Piętno Katriny

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dla Huberta było to jak cios pięścią w nos, nieomal doprowadziło go do omdlenia. Mimo że ledwo trzymał się na nogach, zdołał wyrzucić ręce przed siebie i odepchnąć skrzydła okiennic. Huknęły, uderzając o zewnętrzną ścianę budynku. Światło znowu wtargnęło do pokoju.

Nerwowo się rozejrzał, dokoła nic tylko cisza i pustka.

Wymarzone miejsce na spokojne życie, jakiego pragnął.

ROZDZIAŁ TRZECI

Doktor Samuel Baker skłonił się swojej asystentce i położył przed nią kanapkę kupioną w barze po drugiej stronie ulicy.

– Założę się, że jeszcze nie jadłaś – powiedział. Gdy się uśmiechał, jego gęsty zarost cały się poruszał, jak gdyby przebudzało się w nim jakieś zwierzę. Amy wstała ze swojego miejsca za biurkiem.

– Nie może mnie doktor codziennie dokarmiać – zaprotestowała, przesuwając kanapkę w jego stronę – to bardzo miłe i w ogóle, ale...

– Jeśli chcę, to mogę – przerwał jej. – Tak mało ci płacę, że czuję się wręcz w obowiązku. – Między wąsami a brodą zalśniły niezwykle różowe usta. – Jesteś chuda jak makaron.

– Chyba ten w kształcie muszelki – droczyła się z nim, doskonale wiedząc, że daleko jej do pękatego kształtu muszelki. Doktor zmarszczył brwi, nie zmieniło to jednak dobrotliwego wyrazu jego twarzy, z którym chyba przyszedł na świat i z którym najprawdopodobniej z niego zejdzie.

– Amy, Amy... – Pogroził jej palcem. – Zjedz, zanim przyjdzie pacjentka. Idę się przygotować – powiedział, kierując się do gabinetu.

Dziewczyna rozwinęła kanapkę i ugryzła pierwszy kęs.

To dobrze, że ostatecznie się na to zdecydowała, bo kanapka

była pyszna, z kurczakiem, majonezem i dużą ilością warzyw. Wbrew temu, co sądził doktor, Amy nie była chuda, lecz wysoka, i miała silną, sportową sylwetkę. Szerokie ramiona pływaczki, średniej wielkości piersi i nogi z tak wyrzeźbionymi mięśniami, że mogłyby służyć jako model dla studentów anatomii. Miała zdrową, opaloną cerę i brązowe, lśniące, krótko przycięte włosy. Na pewno nie wyglądała na niedożywioną. Swoją godną pozazdroszczenia sylwetkę w głównej mierze zawdzięczała genom, ale także zajęciom sportowym. Od dziecka pływała, często dorabiała jako ratowniczka na miejskich pływalniach albo na plaży. Biegała, kiedy miała ochotę, pięć, w porywach siedem kilometrów. Przeważnie stołowała się w barze „U Antona”, jakieś jajka, bekon, miska zupy w porze obiadu, nieszczególnie dbając o wartość odżywczą posiłków. Wynajmowała pokój nad piekarnią. Czasami, gdy burczenie w brzuchu nie pozwalało jej zasnąć, schodziła na dół po ciepły bochenek chleba, który zjadała, popijając zimnym mlekiem. Nie znajdowali u niej zrozumienia zwolennicy ekologicznej żywności, ale miłośnicy sportu już tak. Mimo jej zdrowego wyglądu i dobrej kondycji, doktor Samuel wciąż się o nią martwił. Odkąd przed rokiem przybyła do Norco i dostała u niego pracę, dbał o to, by przynajmniej czasami zjadła zdrowy posiłek. Pod pretekstem troski o ciało krył się jednak niepokój o jej kondycję duchową. Im dłużej znał tę dziewczynę, tym więcej żywił do niej ojcowskich uczuć.

Amy przybyła nie wiadomo skąd i nie lubiła rozmawiać o przeszłości, nie utrzymywała kontaktów z rodziną i nigdy o niej nie mówiła. W miasteczku, chociaż lubiana, z nikim nie nawiązała bliższych relacji, nie miała chłopaka ani przyjaciółki. Czas spędzała samotnie, bywało, że w jego towarzystwie. Doktor kilka razy próbował wyciągnąć ją do pubu czy na okolicznościową potańcówkę, w nadziei że dziewczyna kogoś pozna, ale Amy zawsze odmawiała.

Przeżuwając kolejny kęs, ułożyła karty umówionych na dzisiaj pacjentów w kolejności i skrzywiła się, widząc, że jako pierwsza ma przyjść Helen Mitchell, miejscowa wariatka.

Helen zjawiała się w gabinecie przynajmniej raz w tygodniu, ale ponieważ doktor Baker znał ją jeszcze z czasów przed chorobą i przyjaźnił się z jej mężem, za każdym razem przyjmował ją z taką samą troskliwością. Inny lekarz na jego miejscu zapewne pozbyłby się hipochondryczki, kierując ją do psychiatry, zwłaszcza że jej zaburzenia psychiczne na pewno nie należały do urojonych.

Amy stała przy oknie, wsłuchana w szum klimatyzatora, i przyglądała się nielicznym przechodniom, którzy znikali albo w barze, albo w którymś z niewielkich sklepików rozmieszczonych wzdłuż ulicy. Dochodziła dziewiąta, a temperatura na zewnątrz już przypominała tę z pieca piekarza, zdawać by się mogło, że do południa wszystko co żywe, wyschnie na pieprz. To było jej drugie lato w tym stanie i zdawało jej się, że przywykła, ale w dni takie jak ten, kiedy powietrze nawet nie drgnęło, tęskniła za chłodem własnego kraju, na który tak często kiedyś narzekała.

Helen Mitchell, jak wszyscy rdzenni mieszkańcy regionu, zdawała się nie odczuwać dyskomfortu, szła szybko, robiąc długie kroki i energicznie wymachując rękoma. Znowu rozmawiała z synem, gestykulując przy tym i co chwilę obracając głowę, by na niego spojrzeć. Niestety, tylko ona widziała chłopaka. Kevin był wytworem chorego umysłu matki, która jego śmierci nigdy nie przyjęła do wiadomości. Od trzynastu lat żyła tak, jakby wypadek w stadninie nigdy się nie wydarzył. Na stole stawiała dla niego nakrycie, prała jego ubrania, suszyła mu głowę o bałagan w pokoju i prosiła o drobne przysługi, na przykład aby wystawił pojemniki przed dom, gdy miała przyjechać śmieciarka. Nigdy go oczywiście z tego nie rozliczała, pewne rzeczy wykonywał jej mąż, inne robiła sama, z pobłażaniem kręcąc głową. Stwierdzała przy tym, że trzeba coś zrobić z tym chłopakiem, bo straszny z niego leń. Początkowo Helen poddawano leczeniu, przez jakiś czas przebywała nawet w szpitalu psychiatrycznym. Zarówno farmakologia, jak i psychoterapia okazały się nieskuteczne wobec uporu Helen i jej wiary, że syn jest przy niej. Ostatecznie jej mąż Scott Mitchell, w porozumieniu ze swoim przyjacielem doktorem Samuelem Bakerem, uznali, że lepiej pozostawić sprawy swojemu biegowi, zabrać kobietę do domu i pozwolić żyć, gdyż poza tą jedną przypadłością Helen wydawała się zupełnie normalna. Jak zawsze dbała o przyjaciół, udzielała się we wspólnocie parafialnej i jak nikt inny potrafiła wytropić i pojmać każdego obmierzłego gada, jaki zakradł się do domostwa i zagrażał ludziom.

Kobieta, która szła z dziewczynką za rękę, skinęła Helen głową, a mijając ją, przystanęła. Wyglądały na dobre znajome. Amy obserwowała, jak rozmawiają i śmieją się, a potem rozchodzą. Wtedy dziewczynka odwróciła się i coś za Helen zawołała. Nie mogło to być nic miłego, bo matka zatrzymała się nagle, pochyliła przed córką i wygrażając palcem, coś energicznie tłumaczyła.

Dorośli, którzy znali rodzinę Mitchellów, zanim na miasto spadła Katrina, byli wyrozumiali dla jej szaleństwa, lecz dla dzieci Helen była po prostu gadającą do siebie wariatką.

Kilka skrzypnięć na schodach i już drzwi poczekalni otworzyły się z impetem. Helen jak zwykle wyglądała na kogoś, kto wpadł tu przypadkiem i nie zamierza zostać długo.

– Dzień dobry, Amy, czy doktor jest u siebie? – zapytała, od razu przechodząc pod drzwi gabinetu i chwytając za klamkę.

– Tak, już czeka.

– Miej przez chwilę oko na Kevina, proszę. Dziś nie zabawię długo – poprosiła jak zwykle, po czym wskazała urojonemu synowi krzesło i łagodnym głosem powiedziała: – Zaczekaj tu na mnie. – Zachowywała się zupełnie swobodnie, czasami trudno było uwierzyć, że tego chłopaka naprawdę nie ma. Dziś Kevin byłby dorosłym mężczyzną, ale w świecie, w którym żył, dla swojej matki nigdy nie wydoroślał.

Gdy pacjentka zniknęła w gabinecie, dziewczyna wróciła za biurko. Przechodząc obok krzesła zajętego przez ducha, westchnęła, krzywo się uśmiechając, i zapytała:

– Może się czegoś napijesz, Kevin? Święconej wody?

ROZDZIAŁ CZWARTY

Rok wcześniej

Szkarłatny lakier na paznokciach już prawie wysechł, ale dziewczyna nie przestawała machać dłońmi i od czasu do czasu na niego dmuchać. Na głowie miała turban z ręcznika, a na twarzy resztki maseczki.

– Zepsułaś mi humor, wiesz? – To nie tyle było pytanie, co oskarżenie. – Dokładnie tak samo jak w poprzedni weekend. Wtedy wszystko odwołałam, ale drugi raz nie mogę tego zrobić. Jest za późno.

– Sylwuś, ja wcale nie chcę, abyś cokolwiek odwoływała. To twoje urodziny.

– A ty jesteś moją przyjaciółką i powinnaś na nich być.

– Wiesz, jak bardzo bym chciała. – Amy zakryła twarz dłońmi i pokręciła głową, po czym znowu twarz odsłoniła. – Ale co mam zrobić?

– Odmówić. Po prostu odmówić. Czy twoja rodzina nie rozumie, że jesteś dorosła i żyjesz swoim życiem? Nie masz obowiązku niańczyć dzieciaków siostry tylko dlatego, że coś się u niej posypało. Każdy ma jakieś kłopoty, ale nie można w nie wciągać innych!

– Powiedziała, że to ostatni raz, że już zacznie radzić sobie sama. Ale w ten weekend musi wrócić do Warszawy, zabrać resztę rzeczy. Nie może ciągnąć ze sobą dzieci, to długa droga, a one by jej tylko przeszkadzały. Poza tym podejrzewa, że Sebastian mógłby nie pozwolić im wrócić. Wygląda na to, że między nimi to już naprawdę koniec. Odeszła na dobre.

– Ile razy się od niego wyprowadzała?

– Kilka...

– Myślę, że co jakieś dwa lata. – Sylwia nie kryła niechęci wobec siostry swojej przyjaciółki. Normalnie starała się nie komentować jej problemów małżeńskich i beznadziejnego sposobu radzenia sobie z facetem, dziś jednak nie mogła się powstrzymać. Była wściekła. Aby nie wywołać kłótni, przeniosła uwagę na świeżo pomalowane paznokcie. Wyglądały bardzo dobrze, umiała to robić. Uznanie dla własnych zdolności nieco ją odprężyło. Odetchnęła, nie z ulgą, raczej z rezygnacją, chwyciła ręcznik i ściągnęła go zamaszystym ruchem. Jej długie włosy opadły na ramiona i plecy. Mokre wyglądały na dużo ciemniejsze, gdy wyschną, przybiorą piękny odcień pszenicy. Usiadła na krześle przy toaletce i przerzuciła je do przodu, po czym zaczęła rozczesywać. – Oni wkrótce się pogodzą, twoja siostra wróci do Warszawy, a moje dwudzieste pierwsze urodziny już nigdy się nie powtórzą.

 

– Będą następne – wyrwało się Amy, zanim zdążyła pomyśleć, że ten argument nie ma sensu, bo następnych urodzin już razem nie spędzą. Sylwia odgarnęła włosy i spiorunowała ją wzrokiem. – Wiem, wiem, przepraszam.

Ich drogi właśnie się rozchodziły, być może na zawsze, chociaż żadna z nich jeszcze w to nie wierzyła. Amy za kilka dni leciała do Stanów, Sylwia nie skorzystała z programu studenckiego Work & Travel, ponieważ postanowiła rzucić studia w Polsce i zacząć wszystko od nowa w Australii, gdzie mieszkali jej rodzice. To była spontaniczna, ale nieodwołalna decyzja. Kiedy Amy wróci, Sylwii już tu nie będzie. Jej urodziny były zatem ostatnią szansą, aby spotkali się całą paczką. W życiu kilku innych znajomych również szykowały się zmiany, wszyscy przecież stali u wrót dorosłości.

Ale Amy nie mogła odmówić siostrze. Tym razem jej kłopoty z mężem wydawały się poważniejsze niż wcześniej i nie wyglądało na to, by mieli się pogodzić.

Chociaż przyznać trzeba, że ostatnim razem Amy myślała podobnie. Wtedy, tak jak i teraz, siostra z dwójką małych dzieci przejechała pół Polski i zamieszkała w domu rodzinnym. Amy skłonna jej była oddać własny pokój, jako że odkąd wyjechała na studia, bywała w nim rzadko. Wszyscy bardzo się przejęli i zaangażowali w pomoc. A potem pojawił się Sebastian, zaczęły się negocjacje i obiecanki. Spacery nad morzem i przysięgi. Rodzice milczeli, patrząc, jak ich córka mięknie. Amy bardzo lubiła szwagra i tak naprawdę chciała, aby się pogodzili. Sylwia wątpiła w trwałość naprawianych związków i jak się okazało, miała rację. Alicja po raz kolejny spakowała majdan i pojechała ratować, co się da. Dla Amy zostawiła list, w którym przepraszała i obiecała wszystko wyjaśnić, czego nigdy nie uczyniła.

Od tamtej chwili minęło jakieś dziesięć miesięcy, a ona znowu tu była. Z córkami i jedną walizką. Tym razem również obiecała Amy szczerą rozmowę.

– Gdy już to ogarnę – mówiła – opowiem ci, co się stało i dlaczego moja decyzja jest nieodwołalna. Rodzicom nie mogę powiedzieć wszystkiego, nie chcę ich martwić, ale tobie powiem. – Mówiąc to, wyglądała na zdeterminowaną i pewną tego, co zamierza zrobić.

Amy zauważyła zmiany, jakie zaszły w siostrze, była znerwicowana i przestraszona. Przez kilka miesięcy sporo straciła na wadze, miała podkrążone oczy, a ręce jej drżały jak podopiecznej Monaru. Nieustannie pilnowała dziewczynek, jakby w obawie, że Sebastian je porwie. Gdy zostawiała je pod czyjąś opieką, nie pozwalała zabierać ich na zakupy czy choćby do parku. Godziła się jedynie na wyprowadzanie córek do ogrodu za domem. Mówiła, że to rozwiązanie tymczasowe, że po prostu na razie tak musi być.

Z mężem nie rozmawiała i zabroniła informować go o czymkolwiek. Przyjechał po kilku dniach, był grzeczny, prosił, aby pozwoliła mu porozmawiać z córkami. Matylda miała sześć lat i tęskniła za ojcem, ale wyczuwała, że wypytując o niego, robi mamie przykrość, więc unikała tematu. Jej siostra Patrycja miała tylko cztery latka, ona pytała o tatę codziennie.

Rodzice nie podsuwali żadnych rozwiązań, byli wspierający, ale podejmowanie życiowych decyzji pozostawiali córce. Wierzyli w jej rozsądek i w to, że potrzebuje czasu, aby opowiedzieć im o swoich problemach. Amy, choć kochała siostrę, bardziej otwarcie sprzeciwiała się jej postępowaniu. Miała dosyć jej wahania.

– Wóz albo przewóz! – mówiła. – Czas się na coś zdecydować. Zaczynam myśleć, że problem twojego małżeństwa nie leży w Sebastianie, a w tobie!

Uraziła siostrę, ale w tamtej chwili tak właśnie myślała. Zraniła ją z premedytacją. Przez wszystkie te lata lubiła Sebastiana i właściwie nie miała powodu, aby przestać. Kiedy zaczął się pojawiać w ich domu, miała zaledwie szesnaście lat, wtedy chyba nawet się w nim podkochiwała. Tamto niemądre uczucie dawno minęło, ale sympatia pozostała. Sebastian wydawał się równym gościem, dużo się śmiał, był uprzejmy wobec kobiet, dbał o innych. Czasami miewał problemy z utrzymaniem stałej pracy, ale nigdy nie było tak, aby w ogóle nie pracował. Przynosił do domu tyle pieniędzy, że sobie radzili. No i co szesnastoletniej Amy podobało się najbardziej, zawsze traktował ją jak dorosłą, jak prawdziwą kobietę. Prawił jej komplementy, kupował drobiazgi, interesował się jej życiem prywatnym. To Alicja zdecydowała o przeprowadzce do stolicy, zaskakując nawet Sebastiana. Amy początkowo smutna, szybko się z tym pogodziła, Sebastian był mężem Alicji, spodziewali się dziecka, mieli prawo żyć, gdzie i jak chcieli. A Amy miała swoje sprawy na głowie i do nich powróciła.

Po siedmiu latach od pierwszego wyjazdu Alicji i jej męża do Warszawy, Sebastian zdaje się nadal pamiętał, że szwagierka darzyła go sympatią, i teraz starał się to wykorzystać. Gdy to ona odbierała telefon, prosił ją o wstawiennictwo u siostry. Zapewniał, że rodzina jest dla niego najważniejsza i nie zniesie jej utraty. Amy pękało serce, gdy błagał o rozmowę z dziećmi. Nie mogła mu jednak pomóc. Jeśli już miała trzymać czyjąś stronę, musiała to być strona siostry. Mimo wszystkich wątpliwości i niezgody na sposób, w jaki się zachowywała, musiała jej zaufać. Alicja tak by właśnie postąpiła, gdyby sytuacja była odwrotna. Zawsze trzymały się razem, czy to w starciu z rodzicami, czy w szkole. Zawsze mówiły jednym głosem.

I nawet kiedy lojalność wobec niej stawała się próbą dla przyjaźni z Sylwią, Amy nie mogła postąpić inaczej, musiała poprzeć siostrę. Bo ta potrzebowała jej pomocy, bo takie zachowanie było przyzwoite, bo tak się robi w rodzinie.

Ale co z przyjaźnią, ona też ma przecież swoje prawa? Poza tym, odkąd Alicja się wyprowadziła, to Sylwia pełniła rolę najbliższej powierniczki.

– Dlaczego twoi rodzice nie mogą się zająć dziećmi? – dociekała przyjaciółka. Momentami głos jej się załamywał, tak głęboko była poruszona.

– Z tego samego powodu, z jakiego nie mogli zrobić tego w zeszły weekend. Mają rozgrywki brydża. Byli pewni, że ich klub w zeszłym tygodniu odpadnie, ale stało się inaczej, zakwalifikował się na zawody międzymiastowe. Pierwszy mecz grają właśnie dziś, wracają w poniedziałek. To dla nich bardzo ważne – dodała, aby ich usprawiedliwić – wiesz, drużyna...

Sylwia w milczeniu ściągnęła rozczesane włosy w ciasny węzeł na karku. Cisza między nimi była aż nazbyt wymowna, ale przyjaciółka nie byłaby sobą, gdyby nie wypowiedziała tego, o czym myśli.

– Szkoda, że moje urodziny nie są dla ciebie tak ważne, jak sprawy twojej siostry czy rodziców. Zwłaszcza że już raz, ze względu na ciebie, przesunęłam imprezę. I że nie wiadomo, czy kiedykolwiek będzie jeszcze okazja spotkać się w tym gronie. A nawet, czy my się jeszcze spotkamy.

Amy czuła, że zaraz się rozpłacze. Zeskoczyła ze swojego miejsca przy oknie i zakręciła się po pokoju. Nie wiedziała, co począć, była rozdarta. Myślała o zatrudnieniu opiekunki, ale Alicja kategorycznie sprzeciwiła się temu pomysłowi. Czy miała paranoję na punkcie bezpieczeństwa córek, czy solidne podstawy, aby nikomu nie ufać, tego Amy nie wiedziała. W każdym razie siostra postawiła ultimatum, że jeśli Amy nie zgodzi się zostać z dziećmi, ona nigdzie nie pojedzie. W ten sposób straci wszystkie swoje rzeczy przechowywane w wynajętym magazynie, ubrania, dokumenty, zdjęcia, zabawki i wszystko, co od jakiegoś czasu, stopniowo, aby nie wzbudzić podejrzeń męża, wynosiła z domu. W ten weekend mijała ostateczna data jego opróżnienia.

Ze łzami w oczach Sylwia podeszła do przyjaciółki. Przez chwilę patrzyła na nią z wyrzutem, ale jej spojrzenie łagodniało. W końcu, gdy stało się jasne, że nie obrzuci Amy kolejnymi pretensjami, przytuliły się.

– Przepraszam – szepnęła Amy, a łzy popłynęły jej z oczu. Poczucie winy miażdżyło jej krtań. – Ale czuję, że w życiu mojej siostry dzieje się coś naprawdę złego i gdy jej teraz nie pomogę, stracę jej zaufanie na zawsze.

– Nie sądzę, aby cokolwiek było w stanie was rozdzielić. – Sylwia pełna żalu, a może nawet trochę zazdrosna o więź łączącą przyjaciółkę z siostrą, pocieszająco poklepywała Amy po plecach. – Ja też cię przepraszam. Nie powinnam tak naciskać, sama przecież wiesz, co jest dla ciebie najważniejsze.

Wybór był koszmarnie trudny i Amy wcale nie była pewna, czy dokonała właściwego. Jeśli jej siostra dramatyzuje i wkrótce wróci do Sebastiana, Amy straci je obie.

Rozstały się w zgodzie, obiecując sobie, że przed wyjazdem jeszcze się spotkają.

Żadna nie pomyślała, że to się może nie udać.

SIOSTRZENICE BYŁY SŁODKIE i nigdy nie sprawiały kłopotów. Amy uwielbiała obie dziewczynki, lecz tego wieczoru wolałaby być gdzie indziej. Może dlatego położyła je do łóżek wcześniej niż zwykle, nie chciała, aby odczuły jej frustrację.

Na pewno jednak nie udało jej się oszukać siostry.

– Jesteś na mnie zła? – zapytała, dzwoniąc z drogi.

– Jestem tylko trochę smutna, to z powodu Sylwii. Ale nie martw się, przejdzie mi, zanim wrócisz.

– Chcę, żebyś wiedziała, że naprawdę doceniam, co dla mnie robisz. Kocham cię, siostrzyczko. Na te słowa Amy nieco się rozchmurzyła. Pomyślała, że dokonała słusznego wyboru. Zarówno Alicja, jak i Sylwia były jej bliskie, więc to naturalne, że czuła się rozdarta. Samej sobie tłumaczyła, że posłużyła się jedynym właściwym w takiej sytuacji kryterium, wybrała tę z nich, która w danej chwili bardziej jej potrzebowała.

– Ja też cię kocham. Jedź ostrożnie i nie martw się o dziewczynki. Ciocia Amy się nimi opiekuje – powiedziała, bardzo chcąc wierzyć w to, że jest w tej roli niezastąpiona.

Gdy rozmowa dobiegła końca, Amy snuła się trochę po pogrążonym w ciszy domu. Wzięła kąpiel, zjadła kolację i z telefonem w ręku usiadła przed telewizorem. Włączyła jakiś przypadkowy kanał i od razu wyciszyła odbiornik. Wolała skupić się na telefonie. Oglądała relacje na żywo z klubu, lajkowała zdjęcia rozbawionych przyjaciół, ale nie odbierała od nich telefonów ani nie odpowiadała na pytania, dlaczego jej z nimi nie ma?

Sylwia nie napisała ani razu. Nie przysłała ani jednego „dzióbka”, ani jednego selfie na tle tłumu czy zdjęcia swojego odbicia w wielkim lustrze klubowej toalety, co często robiła. Nie pochwaliła się kreacją ani makijażem na ten wieczór. Nie żeby Amy szczególnie na tym zależało, chciała tylko poczuć, że przyjaciółka nie ma żalu.

A jednak miała. I nie starała się tego ukryć.

ŚWIATŁA SAMOCHODU jadącego wolno przed ich domem prześlizgnęły się po ścianach, suficie i podłodze pokoju, po czym nagle zgasły. Chwilę potem rozległo się pukanie do drzwi, ciche, jakby niepewne. Amy zignorowała je, przekonana, że ktokolwiek to jest, puka do drzwi sąsiadów. Późną porą na takiej zacisznej ulicy dźwięk niósł się wyraźnie i daleko. Ale gdy się powtórzyło, nieco bardziej zdecydowanie, odłożyła telefon wyświetlaczem do dołu i wyostrzyła słuch. W pokoju nagle zrobiło się ciemno. Nie zauważyła, kiedy telewizor się wyłączył. Przez chwilę nic nie widziała, lecz gdy oczy przywykły, okazało się, że przez nieosłonięte okna wpada do domu tyle światła z ulicy, że swobodnie można się po pokoju poruszać. Ostrożnie podniosła się z kanapy i stąpając jak najlżej, ruszyła w stronę korytarza. Stanęła w pobliżu drzwi, nasłuchując. Ktoś za nimi stał, czuła to. Podskoczyła raptownie, gdy znowu zapukał. Serce trzepotało jej jak skrzydełka trzymanego w dłoniach motyla. Dochodziła dwudziesta trzecia, nie znała nikogo, kto mógłby pojawić się o tej porze bez zapowiedzi. Nie wiedziała, czy powinna się odezwać, ale ten ktoś też już zapewne wyczuł jej obecność. Starając się zachować pozory pewności siebie, zawołała:

– Idę! – i zrobiła kilka głośnych kroków w miejscu. Włączyła światło na ganku i zaciągnęła skobel, po czym przekręciła klucz. Wiedziała, że metalowy łańcuszek oddzielający ją od osoby na zewnątrz tylko wygląda solidnie, bo gdyby ktoś zdesperowany chciał dostać się do środka, wystarczyło pchnąć drzwi barkiem lub w nie kopnąć. Na pewno nie stawiałyby oporu.

Gdy je uchyliła, w szparze natychmiast pojawiła się twarz mężczyzny.

– Sebastian? Co ty tu robisz o tej porze? – zdziwiła się głośno.

– Cześć – odpowiedział swobodnie i uśmiechnął się tym swoim hollywoodzkim uśmiechem. W oczach jednak miał smutek. – Muszę porozmawiać z Alicją, proszę, wpuść mnie.

– Nie mogę. Jej i tak tu nie ma. – Nie powinna mu mówić, że Alicja właśnie pakuje ostatnie rzeczy z magazynu w pobliżu ich wspólnego domu.

– Rozumiem, że chcesz ją chronić, Amy, to piękne. Ale ona tu mieszka, wiem to. Muszę z nią tylko porozmawiać. O dzieciach.

 

– Wróć rano, proszę. Albo po południu, wtedy już powinna być. – Chciała zamknąć drzwi, ale nie zdążyła. Mężczyzna wsunął stopę w szczelinę. Patrzył na nią, nie zdradzając żadnych oznak zniecierpliwienia czy zdenerwowania. Wyglądał raczej na wyczerpanego. A mimo to Amy poczuła się niepewnie, nie miała pojęcia, jakie myśli kłębiły mu się w głowie.

– Wyszła na całą noc? Zostawiła dzieci?

– Są pod moją opieką. – Ledwo to powiedziała, uzmysłowiła sobie, że zrobiła źle. Nie musiała się do tego przyznawać. Nie dałaby mu powodów do snucia domysłów, gdzie się podziewa jego, bądź co bądź, żona i co robi.

Ale Sebastian nagle stracił zainteresowanie Alicją. Chwycił krawędź drzwi i przybliżył się, próbując zajrzeć do środka, jakby chciał sprawdzić, czy jego dzieci naprawdę tam są. Amy spojrzała na jego palce, długie, z lśniącymi, różowymi paznokciami.

– Moje dziewczynki – westchnął, a ona poczuła, że ogarnia ją jakiś wielki żal. – Jak one się mają, pytają o mnie? – Nie odpowiedziała. Ścisnęło ją w gardle i wolałaby nie wdawać się z nim w rozmowę. Niech siostra sama rozwiązuje swoje problemy z mężem. – Już śpią, prawda? Są w piżamkach, po kąpieli, przytulają misie, prawda?

– Sebastian, proszę, przyjdź jutro – powtórzyła i lekko pchnęła drzwi, ale on nie ustępował.

– Amy, powiedz, dlaczego ona nam to robi? Jeśli chce rozwodu, dobrze, zgodzę się. Ale przecież nie powinna odbierać mi dzieci. Nie widziałem ich od wielu dni, nawet przez telefon nie pozwala mi z nimi rozmawiać. Jakby zupełnie oszalała. To przecież moje córki... – Ostatnie słowa wypowiedział ze ściśniętym gardłem. Wysunął stopę ze szczeliny, na znak, że wycofuje się z tego niesprawiedliwego pojedynku. Ramiona mu obwisły, wyglądał na pokonanego. Oparł czoło o drzwi i Amy pomyślała, że płacze, chociaż twarz miał ukrytą w cieniu, więc nie była pewna. Nikogo nie potrafiłaby tak zostawić, a już na pewno nie człowieka, którego znała i lubiła. I który zawsze traktował ją poważnie, nawet gdy była jeszcze podlotkiem.

Zdjęła skobel i zaprosiła go do środka. W kuchni nalała mu wody, wypił łapczywie. Mocny drink zrobiłby mu lepiej, ale przyjechał samochodem, więc nawet nie proponowała. Siedzieli w milczeniu, naprzeciwko siebie. Potrzebował czasu, aby się pozbierać, więc mu go dała. Ona też go potrzebowała na zastanowienie się, co robić.

Odprawić go? Teraz, kiedy jest już tak blisko swoich dzieci? To byłoby nieludzkie, obawiała się, że nie jest do tego zdolna. Co może się stać, jeśli pozwoli mu na nie popatrzeć? Jechał wiele godzin, był ich ojcem... W końcu przekonała samą siebie, że w tym, co robi, nie ma nic złego. Zaproponowała:

– Pozwolę ci posiedzieć przy dziewczynkach, o ile obiecasz, że ich nie obudzisz. – Natychmiast podniósł głowę, spiął mięśnie jak pies na chwilę przed startem w pogoń. – Nie mogą się dowiedzieć, że tu byłeś. Alicja by mnie zabiła.

– Jasne. Dziękuję. – Zanim zdążyła cokolwiek zrobić, stanął przed nią i zakleszczył Amy w silnym uścisku. – Jesteś cudowna. – Cmoknął ją w policzek, a po dwóch sekundach namysłu w drugi.

Teraz przypomniała sobie, że przytulać też się lubił. I to właśnie w ten sposób, mocno, z jakimś nieposkromionym entuzjazmem, radośnie. Wtedy, przed laty, sprawiało jej to przyjemność, taki dorosły i przystojny z nią w uścisku. Ale już nie była dzieckiem, chyba dlatego poczuła się nieswojo. Przyszło jej na myśl, że tego rodzaju fizyczna bliskość zarezerwowana jest dla osób, które łączy ze sobą coś ponad zwykłą sympatię.

Pospiesznie oswobodziła się z jego ramion.

Pogrążone we śnie dzieci wyglądały rozkosznie. Buzie im lśniły, okolone miękkimi puklami włosów. Rzęsy rzucały cień na policzki, upodabniając je do śpiących księżniczek. Starsza, Matylda, skopała kołdrę gdzieś na skraj łóżka i leżała z kończynami rozrzuconymi w cztery strony świata. Sebastian podszedł do niej, pogłaskał i pocałował, ostrożnie okrył. Dziewczynka zwinęła się w kłębek jak ślimak puknięty w różki, przyciągając kołdrę pod brodę. Ojciec raz jeszcze objął ją i przytulił, a ponieważ była okryta, mógł zrobić to mocniej. Obszedł łóżko i przykucnął przy małej Patrycji. W słabym świetle z korytarza Amy widziała, z jaką czułością spogląda na córkę. Usiadł na podłodze, ujął malutką rączkę, pocałował i przyłożył do swojego policzka. Głowę oparł o materac, przymknął powieki. Chwilę potem otworzył je i spojrzał na przyglądającą mu się szwagierkę.

Wiedział, że go ocenia. I zastanawia się też, czy dobrze zrobiła, pozwalając mu wejść do sypialni. Czuł, że kupił ją tymi wszystkimi gestami i teraz ma ją po swojej stronie. Posłał Amy swój najlepszy uśmiech. A potem pytająco uniósł brwi. Zrozumiała. Skinęła twierdząco głową i wyszła.

Jest ojcem, ma prawo być ze swoimi dziećmi. Kilka godzin spędzonych w pobliżu córek ulży jego cierpieniu. Pokrzepiony opuści dom, zanim wstaną, i nikt się o niczym nie dowie. Swoją drogą, będzie musiała rozmówić się z siostrą, ona nie może zachowywać się tak despotycznie.

Wróciła na kanapę. W telefonie czekało na nią kilka nieodebranych połączeń od znajomych i wiele nieprzeczytanych wiadomości. Jedna była od Sylwii, co bardzo Amy ucieszyło. Niestety, radość nie trwała długo, Sylwia przysłała tylko smutną buźkę z łezką. Cała Sylwia, do końca życia nie wybaczy Amy tego wieczoru. A może to koniec ich przyjaźni? Ukłucie żalu przeszyło ją na wskroś. Jak żyć bez przyjaciółki?

Pomyślała o przebywającym na piętrze Sebastianie. To był szalony i zły pomysł. Zdawała sobie sprawę, ale wolała się nad tym nie zastanawiać. Na szali była jej przyjaźń z Sylwią i zaufanie siostry, dlatego wolała myśleć, że gdyby pojawiła się w klubie, na godzinę, może dwie, a potem wróciła i przejęła opiekę nad siostrzenicami, wilk byłby syty i owca cała. Dziewczynki spały mocno, ojciec zostanie przy nich do rana. I tak już go wpuściła, więc teraz jej obecność nie była aż tak nieodzowna. Poderwała się i przeszła po pokoju. Stanęła przed lustrem wiszącym nad kominkiem. Kilka minut w łazience i byłaby gotowa. Wątpliwości przetaczały się jej przez głowę jak śnieżna kula. Musiała szybko podjąć decyzję, bo z każdą chwilą ta kula była większa. Wyjść do klubu, udowodnić Sylwii, że jest dla niej ważna, zrobić jej przyjemność czy zignorować tę pokusę? Udawać, że wszystko jest w porządku? Czy to coś zmieni, jeśli będzie siedziała tu na dole, podczas gdy dzieci i tak pilnuje Sebastian? Przecież nie zostawi ich samych. A on na pewno nie miałby nic przeciwko temu, gdyby na krótko wyskoczyła. Ale czy coś takiego można zrobić siostrze? A czy można tego nie zrobić dla najbliższej przyjaciółki?

Podjęła decyzję. Zamówiła taksówkę, Sebastianowi powiedziała, że gdy niedługo wróci, on będzie musiał wyjść. To był dobry układ. Przystał na niego bez targów.

BYŁA W POŁOWIE DROGI do klubu, gdy coś ją zastanowiło. Początkowo nie poświęciła tej myśli wiele uwagi, ale w końcu musiała to zrobić, gdyż narastało w niej uczucie niepokoju. Sebastian nie zapytał o rodziców. Mogli przecież spać. Gdyby byli w domu, mogli sobie nie życzyć jego wizyty podczas nieobecności córki. A może o tym, że Alicji nie ma, też wiedział? W sumie słabo udawał zaskoczenie, gdy go o tym poinformowała. Czy to możliwe, że zaplanował tę wizytę i zawczasu rozeznał się w sytuacji? Tylko po co? Nagle poczuła, jak zalewa ją fala zimnego potu. Osunęła się na tylnym siedzeniu taksówki. To nie może być prawda, myślała bliska paniki. Chciała powiedzieć kierowcy, aby zawrócił, lecz zanim zdobyła się na wyduszenie z siebie słowa, minęło jeszcze kilka bardzo długich chwil. Jęknęła, jak ktoś, kto właśnie otrzymał cios w żołądek. Mężczyzna spojrzał na nią w lusterku wstecznym.

Inne książki tego autora