O Wojtku z planety UranTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Agnieszka Dydycz, Antoś Oniśko

O Wojtku z planety Uran

Opowieść dla dzieci od lat 4 do 100+

Warszawa 2021

Spis treści

Rekomendacje

O Wojtku z planetu Uran

List Antka do dzieci

Słowniczek folsko - polski

Słowniczek polsko - folski

O Autorach

O Fundacji Pomóżmy Dzieciom

Rekomendacje

Chciałbym spędzić na planecie Uran długie wakacje razem z Wojtkiem i moimi wnukami: Aaronem, Mają, Adasiem, Jadzią, i dorosłą już Leną. Każdy z nas czasem czuje się … kosmitą. Lepiej mieć wtedy obok siebie bliskie osoby. Andrzej Seweryn

Czy na pewno masz czas? Bo od tej książeczki trudno się oderwać. Jacek Santorski

Olę wciągnęło! Ma ponad sto książek, a niezmiennie wybiera „O Wojtku z planety Uran” i czyta wszędzie. Mama Oli (lat 8)

Drodzy Dorośli, Drodzy Rodzice, rozmawiajcie ze swoimi dziećmi, a przede wszystkim słuchajcie ich i ich opowieści bardzo uważnie. Nie spodziewacie się nawet ilu ciekawych rzeczy możecie się dowiedzieć i jak bardzo może Wam się to przydać w Waszym dorosłym życiu! Blog, Akademia 5.10.15

Naukowcy z Uniwersytetu Stanowego Ohio obliczyli, że 5-latkowie, którym rodzice czytali codziennie pięć książeczek, usłyszeli w swoim życiu ok. 1,5 miliona słów więcej niż dzieci, którym w ogóle nie czytano. Booklips.pl

Kupując tę książkę wspierasz podopiecznych Fundacji Pomóżmy Dzieciom, KRS 0000130515.


O Wojtku z planety Uran


Była jesień.

Liście na drzewach mieniły się złociście, a kasztany i żołędzie turlały się wesoło po zielonym mchu. Las błyszczał w słońcu i przypominał wycinankę z kolorowego papieru.

Nagle...

Powiał wiatr, powietrze zahuczało, zabuczało i na jednej z polanek wylądował mały statek kosmiczny. Okrągły i żółto-zielony podskakiwał na mchu jak wielka plażowa piłka. Wreszcie natrafił na wystający korzeń i się zatrzymał. Kolorowa powłoka rozsunęła się na boki, a ze statku wysiadł ktoś nieduży, zielony i ubrany w kosmiczny kombinezon. Wyglądał na zdziwionego i mocno zaspanego. Ten ktoś nazywał się Wojtek i przyleciał na Ziemię aż z planety Uran, a to bardzo daleka droga.


– Gdzie ja jestem? – zapytał głośno sam siebie i rozejrzał się uważnie dookoła.

Wojtek miał sześcioro bystrych oczu, dwie pary uszu i jedną buzię, która potrafiła oddychać w każdej atmosferze. Na czubku głowy sterczało mu sześć rozczochranych antenek. Były bardzo ważne, bo ich głaskanie pomagało w rozwiązywaniu różnych problemów. W ogóle Wojtek był znakomicie przygotowany do międzyplanetarnych podróży. Miał długie zwinne palce – po dwanaście u każdej ręki i cztery mocne nogi, które twardo stąpały po każdej planecie. I jeszcze szybciej biegały.

– Zjadłbym coś pysznego i dzobar ziemskiego – westchnął Wojtek w swoim języku, który nazywał się folski.

Najpierw jednak musi ukryć swój statek w zacisznym miejscu. Tak uczył go tata. Wojtek wyciągnął ze statku specjalną zatyczkę i cierpliwie poczekał, aż z kuli zrobi się płaski placuszek. Dopiero wtedy złożył go w kosteczkę i schował w dziupli. Pamiętał też, żeby na drzewie zrobić specjalny tajny znak z zielonego glutka. W ziemskim lesie było kosmicznie dużo drzew, a on nie chciał zgubić swojego statku. Lubił podróże, ale jeszcze bardziej lubił wracać do domu, na Uran. Zatyczki do statku również nie chciał zgubić, więc włożył ją do lewej kieszeni kosmicznego kombinezonu i zasunął suwak. Tam będzie bezpieczna.

Wojtek odetchnął głęboko ziemskim powietrzem. Był gotowy na zwiedzanie planety Ziemia. I chyba bardzo głodny, bo cały czas burczało mu głośno w zielonym brzuchu.

Może to ziemska grawitacja tak działa, pomyślał naukowo i ruszył na poszukiwanie pożywienia. Zrobił cztery odważne kroki w głąb lasu, gdy nagle jedna z jego nóg na czymś stanęła. Zaciekawiony spojrzał w dół i od razu dostrzegł brązowe lśniące kuleczki. Leżały sobie spokojnie na zielonym na mchu, jakby czekały, aż ktoś je znajdzie.

– Niam! – oblizał się po folsku.

Wojtek podniósł z mchu dwie najbardziej lśniące kuleczki, powąchał, a nawet ugryzł.

– Błefuj! Ohyda – skrzywił się.

Szybko wypluł nadgryzione kuleczki. Z wrażenia przypomniał sobie nawet ich ziemską nazwę: kasztany. Niejadalne, zapisał sobie w głowie Wojtek i głodny ruszył w dalszą drogę.

Po pięciu krokach i małej ziemskiej chwilce, dostrzegł w trawie nieduże zielone wałeczki w czapeczkach.

– Jejo, jakie słodkie – zachwycił się po folsku. – Ciekawe, czy smaczne?

Wojtek szybko się uczył i za drugim razem był o wiele ostrożniejszy. Podniósł zielony wałeczek z ziemi i leciutko dotknął końcem języka.

– Błefuj! – jęknął zawiedzony.

Czy na tej planecie nie ma nic do jedzenia, pomyślał rozczarowany. Kasztany i żołędzie na pewno się do tego nie nadawały!

Wojtek zrobił się jeszcze bardziej głodny, lecz dzielnie ruszył dalej. Warto było, bo już po dwóch krokach zrobionych czterema nogami, zobaczył ziemskie grzybki. Dorodne, w pięknych kapeluszach o smakowitym złoto-brązowym kolorze, rosły sobie wesoło pod drzewkiem.

Wojtek obejrzał je dokładnie z każdej strony i zerwał dwa najładniejsze. Powąchał je, a nawet polizał.

– Złenie! – ucieszył się po folsku.

Otwierał właśnie buzię, żeby odgryźć kawałek złotego kapelusza, gdy nagle usłyszał przestraszony okrzyk.

– Stój! Nie rób tego! Te grzybki są surowe!

Wojtek zastygł z ręką z grzybkiem przy otwartej zielonej buzi.

– Kto tu jest? – zawołał, a jego brzuszek zaburczał głośno do rymu.

– Ja – odezwał się ten sam głosik, choć tym razem o wiele ciszej.

– Kto ja? – zapytał zaciekawiony Wojtek.

Spojrzał jedną parą oczu w prawo, drugą w lewo i pod krzaczkiem zobaczył małe ziemskie zwierzątko w szarym futerku, z długimi uszami.


– Ja, króliczek Perliczek – przedstawiło się zwierzątko. – Mieszkam w lesie od urodzenia i wiem, że nie-zwierzątka nie mogą jeść grzybków na surowo. Muszą je ugotować. Albo usmażyć.

– Usmażyć? A co to znaczy? – zainteresował się Wojtek i posłusznie odsunął kapelusz grzybka od swojej kosmicznie głodnej buzi.

Króliczek Perliczek wyraźnie nabrał odwagi, bo podszedł bliżej i stanął na tylnych łapkach.

– To znaczy, że potrzebne jest ognisko. I jeszcze patelnia – wyjaśnił.

– Jejo – zmartwił się Wojtek po folsku. – Ja nie mam tych rzeczy. Nawet nie wiem, jak wyglądają...

Króliczek Perliczek podrapał się łapką za uszami.

– Ja wiem! – ucieszył się. – Widziałem to kiedyś u ludzi!

Wojtek chciał zapytać króliczka o ludzi, gdy nagle przypomniała mu się mama. Dwa razy przypominała mu przed odlotem, żeby zawsze mówił dzień dobry. I dziękuję, i proszę, i do widzenia. Oczywiście, w języku planety, na której wyląduje.

Na wspomnienie mamy Wojtkowi zrobiło się ciepło i miło. Pogładził swoje antenki i uśmiechnął się przyjaźnie do króliczka.

– Dzień dobry, Perliczku – powiedział. – Nazywam się Wojtek i przyleciałem z planety Uran. Aha, i dziękuję – dodał poważnie.

– Witaj na Ziemi, Wojtku! – odpowiedział równie poważnie króliczek i zastrzygł długimi uszami.

Wojtek poczuł się oficjalnie powitany na planecie Ziemia, ale jego brzuszek chyba o tym nie wiedział i znowu zaburczał z głodu. A może to było na powitanie? W każdym razie, ciągle był pusty.

Za to głowa Wojtka była pełna pytań.

– Perliczku, czy ludzie to mieszkańcy Ziemi? – zapytał zaciekawiony.

– Jakby ci to wyjaśnić... – zamyślił się króliczek. – Tak, ludzie to mieszkańcy Ziemi, ale nie jedyni. Na naszej planecie są jeszcze rośliny, no i my, zwierzątka. A ludzie hałasują, brudzą i myślą, że zawsze mają rację. Mama nie pozwala mi się z nimi bawić.

To nie brzmiało zbyt zachęcająco, lecz Wojtek był zbyt ciekawy i głodny, żeby się przestraszyć.

– Poszukajmy tych ludzi, Perliczku – zdecydował. – Proszę... Może dadzą nam ognisko i patelnię do usmażenia moich grzybków?

Wojtek się rozmarzył, gdy tymczasem jego zielony brzuszek znowu głośno zaburczał. Nic dziwnego, jadł przecież bardzo dawno temu, na Uranie.

Ciekawe, czy ludzie też tak burczą, zastanawiał się Wojtek po folsku, uspokajając brzuszek głaskaniem.

 

W tym czasie, króliczek Perliczek zebrał całą swoją króliczą odwagę.

– Pomogę ci ich odnaleźć, Wojtusiu – zaproponował. – W naszym lesie jest polana, na której ludzie lubią się spotykać. Mama nie pozwala mi tam kicać, ale przecież nie zostawię cię samego!

– Kujędzie, Perliczku – podziękował Wojtek po folsku. – A gdy kiedyś przylecisz na Uran, wtedy ja się tobą zaopiekuję. Obiecuję!

Króliczek Perliczek poczuł się dumny i odważny, ale jednego był pewien: o tej przygodzie nigdy nie opowie swojej mamie. Nie chciał, żeby się o niego martwiła...

– W drogę! – zawołał i pierwszy pokicał przez zarośla.

Wojtek schował grzybki do prawej kieszeni swojego kosmicznego kombinezonu. Dokładnie zasunął suwak, a potem szybko pobiegł za króliczkiem. To właśnie w takich sytuacjach przydawały mu się cztery nogi i sześcioro oczu.

Nagle...

Króliczek stanął na tylnych łapkach i czujnie zastrzygł uszami.

– Wojtusiu, poczułem zapach ludzi i słyszę ich głosy – wyszeptał. – Teraz musimy być bardzo cicho. Nie wiemy przecież, czy nas polubią.

Wojtek kiwnął antenkami na znak, że zrozumiał i w ciszy podkradli się na brzeg polanki. Ostrożnie wyjrzeli zza gęstego krzaczka jeżyn i zobaczyli leśną polanę, a na niej - najprawdziwszych Ziemian. To chyba była rodzina. Dwa dorosłe osobniki siedziały przy drewnianych stołach, a jeden mniejszy biegał i skakał dookoła nich.

– Co robimy? – wyszeptał króliczek. – Trochę się jednak boję...

Wojtek pogładził się po antenkach.

– Wiesz co, Perliczku? Dalej pójdę już sam. W końcu to ja przyleciałem na Ziemię i ja jestem głodny – zaproponował odważnie, chociaż w środku on również trochę się bał.

Nigdy wcześniej nie rozmawiał z Ziemianami, ale mama mówiła, że do odważnych należą planety. Musi spróbować!

Króliczek Perliczek spojrzał na Wojtka z podziwem.

– Ależ ty jesteś dzielny, Wojtusiu! Ja cały trzęsę się ze strachu. No i nie znam ludzkiego języka – wyznał nieśmiało. – Poczekam tutaj na ciebie, dobrze? Ale gdyby coś ci groziło, od razu pobiegnę po pomoc!

Wojtek uśmiechnął się do króliczka i raz jeszcze dotknął swoich antenek, aby dodać sobie odwagi. Dopiero wtedy wyszedł zza krzaczka, przebiegł przez polankę i stanął przed ludźmi.

– Dzień dobry – powiedział wolno i wyraźnie w ziemskim języku. – Nazywam się Wojtek i przyleciałem z planety Uran. Ziemia bardzo mi podoba, ale jestem u was bardzo głodny. Znalazłem grzybki i króliczek Perliczek mówi, że muszę je usmażyć. Czy macie patelnię i ognisko? Proszę – dodał, przejęty tym, że po raz pierwszy w życiu rozmawia z Ziemianami.

Ziemianie chyba go zrozumieli, a ten najmniejszy przestał biegać i skakać.

– Dzień dobry – odpowiedział, podchodząc do Wojtka z uśmiechem na buzi. – A ja nazywam się Antek, mam pięć lat i mieszkam tutaj, na Ziemi, z rodzicami. Mój tata umie rozpalić ognisko i usmaży ci grzybki. Ja nie mogę się jeszcze bawić zapałkami...

– Co to są zapałki? – zainteresował się Wojtek. – Czy też są do jedzenia?

Antek roześmiał się głośno i znowu podskoczył.

– Nie, zupełnie nie – wytłumaczył już poważnie. – Zapałki to takie małe patyczki do rozpalania ognia i tylko dorośli mogą ich używać – przerwał, żeby spojrzeć błagalnie na tatę. – Tatusiu, pomożemy Wojtkowi? Proszę, proszę...

Tata Antosia wstał z ławki. Stał, patrzył i zaniemówił z wrażenia, jak to się mówi na Ziemi. Może dlatego, że pierwszy raz w całym swoim dorosłym życiu spotkał przybysza z planety Uran? W ogóle z innej planety, do tego głodnego i o imieniu Wojtek.

Wreszcie tata zrobił głęboki wdech i przemówił.

– Witamy na Ziemi, panie Wojtku. Zaraz rozpalę ognisko i usmażę pana grzybki. I jeszcze nasze kiełbaski. Ale... czy jada pan mięso? – zapytał i dopiero wtedy zrobił głośny wydech.

Wojtek spojrzał na niego zdziwiony. Na jego planecie jadano wszystko, a kasztanów i żołędzi na szczęście na Uranie nie było!

– Ja wszystko jadam – zapewnił uroczyście. – Za wyjątkiem takich brązowych kuleczek i zielonych wałeczków, które znalazłem u was w lesie.

Tata Antosia pokiwał ze zrozumieniem głową i zabrał się za rozpalanie ogniska. Wtedy z ławki poniósł się drugi dorosły osobnik. Był nieco mniejszy od taty Antosia, ale o wiele ładniejszy i bardziej kolorowy. Miał dłuższe włosy i wcale nie wyglądał na zdziwionego. Podszedł do Wojtka i uśmiechnął się przyjaźnie.

– Dzień dobry – powiedział miłym głosem. – Ja jestem mamą Antosia i cieszę się, że mogę cię poznać, Wojtku. Może usiądziesz z nami przy stole? Serdecznie zapraszamy.

– Kujędzie – podziękował Wojtek po folsku.

Usadowił się wygodnie na ławce, a wtedy mama Antosia podała mu kubek z sokiem jabłkowym.

– Niam, chapy!– zachwycił się Wojtek po folsku. – To znaczy pycha. Mokry i słodki.

W kosmicznym tempie wypił ze smakiem sok i jeszcze oblizał kubek. Buzię też. I wtedy przypomniał sobie o króliczku.

– Czy... – zaczął niepewnie – czy mój przyjaciel króliczek Perliczek może do nas przyjść? To on mnie do was przyprowadził i teraz czeka tam, pod krzaczkiem.

Wojtek nie chciał zdradzić kryjówki Perliczka, więc tylko kiwnął ręką z dwunastoma palcami w kierunku lasu.

– Oczywiście! Króliku, zapraszamy do nas! – zawołała głośno i przyjaźnie mama Antosia.

Króliczek Perliczek usłyszał jej wołanie i chociaż nie znał ludzkiego języka, zrozumiał zaproszenie. Przykicał najszybciej, jak potrafił i przycupnął pod ławką.

Antek najwyraźniej wiedział, co króliki lubią najbardziej. Bez wahania wybrał z piknikowego koszyka najpiękniejszą marchewkę i podaj ją Perliczkowi.

– Ja też lubię marchewki – zwierzył się cicho. – Ale nie tylko takie bez skórki, całe gładkie, obrane obieraczką.

Króliczek Perliczek nic nie odpowiedział, bo nie znał ludzkiego języka. Poza tym, na Ziemi każdy wie, że z pełną buzią się nie mówi!

Tymczasem, tata Antosia rozpalił ognisko i rozpoczął smażenie. Na patelni zaskwierczało, zasyczało i w całym lesie zapachniało pysznym jedzeniem.

Brzuszek Wojtka znowu głośno zaburczał.

– Jejo, to ja! – zawstydził się po folsku jego właściciel.

Na szczęście, tata Antosia skończył właśnie smażenie. Ostrożnie zdjął patelnię z ognia i podał Wojtkowi talerz pełen ziemskiego jedzenia. Były tam dwa smażone grzybki, jedna pieczona kiełbaska i okrągła bułeczka. I jeszcze dwie kolorowe pachnące plamki: czerwona i żółta.


– Smacznego – powiedział tata. – Mam nadzieję, że będzie panu smakowało, panie Wojtku.

Wojtek nie mógł się powstrzymać i zanim jego talerz znalazł się na stole, on już zdążył ugryźć kawałek bułeczki.

– Kujędzie – podziękował po folsku i z trochę pełną buzią, bo na jego planecie nikomu to nie przeszkadzało. – Ale ja nie jestem żaden pan... Ja jestem po prostu Wojtek i mam dopiero sto pięćdziesiąt lat.

– Ile?! – wykrzyknęli wszyscy Ziemianie naraz, również zapominając o pełnych buziach. – Na Ziemi to jest bardzo, ale to bardzo dużo! U nas tak długo żyją chyba tylko żółwie!

Wojtek parsknął śmiechem, gdy zobaczył w swojej głowie, a raczej – głowopedii, zdjęcie ziemskiego żółwia. Czyżby był do niego podobny? No, może trochę, ale tylko z zielonego koloru i czterech nóg!

– U nas, na Uranie, sto pięćdziesiąt lat to dużonie – wyjaśnił po folsku. – To znaczy niedużo. To będzie tyle, co... – Wojtek przerwał, spojrzał na swoje dwadzieścia cztery palce, po czym sprawnie na nich policzył. – To będzie tyle samo lat, co pięć lat na Ziemi – dokończył.

Antek aż podskoczył z wrażenia.

– Ja też mam pięć lat! – ucieszył się. – To znaczy, że jesteśmy tak samo duzi i możemy się razem bawić! Chcesz, Wojtusiu?

Wojtek bardzo chciał, ale nie wiedział, jak odpowiedzieć. Miał w buzi smażoną kiełbaskę, kawałek ogórka, pół pysznej bułki i kawałek smażonego grzybka. Kiwnął więc tylko swoimi antenkami, ale Antek zrozumiał go bez słów. Będzie miał nowego kolegę!

Przez chwilę, na leśnej polanie słychać było tylko chrupanie i mlaskanie, a te odgłosy na każdej planecie brzmi podobnie. Wojtek skończył pierwszy, bo on zawsze jadł z kosmiczną prędkością i lubił mieć pełny brzuszek.

– Kujędzie. To było pyszne! – podziękował po folsku i wstał od stołu.

Nie był już głodny, ale wcale nie było mu wesoło. Ci mili Ziemianie wkrótce odjadą do swojego domu, króliczek Perliczek pokica do swojej mamy, a on zostanie w lesie.

Wojtek westchnął po folsku i wyszedł na środek polany. Antenki smętnie opadły mu w dół, a on myślał jedynie o tym, że za chwilę znowu zostanie sam. Samiutki na planecie Ziemia...

Antek ponownie zrozumiał go bez słów. Podrapał się po nosie i po głowie, i już wiedział, co powinien zrobić. Podniósł się z ławki, stanął przed swoimi rodzicami i popatrzył im odważnie w oczy.

– Mamo, tato... Czy Wojtek może pojechać z nami do domu? Proszę... – poprosił cicho. – On jest taki sam, samiutki na Ziemi. Musimy się nim zaopiekować! – dodał z przekonaniem.

Rodzice spojrzeli na siebie, mrugnęli, a dopiero potem popatrzyli na Antosia. Poważnie i również prosto w oczy.

– Zgoda, ale pamiętaj synku, że Wojtek będzie pod twoją opieką. To ty będziesz za niego odpowiedzialny. Dobrze? – powiedziała mama, głaszcząc go po głowie.

– Dobrze! Obiecuję! Będę! – zapewniał z mocą Antek i już biegł w stronę Wojtka.

Skakał i wołał:

– Wojtusiu, pojedziesz z nami do naszego domku! I zamieszkasz ze mną w moim pokoju, i będziemy się razem bawić! I pokażę ci Ziemię, i w ogóle wszystko ci pokażę!

– Komiciezna! – ucieszył się po folsku Wojtek i także podskoczył.

Szybko się uczył, więc od razu zrozumiał, że podskakiwanie to ziemski zwyczaj służący do okazywania radości.

– Rrahu! Pojadę do ziemskiego domu! – cieszył się po folsku, a po ziemsku skakał razem z Antkiem.

Wojtek miał ochotę podskoczyć jeszcze dwa razy, gdy nagle przypomniał sobie o króliczku Perliczku. Czy on również będzie mógł pojechać do ziemskiego domu?

Króliczek nie znał ludzkiego języka. Miał za to zwierzęcy instynkt i domyślił się wszystkiego.

– Nie martw się o mnie, Wojtusiu – powiedział, wychodząc spod ławki. – Moim domem jest las i ja zostanę tutaj. Poczekam na ciebie i popilnuję twojego statku. Widziałem, gdzie go ukryłeś... – wyznał trochę jakby zawstydzony.

– Kujędzie, Perliczku. To znaczy dziękuję i niedługo wrócę – obiecał Wojtek i znowu podskoczył z radości.

Kosmicznie nefaj było to ziemskie podskakiwanie! To znaczy fajne. Koniecznie musi je pokazać swoim kolegom na Uranie!

Rodzice Antosia nie skakali, ale zabrali się do sprzątania. Jedzenie spakowali do koszyka, a pozostałe po pikniku resztki i zużyte serwetki włożyli do wielkiego niebieskiego worka. Wyraźnie się spieszyli, szczególnie tata Antosia.

– Wojtek, Antek, jedziemy! – zawołał donośnym głosem.

Zupełnie jak mój tata na Uranie, pomyślał Wojtek. Zawsze dokądś się spieszy...

Wojtek pomachał króliczkowi Perliczkowi na pożegnanie i pobiegł pomóc pakować bagaże. Dla jego dwudziestu czterech palców to był świetna zabawa!

– Też bym tak chciał – westchnął do siebie Antek.

Dla jego dziesięciu małych ziemskich palców, sprzątanie to była ciężka praca, a nie żadna zabawa! Szkoda, że dorośli czasem o tym zapominali.

Na koniec tata Antosia sprawdził, czy dobrze ugasił ognisko, a potem wsiedli do samochodu i odjechali.


Jazda samochodem bardzo się Wojtkowi spodobała. Pierwszy raz podróżował ziemskim pojazdem i nic nie musiał robić! Mógł sobie siedzieć wygodnie na tylnym siedzeniu, jeść pyszne ziemskie żelki, wyglądać przez okno i rozmawiać z Antosiem.

– Co to jest? To z wielką paszczą? – pytał i pokazywał palcami. – A to w łaty, co skubie zielone? A to duże brązowe z długimi włosami na głowie i na pupie? A to, co to robi? Dlaczego kopie dziurę w ziemi?

Antek był z siebie bardzo dumny, bo znał odpowiedzi na wszystkie pytania nowego przyjaciela z planety Uran.

– To jest koparka, to krowa, a to koń. Krowa daje mleko, które trzeba pić, żeby mieć zdrowe kości. Koparka pracuje na budowie, a koń to zwierzę pociągowe, które ciągnie. Ale nie wiem co – wyjaśniał cierpliwie.

 

Wojtek słuchał i patrzył, i coraz bardziej podobało mu się na planecie Ziemia. Wyglądała zupełnie inaczej niż Uran i była bardziej kolorowa. Może dlatego, że miała bliżej do Słońca? Wojtek czytał trochę o Ziemi w swojej głowopedii, ale międzyplanetarna podróż była taka długa, że zasnął ze zmęczenia. Nie o wszystkim zdążył się dowiedzieć i dlatego teraz miał tak dużo pytań

Wojtek otwierał buzię, żeby zadać kolejne, gdy nagle z ubrania taty Antosia rozległa się skoczna melodyjka: talii, tataaa, tatiiii.

Dla Wojtka było to bardzo interesujące, lecz tata Antosia nie wyglądał na zaskoczonego. Sprawnym ruchem wyciągnął z kieszeni kurtki małe płaskie pudełko, przyłożył je sobie do ucha i zaczął do niego mówić.

– Jejo! – zachwycił się Wojtek po folsku. – Co to jest?

– To jest smartfon. Nasz ziemski wynalazek do rozmawiania na odległość – wyjaśnił z dumą Antek.

– Ciekawe... – westchnął Wojtek i poruszył swoimi antenkami. – My na Uranie nie mamy smartfonów.

Tata Antosia skończył właśnie swoją rozmowę na odległość. Schował pudełeczko do kieszeni i odwrócił się do Wojtka z uśmiechem.

– Nie martw się, Wojtku. U nas na Ziemi też dopiero niedawno wynaleziono telefony komórkowe – powiedział z przekonaniem. – Jestem pewien, że wkrótce i wam się uda.

Wojtek nic nie odpowiedział, tylko zachichotał po folsku:

– Hi, hi, hi...

Zabrzmiało to zupełnie jak ziemskie chichotanie i Antek nie mógł się powstrzymać. Po chwili chichotali razem, po ziemsku i po folsku, bo śmiech jest zaraźliwy na każdej planecie.

Wojtek opanował się pierwszy.

– A jak się skorzysta z tego waszego wynalazku? - zapytał zaciekawiony.

Tata Antosia ponownie wyciągnął smartfon z kieszeni i odwrócił się do Wojtka, żeby po kolei wszystko mu objaśnić.

– To bardzo proste, Wojtku. O, tu, z tej listy wybierasz, do kogo chcesz zadzwonić – pokazał palcem na ekranie. – Albo wystukujesz numer telefonu z klawiatury, o tak. Na koniec dotykasz tej zielonej słuchawki i już. Ty dzwonisz, ja odbieram i rozmawiamy – podsumował.

Tata był dumny z siebie, że wyjaśnił działanie telefonu komórkowego przybyszowi z innej planety. Ciekawe, czy koledzy z pracy mu uwierzą, gdy im jutro o tym opowie!

Wojtek pokiwał antenkami na znak, że zrozumiał i wtedy... telefon taty zaśpiewał ponownie: talii, tataaa, tatiiii.

– Halo, słucham – odebrał tata.

– Dzień dobry, mówi Wojtek. Dzwonię z samochodu, z tylnego siedzenia.

Tata Antosia odsunął telefon od ucha i spojrzał na Wojtka zdziwiony.

– Ooo, aaa... Ale jak? – z wrażenia zaczął się jąkać. – Jak ty to zrobiłeś, Wojtusiu?!

Wojtek uśmiechnął się szeroko.

– Dla mnie to wiznałat! To znaczy łatwizna – wzruszył ramionami. – Wystarczy, że pomyślę, z kim chcę rozmawiać i o czym, a wtedy ten ktoś odbiera i rozmawiamy.


– Ale super! – zachwycił się Antek. – Czy do mojej mamy też możesz zadzwonić, Wojtusiu?

Wojtek nie odpowiedział, lecz z torebki mamy Antosia rozległa się skoczna melodyjka: tralala, tralalala, tralali.

– Cudowne! Też bym tak chciała... – rozmarzyła się mama. – Jednak wybacz Wojtusiu, że nie odbiorę. Prowadzę teraz samochód i nie chciałabym spowodować wypadku.

Mama Antosia uśmiechała się radośnie, lecz tata na zachwyconego nie wyglądał. Miał ogromną ochotę zapytać Wojtka jak to się robi, ale nie zdążył, bo dojechali.

Wojtek pierwszy wyskoczył z samochodu i zafascynowany wpatrywał się w różowy dach domu.

– Jejo – wzdychał po folsku. – Jaki piękny żórowy kolor! To znaczy różowy. Taki sam kolor ma mój ulubiony ocean na Uranie!

– Ocean? Nie wiedziałem, że na Uranie są oceany – ożywił się tata, zapominając o rozmowie przez telefon, ale bez telefonu. – A czy ten wasz, hmm... żórowy ocean jest duży? Czy jest słony? A jak się nazywa? – dopytywał.

Wojtek ucieszył się, że teraz on może opowiedzieć Ziemianom o swojej planecie.

– Nasz ocean nie jest duży. Nazywa się City, bo to po folsku znaczy tyci – wyjaśnił. – Jest za to bardzo głęboki i pysznie słodki. Smakuje trochę jak wasze żelki.

Wojtek oblizał się na wspomnienie ziemskich cukierków, które jadł w samochodzie.


– Słodki jak żelki? – zdziwił się Antek. – Na Ziemi woda w morzu jest słona i mama nie pozwala mi jej pić.

– Błefuj – Wojtkowi przypomniały się ohydne kasztany z lasu.

Antek miał na szczęście zupełnie inne skojarzenia.

– Różowy ocean musi być pycha! – podskoczył. – Aż zgłodniałem. Zjadłbym coś, a ty, Wojtusiu?

Wprawdzie miał dopiero pięć lat, ale był bardzo odpowiedzialny i poważnie traktował rolę opiekuna Wojtka na Ziemi.

– Komiciezna – ochoczo zgodził się Wojtek po folsku. – Ale najpierw muszę... To znaczy chciałem, umyć ręce.

Zanim zasnął podczas swojego lotu na Ziemię, zdążył przeczytać o wstrętnych małych wirusach i zarazkach. Według głowopedii Wojtka te żyjątka znajdowały się dosłownie wszędzie i roznosiły straszliwe choroby. Dlatego właśnie Ziemianie często myli ręce wodą i mydłem.

Antek odetchnął z ulgą. Kamień spadł mu z serca, jak mawiała jego babcia. On również chciał umyć ręce, ale głupio mu było przypominać o tym gościowi z innej planety. A teraz mógł zaprowadzić Wojtka do łazienki i wszystko mu pokazać.

– To jest kran, to mydło, a to ręcznik – tłumaczył. – Tylko uważaj, Wojtusiu, bo woda w kranie jest bardzo gorąca! – ostrzegł.

Wojtek zbliżył się do umywalki i uważnie obserwował, jak Antek myje swoje ręce. Jemu będzie trochę trudniej, bo jeszcze nigdy tego nie robił. Miał też o wiele więcej palców do umycia. Ale udało się i po raz pierwszy w swoim urańskim życiu, Wojtek umył ręce ziemską wodą i mydłem!


Tego dnia w ogóle wiele rzeczy robił po raz pierwszy.

Po raz pierwszy wylądował na planecie Ziemia i zobaczył las. Poznał króliczka Perliczka, a potem spotkał ludzi. I jadł grzyby i kiełbaski, i bułki, i żelki, a nawet podróżował ziemskim pojazdem. A wszystko było takie przyjemne i kosmicznie ciekawe!

– Jestem wygoto – oświadczył Wojtek po folsku, kończąc wycieranie swoich dwudziestu czterech palców. – Mój brzuszek też. Burczy i ciągle jest głodny na waszej planecie!

Tata Antosia chyba usłyszał to burczenie aż w kuchni, bo zawołał stamtąd donośnym głosem:

– Panowie, kolacja!

Panowie spojrzeli na siebie porozumiewawczo ośmiorgiem oczu. Razem pobiegli do kuchni, a potem równie zgodnie usiedli obok siebie przy stole.

– Mogę? – zapytał Wojtek, spoglądając tęsknie na talerz z kolorowymi kanapkami.

– Oczywiście, smacznego – ocknął się tata, który właśnie próbował policzyć, ile on miałby lat na Uranie. – Co chcielibyście do picia?

– Ja chcę sok! – wyrwało się Antkowi. – To znaczy poproszę.

Tata Antosia nalał mu soku do kubka, po czym spojrzał pytająco na Wojtka.

– A ty, Wojtku, czego się napijesz? Mamy wodę, sok jabłkowy, herbatę. Jest też mleko, ale nie wiem czy nie masz alergii...

– A co to jest alergia? – zapytał Wojtek, połykając bez gryzienia duży kawałek kanapki. – Czy to też jest coś pysznego?

– Nie, alergia nie jest pyszna – odpowiedział za tatę Antek. – Bo gdy zjesz to coś, na co masz alergię, możesz spuchnąć albo dostać wysypki. Albo jeszcze gorzej!

– Błefuj – skrzywił się po folsku Wojtek. – Na Uranie nie mamy żadnych alergii. A ty masz jakąś, Antosiu? – zaniepokoił się.

– Ja nie, ale moja mama ma – wyjaśnił poważnie Antek. – Jest uczulona i nie może jeść czosnku ani cebuli, ani szczypiorku. O, tego zielonego, co leży na naszych kanapkach. Szkoda, prawda?

– Prawda, szkoda – odpowiedział z pełną buzią Wojtek. – My na Uranie nie mamy alergii i ja poproszę o białe mleko. Wygląda chapy!

Sok, mleko i kanapki znikały ze stołu z kosmiczną prędkością. Dzisiaj nikt nie grzebał się przy jedzeniu, a Antek zjadł nawet plasterek pomidora.

– Kujędzie – podziękował Wojtek po folsku.

Antek tylko na to czekał.

– Idziemy do mojego pokoju – ogłosił, biorąc Wojtka za rękę. – Będziesz u mnie spał, a ja mam dużo zabawek i piętrowe łóżko – zachwalał po drodze.

Wojtek rozglądał się zaciekawiony. Podobało mu się w ziemskim domu. Było tu jeszcze barwniej niż w lesie, a w pokoju Antosia było chyba najbardziej kolorowo w całym Układzie Słonecznym!


Nagle, ku zaskoczeniu Antosia, Wojtek zrobił hop i w mgnieniu jednego oka znalazł się na górnym łóżku. Tuż pod sufitem.

– Czy ja mogę spać na górze? – zapytał, machając czterema nogami i spoglądając w dół na Antosia. – Byłbym bliżej mojego domku na Uranie...

Antek machnął ręką. On też lubił spać na górnym łóżku, ale dzisiaj był gotów spać nawet na podłodze, byleby tylko Wojtek zamieszkał z nim w pokoju!

– Możesz! Ale chyba jeszcze nie teraz? – zaniepokoił się nagle. – Bo myślałem, że teraz będziemy się bawić.

Zabrzmiało to tak kosmicznie zachęcająco, że Wojtek bez wahania zrobił hop na podłogę i zaczęła się pierwsza międzyplanetarna zabawa na Ziemi.

Antek po kolei wyciągał z szafek i szuflad wszystkie swoje zabawki. Wyjaśniał do czego służą i jak się nazywają, a Wojtek uczył go języka folskiego.

– Takiera – przetłumaczył, pokazując dwunastoma palcami na rakietę kosmiczną.

– A to? – zapytał Antek, podnosząc z podłogi pluszowego misia.

– Plumisz – przetłumaczył Wojtek.

Antkowi język folski bardzo się spodobał i wcale nie był trudny. Jeszcze kilka słów i sam może lecieć na Uran. Na pewno się dogada!

– A dźwig? – zapytał. – Jak będzie po folsku?

– Wigdź – odpowiedział płynnie Wojtek.

To słowo było nieco trudniejsze i Antkowi nie udało się go powtórzyć. Może kolejne będą łatwiejsze...

– Piłka?

– Kapił.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?