstał i bezradnie na mnie spojrzał. Przez krótką chwilę omal dałam się nabrać na tę sierocą minę! Nie wiem, jak on to robi, ale jest w nim coś, co każe ludziom myśleć, że to porządny facet. Czułabym się jeszcze gorzej, gdybym tylko ja się okazała całkowicie pozbawiona intuicji, jednak zwodnicze sztuczki Stanisława Skarłata działały na wszystkich dokoła.

 

– Klara. – Gestem wyciągniętej dłoni poprosił, żebym mu pozwoliła coś powiedzieć. Wyglądał stanowczo, a przecież nie będę się z nim szarpać. Jeśli bez tego nie wyjdzie, to byłam gotowa na taki zgniły kompromis. Strzeli sobie tę gadkę, ja się na ten czas mentalnie wyłączę, żeby nie musieć wysłuchiwać jego krętactw, a potem zatrzasnę za nim drzwi. Potem jeszcze czeka go pozew o alimenty, tego mu jednak nie odpuszczę. – Nie miałem okazji… To znaczy próbowałem, ale zawsze jakoś tak…

Ble, ble, ble, bla, bla, bla – gadał, a ja przestałam słuchać i słyszeć. Co za rozczarowanie! Jeszcze chwila i się rozpłaczę, co będzie wisienką na torcie upokorzenia. Dlaczego ja mam takiego pecha w życiu? Co jest ze mną nie tak? Może ja po prostu przyciągam takich facetów, czują we mnie słabeuszkę, naiwną romantyczkę i dawaj, korzystają, a potem zostawiają. „Niech on sobie już stąd pójdzie”, myślałam obsesyjnie, zaciskając dłonie w pięści.

– …siostrą.

Co?! To jedno słowo, zupełnie niepasujące do sytuacji, wyrwało mnie z bolesnego odrętwienia. Wbrew postanowieniu, że już nigdy więcej się do niego nie odezwę, zapytałam:

– Jaką siostrą?

– Moją siostrą – odparł zdziwiony Staszek. – Ta „M.” z karteczki to Matylda, moja siostra.

Rozdział drugi


Głupia pomyłka? Nieporozumienie? Czyli to wszystko po prostu sobie wymyśliłam? Zdradę, oszustwo, krętactwo?... Chyba że jednak jest jeszcze gorzej, niż przypuszczam, i Staszek Skarłat jest całkowicie pozbawiony godności – przyłapany na oszustwie będzie brnął w nie dalej i dalej, wymyślając niestworzone historie. Zabrzmiało to dość przekonująco, ale pewnie dlatego, że miał doświadczenie Don Juana.

– Siostra? Nigdy nie mówiłeś, że masz siostrę. Zapomniałeś? – zapytałam kpiąco, podnosząc się i kierując w stronę drzwi. Tak, chciałabym, żeby znalazło się jakieś wytłumaczenie, ale to jednak było jak z harlequina. Aż tak naiwna nie jestem. – Idź już, zanim zrobisz z tych kilku wspólnych tygodni zupełną farsę. – Nagle poczułam, że nadchodzi potężna fala użalania się nad sobą, która zaraz zmiecie gniew. Będę stać na środku pokoju i chlipać, a on będzie na to patrzył.

Staszek podszedł do mnie i chwycił mnie za ręce. Próbowałam się wyrwać, ale jego dłonie mocno się zacisnęły na moich.

– Klaruniu, kochana – wyszeptał. I przytulił mnie tak, jak może tylko ktoś, kto wie, że od tego zależy jego całe przyszłe życie: żarliwie, szczerze, wkładając w to całe serce.

Może naprawdę byłam ostatnią naiwną, regularnie porzucaną narzeczoną – raz przed ślubem, drugi raz przed zaręczynami – ale… tak bardzo chciałam mu uwierzyć. Może jednak ta – na pozór oczywista – sytuacja może mieć nieoczywiste wyjaśnienie?... Niczego bardziej nie chciałam. Wszystko bym w tej chwili oddała za to, żeby tak właśnie było.

– Matylda to moja młodsza siostra. Ma jedenaście lat, mieszka w Witowie, teraz z ciotką. Strasznie za mną tęskni. Za mamą też tęskni. Ojca się boi. Wiele w życiu przeszła, już od samego początku miała pod górkę…

„Miała pod górkę” – Skarłatowie jak widać też mają swoje fatum. I, jeśli wierzyć jego słowom, prawdziwe, nie urojone, jak w moim przypadku. Może on naprawdę mnie nie oszukał?...

– Dzieli nas pokolenie, Tylka mogłaby być moją córką. Późne dziecko, tak się mówi. Był taki moment, że wydawało się, że ojciec wyjdzie na prostą. Zaszył się, nie pił, wrócił do pracy. Ja byłem sceptyczny, mama pewnie tak bardzo pragnęła normalnego, dobrego życia, że dała wiarę jego zapewnieniom. Nie pierwszy raz, ale trudno się uczyć na błędach, gdy wiara przysłania rzeczywistość. No i się okazało, że będę miał rodzeństwo. Ojcu starczyło motywacji mniej więcej do połowy ciąży, potem poszedł w tan. Matka się załamała, Tylka urodziła się dwa miesiące przed terminem. Wyglądała jak nieduży bochenek chleba. Słaba, krucha, tylko te oczka jak węgiełki… – powiedział to na jednym wydechu, jakby chciał to jak najszybciej z siebie wyrzucić.

„Oczka jak węgiełki”. „Jak twoje”, pomyślałam, zdjęta nagłą czułością. „I po co było to ukrywać?...”, chciałam zapytać, ale nie zdążyłam, bo Staszek dodał:

– I to te oczka zaniepokoiły lekarzy. – Zawiesił głos, smutno się uśmiechając.

– Ale dlaczego? – Spojrzeniem dałam mu do zrozumienia, że nie rozumiem.

Staszek wziął głębszy wdech.

– Matylda jest dzieckiem z zespołem Downa.

O. Tyle pomyślałam. O. Po prostu tyle. Młodsza siostra. Zespół Downa. To było jednocześnie: nierealne, nieoczekiwane. I, czy ja wiem: niepokojące?...

– Lekarka w szpitalu powiedziała, że mała da radę, że widać w niej wolę walki, potrzebuje tylko czasu i czułości – mówił dalej Staszek. – To wszystko stało się tak nagle… Nie dość, że był lęk, czy Tylka przeżyje, to jeszcze ta diagnoza. Zresztą na samym początku to nie było takie oczywiste, bo Matylda wyglądała po prostu… inaczej, oryginalnie. Miała oczy jak migdały, jakby się w niej odezwały geny jakichś odległych przodków. Nie z Tatr, tylko z Ałtaju.

„No tak, kiedyś zespół Downa nazywano mongolizmem, właśnie z powodu odmiennie wyglądających oczu, jak u osób rasy mongolskiej”, przemknęło mi przez głowę. W ogóle kiedyś myślano o zespole Downa, że… Tak, to brzmiało niepokojąco.

– To znaczy dla nas tak to wyglądało, bo przecież się nie spodziewaliśmy, nie mamy też odpowiedniej wiedzy medycznej. Lekarze to oczywiście zauważyli. Potem były różne badania i ostatecznie u Matyldy stwierdzono mozaikową postać zespołu Downa, czyli że ten dodatkowy chromosom występuje tylko w części komórek i dlatego nie od razu się zorientowaliśmy, że Matylda jest inna. Zresztą pewnie wiesz, na czym to polega.

Wiedziałam, oczywiście, że wiedziałam. Zespół Downa – diagnoza, której podejrzenie u każdej ciężarnej kobiety wywołuje przyspieszone bicie serca. U mnie też, właśnie w tym momencie. Najpierw ta okropna myśl, że Staszek mnie zdradził, potem wyjaśnienie, że chodzi o siostrę, a nie o kochankę, ale żeby nie było tak prosto, to okazuje się, że siostra ma zespół Downa, a teraz jeszcze nagły lęk, czy moje, czy nasze dziecko jest zdrowe. Nie, nie pomyślałam „czy jest zdrowe”, nie ma się co oszukiwać. Pomyślałam: „czy nie jest upośledzone”. A Staszek mówi: „inna”. Znowu zrobiło mi się duszno. W głowie miałam taki mętlik, że nie wiedziałam, którą myśl najpierw łapać, którą emocję oswajać.

– Zbladłaś – zaniepokoił się Staszek. – Chodźmy do stołu. – Odsunął mi krzesło.

Znowu usiedliśmy. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu minut spadły na mnie emocje, które nawet rozłożone na cały rok i tak dostarczyłyby silnych wrażeń.

– Mama nie miała wybranego imienia. – Staszek wrócił do opowieści. – Ta lekarka powiedziała, że do małej świetnie by pasowało Matylda, bo to imię znaczy „ta, która mężnie walczy”. No i została Matyldą. A imię okazało się prorocze – dodał z lekkim uśmiechem.

– Słuchaj, ja… – próbowałam coś powiedzieć, ale wciąż nie umiałam zebrać myśli. Staszek delikatnie pogłaskał mnie po dłoni.

– Tylka rosła, rozwijała się i mimo wielu obaw było naprawdę dobrze. To znaczy tak dobrze, jak mogło być w tej sytuacji. Większość osób uważa, że zespół Downa to koniec świata, choroba, no, że takie dziecko nie jest normalne.

I tu mnie miał. Nie czułam się na siłach zaprzeczyć, przecież sama tak przed chwilą pomyślałam. Właściwie wciąż tak myślałam. Trochę tak myślałam. Może koniec świata to nie, za mocno powiedziane, ale… Przecież właśnie dlatego robiło się badania prenatalne, szukało tych specyficznych cech, żeby sprawdzić… I ewentualnie… Znowu wróciła obawa o tę lub tego, którą lub którego niedawno powołaliśmy do życia. I o samą Matyldę też. Dziecko do zaopiekowania to już lekki szok. A takie „inne” dziecko…

Staszek albo nie zauważył mojego zmieszania, albo nie chciał go zauważyć. Wyprostował się i mówił dalej:

– Już się wydawało, że wyszliśmy na prostą, kiedy się okazało, że mama ma raka. Matyśka miała wtedy trzy latka i była główną motywacją mamy do życia po operacjach, w czasie chemioterapii i radioterapii. W szpitalu mówili, że inni ludzie z taką diagnozą mają przed sobą góra pięć lat. Mama przeżyła dwa razy dłużej. Mężnie walczyła, dla siebie, dla Tylki, dla mnie. To ona powinna się nazywać Matylda, taki był z niej zawodnik. – Zadrżał mu głos. – W końcu jednak się okazało, że tej walki nie wygra, a Matylda i ja patrzyliśmy, jak dzień po dniu z mamy uchodzi życie.

Wyobraziłam sobie tę scenę. Jak ja bym zniosła tyle nieszczęść? Co czuła pani Skarłatowa, która wiedziała, że umrze i osieroci swoje dzieci, w tym jedno niepełnoletnie i niesamodzielne, a ich ojciec to skończony alkoholik i nie mogą na niego liczyć, raczej będzie dla nich balastem? Moje dziecko było wielkości fasoli, niewiele większe od tej kreski na teście, a już zalały mnie macierzyńskie hormony żalu i smutku.

– Dlaczego mi nie powiedziałeś?! Dlaczego to ukrywałeś? Przecież mieliśmy być ze sobą szczerzy, sam mówiłeś, że szczerość w związku to absolutna podstawa! – Emocje w końcu wydostały się na powierzchnię. Tego jednego wciąż nie potrafiłam zrozumieć. Przecież to tak ważna informacja, jak można było ją przemilczeć? Co chciał zrobić z tą siostrą? Schować ją na strychu? Czego jeszcze nie wiem o Staszku? Czym mnie zaskoczy? Tak, wszyscy jesteśmy ulepieni z tajemnic.

– Chciałem ci powiedzieć, naprawdę. Nie tak od razu, poznawaliśmy się powoli, ty też odkrywałaś kolejne karty pojedynczo… Zresztą tak szczerze – czy to by cię zachęciło do bycia ze mną?

Nic nie odpowiedziałam, co przecież samo w sobie było odpowiedzią. Myślałam, że ta rozmowa ujawni jakieś – brzydkie – rzeczy o Staszku, a tymczasem i ja poznawałam siebie. Z nieoczekiwanej strony.

Staszek pokiwał głową.

– Aż przyszedł taki moment, że już miałem absolutną pewność, że chcę z tobą spędzić życie, że ta nasza miłość to nie krótkotrwały zryw serca, tylko piękne i prawdziwe uczucie na długo. I wydawało mi się, że ty czujesz podobnie.

– Tak było. Znaczy tak jest – potwierdziłam szybko. – Więc co cię wtedy wstrzymało? – zapytałam już bardziej ugodowo.

– Ty – odparł Staszek spokojnie.

– Ja?! Jak ja mogłam cię powstrzymywać, skoro nie miałam pojęcia, że chcesz mi coś takiego powiedzieć? – Wpatrywałam się w niego z niedowierzaniem.

– Pamiętasz, jak przypadkiem znalazłem ten bukiet róż w spiżarni?

– Pamiętam… – Poczułam wyrzut sumienia. Czym jednak był ukryty bukiet wobec faktu posiadania rodzeństwa? – Ale co to ma wspólnego z twoją siostrą? No przepraszam cię, kaliber jest zupełnie inny.

– Bo chciałem ci wtedy wyjaśnić, dlaczego mnie nie stać na takie prezenty. Opowiedzieć o tym, że nie tylko straciłem matkę, ojca właściwie także nie mam, za to mam długi do spłacenia i młodszą siostrę do utrzymania. Siostrę, która wymaga więcej uwagi, miłości, czasu. I kiedy już się zebrałem, że się tym z tobą podzielić, usłyszałem: „We dwoje życie ma inny smak”. To „dwoje” mnie przyhamowało. Nagle się przestraszyłem – nie dość, że biedny, to jeszcze obciążony siostrą z zespołem Downa, którą musi się zająć. Jaki za mnie kandydat na faceta dla dziewczyny z Warszawy, z dobrą pracą, mieszkaniem, mającej bogatego adoratora i dostatnią przyszłość bez problemów przed sobą? – Popatrzył na mnie ze smutkiem w oczach.

– Rany, przecież zupełnie co innego miałam na myśli! Że razem będzie nam lepiej, że się cieszę, że na siebie trafiliśmy! Jak mogłabym ci dać do zrozumienia, że nie zaakceptuję twojej siostry, skoro nawet nie wiedziałam o jej istnieniu?

– Przyznaję, stchórzyłem. Nie byłem dobrze przygotowany do takiej rozmowy. Więc następnym razem już sobie ułożyłem w głowie opowieść. I…

– I?...

– Szliśmy wtedy nad Wisłą, bulwarami. Powiedziałaś, że bardzo się cieszysz, że jesteśmy razem. Że najpierw myślałaś, że jesteśmy jak dwie połówki, jak to przeczytałaś w pamiętniku prababci, która tak pisała o sobie i swoim Staszku, ale potem przyznałaś rację pani Jadwidze, która mówi, że ludzie muszą być „skończonymi” całościami, jednościami i dopiero wtedy mogą stworzyć satysfakcjonujący związek. I jeszcze powiedziałaś, że ty jesteś taką skończoną całością. I że ja też jestem na tym etapie życia. A ja zaprzeczyłem, przypomniałem ci, że przecież jestem uwikłany w wydarzenia, na które nie miałem wpływu, a których efekty nie zniknęły i nie znikną. Miałem na myśli nie tylko dramatyczną historię rodzinną, która już się wydarzyła, lecz także właśnie Matyldę.

 

– I to był świetny moment na taką najszczerszą rozmowę. Miejsce, czas, spokój, atmosfera zaufania, wszystko temu sprzyjało…

– A pamiętasz, co mi odpowiedziałaś?

– Nie… Chyba coś pokrzepiającego? – Nagle straciłam rezon. Czy coś głupiego wtedy palnęłam?

– Powiedziałaś, że przeszłość nas kształtuje, ale nie może nam zabierać teraźniejszości i przyszłości, jakoś tak. I, to już zapamiętałem co do słowa: „Pamiętaj – teraz jesteśmy my. Ja i ty – najważniejsi. Wszystko inne to tylko dodatki”.

– Jezu, Staszek, przecież zupełnie co innego miałam na myśli!

Byłam wstrząśnięta tym, jak łatwo między ludzi może się wkraść niezrozumienie. Drobne niedopowiedzenie, niezadane pytanie i zamiast zbliżenia – oddalenie.

– Widzisz, ja byłem tak zdenerwowany, że od razu wziąłem to do siebie i kolejny raz stchórzyłem, odpuściłem. Przestraszyłem się, że zburzę twoje wyobrażenia o naszej przyszłości i cię stracę. – Staszek rozłożył ręce w geście bezradności.

– Naprawdę tak mnie oceniłeś? Że mogłabym cię zostawić dlatego, że masz siostrę, którą musisz się zająć? – zapytałam i w tym samym momencie poczułam zgrzyt. Nie było co udawać, to nie była wesoła i zachęcająca informacja. Nie potrafiłam, tak jak Staszek, myśleć, że Matylda jest inna, po prostu: inna. Mimo wszystko nie zrobiłabym z tego powodu afery, nie rozmyśliła się, nie odeszła. Nie, na pewno nie, byłam o tym teraz przekonana. „A czy gdybyś się dowiedziała na samym początku, przed ciążą, to czy to by coś zmieniło?”, zapytał niedobry głos w mojej głowie. Każdy ma taki głos, bo każdy ma taki zakątek myśli pomyślanych i niewypowiedzianych, ukrywanych nawet przed sobą. Kiedy się człowiek pilnuje i spina, to te myśli siedzą cicho, gdy się odważa, odkrywa, usamodzielnia i odzyskuje kontakt z własnymi uczuciami, to te myśli wybrzmiewają. I ta wybrzmiała. Nie była miła, ale nie pozwolę się jej rozgościć.

– Pewnie nie, choć chyba sama czujesz, że… – Nie dokończył. – Więc strach był silniejszy. Strach… – Staszek się zamyślił. – Widzisz, to kolejny temat. Niechlubna sprawa, choć z upływem lat jakoś to poukładałem w głowie. Ojciec alkoholik – trudno się kimś takim chwalić, prawda? Kiedy byłem młodszy, zdarzało mi się nawet myśleć, że on może przeze mnie pije. Albo przez matkę, co próbował mi wmówić. Czułem się za niego odpowiedzialny, próbowałem coś zrobić. Ale co może zrobić dzieciak? Albo nawet nastolatek czy młody chłopak. To nie dziecko ma się troszczyć o rodzica, tylko rodzic o dziecko. Teraz to dobrze wiem, z tym się uporałem. Już go nie śledzę, nie wypatruję, czy wraca i w jakim stanie, nie usprawiedliwiam. Żyje na własny rachunek i na własny rachunek umrze. Zostało mi jednak poczucie gorszości. Kiedy dziecko nie dostaje bezwarunkowej miłości i opieki w dzieciństwie, trudniej mu w dorosłym życiu uwierzyć, że na nie zasługuje. Zawsze bardziej się stara. To we mnie siedzi mimo upływu lat i terapii, ta zaburzona wiara w siebie… Zresztą może nie tylko we mnie, bo spójrz, co ta mała karteczka wywołała w twoim sercu. Zwątpienie…

To nie było powiedziane tonem wyrzutu, tylko spokojnego stwierdzenia. I, mój Boże, Staszek miał rację! Przeczytałam i dopowiedziałam sobie wszystko. Rozum, napędzany wspomnieniami, lękami i wciąż jeszcze niską samooceną, wyprodukował bardzo prawdopodobną historię. Oboje zachowaliśmy się podobnie – daliśmy się zwieść własnym ponurym wyobrażeniom.

– Ale wreszcie uwierzyłem w siebie i w nas. I dzisiaj chciałem ci powiedzieć, dlaczego czasem bywam smutny. Dlaczego tak często jeżdżę do Witowa, co mnie tam ciągnie, choć powinienem chcieć uciec od tego miejsca jak najdalej. Po spektaklu, podczas kolacji, chciałem porozmawiać. Tym razem bez lęku, że mógłbym cię stracić. Gdybym tylko wiedział, że znajdziesz ten karteluszek… – Staszek pogładził mnie po policzku.

– Chciałam wyprać twoją koszulę – wyjaśniłam, bojąc się, że posądzi mnie o przeszukiwanie jego kieszeni. Miałam różne wady, ale do szpiegowania bym się nie posunęła. – Karteczka wypadła, a ja ją podniosłam i tak odruchowo, żeby sprawdzić, czy to nie śmieć…

– Matylda mi wsunęła tę kartkę, żebym o niej pamiętał. Tak jakbym mógł zapomnieć… Stawiała te litery z dobre pół godziny, starannie, pieczołowicie.

– Potrafi pisać? – zdziwiłam się. Chyba jednak niewiele wiedziałam o zespole Downa.

– Potrafi. W tym odmienność jej nie przeszkadza. Zresztą, tak jak ci powiedziałem, to wariant mozaikowy zespołu Downa. Matylda nawet chodzi do zwyczajnej szkoły, choć to akurat ma bardzo prozaiczne wyjaśnienie – do szkoły specjalnej nie miałby jej kto wozić, ciotka nawet prawa jazdy nie ma. Dyrektor się zgodził, nie do końca formalnie. I na razie to się udaje, jest bardzo pomocna pani pedagog, ale za chwilę trzeba będzie pomyśleć o innym rozwiązaniu.

– Cóż – postanowiłam już nie przemilczać niczego i niczego nie udawać – moja wiedza o zespole Downa jest dość powierzchowna. To znaczy znam medyczne uwarunkowania, wiem, na czym to polega na poziomie genów, ale jeśli chodzi o codzienność z taką osobą, to chyba mam dość stereotypowe wyobrażenia.

– Że to dramat? – W głosie Staszka nie było złośliwości, powiedział to zwyczajnym tonem.

– Może nie aż tak – odpowiedziałam ostrożnie – ale że to poważna sprawa. Problem. Coś, czego nikt by nie chciał u siebie w rodzinie. – Zaczerwieniłam się, wypowiadając te słowa. – A ty to nazywasz: „odmienność”. Bardzo ładnie mówisz o tym i o Matyldzie.

– To moja siostra, kocham ją.

„To moja siostra, kocham ją”. Tyle – tylko tyle i aż tyle. Tak, miłość potrafi załatwić najtrudniejsze sprawy.

– Stasiu… – rozkleiłam się. To był naprawdę dobry chłopak.

– Teraz już będę wiedział, że jesteś niezwykle wrażliwa. – Objął mnie ramieniem. – Całe szczęście, że nic ci się nie stało. Mogłaś się uderzyć głową o stół, zranić. I to wszystko z powodu głupiego zwitka papieru. A co do Tylki…

– Matko! Z tego wszystkiego zapomniałam o czymś bardzo ważnym! – Gwałtownie się wyprostowałam, przerywając mu. – Zaraz porozmawiamy o Matyldzie, o wszystkim, co z nią związane, tylko najpierw muszę ci coś powiedzieć. Tak dla równowagi, bo ty też nie o wszystkim wiesz. Zdanie z karteczki to niejedyna informacja, która tak mną dzisiaj wstrząsnęła. Kiedy wszedłeś, rozmawiałam z mamą. I dowiedziałam się, że Staszek Morlaczonek żyje.

Oczywiście była również druga informacja, jeśli chodzi o doniosłość, to pewnie jeszcze ważniejsza, nie chciałam jednak, żeby Staszek powtórzył mój los i osunął się z wrażenia na ziemię, więc postanowiłam stopniować napięcie. Tak, Staszek Morlaczonek żyje gdzieś w Anglii. Przede mną zaś stał Staszek Skarłat, który wpatrywał się we mnie, jakby mnie widział pierwszy raz w życiu.

– Masz na myśli tego Staszka od twojej prababci? Tego, co zginął pod Dunkierką?

– Tego samego, z tą drobną różnicą, że jednak nie zginął.

– Ale jak to możliwe? Przecież przyszła wiadomość o jego śmierci. Oczywiście pomyłki nie można wykluczyć, ale toby musiał być wyjątkowo niefortunny przypadek. No i gdyby żył, to chyba dałby jakiś znak? Szukałby twojej prababci?...

Fakt, o tym nie pomyślałam. Zrobiło mi się zimno koło serca. Tak się ucieszyłam z jego nagłego zmartwychwstania, że zupełnie mi nie przyszło do głowy się zastanowić, dlaczego sobie odpuścił prababcię. Czyżby wcale nie był taki super?... Nie, nie, oby tylko nie to, kolejny raz bym nie chciała przeżywać takich emocji.

– Nie mam pojęcia – powiedziałam nagle zbita z tropu. – To rzeczywiście dziwne. Ale na pewno żyje. Jest jednym z Polaków opisywanych w tej książce, którą mama tłumaczy. Może trzeba będzie zetrzeć trochę złota z pomnika, który już zdążyłam mu wystawić? – Posmutniałam.

Staszek milczał. Odezwał się po dłuższej chwili.

– Niekoniecznie. Co innego mi teraz przyszło do głowy. Bo zobacz, kiedy Emilia napisała, że on nie żyje, to nie dowiedziała się tego osobiście, prawda?

– Prawda – przytaknęłam. – Ktoś jednak musiał ją o tym poinformować.

– A może to było tak, że ojciec, który nie przekazywał jej listów od Staszka, tym razem zmyślił taką informację? – Staszek spojrzał na mnie znacząco.

– Ale jak to zmyślił? Chcesz powiedzieć, że ją po prostu oszukał? W takiej sprawie? – Aż mi dech odebrało, gdy pomyślałam, że to jednak możliwe. I w tym przypadku było możliwe. Jan Majewski już udowodnił, że był draniem.

– Robił gorsze rzeczy. Oszustwo przy gwałcie to pestka.

Miał rację. Po tym człowieku można się było spodziewać wszystkiego. Pomysł mamy, by go wyeksmitować z grobu rodzinnego, nie był taki zupełnie chybiony.