Miłość warta wszystkiego

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Miłość warta wszystkiego
Miłość warta wszystkiego
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,85  47,88 
Miłość warta wszystkiego
Audio
Miłość warta wszystkiego
Audiobook
Czyta Ilona Chojnowska
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Prolog


Anka zapamiętała tę scenę tak, jakby oglądała ją w teatrze.

Czterdzieści dwie osoby, idealnie podzielone na dwie grupy – dwadzieścia jeden od niego i dwadzieścia jeden od niej. Najbliżsi z obu stron. Doskonała symetria, absolutna równość, nigdzie więcej, nigdzie mniej. Usiądą naprzeciwko siebie, dopasowani pod względem wieku i rodzaju bliskości – rodzina lub przyjaciółka czy przyjaciel, starsi lub młodsi. Miejsca wskażą im małe kartoniki z ich imionami i nazwiskami, żeby nie było zamieszania, kto obok kogo. Potem dostaną przystawkę, zupę, drugie danie i deser. Potrawy będą zróżnicowane, adekwatnie do diet, chorób, upodobań. Nikt się nie będzie musiał martwić, czy jego sałatka jest wegetariańska, a zupa – bezglutenowa. Ten, kto lubi białe wino, nie dostanie piwa, a ci, co nie piją alkoholu, nie będą mieli przed sobą kieliszków.

Perfekcyjny obiad. Elegancki, choć bez przesadnego przepychu. Z dbałością o szczegóły i o to, żeby każdy poczuł się wyjątkowo. Jasne, najważniejsi są oni – od kilku dni oficjalnie narzeczeni – ale przecież dzisiejsze popołudnie jest po to, żeby tę decyzję obwieścić światu. Patrzcie, słuchajcie, bądźcie naszymi świadkami – kochamy się, jesteśmy ze sobą, a teraz robimy kolejny krok: publicznie oświadczamy, że weźmiemy ślub. Będziecie świadkami przypieczętowania naszej miłości.

Trochę się o to spierali. Nie, żadnych awantur, przykrych słów czy nieprzyjemnego uporu. Nic z tych rzeczy, nie są w końcu tacy młodzi i nieopierzeni, żeby robić aferę z drobnej różnicy zdań. Można się różnić także w ładny sposób.

Ona uważała, że zaręczyny są „intymne”, że to taki czas dla nich, żeby się sobą nacieszyć kameralnie. Przecież i tak wezmą ślub, zrobią przyjęcie weselne, więc rodziny i znajomi się poznają.

On z kolei był zdania, że przyjęcie zaręczynowe to odpowiednie preludium do ich dalszego – sformalizowanego – związku; wprowadzenie do ślubu.

Przekonał ją. Skoro jemu zależy, wszystko lubi mieć zaplanowane i poukładane, to niech tak będzie. Ona wolałaby oszczędzić sobie trudu (organizacja takiego obiadu wymaga jednak zachodu), ewentualnie spontanicznie by coś przygotowała, ale jeśli on się w tym spełnia…? On zaś się ucieszył, że ona potrafi zmienić zdanie, otworzyć się na nowy pogląd.

To dobrze rokuje ich związkowi. Różni, ale w taki fajny, dopełniający się sposób. Mieli szczęście, że na siebie trafili. Oboje nie najmłodsi – no pewnie, że teraz ludzie nie pobierają się na studiach, tylko najpierw się uczą, potem dbają o karierę, a dopiero na kolejnym miejscu jest ślub, ale jeśli chce się mieć dzieci (oni chcą), to trzeba się wyrobić w określonym wieku. Pośpiech jest jednak złym doradcą, można się nieźle sparzyć, gdy się szuka partnera lub partnerki pod desperacką presją czasu. Ba, nawet gdy żadnej presji nie ma, to też nie jest tak łatwo. Dobrać się – to sztuka. I łut szczęścia.

Więc im się trafiło takie spotkanie. I, mimo wspomnianych różnic, wiele podobieństw. Oboje wykształceni, kulturalni, z dobrych domów.

Teraz przyszedł czas, żeby te domy się ze sobą poznały. Co do tego byli zgodni – w tych domach wyrośliśmy, one nas wychowały. Skoro my niedługo będziemy rodziną, to one także. Obie familie połączone młodymi – częścią wspólną.

Oboje kochają swoich bliskich. Dziadków szanują, rodzeństwa nie mają. W tym też są podobni.

Ich rodziny na pewno się polubią i dogadają. Wspólnota środowiska, pochodzenia, wykształcenia – to takie ważne. Zresztą nawet wyglądają na dopasowanych: eleganccy, mili, już się połączyli w małe grupki i zaczynają się poznawać.

Trzecia pięć. Kelner pyta, czy są wszyscy, czy szykować przystawki na ciepło.

Już prawie. Jeszcze tylko jej dziadkowie. Dzwonili, że chwilkę się spóźnią. Zupełnie nieoczekiwany korek, bo raz, że sobota, dwa, że restauracja mieści się w spokojnej, willowej okolicy, gdzie nie ma supermarketów ani innych zakupowych czy rozrywkowych atrakcji, więc droga powinna być pusta. Ponoć wypadek, co by się zgadzało, bo przemknęła karetka na sygnale. Na to nic się nie poradzi, wypadki się zdarzają.

Trzecia dziesięć. Jego babcia spojrzała na zegarek, a potem na wnuka. On się uśmiechnął, ale poprawił perfekcyjnie zawiązany krawat, czyli pewnie lekko się denerwuje, że ten idealny plan trochę się popsuł.

„Kierowca mówi, ze jeszcze pięc minut”, ona odczytuje SMS od babci. Bez dwóch polskich znaków, co znaczy, że babcia również jest zdenerwowana, bo zawsze starannie pisze wiadomości. Bardzo ją kocha, nie chciałaby zawieść wnuczki, a tu takie coś. „Siadajcie, zaraz dołaczymy”. Kolejny zgubiony ogonek.

Trzecia piętnaście. Proszą do stołu. Lepiej zacząć, a spóźnialscy po cichu dołączą.

Goście usiedli. Zostały dwa wolne krzesła. On wyjaśnia, że wakat zaraz będzie obsadzony, i tłumaczy powód spóźnienia. Ona żartuje, że dziadkowie lubią mocne wejścia. Atmosfera doskonała – sympatia i pełna wyrozumiałość gości.

Oni stoją u szczytu stołu, przy swoich krzesłach. Uśmiechają się do siebie. On bierze ją za rękę. Na kartce mają tekst, który chcą powiedzieć. Wspólnie go przygotowali. Jemu szło jak po grudzie, ale co się dziwić, skoro jest ekonomistą, człowiekiem od cyfr, nie od słów. Jej zdania są okrągłe, jak to u humanistki, ale tu potrzeba czegoś specjalnego. Łatwo sprawę zagadać, zgubić sens w natłoku wyrazów. W końcu się im udało – świetne połączenie jego analitycznej zwięzłości i jej literackiego ducha.

On podnosi swój kieliszek i delikatnie stuka w szkło łyżeczką. Kryształowe dzwoneczki przykuwają uwagę. Goście milkną, spojrzenia wędrują w stronę młodych.

– Miłość jest najważniejsza – mówi ona.

– To sens i cel życia. – Teraz on.

Goście się uśmiechają. Takie słowa ogrzewają serca.

Ledwo słyszalne skrzypnięcie drzwi do sali i prawie bezgłośne kroki po miękkiej wykładzinie. Oczekiwani spóźnialscy, jej dziadkowie. Posyła im uśmiech, ręką subtelnie wskazuje, gdzie mają usiąść.

– Rodzimy się z miłości, chcielibyśmy umrzeć, także kochając. – Trochę drży jej głos. Bardzo się starali, żeby nie dopadły ich frazesy, żeby to było szczere i prawdziwe. Tkliwe, ale nie pretensjonalne. I wreszcie znalazła tekst, który trafił ją prosto w serce. Jeanette Winterson, brytyjska pisarka. Kilka mocnych zdań, które zawierają w sobie tyle treści. Dopisali do nich swój wstęp, trochę zmienili stylistykę. Ale zakończenie zostawili, bo jest przejmująco piękne. On, co prawda, uważał, że może trochę zbyt książkowe, takie nieżyciowe, no i jest tam element grozy, który nie pasuje do przyjęcia zaręczynowego, ale ją to zdanie zahipnotyzowało. Skoro tak, zgodził się. To była jego kolej na mały kompromis.

Dziadkowie są już prawie przy stole.

– Więc szukamy miłości. – On przejmuje pałeczkę. – Wyruszamy na wyprawę. Rozglądamy się i nawołujemy. Czasem towarzyszy nam cisza. Czasem się mylimy, nie wiemy, czy słyszymy nasze echo, czy odzew.

– Ale wędrujemy. – Ona patrzy na niego i czuje, jak coś ją w środku ściska. To jednak jest wzruszająca chwila. Cieszy się, że dała mu się przekonać. Podzieli ten ogrom emocji na dwa razy. Lub dwukrotnie je przeżyje. – Poszukujemy. Bo miłość jest najważniejsza. Miłość jest warta wszystkiego. Miłość jest warta…

– O mój Boże! – Tę uroczystą chwilę przeszywa krzyk. Płaczliwy, niekontrolowany, żałośliwy kobiecy głos. – To ty? – Głos jest niepewny i przerażony.

Robi się cicho. Tak cicho, że aż dźwięczy w uszach.

– Ja… – odpowiada męski głos. Oszołomiony. – Ale to przecież… Ty przecież… Ty nie… – Urywa, zdumiony.

– Ty nie żyjesz. – Znowu kobiecy głos, ale inny. Niższy. Twardszy. Niby stwierdzający, ale jednocześnie przepełniony zdumieniem.

– Żyję. I on też żyje. A ty? Czy wy...? To niemożliwe. Nie. Nie. Nie! Czy ty, czy… Jak to się stało...? – Głos milknie, zagubiony. Po chwili jednak wybucha: – Boże, teraz rozumiem! Teraz wreszcie rozumiem. Jak mogłaś?! Och, Boże! Dlaczego? W imię czego? – Głos się łamie, ugina pod ciężarem tych słów. Kobieta zaczyna spazmatycznie szlochać.

– W imię miłości. – Piękne zdanie, ale powiedziane bez emocji. Głos jest sterylny, wyzuty z jakichkolwiek uczuć, podobnie jak twarz tej drugiej kobiety.

Narzeczona wypuszcza kartkę z dłoni. Biały papier sfruwa na kremowy dywan. „Miłość jest warta śmierci. Miłość jest warta życia” – niedoczytane słowa lądują na miękkim włosiu.

Zapada cisza.

Rozdział pierwszy


Sierpień 1939 roku

„Piękno to nie tylko wygląd, to także zapach”, pomyślała Sara, siadając na piasku. Piasek był żółty, drobny, ciepły. Przesypywała go między palcami i wyobrażała sobie, że to nie drobinki skał mineralnych, tylko jego włosy. Miały taki sam kolor – kolor dojrzałego zboża. I chyba też były trochę szorstkie, bo takie grube i lekko pofalowane. Tak jej się wydawało, bo przecież nigdy ich nie dotknęła naprawdę, zawsze jedynie w marzeniach, pod powiekami. Las pachniał późnym latem – nagrzaną ziemią, lekko podsuszonym igliwiem, fioletowymi wrzosami. Przymknęła oczy i położyła się na miękkiej łasze, która wyglądała jak jasny kobierzec rzucony na zielony mech. Piasek delikatnie przyjął jej drobne ciało; mościła się w nim, wtulała w niego jak w jego ramiona. Jego ramiona muszą być takie – silne, a zarazem delikatne. Tu, na ziemi, zapach był mocniejszy – ostrzejszy, jakby bardziej męski. To od rosłych jałowców nieopodal, ale Sara zamiast zgrabnych, wysokich krzewów widziała jego – Jana. Bez fartucha, bo już po pracy, w oliwkowej koszuli z podwiniętymi mankietami. W fartuchu zresztą też pewnie wyglądał przystojnie. Może nawet bardziej, jeżeli to możliwe? Skropił się wodą kolońską, przyczesał gęste włosy i patrzył na nią. Sara powoli podniosła powieki; było późne popołudnie, ale słońce wciąż mocno grzało i zagarniało dla siebie błękit nieba. On właśnie tak się jej przyglądał, to znaczy tak właśnie działało na nią to spojrzenie jego błękitnych oczu – rozgrzewało, porażało, wręcz oślepiało.

 

Och! Nad żółtymi piaskami uniosła się atmosfera różowych nadziei.

Sara i Jan.

Jak to ładnie brzmi! Ona miękko, delikatnie, on – solidnie, mocno. Bardzo się te ich imiona łączą. Oba są hebrajskie: Jan znaczy „Jahwe jest łaskaw”, a Sara to księżniczka.

Sara wciągnęła do płuc nagrzane balsamiczne powietrze. Czuła się jak podczas inhalacji – lekko, rześko, jakby się unosiła nad ziemią.

Sara Flinkierówna i Jan Górski.

Najmłodsza córka Mansa Flinkiera, właściciela dobrze prosperującego pensjonatu Madera w Otwocku, i młody doktor z Warszawy, który pracuje w zakładzie leczniczym Zofiówka. Z wykształceniem i bez pieniędzy.

Żydówka i Polak.

To już nie pasowało tak dobrze. Właściwie – nie pasowało wcale.

Sara widziała Jana dwa razy. Raz, kiedy pomylił domy, i zamiast do ich sąsiadów, państwa Ziębińskich, wszedł do domu jej ojca. Był wtedy wezwany na wizytę do jednego z lokatorów Ziębińskich, który źle się poczuł. Sara otworzyła drzwi i po prostu oniemiała. Nie sądziła, że coś takiego może się w życiu wydarzyć, żeby człowiekowi serce zaczynało trzepotać jak ryba złapana w sieć. Żeby kolana się ugięły – naprawdę to poczuła, jak po zbyt forsownym spacerze nad Świder. On też na nią patrzył. Długo, za długo. A dopiero potem zapytał o jakiegoś pana Zamłyńskiego. A wtedy Sara zobaczyła Marię Mirską, młodą dziewczynę, która mieszkała jako sublokatorka w kamienicy Ziębińskich i która również pracowała w Zofiówce, jako pielęgniarka. Szła w ich stronę, a gdy się dostatecznie zbliżyła, powiedziała: „Panie doktorze, to nie ten dom, to po drugiej stronie ulicy, kawałek dalej”. Wtedy ten mężczyzna wyjął z kieszeni koszuli karteczkę, rozprostował ją i przeczytał: „Żeromskiego 13”. Maria zajrzała mu przez ramię: „Pan Ziębiński tak niestarannie pisze. To miało być 18. Chodźmy, panie doktorze, chory pana potrzebuje”. I poszli. Ale wcześniej ten przystojny mężczyzna znowu na nią spojrzał i się uśmiechnął. Wtedy Sara pomyślała, że to cudowne, że pan Ziębiński pisze gorzej niż jej sporo młodsza siostra. I że koniecznie musi zobaczyć tego doktora jeszcze raz. I kolejny, i znów… Zapytała następnego dnia (specjalnie zwlekała, żeby Maria sobie czegoś nie pomyślała), jak ten chory lokator się czuje. Wcześniej nie kojarzyła jego nazwiska, ale teraz już wiedziała, że to młody mężczyzna, student z Warszawy, którego czasami widywała na ich ulicy. Chyba miły, bo zawsze tak kulturalnie się jej kłaniał. Wysłuchała wieści o ataku woreczka żółciowego, ale niezbyt dokładnie, bo cały czas się zastanawiała, jak zapytać o doktora, żeby nie wzbudzić podejrzeń. Ale Maria, rozmowna, wesoła Maria, sama zaczęła opowiadać o Janie Górskim. Sara wkładała każde zdanie do pamięci. Maria pracowała z nim w Zofiówce, czyli w zakładzie dla nerwowo i umysłowo chorych – dużym osiedlu przy końcu Kochanowskiego. Zakład był żydowski, dla żydowskich pacjentów, ale wśród personelu byli nie tylko Żydzi. Maria trafiła tu dzięki obecnemu dyrektorowi, Stefanowi Millerowi, urlopowanemu terminowo z zakładu psychiatrycznego w Tworkach, gdzie wcześniej pracowała. Jan Górski zaś, młody doktor z Warszawy, zajmował się w Zofiówce chorobami wewnętrznymi.

Sara pomyślała wtedy, że bardzo by chciała widywać go codziennie. Ba, mogłaby nawet zachorować, tyle tylko, że wtedy ojciec wezwałby do niej doktora Kenigsberga, a nie Górskiego.

Jan Górski pojawił się na ich ulicy ponownie następnego dnia po południu. Szedł powoli, jakby się za czymś, a może za kimś rozglądał. Sara wiedziała od Marii, że doktor znów przyjdzie do swojego pacjenta, więc umyślnie się kręciła przy domu, niby to coś porządkując. Kurz z chodnika już kilka razy zmiotła. Kiedy zobaczyła Jana Górskiego, to znowu, jak za pierwszym razem, to samo – miękkie kolana, ciepłe serce. A on się zatrzymał, przywitał, kilka zdań zamienili, ale ich to Sara całkiem nie pamiętała. Pamiętała natomiast, że pomyślała sobie wtedy, iż musi, po prostu musi widywać tego mężczyznę codziennie. A potem – i czy to może być przypadek? – Maria powiedziała, że chorych coraz w Zofiówce coraz więcej i że potrzeba i pielęgniarek, i dziewcząt do pomocy, do przyuczenia. I że może by Sara się zgłosiła, zwłaszcza że to „takie” miejsce. Takie, czyli ich, Żydów.

To było jak drugi rozbłysk. Bo przecież Sara chciałaby gdzieś pracować, to znaczy gdzieś indziej niż w pensjonacie Madera i gdzieś indziej niż w sklepie galanteryjnym lub zakładzie krawieckim, a takie właśnie życie szykował jej ojciec.

Mans Flinkier. Dobry, spokojny człowiek. Prowadzony przez życie wiernością tradycji. Z niechęcią słuchałby o tych nieśmiałych marzeniach Sary. Nie taką przyszłość by dla niej widział. Siostra w zakładzie Zofiówka, gdzie tyle ludzkiego nieszczęścia, cóż to za pomysł, wykluczone, na pewno by tak powiedział. Los przez niego wyznaczony miał na imię Jakub i mieszkał niedaleko, na tej samej ulicy. To środkowy syn Ludwika Lublinera, tego od sklepu i zakładu właśnie.

Sara wyobrażała sobie siebie wśród bal z kolorowymi materiałami albo przy drewnianych szufladach z nićmi i tasiemkami. I tak od teraz, przez całe życie, z przerwami na rodzenie kolejnych dzieci. A tego, jak te dzieci na świat sprasza, razem z Jakubem – niskim, ciemnookim, chudym, nieśmiałym i nigdy się nieuśmiechającym młodym mężczyzną, to już całkiem sobie nie wyobrażała. Jego zapach, jego włosy, jego ramiona nie miały nic z tego uroku i tajemniczości otwockich lasów w okresie nabrzmiałego lata. Nie, one były jak listopad – ciemne, niezachęcające, zasnute mgłą duszących dymów z komina. Od takiej pogody chce się uciec, nie brnąć przez rozmokły śnieg, nie stawiać kołnierza przed wiatrem i nie mrużyć oczu z powodu żrącego dymu. Wtedy, w takim czasie, człowiek marzy tylko o tym, żeby znowu było ciepło, żeby świeciło słońce, żeby lekki wiatr znad Świdra przynosił rześki zapach.

I dlatego Sara uciekała w myślach od Jakuba do Jana. Już coraz śmielej mówiła ojcu, że nie chce, za Jakuba nie pójdzie. O pracy w Zofiówce jeszcze nie mówiła, o Janie Górskim tym bardziej. Znała rodzinną historię: siostra matki sama sobie wybrała męża. Żyda, z porządnej, ale biednej rodziny. Długo się starali o akceptację dziadka, który w końcu powiedział córce: „Jeśli tak cię kocha, to daję mu siedem lat, żeby stworzył ci godziwe warunki do życia. To próba dla waszej miłości i jego zapału”. Wytrwali, są razem już ponad dwadzieścia lat, mają czworo dzieci. Sarze zawsze się wydawało, że te siedem lat to bardzo długo. Teraz myślała, że to wieczność. Do tego ten wybranek był Żydem, czyli jednym z nich. A Jan? Jan był gojem, mężczyzną spoza narodu Izraela. Taka miłość, takie małżeństwo to było dla pobożnych Żydów coś niedopuszczalnego, niemożliwego, grzech nawet mówić. Sara pamiętała taki przypadek, jeszcze z czasów, kiedy mieszkali w Warszawie. Mieli sąsiadów, Lieblingów. Ojciec, matka, trzy córki. Ta najstarsza była śliczna i wesoła. I nagle zniknęła. Liebling powiedział, że umarła. Rzeczywiście, przez siedem dni siedział w domu na niskim taborecie, przy zasłoniętych lustrach, nie zapalał światła, a potem, przez kolejne trzydzieści dni nadal się nie golił, nie wkładał nowych ubrań. Żałoba taka, jak należy, ale pogrzebu nie było. Sara miała wtedy dziesięć lat i nic z tego nie pojmowała. Mama, pytana o Zoję Lieblingównę, tylko wzdychała. Dużo później Sara się dowiedziała, że Zojka wcale nie umarła, to znaczy nie umarła dla świata. Wręcz przeciwnie – żyła, tak jak pragnęła. Zakochała się w młodym Polaku, oficerze, i z nim uciekła. Dla jej ojca to było tak, jakby stracił córkę. Dla niego ona już nie żyła. A jak zachowałby się ojciec Sary…? Kochał ją, swoją córkę. Ale tradycja była najważniejsza.

Ojciec Sary widział, że coś się w niej zmieniło. To znaczy najpierw się domyśliła mama; matki tak mają, że wiedzą o swoich dzieciach więcej niż ojcowie. Jakimś magicznym wprost sposobem, niezwykły magnetyzm duszy wykorzystując, przeczuwają, widzą, słyszą to, co niepowiedziane i ukryte. Nie może to być na podstawie własnych wspomnień z młodości, dawnych doświadczeń, bo przecież ojca i matkę połączyła swatka, tak to kiedyś było. I dalej być powinno, twierdził ojciec. Matka milczała, ale patrzyła na Sarę tak, że Sara czuła jej wsparcie w sprawie odrzucenia kandydatury Jakuba Lublinera. Rodzice może i przeczuwali, że Sara ku innemu swoje serce zwraca, ale że to ktoś taki jak Jan Górski, to na pewno by nie pomyśleli. Coś takiego nigdy się w ich rodzinie nie zdarzyło – taka pomieszana polsko-żydowska miłość. Zresztą w ich rodzinie miłość nigdy się nie mieszała – była prosta i oczywista. Starannie wybrana, wypracowana i umacniania wraz z mijającymi latami.

Jan zaś…

On też na nią tak patrzył; tylko dwa spotkania, ale te spojrzenia były takie… znaczące. Było w nich trochę matczynej troski i czułości, ale był i całkiem nowy, silny błysk – coś takiego, czym tylko mężczyzna może kobietę obdarzyć. Młody mężczyzna pragnący młodej kobiety. Do rozmów, spacerów, spotkania spojrzeń, pocałunków, przytuleń i…

Och! Coś ją chyba ugryzło, jakaś mrówka zabłąkana w cieniu jej dekoltu.

Sara gwałtownie się zerwała, nerwowo zanurzyła drobną dłoń w bawełnianym staniku. Świat, z onirycznej, łagodnej i ciepłej perspektywy poziomej nagle postawiony do pionu, zakołysał się kształtami, zawirował, błysnął mroczkami pod jeszcze nie do końca uniesionymi powiekami.

Sara wreszcie wydobyła małą zbłąkaną mrówkę spomiędzy sperlonych potem piersi. Strząsnęła ją z palców na piasek; czarna kropka zniknęła w żółtym morzu.

Nie chciała jej zrobić krzywdy; szanowała cały świat ożywiony – od młodych gałązek przez kwiaty, pszczoły po większe stworzenia. Wszystko, w czym krążą soki żywotne, ma prawo do spokojnej egzystencji.

Ten nagły zryw wyrwał ją z marzeń wprost do rzeczywistości.

Spojrzała w niebo – nadal było niebieskie, ale, nie wiadomo skąd, zasnute pajęczą siecią chmur, które wyglądały jak rozciągnięta wata albo cieniutka gaza. Słońce wciąż grzało, ale już przymglone, pozbawione blasku, jakby postarzałe.

„Taki teraz czas”, pomyślała Sara, przypominając sobie poranne rozmowy rodziców. Między zachwytami nad piękną końcówką sierpnia a uwagami na temat wakacjuszy powracały pytania o najważniejsze – będzie wojna czy jej nie będzie? Niby w Warszawie jakieś przygotowania, kopanie rowów, gdzie by się można chować na wypadek bombardowania, mobilizacja, ale to wszystko wydawało się Sarze takie nierealne. Przecież nie tak miało być, przecież dopiero co się kraj pozbierał po poprzedniej wojnie. Zresztą Niemcy, co wszyscy mówią, taki kulturalny naród, a kulturalni ludzie nie napadają, nie grabią i nie mordują.

A jednak te napisy, co się ostatnio pojawiły na plakatach w Otwocku, te artykuły, w których autorzy postulują, żeby miasto „odżydzić”… To się dzieje. I to ich sąsiedzi, znajomi, inni Polacy robią.

Więc może rozsądniej by było przyjąć, że różne złe rzeczy mogą się wydarzyć, starać się na nie przygotować, choć nie bardzo wiadomo jak. Ojciec już jakiś czas temu mówił, że może by się przenieść, iść stąd, ale dokąd? Gdzie by im było dobrze?

Sara by i tak zresztą nie poszła. Zostałaby tutaj, bo tu jest Jan. Och, jak on jej wszedł w głowę i serce! Nigdy by nie przypuściła, że jest zdolna do takich emocji.

Więc na razie, mimo tych chmur, unoszącego się wśród sosen niepokoju, będzie się karmić nadzieją, w niej będzie szukać otuchy.

Miłość – to jest najważniejsze. Dla niej warto się nie bać, ona chroni przed lękami.

A Sara się właśnie zakochiwała.