Taniec pszczółTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

To, co działo się przez kolejne godziny, trudno opisać słowami... Dowodzący akcją oficer dał personelowi medycznemu niecały kwadrans na opuszczenie szpitala. Po swoje rzeczy mieli wrócić o szóstej, już po zachodzie słońca. Ktokolwiek próbował protestować, opierać się, tłumaczyć, że chorych psychicznie pacjentów – zwłaszcza dzieci, których oddział znajdował się na pierwszym piętrze – nie można zostawić samych, był brutalnie bity. Siostrę oddziałową zrzucono ze schodów. Została jedynie garstka pielęgniarzy, którym nakazano spędzić pacjentów na podwórze. Tylko im pozwolono włożyć ciepłe okrycia. Chorych wypędzano tak jak stali – półnagich, w piżamach, boso – w srogą mroźność styczniowego dnia.

Pierwsze strzały dosięgnęły dwóch księży, którzy po obiedzie postanowili przejść się dookoła budynku. Resztę tamtego popołudnia pamiętam jak zły sen. Nie wiem, co wydarzyło się naprawdę, a co było jedynie projekcją mojego umysłu. Upiorność obrazów zatarła granicę pomiędzy prawdą a wyobrażeniem, choć nie wiem, czy jakikolwiek umysł byłby zdolny wykreować podobne sceny.

Najgorsze były dzieci. Krzyczały, piszczały, wyrywały się, płakały. Te, które umiały mówić, wołały matki, inne wydawały z siebie pełne rozpaczy dźwięki w niczym nieprzypominające ludzkiej mowy, gdy karabiny maszynowe wyrzucały w ich kierunku kolejne pociski. Tego dnia rozstrzelano ponad czterystu pacjentów, w tym blisko dwadzieścioro dzieci. Zmierzchało i robiło się coraz zimniej, więc ciała zrzucono na dwa stosy. Pielęgniarze nie wrócili do domów. Zamknięto ich w szpitalu. Rankiem włosy jednego z nich, niewiele starszego ode mnie, były całkiem białe. Przez kilka kolejnych dni sprzątali szpital, zmywając krew, wydzieliny i resztki mózgów tych, którymi jeszcze tak niedawno się opiekowali.

Hoche podpisał stosowne dokumenty. Ja nie potrafiłem pojąć, po co zabrał mnie ze sobą.

Przez wiele tygodni wszędzie widziałem lśniące czerwienią kałuże, znaczące iskrzącą się w porannym świetle biel śniegu. W nocy ścisnął mróz. Rzucone na stos, skąpane we krwi zwłoki przymarzły do siebie, tworząc lodowy kopiec. Gdy żołnierze zaczęli rozrąbywać je siekierami na mniejsze części, zemdlałem. Kiedy znów się obudziłem, leżałem w łóżku w lazarecie lubelskich koszarów. Ktoś musiał czuwać nad moim snem, ponieważ w kilka minut po tym, jak odzyskałem przytomność, Hoche stanął przy moim łóżku.

– Nikomu ani słowa o tym, co widziałeś – rozkazał i choć nie zagroził mi żadnymi konsekwencjami, wiedziałem, że będę milczał.

Milczałem nawet wtedy, gdy podczas wakacji jedna ze znajomych mojej matki w zaufaniu wyznała jej, że zamierza wysłać swoją chorą córkę na leczenie do Irrenanstalt Cholm. Rozważała tylko, czy cena nie jest zbyt wysoka i czy to nie strach posyłać córkę aż tak daleko, prawie pod granicę Generalnej Guberni i Związku Radzieckiego. Matka przekonywała ją, że przecież postanowienia paktu Ribbentrop-Mołotow funkcjonują bez zarzutu i nie ma się czego obawiać; że tam jest lepsze powietrze, zmiana otoczenia także zwykle korzystnie wpływa na pacjentów chorujących na nerwy, a wreszcie – że przecież nie istnieje zbyt wysoka cena za zdrowie dziecka. Po tych słowach wstałem od stołu, poszedłem do łazienki i zwymiotowałem. Nie wróciłem już do salonu, tłumacząc się złym samopoczuciem. Tej nocy, by zasnąć, musiałem łyknąć aż cztery tabletki ze słoika otrzymanego od Alfreda Hochego. Następnego ranka ojciec wezwał mnie do swojego gabinetu. Wciąż byłem lekko otumaniony snem i zażytymi lekami, gdy wymierzył mi siarczysty policzek.

– Miałeś milczeć! – krzyknął. Nigdy nie widziałem go tak zdenerwowanego. Nie rozumiałem, co się dzieje. – Pamiętasz, co mówił ostatnio w radio Führer?

Skinąłem głową, dotykając dłonią policzka. Czułem pulsowanie krwi pod skórą. Delikatne mrowienie. Pamiętałem. Oczywiście, że pamiętałem. Jak niemal wszystkie przemówienia Wodza. Jeden z nauczycieli doradził nam, byśmy zapisywali najważniejsze słowa Hitlera usłyszane przy różnych okazjach, tak by można było sięgać do nich w wolnych chwilach, rozważać zawartą w nich głęboką mądrość.

– „Moja nauka jest twarda. Z młodych siłą usunąć trzeba wszelką słabość. Wyrosną młodzieńcy, na widok których świat się skurczy. Bezlitośni, dominujący, brutalni – takich właśnie pragnę” – powtórzył ojciec, wyraźnie wymawiając każde słowo, jakby w ten sposób chciał wyryć przesłanie Wodza w duszy swego syna. Nie było to potrzebne, bo i tak znałem je na pamięć.

Nie mogłem jednak nic poradzić na to, że zacząłem się moczyć w nocy. Gdy pewnego dnia ojciec przyłapał mnie w łazience na praniu prześcieradła, rzuciłem jakąś pikantną uwagę, chcąc zasugerować, że plamy na pościeli są jedynie owocem erotycznych snów, ale mi nie uwierzył. W moim imieniu zawnioskował o przeniesienie. Nie wróciłem do Lublina. Nigdy więcej nie spotkałem Alfreda Hochego.

Odkładam pistolet na stolik nocny. Wkładam cywilne ubranie. Nie jestem już godny nosić munduru. Spoglądam w lustro, lecz zamiast własnego odbicia znów widzę jej oczy wpatrzone we mnie. Trudno wytrzymać to spojrzenie na jawie, lecz i we śnie nie jest wiele łatwiej.

Zawsze patrzyła na mnie jakoś inaczej. Nie było to jedno ze spojrzeń, do których przez kolejne lata wojny zdążyłem się już przyzwyczaić. W Generalnej Guberni niemal wszyscy nas nienawidzili, a na tych, których spojrzenia nie były wrogie, należało uważać.

Jej czarne oczy spoglądały bez wyrzutu czy nienawiści. Zdawało mi się, że dostrzegam w nich spokój i – jeśli to możliwe – zaciekawienie. Jakby te oczy chciały zadać pytanie, dlaczego tu jestem, czego chcę. Czemu, mając wybór, robię to, co robię. Nigdy nie poznałem kogoś tak doskonale pogodzonego z losem jak ona.

Do getta otwockiego przyjechałem u progu lata. Zamknięta dzielnica żydowska zakleszczona między torami była drugą co do wielkości w dystrykcie warszawskim. Znajdowała się na podium szlachetnych działań przywódców Rzeszy, niezmordowanie dążących do oczyszczenia świata z żydowskiego robactwa. Getto traktowane było jako jedno, choć składało się z trzech części, każdej ogrodzonej własnym drutem. Pierwszy z dwóch mieszkalnych obszarów leżał pomiędzy ulicami Kupiecką i Górną, drugi w obrębie ulic Słowackiego, Warszawskiej i Samorządowej.

Tę część, w której miałem pracować – usytuowaną w kwadracie ulic Świerkowej, Klonowej, Żeromskiego i granic jednej z miejskich posesji – niektórzy żartobliwie nazywali gettem kuracyjnym. Na tym terenie znajdowały się bowiem żydowskie lecznice, szpitale, a także sanatoria. Na pobyt tutaj należało uzyskać skierowanie od lekarza miejskiego. Wielu Żydów specjalnie o nie zabiegało, sądząc, że ludzi chorych z pewnością traktuje się lepiej niż zdrowych.

„Dzielnica żydowska. Niemcom i Polakom wstęp wzbroniony”, przeczytałem na tablicy, gdy samochód wiózł mnie ku Zofiówce. Szpital psychiatryczny, nazwany imieniem fundatorki, stanowił serce getta kuracyjnego.

Na bramie sprawdzają nam dokumenty. Wokół panuje spokój. Drzewa szumią kojąco, ptaki śpiewają. Idealne miejsce, by powrócić do życia.

– Heil Hitler! – rozbrzmiewa wśród soczystej zieleni drzew.

Ta zieleń jest oślepiająca. Wszechobecna. Wypełnia serce i umysł. Uśmiecham się do siebie.

– Heil Hitler! – odpowiadam z tylnego siedzenia.

Przepełnia mnie zadowolenie. Pokonałem własne słabości, odzyskałem siły. Uśpiłem demony. Wojna wymaga ofiar od wszystkich. Bohaterstwo jednych naznacza ich ciała oparzeniami, brakiem kończyn, bliznami po odniesionych ranach. Obrażenia takie jak moje pozostają niewidoczne dla oczu. Nauczyłem się jednak znosić je z godnością. Są przecież symbolami mojej walki o ostateczne zwycięstwo. Teraz znów wracałem do pracy na rzecz Rzeszy. Dla mojego Führera.

Jak wiele podobnych instytucji, Zofiówka także położona jest w wyjątkowo urokliwym miejscu. Gęste krzewy zakrywają poszarzały mur, obsypane liśćmi korony drzew niczym parasol rozpościerają się nad terenem wokół budynku szpitala. Podnoszę głowę. Promienie słońca migoczą wesoło wśród listowia. Znów jest pięknie.

Moja praca była prosta. Miałem preparować mózgi zmarłych pacjentów, które następnie przesyłane będą do placówek neuropatologicznych w Niemczech, głównie do tych, w których prowadzone są badania nad rasą. Słowem – polecono mi szykować kolejne eksponaty, na których przyszłe pokolenia adeptów sztuki lekarskiej będą zdobywały wiedzę. Kontakt z żyjącymi pacjentami miałem mieć ograniczony. Tłumaczyli to zagrożeniem tyfusem, ale ja wiedziałem, że mój ojciec zadbał o wszystko. Ma mnie za słabego. Nie ufa mi. Nie chce wystawiać mnie na kolejną próbę, ryzykować, że spotkanie z pacjentami otworzy ledwie zabliźnioną ranę w mojej duszy.

– Czytał pan kiedyś Tuwima? – spytała, wsuwając głowę przez okno.

Wzdrygnąłem się. Przez ostatnie tygodnie przywykłem do samotności. Nie rozmawiałem prawie z nikim. Rano samochód przywoził mnie do Zofiówki, wieczorem wywoził z getta do małego mieszkania w Otwocku. Tego samego, w którym znajduję się teraz.

Mówiła po niemiecku bez cienia naleciałości jidysz czy polskiego. W pierwszym odruchu chciałem zapytać, gdzie się tego nauczyła, ale wiedziałem, że mi nie wolno. Nigdy więc nie poznałem odpowiedzi. Milczałem, patrząc po raz pierwszy w jej lśniące czarne oczy.

Zwinnie niczym wiewiórka przecisnęła swoje wątłe ciało przez otwarte okno i wślizgnęła się do środka. Poderwałem się z miejsca, wyprostowałem, ale ona nic sobie z tego nie zrobiła. Była chorą Żydówką, zamkniętą w getcie. Najwyraźniej przekroczyła granicę, za którą nie miała się już czego bać.

– Jego mama miała na imię Adela – kontynuuje swoją opowieść. Wciąż nie mam pojęcia, o czym mówi.

Stoję przepisowo wyprostowany, a moja twarz pozostaje doskonale obojętna. Na stole leży oddzielona od ciała głowa, częściowo ogolona z włosów. Właśnie zamierzałem zdjąć z niej wierzchni płat skóry.

 

– Adela Tuwim z domu Krukowska. Krukowska z domu. Krukowska. Krukowska – powtarza. Widocznie tak ujawnia się jej choroba.

Boję się, że nadchodzi atak. Chciałbym na nią spojrzeć, ale brak mi odwagi.

– Adela to bardzo piękne imię. Germańskie – dodaje po chwili. Nie mam pojęcia, skąd to wie, ani tym bardziej dlaczego to mówi, i co w ogóle robi w mojej samotni. – Mogłabym się tak nazywać...

Przemknęło mi przez myśl, że chciałbym poznać jej imię. Nie przedstawia mi się jednak. Oddycham z ulgą. Poznanie czyjegoś imienia jest przecież namiastką znajomości, a ja nie chcę, nie mogę mieć z nią nic wspólnego.

– Gdybym ją spotkała, zapytałabym, jak to jest nosić w sobie życie warte życia.

Zimny dreszcz przebiega mi po plecach. Nie wiem, czy powiedziała to świadomie, czy jest to jedynie zbieg okoliczności. Coś jednak podpowiada mi, że granice jej świata sięgają dużo dalej niż moje, że ta niepozorna Żydówka widzi, słyszy i wie więcej...

– Jestem ciekawa, czy przeczuwała, kim okaże się jej syn – ciągnie tymczasem dziewczyna. – Moja ma... – Głos jej się łamie, nie może wykrztusić tego słowa.

Rozumiem ją. Ja też nie mogę, ilekroć jestem daleko od matki.

– Ze mną od początku było wiadomo – podejmuje znów po chwili. Nie tłumaczy jednak, niczego mi nie wyjaśnia. Spoglądam w dół na jej nogi, dostrzegam wykrzywione stopy kaleki i natychmiast domyślam się wszystkiego. – Ale ty jesteś doskonały.

Czuję na sobie jej zachwycone spojrzenie. Wstydzę się przyznać, jak bardzo mi pochlebia. „Przecież to Żydówka” – upominam się w myślach ze wstrętem.

– Chcę cię dotknąć – oświadcza nagle. Nim zdążyłem zareagować, wyciąga rękę i wsuwa mi w dłoń swoją.

Powinienem był ją odepchnąć. Porwać w górę i cisnąć nią o pokrytą kafelkami posadzkę. Przyszłoby mi to bez najmniejszego trudu. Byłem pewien, że jest lekka, jakby nic nie ważyła. Zamiast tego stałem jednak i trzymałem za rękę nie dziecko i nie kobietę, lecz istotę, której życie uznano za niewarte życia. Dziewczynę napiętnowaną kalectwem, pochodzeniem, wyznaniem, wojną i trudnym do opisania pięknem.

Gdy wypuściła moją dłoń, zrobiło mi się smutno. Tymczasem ona wcisnęła się w drzwiczki nieopodal głównego wejścia do pomieszczenia, w którym się znajdowaliśmy, i zniknęła bezszelestnie. Dłuższy czas trwałem w bezruchu, nadal czując ciepło jej dłoni na palcach. Powinienem czym prędzej rzucić się do umywalni. „Żydzi są brudniejsi od karaluchów, przenoszą choroby i zarazki” – słyszałem w głowie wiedzę wpajaną mi przez lata. Lecz ja nie czułem strachu, a jedynie ciepło wokół serca wywołane bliskością drugiego człowieka.

Od tamtej pory widywałem ją codziennie. Niekiedy wsuwała się do środka, czasem tylko zaglądała przez okno. Ani razu się do niej nie odezwałem, ale w końcu musiałem przyznać się przed samym sobą, że lubiłem słuchać tych dziwacznych zlepków jej myśli. Często opowiadała o innych pacjentach. O Jakubie, któremu wydaje się, że jest ptakiem. Od niedawna przywiązują go do kolumny na środku sali, ponieważ już kilka razy stawał na parapecie okna i machając ramionami, próbował odlecieć. O Esterze, która widzi twarze swoich córek w misce z zupą. Ilekroć podają jej jedzenie, usiłuje wsadzić głowę w wyimaginowany portal i przeniknąć do owego innego świata, w którym są jej bliscy. O starym Marku z zajęczą wargą, który nie umie wprawdzie mówić, ale wspaniale gwiżdże. Widziałem ich wszystkich oczami wyobraźni. Znałem ich.

Odkąd się pojawiła, zabieram do pracy więcej jedzenia. Mojej gospodyni tłumaczę, że to przez całodniowe zajmowanie się zwłokami.

– Zapach świeżego mięsa wzmaga apetyt – mówię ze spokojem, a ona wzdryga się z obrzydzeniem i nie pyta o nic więcej.

W porze, o której zwykle przychodzi, wykładam posiłek na talerz i przykrywam ściereczką, żeby nie obsiadły go muchy. Gdy po raz pierwszy zobaczyła na moim stole jedzenie, jej oczy rozbłysły, lecz ku mojemu zdziwieniu odwróciła wzrok i nie powiedziała ani słowa na ten temat. Dopiero gdy sam podsunąłem jej talerz, rzuciła się łapczywie na chleb i ser, choć jedząc, ani na chwilę nie przestawała mówić. Na koniec w skupieniu z iście laboratoryjną dokładnością zebrała okruszki i je także zjadła.

Nocami leżałem w łóżku czysty i syty po obfitej kolacji i rozmyślałem o mojej nowej znajomej. Nie potrafiłem określić natury naszej relacji. Wiedziałem jedno – miałem do czynienia z człowiekiem, a to podawało w wątpliwość wszystko, czego kiedykolwiek się nauczyłem. W moim wnętrzu zapanował chaos. Coraz trudniej było mi skupić się na pracy. Zrobiłem się nieuważny. Popełniałem kolejne błędy, zbyt pochłonięty spoglądaniem przez okno i zastanawianiem się, kiedy znów do mnie przyjdzie. Nie interesowałem się tym, co działo się na zewnątrz, w Zofiówce, w getcie otwockim, w Generalnej Guberni, na świecie. Dziewczyna o czarnych oczach szczelnie wypełniała moje myśli, nie pozostawiając miejsca na nic innego.

Dziewiętnastego sierpnia nad ranem zaczęło się zamieszanie. Strażnik przy bramie Zofiówki nie chciał wpuścić mnie na teren szpitala. Dopiero gdy spytałem go, czy ma rozkaz, aby mnie zatrzymać, ustąpił. Byłem pewien, że zapomniano wydać takie rozporządzenie. W ogóle o mnie zapomniano. Odesłałem kierowcę przy bramie i wyjątkowo postanowiłem przejść ostatnie kilkadziesiąt metrów piechotą.

Przed budynkiem panowało pandemonium. Pacjenci, nawet ci, którzy dotąd wydawali się pozbawieni kontaktu ze światem, najwyraźniej wyczuli, że dzieje się coś niezwykłego, bo zachowywali się jak zwierzęta wiezione na rzeź. Wyli, rozdzierali ubrania, tłukli głowami o ściany, kołysali się w przód i w tył albo na boki, drapali, klaskali nerwowo. W cisnącej się masie bez trudu rozpoznałem Jakuba, Esterę, starego Marka i innych, o których tyle mi opowiadała. Wiedzieli, że grozi im niebezpieczeństwo. Nawet zwierzęta zawsze to wiedzą. A to przecież byli ludzie! Co do tego nie miałem już żadnych wątpliwości, choć ta pewność sprawiała, że z trudem patrzyłem w oczy innym żołnierzom. Pacjenci, którzy mieli większą świadomość i kontakt z osobami z getta mieszkalnego, błagali, żeby wysłano ich do transportu. Kobiety obnażały piersi i robiły lubieżne miny. Mężczyźni zapewniali, że zapłacą ukrytym złotem lub kosztownościami. W jednej chwili zrozumiałem wszystko. Strzępy informacji, które docierały do mnie w ostatnich dniach, ułożyły się w jedną logiczną całość. Akcja „Reinhardt”. Likwidacja getta.

Poczułem, że kręci mi się w głowie. Świat miał wprawdzie inną dekorację, lecz obrazy były te same. Jedynie biel została zastąpiona zielenią. Stałem, nie mogąc się poruszyć. Nie byłem pewien, czy w ogóle oddycham. Pot spływał mi po plecach. Wtedy ją zobaczyłem.

Stała z boku, a jej spokój przyciągał uwagę. Kątem oka dostrzegłem, że dowódca skinieniem głowy wskazał ją jednemu z żołnierzy. Miała dołączyć do kolumny idącej na dworzec.

– Ja się nią zajmę – powiedziałem, odzyskawszy nagle władzę nad własnym ciałem. Wciąż nie wiedziałem jednak, co i dlaczego zamierzam zrobić.

Dowódca spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem. Wiedziałem, że nie kojarzy mojej twarzy, ale to było bez znaczenia. Miałem blond włosy, niebieskie oczy, niemiecki mundur. Skinął głową. Było mu wszystko jedno, byle cała operacja przebiegła sprawnie i zgodnie z procedurami, nade wszystko zaś – by rachunek się zgadzał.

Podszedłem do niej. Popatrzyliśmy na siebie. Musiała zrozumieć, co ją czeka, bo odwróciła wzrok i spojrzała w niebo. Był słoneczny letni poranek. Przed nią powinny być jeszcze tysiące takich poranków... Wystawiła twarz do słońca, przymknęła powieki i uśmiechnęła się, a potem otworzyła oczy.

– Ocalisz mnie – powiedziała.

To nie było pytanie czy prośba. W jej głosie nie dało się wyczuć nawet cienia wątpliwości, a przecież wiedziała równie dobrze jak ja, że nic nie mogę zrobić. Bez słowa poszła za mną, po drodze muskając dłonią zielone liście na krzewach, jakby była tylko dziewczyną na beztroskim letnim spacerze.

– Do transportu? – spytał jeden z żołnierzy. Widział, że jest młoda, silna i fizycznie zdrowa na tyle, na ile w tych warunkach było to możliwe. Nadawała się do pracy dla Rzeszy w obozie koncentracyjnym.

Pokręciłem głową. Rzucił mi zdziwione spojrzenie. Z trudem wytrzymałem jego wzrok.

– Rozkaz – wykrztusiłem, starając się zapanować nad głosem.

Miał brzmieć obojętnie i służalczo. Miał to być głos syna Hitlera. Dla pewności wzruszyłem jeszcze ramionami.

Patrzył na mnie chwilę, ale nic nie powiedział. Ruchem głowy wskazał miejsce, w którym gromadzono Żydów, i odszedł. Nie byłem w stanie zrobić kroku. Moje ciało odrętwiało z przerażenia zmieszanego z rozpaczą. Musnęła dłonią moją dłoń. Było to tak delikatne dotknięcie, że dłuższy czas nie miałem pewności, czy to dotyk ludzkiej skóry, czy jedynie powiew wiatru, a potem sama dołączyła do pozostałych Żydów.

Ustawiano ich pod ścianą grupami. Stu ośmiu chorych i trzech lekarzy w białych kitlach, niczym w mundurach. Jak żołnierze – do końca wierni swej sprawie. Niektórzy padali od pierwszego strzału. Innych trzeba było dobijać, konali w mękach. Nieświadom, co robię, sięgnąłem do kabury. Patrzyłem jej prosto w oczy, gdy pociągałem za spust. Wiedziałem, że nie chybię. Byłem znakomitym strzelcem. Uśmiechnęła się jeszcze, chcąc dodać mi otuchy. Odrzut był silny. Przez ułamek sekundy pozostawała w powietrzu, jakby jakaś siła unosiła ją ku górze. Do nieba, jeśli istnieje niebo i jeśli w nie wierzyła.

Nosiłem broń, lecz nie miałem prawa wykonywać wyroków. Tym zajmowało się SS, nie lekarze. W raporcie napisali, że strzeliłem, bo uciekała. Skłamali, żeby chronić moje życie. Życie niewarte życia.

Przyprowadzono kilku Żydów z transportu. Podeszli do Zofiówki, a ja dostrzegłem w ich oczach mieszaninę nadziei i strachu. Pewnie liczyli, że uda im się pozostać w getcie kuracyjnym, zamiast jechać do obozu. Rzeczywistość znana, choćby i najkoszmarniejsza, jest przecież zawsze lepsza od nieznanego. Dopiero po chwili uderzyła ich panująca wokół cisza. Widziałem, że zaczynają się bać. Skryty wśród drzew budynek zdawał się idealnym miejscem egzekucji. Zaraz przekonali się jednak, że ta została już wykonana, a ich zadaniem jest zrobić porządek. Wygłodzeni ludzie z trudem podnosili zwłoki, mimo to w wyznaczonym miejscu rósł stos ciał. Było gorąco. Stary Żyd z sępim nosem, który wyglądał jak z ilustracji w moich szkolnych podręcznikach, padł na ziemię. Pewnie tylko zemdlał, ale nikt nie miał czasu się tym przejmować. Widać było, że nie jest zdatny do pracy. Jego życie nie miało zatem już żadnej wartości. Dwóm jego towarzyszom polecono, by i jego rzucić na stos. Ten, który płynną niemczyzną próbował prosić, by pozwolono mu ocucić starego, dostał cios w brzuch. Jęknął, zgiął się wpół, zachwiał się, ale nie upadł. Chciał żyć. Parę minut później to właśnie on niósł jej ciało. Komar – tego lata było ich tu szczególnie dużo – przysiadł na jej gładkim czole. Gdy mężczyzna przechodził obok mnie, miałem ochotę wyciągnąć rękę i odgonić insekta z jej zastygłej twarzy. Głowa zwisała, jakby była źle przyszyta. Oczy miała otwarte. Martwe też zdawały się patrzeć tylko na mnie.

Zaciskam powieki. Znów widzę jej oczy. Zatapiam się coraz głębiej w pustkę. Alfred Hoche powtarzał nam, że oni nie są ludźmi, a jedynie wydmuszkami istot ludzkich, ale to nieprawda. To ja jestem skorupą.

Jej spojrzenie nie pozwoli mi zapomnieć o tym, że zawiodłem w godzinie próby.

Dla żołnierza niemieckiego nie ma większego zaszczytu niż oddać życie za Hitlera. Swoje, nie cudze. Zostałem wychowany na śmierć. Nie boję się jej. Muszę umrzeć za Führera. Muszę umrzeć, by zetrzeć plamę na honorze rodziny. By mój ojciec, matka, moje siostry, z których jedna ma już pięcioro dzieci, a druga trójkę, mogli tworzyć Tysiącletnią Rzeszę.

Naraz przed oczami staje mi obraz z czasów dzieciństwa. Mam pięć lat. Siedzimy przy stole. Ojciec, ja i moje starsze siostry uczesane jednakowo w warkoczyki przewiązane na końcu dużymi zielonymi kokardami. Ojciec czyta gazetę. Na pierwszej stronie widnieje twarz Adolfa Hitlera, wtedy jeszcze nikomu nieznanego młodego człowieka. Nadchodzą święta, więc za chwilę będziemy wspólnie robić zabawki na choinkę. Mama stawia na stole talerz z przygotowanymi wcześniej wydmuszkami. Wyciągam rękę i prędko chwytam jedną z nich. Skorupka pęka mi pod palcami. Kruszy się. Chrzęści. Zniekształca. Rozprostowuję dłoń i wybucham płaczem. Matka klęka przy mnie.

– Z wydmuszkami należy obchodzić się z ostrożnie – tłumaczy łagodnie, biorąc kolejną skorupkę w dwa palce. – Są bardzo delikatne.

– Zbyt delikatne, mamo – mówię głośno. – Mamo...

Huk wystrzału. Zapada ciemność. Pozostają jej oczy.