Jesienny motylTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Jesienny motyl
Jesienny motyl
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,90  49,52 
Jesienny motyl
Jesienny motyl
Audiobook
Czyta Agata Załęcka, Filip Kosior
32 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Agata Suchocka

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Magdalena Kawka

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Skład i łamanie

Maciej Martin

Na stronie 7 wykorzystano rysunek autorstwa

Agaty Suchockiej

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2019

eISBN 978-83-66217-86-7

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

tel./faks 61 868 25 37

replika@replika.eu

www.replika.eu

Dedykuję mojemu kochanemu Tacie, który urodził się

i wychował na wrocławskich Karłowicach. Tam też

poznał moją Mamę.

Gdyby nie Karłowice, nie byłoby mnie. Nie byłoby

również niniejszej opowieści.


ROZDZIAŁ 1

Cieniutkie obcasy stukały po kamiennej posadzce, rytmiczny dźwięk odbijał się echem od nitowanego żebrowania dworcowego sufitu. Odgłos wybijał się z kakofonii rozmów podróżnych, bełkotu z megafonów i klekotu idiotycznie małych kółeczek przy walizkach.

Od zawsze wybierała buty anonsujące jej przybycie: zbliżała się z dźwiękiem kastanietów, klaskaniem paso doble, brzmiącym w uszach jej biznesowych oponentów jak werbel tuż przed zwolnieniem zapadni szubienicy. Uwielbiała budzić respekt graniczący ze strachem, o to właśnie walczyła jeszcze na studiach i to pozwoliło jej pokonać dziesiątki konkurentów na wymarzone stanowisko, z którym kilka lat temu musiała się pożegnać. Odeszła, stukając obcasami po marmurowych podłogach siedziby konsorcjum, z wysoko uniesioną głową, niby Anna Bolena podążająca pod katowski miecz. W niej jednakże winy nie było.

Od jakiegoś czasu każde wspomnienie obracało się w gorzką retrospekcję, której posmak mogła niemal poczuć na języku. Odegnała wspominki przywabione natarczywym odgłosem, wymijając kolejnych podróżnych, którzy w jej oczach zlali się w szarawy, godny pogardy motłoch, jakby żaden z nich nie miał własnych nadziei, nie przeżywał drobnych tragedii i nie celebrował małych, codziennych wiktorii, zupełnie jak ona.

Niezupełnie. Ona zawsze była ponad nimi, pogardą dla innych słodziła poranną kawę. Może i nie pochodziła z arystokratycznego rodu, ale mentalnie była hrabiną, carycą nawet, spoglądającą z niesmakiem w dół na niegodnych lizania jej butów maluczkich. Butów za grube tysiące, na cieniutkich obcasach.

Idąc głównym holem, zawsze zerkała w górę, nawet wówczas, gdy pod zabytkowym sklepieniem gnieździły się hordy gołębi, obsrywając przemykających dołem podróżnych. Ten budynek miał wówczas klimat, który przytłumiły warstwy nowej farby.

Przez moment poczuła, że jest jak to gmaszysko: pod warstwą nieskazitelnego makijażu, pod powłoczką idealnej cielesności krył się nadgryziony zębem czasu i erozją wywołaną przez życiowe żywioły szkielet, niestabilna konstrukcja, mogąca w każdej chwili runąć, odkrywając tym samym swoje zrzeszotniałe podwaliny. Nikt jednakże nie miał się nigdy o tym dowiedzieć, jej maska była doskonała, każdy szczegół ubioru, sprężystość kroku, ostre jak brzytwa spojrzenia, wszystko to krzyczało, że oto kroczy kobieta sukcesu, nieprzyjmująca sprzeciwu i niewdająca się w zbędne dyskusje. Ludzie jakby instynktownie ustępowali jej z drogi, a ona udawała, że w ogóle tego nie zauważa, nie czuje satysfakcji. Na obecnym etapie życia mało co ją satysfakcjonowało. Ktoś, kto jeszcze do niedawna miał wszystko, a chwilę później został z niczym, musiał dogłębnie przewartościować swój światopogląd. Miała to już za sobą, znów była w grze i tym razem nie zamierzała dać się zepchnąć z wysokiego stołka. Nie dopuszczała do siebie myśli, że wysoki był tylko w jej mniemaniu.

Nie zamierzała zrezygnować ze szpilek, mimo że miasto jakby złośliwie porastało coraz to nowymi łachami stylizowanych bruków, z samej swojej natury nieprzyjaznych kobiecemu obuwiu. Ona jednakże zawsze wychodziła z założenia, że szpilki nie służyły do chodzenia, tylko do „wyglądania”. Nauczyła się wyłączać ból w nogach, ignorować go, zajmując umysł istotniejszymi sprawami.

Dokładnie tak jak teraz.

Mimowolnie wspominała nie tak odległe czasy, kiedy to wrocławski Dworzec Główny był sypiącym się, cuchnącym gmaszyskiem, w zasadzie pustą, ziejącą przeciągami halą, do której ścian poprzyklejały się maleńkie budki z knyszami. Jak z mysich dziur wyglądali z nich zmęczeni życiem sprzedawcy, ładujący do podgrzewanych bułek nieświeże, zbyt mocno przyprawione skrawki jakichś zwierzęcych zwłok i karbowane wstążki kapusty pekińskiej. Podobno któraś z sanepidowskich kontroli wykazała, że spuszczali się do majonezowych sosów. Tak oto rodziły się miejskie legendy…

Nie jadała tego gówna, choć w czasach studenckich często kupowała przecenione pączki z poprzedniego dnia. Skutkowało to dodatkowymi godzinami spędzonymi wśród spoconych wielorybów, tarzających się na podłogach fitness klubów po niewidocznie zagrzybionych, piankowych matach. Kiedykolwiek by się tam nie zjawiła, zawsze pierwszy rząd lustrzanej sali zajęty był przez szprychy w markowych ciuchach, z firmowymi znaczkami wyeksponowanymi w widocznych miejscach. Nienagannie uczesane i umalowane, bez kropli potu na czole, z pachami wydepilowanymi laserowo, brylowały na gimnastycznych parkietach, rzucając pogardliwe spojrzenia w lustrze frustratkom z tylnych rzędów, usiłującym zapamiętać choreografię i nie wyglądać w ruchu jak czołgające się z powrotem do morza foki.

Zanim się obejrzała, stała się jedną z takich lalek. Przemieściła się do pierwszego rzędu, stając naprzeciwko wyżyłowanej instruktorki, na miejscu zarezerwowanym dla posiadaczki złotej karty VIP. Zerkając z pogardą na tylne rzędy, udawała, że nigdy się nie pociła, podrygując niezdarnie na końcu sali. Wszystkie choreografie na zumbie miała w małym palcu.

Lawirowała w tłumie podróżnych, wymijała ich jak slalomistka tyczki, powiewając połami jasnego, letniego płaszczyka, który upolowała na wyprzedaży za jedyne dwa tysiączki. Okazja, biorąc pod uwagę metkę. Nie pozwalała już sobie na to, by wyjść z domu w dresie. W pewnym wieku pozory stawały się wszystkim. I w pewnych sytuacjach, gdy nic już więcej się pod nimi nie kryło.

Wsłuchując się w stukot własnych obcasów, miała wrażenie, że myśli w jej głowie przewijają się w jego rytmie. Były jak wydmuszki, jak bańki mydlane, albo szklane choinkowe bombki: piękne, kolorowe, ale kruche i puste wewnątrz. Całe jej życie było właśnie takie. Nie miała nic poza szafą markowych ubrań i butów, rozbrzmiewającym echem mieszkaniem w jednym z najdroższych budynków w mieście i niezachwianym stołkiem w niewielkiej firmie, która przygarnęła ją po tym, gdy…

Z megafonu rozległ się lekko sepleniący szczebiot zapowiadający podstawienie jej pociągu. Pomyślała, że przy okazji remontu mogli również wymienić spikerki na takie, które nie miały wady wymowy. Przyspieszyła kroku: klik, klik, klik, klik, jak stukot biurowej klawiatury. Wyminęła zawijającą się kolejkę przy jednej z kas i weszła do tunelu prowadzącego na perony.

Jej szybki, przyprawiony wściekłością krok doskonale odzwierciedlał podłe samopoczucie. Biegła niemalże, wolną ręką czyniąc zamaszyste ruchy adekwatne do jej złego humoru.

Znowu pokłóciła się z Zakrzewskim.

Ten bałwan nie miał nawet podstawowego wykształcenia ekonomicznego, a uważał, że zna się na wszystkim. Gdyby nie ona, jego żałosne przedsiębiorstewko dawno by zbankrutowało. Miała już dosyć zamiatania pod dywan jego machlojek, ale potrzebowała tej pracy, żeby spłacić kredyt. Ile tego jeszcze zostało? Blisko trzysta tysięcy… Cudem było, że po skandalu, w jaki została wplątana, ktokolwiek zdecydował się ją zatrudnić. Nawet tak gigantycznej korporacji, która stała się jej drugim domem przed piętnastoma laty i była nim jeszcze sześć lat temu, nie udało się ukręcić łba sprawie. Jej zastępczyni zdefraudowała grube miliony, afera odbiła się echem w całej Europie, koncern ledwie się wybronił. Oczywiście musiały spaść jakieś głowy i właśnie jej głowa była jedną z nich. Nawet się nie broniła. Gdy wręczano jej papiery z uprzejmie sparafrazowanym „spierdalaj!”, nie powiedziała słowa, po prostu wstała i wyszła z jak zwykle dumnie uniesioną wysoko brodą. Zbyt dobrze znała korporacyjne mechanizmy, zbyt dobrze wiedziała, że absolutnie nikt się za nią nie wstawi, choć była bez winy. Zanim jej stołek ostygł, już wdrapywało się na niego stado japiszonów, podgryzając sobie wzajemnie pęciny. Nie zamierzała się odwracać, by sprawdzić, kto uśmiechał się triumfalnie, widząc jej ostatni, dumny marsz.

Po dyscyplinarnym zwolnieniu przez pół roku żyła z oszczędności, a Mirek miał niezłe używanie. W końcu, po tylu latach wspólnego życia, to on był górą. To on przynosił mięso do jaskini, z satysfakcją obserwując, jak miotała się w poszukiwaniu nowej pracy. Nieustanne docinki, rzucane półgębkiem uwagi za każdym razem, gdy klęła pod nosem, odczytując kolejnego maila z odmową, gdy odkładała telefon, sycząc przekleństwa przez zęby. Och, jakże on się wówczas w duchu śmiał, bo przecież nie mógł prychnąć jej prosto w twarz! Męska duma pęczniała w nim jak trzymane w ciepełku drożdżowe ciasto; szpikował ją kąśliwością niby rodzyneczkami. Starała się być ponad to, nie wdawać w pyskówki, nie zauważać iskierek w jego oczach, które przecież kiedyś patrzyły na nią wyłącznie z pożądaniem. Namiętność wygasła, gdy przebiła obcasami jego męskie ego, pnąc się po szczeblach kariery, zostawiając go daleko w dole. Był zbyt dumny, by oddzielić życie zawodowe od prywatnego. O jakimkolwiek wsparciu ze strony Mirka mogła tylko pomarzyć.

 

Nie wytrzymała i pogoniła go. Została z półmilionowym kredytem, w pustym mieszkaniu, w apartamentowcu na nabrzeżu Odry. Gdyby Zakrzewski nie zatrudnił jej niedługo potem, musiałaby się z niego wynieść i kupić jakąś kawalerkę. Lokali w takich prestiżowych miejscach nie rozdawali w końcu za darmo: trzy pokoje w centrum miasta, tuż przy gigantycznym węźle komunikacyjnym, taras zdolny pomieścić tira, wiszący nad leniwie płynącą rzeką. Gdy wieczorem otwierała okna, słyszała imprezy na Rynku. Gdy wpłacali zaliczkę, sądziła, że uwiją sobie nad wodą przytulne gniazdko, jak para zakochanych trzcinniczków. Obecnie jej mieszkanie przypominało wszystko za wyjątkiem przytulnego gniazdka. Przyzwyczaiła się jednak do świetnej lokalizacji prawie w samym sercu dużego miasta. Do dworca miała kwadrans piechotą.

Właśnie tego wieczora zdecydowała się przespacerować, ale teraz tego żałowała. Czterocyfrowa kwota zostawiona we włoskim butiku nie gwarantowała ani cienia wygody. Nie o wygodę jednakże chodziło, prawda? Od lat kupowała buty „na ucho”. Klik, klik, klik…

Absurdalnie cienki obcas niebezpiecznie przechylił się na bok, gdy wchodziła na pierwszy stopień schodów prowadzących na peron. Jak w zwolnionym tempie zobaczyła swój powiewający płaszcz, aktówkę lecącą w górę na wyciągniętym ramieniu i przygotowywała się do wywinięcia spektakularnego orła, licząc jeszcze na to, że nie roztrzaska sobie głowy o poręcz.

Nic takiego się nie stało.

Poczuła, że czyjaś dłoń wbija się boleśnie w jej przedramię, przytrzymując ją i ratując przed upadkiem. Uderzyła twarzą w pierś jakiegoś chłystka, okrytą cuchnącą bluzą, wyrwała się i odruchowo skrzywiła. Świetnie! Zderzyła się z dworcowym menelem, może jest chory na jakiegoś HIV-a, syfa czy inną chlamydię, a prawie miała w ustach okrywające go szmaty! Niemalże jak w kiepskim romansidle, gdzie główna bohaterka obowiązkowo musiała wypieprzyć się u stóp młodego boga. Pochłonęła ostatnimi czasy kilka takich tomiszczy, chcąc odmóżdżyć się po scysjach z Zakrzewskim. Za każdym razem, odkładając książkę, miała poczucie straconego czasu, ale rozważanie tej straty było o wiele mniej bolesne niż innych, naprawdę cokolwiek znaczących.

Jednak jakie życie, taki młody bóg…

Jej „bohater” był obdartym szczeniakiem, zlustrowała go szybko od stóp do głów, odsuwając się z wymalowanym na twarzy obrzydzeniem. Nawet nie próbowała ukryć grymasu.

– Uważaj, jak chodzisz, gówniarzu! – warknęła, wbiegając po schodach.

– Nie ma za co! – krzyknął za nią, ale zignorowała go, ze wstrętem patrząc na plamę, którą jego palce zostawiły na rękawie markowego płaszczyka.

Zaklęła pod nosem, wchodząc do wagonu.

Dlaczego to zawsze jej przytrafiały się takie sytuacje? I to akurat dziś, gdy jechała na tak ważną konferencję? Na pewno nie zdąży oddać płaszcza do czyszczenia, może w hotelu będą potrafili to wywabić? Musiała stawić się na negocjacje z samego rana, jak zwykle nieskazitelna i niezwyciężona. A ten tam przecież mógł zarazić ją jakimś gównem! Wyciągnęła z torebki nawilżaną chusteczkę, bezskutecznie usiłując oczyścić ubranie. Mamrotała pod nosem całą litanię przekleństw. Chyba lepiej byłoby, gdyby się jednak wyłożyła. Upadek na Dworcu Głównym nie groził już wylądowaniem w kałuży moczu jakiegoś zalegającego pod ścianą menela.

Dawnymi czasy widywała ich co rusz, spali, powciskani w kąty, w kałużach własnych ekskrementów, z całym dobytkiem pod głowami, upchanym do poprzecieranych reklamówek pamiętających poprzedni ustrój. Jak nisko trzeba upaść, by tak skończyć? Jak biednym trzeba być, aby hołubić kawałek kolorowej folii? Jeszcze kilka lat temu cały teren wokół Dworca Głównego, szczególnie w sezonie letnim, roił się od pijaczków i cwaniaczków. Złazili się ze swoich pozajmowanych na dziko, działkowych altanek, czy gdzie tam chowali się zimą, i rozkładali na ławkach i murkach z całym swoim stanem posiadania powyciąganym z reklamówek. Pamiętała takiego jednego, który przez cały dzień wietrzył zżarte jakąś gangreną stopy na ławce przy placu zabaw. Mijała go niejednokrotnie, wracając z pracy do domu, aż w końcu przestała jeździć rowerem na skróty, bo nie mogła znieść tego widoku. Nie mogła znieść rzężenia jego posklejanego taśmą radyjka na baterie, wyrzucającego z siebie dźwięki disco polo przy akompaniamencie szelestów przypominających zgniatanie papierków po cukierkach. W tym sezonie jeszcze się nie rozsiadł na tej ławce, a był prawie maj. Pewnie zdechł zimą, nie on pierwszy i nie ostatni. Nie zamierzała po nim płakać.

Jej na szczęście nie groził taki koniec.

Wyrzuciła chusteczkę do kosza razem z myślami o chłopaczku, który nie pozwolił jej upaść. Zdenerwowanie, spowodowane tym incydentem, wyparła mentalnym wyżywaniem się na szefie.

Choć oficjalnie była tylko księgową, dźwigała na swoich barkach całą firmę. Zakrzewski płacił jej pod stołem, żeby tuszowała jego przekręty. Nikt inny o tym nie wiedział, a ona desperacko potrzebowała tych pieniędzy, dlatego godziła się na zadania, które dalece wykraczały poza zakres jej oficjalnych obowiązków i były zdecydowanie poniżej jej kompetencji. Ryzykowała, robiąc rzeczy, o które kilka lat wcześniej została niesłusznie posądzona. Teraz jednak nie miała już nic do stracenia. Nawet gdyby w końcu się zbuntowała i odmówiła Zakrzewskiemu wyprania jakichś lewych przychodów, za co wyrzuciłby ją z pracy, nie przejęłaby się tym tak bardzo jak wówczas, gdy wyleciała z korporacji. Te kilka lat z pewnością przykryło jej nazwisko kurzem zapomnienia. W dzisiejszych czasach wszystko działo się tak szybko: błyskawiczna kariera, błyskawiczne wypalenie, błyskawiczne uzależnienie albo samobój. Stada młodych szczurów zadeptywały stada szczurów starszych, zbyt wolnych, by utrzymać się na czele peletonu. Ona nie była już takim szczurem, postrzegała siebie raczej jako starą, wyrafinowaną kocicę. Życie jednak miało się nijak do jej fantazji i tak naprawdę nie zamierzała ryzykować poważnej scysji z szefem.

Klimatyzację w wagonie InterCity ustawiono na jakąś polarną temperaturę. W tym pełnym ekstremów pogodowych kraju nikt nie potrafił poprawnie używać klimatyzacji, co skutkowało tym, iż latem pasażerowie marzli, porozbierani w temperaturze szesnastu stopni, a zimą, okutani puchowymi kurtkami i szalikami, gotowali się we własnym sosie w środkach komunikacji miejskiej rozgrzanych jak piecyki. Tu już chyba nikt niczego nie potrafił robić porządnie, łatwiej i przyjemniej było cwaniaczyć i przelatywać po łebkach.

Zadrżała z zimna, usiłując dopiąć płaszczyk, ale nie na wiele się to zdało, a pokrętło od klimatyzatora było urwane. Zaklęła pod nosem, uświadomiwszy sobie, że nie spakowała nic ciepłego do ubrania, w końcu kwiecień tego roku był iście tropikalny. Powinna już była nauczyć się nieco zapobiegliwości, czasami jednak zachowywała się zbyt beztrosko, jakby ciągle miała dwadzieścia lat, kiedy to ciało wybaczało wszystko. Teraz odżywiała się niemal wyłącznie glonami i surową rybą, nic dziwnego, że ciągle było jej zimno. Poza tym ostatnimi czasy nieco osłabła, ale nie miała czasu na zrobienie badań. Ignorancja była błogosławieństwem.

Na korytarzu zaklekotał wózek i młody, ale mocno już łysiejący ni to kelner, ni to steward zaproponował napoje i poczęstunek. Wiedziała zbyt dobrze, w jaki sposób wszystkie te warsowe przekąski były przygotowywane i przechowywane, więc tylko pokręciła głową, gdy wymieniał opcje. Po namowach zgodziła się przyjąć kawę. Oczy chłopaka jakby się roziskrzyły, gdy usiłował kokietować ją w zawoalowany sposób. Poza nią nie było w przedziale nikogo. Starał się, ale z taką aparycją był już na starcie przegrany. Współczuła mu, przyklejając do twarzy wymuszony, nieszczery uśmiech. Wózek odjechał z klekotem, a wraz z nim jej niedoszły absztyfikant.

Nienawidziła takich sytuacji. Normalni mężczyźni, porządni faceci w zbliżonym wieku trzymali się na dystans. Zagadywały ją albo jakieś stare oblechy, albo napędzani testosteronem gówniarze, wypróbowujący swoje podrywowe gadki. Czy im naprawdę się wydawało, że odpowie przychylnie na któreś z tych żałosnych zagajeń…? Co oni sobie, do cholery, wyobrażali? W takich sytuacjach zawsze miała na końcu języka „spierdalaj!” Ciekawe, jakby się zachował, gdyby zdjęła majtki i wręczyła mu zamiast napiwku…? Pewnie były warte połowę jego pensyjki. Plasnęła uszczelka, gdy zasunęła drzwi.

Pociąg wyturlał się na przedmieścia, zostawiając za sobą wieczorny zgiełk miasta i feerię świateł. Czy Wrocław można było nazwać metropolią? Chyba nie, ale z pewnością było to miasto z duszą, które rzadko spało. Za każdym razem, gdy wyjeżdżała, a tych służbowych podróży było ostatnimi czasy coraz więcej, czuła się tak, jakby traciła coś niesłychanie cennego, czego tak naprawdę nie dało się zdefiniować. Może bała się, że już nigdy tam nie wróci, a zamiast tego utknie w jakiejś dziurze, podobnej do tej, z której pochodziła? Może bała się, że jakieś zadupie, będące przecież bardziej stanem umysłu niż miejscem, przylepi się do niej i wszyscy zobaczą, co tak naprawdę kryje się pod makijażem, świeżym ombre i markowymi ciuchami? W głębi duszy ciągle była myszą z wiochy, to wytrawiło jej jestestwo, było jak tatuaż, jak znak wodny, który można było dostrzec tylko w odpowiednim świetle i pod odpowiednim kątem. Od dwudziestu lat walczyła, by nikt nigdy nie dojrzał w niej słabej, zakompleksionej dziouchy z wiochy. Było to jednak piętno, którego sama przed sobą nie potrafiła ukryć.

Gdzieś z tyłu głowy zamajaczyły jej imprezy z czasów studenckich, pełne wódki łykanej bez zapitki i histerycznego migania stroboskopu. Plamy sinawego światła kładły się na wpół obnażonych ciałach, pokrytych lśniącym lateksem i ćwiekowaną skórą. To był nowy, nieznany, wyuzdany świat, który zafascynował ją i zainfekował krew na wiele miesięcy, może nawet lat. Coś, co miało przynieść katharsis, co miało być inicjacją sprawiającą, że powrót do przeszłości nie będzie już możliwy. Czuła się jak na planie pornola i nie przestawała zastanawiać, czy gdy gasły światła i lokal opróżniał się z turystów takich jak ona, stali bywalcy oddawali się jakiejś rytualnej orgii?

Zawsze siadała w kącie, z voyeurystyczną przyjemnością obserwując konwulsyjne, ekshibicjonistyczne pląsy: wszyscy ruszali się podobnie, spowici dymem, jak prowadzona jedną myślą kolonia mrówek albo tłoki skomplikowanej parowej maszyny ze steampunkowego filmu. Pierwszy raz trafiła na taką imprezę zupełnie przypadkiem, zaraz po przyjeździe do miasta. Czuła się jak idiotka, ubrana w kraciastą koszulkę i kiepsko dopasowane jeansy wśród wszystkich tych ludzi wyglądających jak gwiazdy porno BDSM. Chociaż stopniowo dopasowała się strojem, nawet odziana w skórzaną mini i obite blachą buciory, trzymała się na uboczu. Jak zawsze. Jak wszędzie. Chodziła na te imprezy wyłącznie po to, by w industrialnym hałasie zresetować mózg po godzinach wytężonej pracy na uczelni. Nie zamierzała integrować się z tymi wszystkimi ludźmi, tak naprawdę miała ich za zboczonych pozerów. Siedziała wewnątrz subkultury, ale nie czuła się jej częścią. Była jak szpieg, jak tajny agent, inwigilujący środowisko, do którego nigdy nie miała tak naprawdę należeć.

Koncentryczne kręgi na brązowawej powierzchni cieczy rozchodziły się w rytm turkotania kół po przęsłach na wiadukcie. Nazywanie tego kawą było naprawdę na wyrost. Patrzyła na papierowy kubek, zastanawiając się, kto go zaprojektował. Pewnie mężczyzna, sądząc po kiepskim doborze kolorów.

Piła lurowaty napar, choć dochodziła już dwudziesta druga. Usiłowała wyglądać przez okno, ale widziała tylko odbicie swojej zmęczonej twarzy. Miała wrażenie, że z każdym przebytym kilometrem przybywa jej lat…

Tamte czasy minęły bezpowrotnie. Już nigdy nie miała być niedopasowanym, zakompleksionym, przebranym za kogoś innego odludkiem. Wykreowała się od zera i osiągnęła perfekcję w graniu samej siebie, była aktorką jednej roli, wąsko wyspecjalizowaną. Stała się typową „ryczącą czterdziestką”, jak złośliwie nazwaliby ją młodsi konkurenci, gdyby jeszcze takowych miała. Świetnie zakonserwowana, z ciałem, które w każdej wolnej chwili katowała na zajęciach crossfitu, najmodniejszym ombre za pięćset złotych na głowie i makijażem zrobionym kosmetykami wartymi miesięczne utrzymanie przeciętnego studenta, mogła uchodzić za swoją młodszą siostrę, której nigdy nie miała. Nikt nie dałby jej więcej niż trzydzieści lat, choć dawno minęła czterdziestkę. Teraz nikt nie rozpoznałby w niej tamtej krągławej dziewczyny z czasów studenckich, w siatkowych pończochach i makijażu à la Marilyn Manson, która wśród papierosowego dymu i histerycznych błysków świateł czuła się niewidzialna, choć tak bardzo pragnęła, by wszyscy wokół patrzyli właśnie na nią.

 

Przez moment zdawało jej się, że była studentką jeszcze przed chwilą. Ostatnimi czasy męczyły ją retrospekcje młodości, przewijające się w jej umyśle niezależnie od woli. Jakby cała młodość naraz usiłowała jej się przypomnieć. A ona wcale nie miała ochoty na te wspominki, nie były warte pamiętania. Ilość białych plam czy też czarnych dziur była proporcjonalna do wypitej podówczas wódki. Nie raz budziła się rano, nie pamiętając, jak i kiedy znalazła się w domu. Co i z kim robiła po drodze, też było warte tylko zapomnienia.

Przyjechała do miasta z podwrocławskiej wioseczki, nawet nie miejskiej noclegowni, jak nazywano niektóre z nich. To naprawdę była dziura zabita dechami, trzy chałupy na krzyż, ciemnogród jakich mało. Z każdym kilometrem oddalenia od miasta czas zdawał się cofać o dziesięć lat. W jej rodzinnej miejscowości wciąż była połowa osiemnastego wieku. Albo jeszcze wcześniej. Zwiała stamtąd, nie oglądając się za siebie. Cały dobytek i świadectwo z wyróżnieniem spakowała do starej walizki. Uczelnia przyjęła ją z otwartymi ramionami jako zwyciężczynię ogólnopolskiej olimpiady z fizyki. Od dziecka miała obsesję na punkcie liczb.

Do domu jeździła wyłącznie na święta i z każdym mijającym semestrem zaczynała zauważać w rodzicach coraz więcej denerwujących szczegółów. Na ostatnim roku widziała w nich już tylko kmiotów z wiochy, a oni w niej zadzierającą nos paniusię. Nie mieli o czym rozmawiać. Taka była oficjalna wersja jej życiorysu, przygotowana na wypadek, gdyby ktoś zapytał. Na szczęście nikogo nie obchodziła na tyle, by interesowano się szczegółami jej dzieciństwa.

Ukończyła politechnikę z najlepszym wynikiem na roku i nagle stała się aż nazbyt widoczna. Firmy zabijały się o nią, gdy była jeszcze na praktykach. Wybrała międzynarodową korporację i oddała jej ponad dziesięć lat życia. Wówczas była jednym z tych szczurków, którymi teraz tak szczerze pogardzała. Nie zamierzała jednakże nikomu spowiadać się z tego, co musiała robić, by zasiadać na coraz to wyższej grzędzie, coraz wyżej w hierarchii dziobania. Bez mrugnięcia okiem srała na wszystkich poniżej, jakby nie pamiętając, że jeszcze do niedawna to ona była tą obsrywaną. Przez jakiś czas siedziała najwyżej, a ponad nią było już tylko niebo. Zanim zerwała się do lotu, wyrwano jej skrzydła.

Gdy wyleciała po finansowej aferze, zdała sobie sprawę, że do tamtej chwili praca wypełniała jej każdą świadomą sekundę życia, była substytutem wszystkiego. Nagle została z niczym: bez przyjaciół, dzieci, pasji. Nie odczuwała jakiejś intensywnej potrzeby posiadania tego wszystkiego, po prostu przeraziła się dojmującym uczuciem pustki. Nie bardzo wiedziała, co ze sobą zrobić.

Była mężatką, owszem, nawet dwa razy. No dobra, półtora.

Rozstali się z Mirkiem tuż przed planowanym ślubem, gdy miała dosyć psychicznego molestowania. Byli równolatkami, skończyli ten sam wydział. Nie pamiętała go ze studenckich czasów, musiał być jakimś mało wyróżniającym się, skrytym za okularkami wymoczkiem. Ona sama, w każdej chwili wolnej od ślęczenia nad książkami, wolała podglądać anonimowy tłum w najbardziej undergroundowych knajpach. Nie integrowała się łatwo i wcale nie miała na to ochoty. Na roku pewnie uważano ją za dziwaczkę. Miała to gdzieś.

Gdy spotkali się po kilku latach, już odnosiła sukcesy, stancję wymieniła na własną kawalerkę w centrum, a Mirek ledwie trzymał się na powierzchni, bez stałej pracy, jako niepewny jutra freelancer. Wówczas nawet nie nazywano tak ludzi pracujących dorywczo na zlecenie.

Gdy zaczął ją podrywać w jakimś klubie, do którego zabłądziła podczas jednego ze swoich nocnych rajdów po knajpach, zastanawiała się, jak mogła wcześniej go nie zauważyć. Był typowym samcem alfa, pewnym siebie przykładem klasycznego męskiego piękna. Fizycznymi przymiotami ewidentnie nadrabiał brak sukcesów zawodowych, ale wówczas przecież jeszcze o tym nie wiedziała. Nosił się jak zwycięzca, który zasługuje tylko na to, co najlepsze. Postanowiła łaskawie pozwolić mu się zdobyć, była już wówczas prawie oszlifowanym diamentem. A startowała z pozycji bryłki węgla. Gdy na którejś kolejnej randce znów wykręcił się od płacenia, wymyślając historyjkę o zgubionym portfelu, całą jego maskaradę trafił szlag. Jej jednakże nie przeszkadzało płacenie rachunków, była już wówczas finansowo niezależna i zdawało jej się, iż stan ten będzie trwał wiecznie. Uznała, że praca jest rzeczą nabytą, a to w końcu na jego twarz i ciało będzie codziennie patrzeć.

Mirek jednakże nie mógł przeboleć tego, że więcej zarabiała. Nieustannie i bezskutecznie z nią rywalizował, a w końcu próbował zmusić do porzucenia kariery, twierdząc, że sam zarobi na ich utrzymanie, co było ewidentną niemożliwością. Nie chciała już nigdy być od nikogo zależna i oczywiście każda kłótnia o pieniądze kończyła się jej wybuchem śmiechu. Pięła się po szczeblach kariery, a gdy jej zarobki doszły do pułapu czterokrotności jego pensji, zaczęły się prawdziwe problemy. Próbowała jakoś ratować ten związek, choć po latach nie bardzo pamiętała już, dlaczego i po co. Jak ostatnia naiwniaczka zaciągnęła półmilionowy kredyt na kupno apartamentu. Na szczęście była na tyle przytomna, że nie dopisała Mirka do aktu notarialnego.

Było w nim jednak coś, co działało na jej najprymitywniejsze instynkty. Za każdym razem, gdy sfrustrowany wszczynał awanturę, zdawał się jej jeszcze przystojniejszy; jego ciemne oczy rzucały iskry, nerwowo przeczesywał smukłymi, silnymi dłońmi szpakowate włosy. A ona kontemplowała złudne uczucie kruchości, jakie wzbudzała w niej jego złość. Wiedziała, że chwila, w której zacznie się nad nim litować, będzie końcem ich związku.

Pozwalała się nękać jeszcze przez kilka miesięcy po stracie pracy, po czym wykopała go ze swego życia i sprzedała wszystko, co się dało, by zamknąć mu usta pieniędzmi i spalić mosty pomiędzy nimi. Apartament, który wspólnymi siłami zaczęli meblować, znowu opustoszał. Może to i lepiej, bo mieli skrajnie różne gusta i efekt tych dizajnerskich wysiłków był doprawdy opłakany. Wszystkie absurdalnie drogie sprzęty, które w użytkowaniu okazywały się bublami, za pośrednictwem internetowych aukcji znalazły nowych właścicieli.

Na pamiątkę, a może raczej ku przestrodze, zostawiła sobie tylko kremową sukienką od Baczyńskiej, którą kupiła z myślą o ślubie. W tamtych czasach projektantka dopiero raczkowała, choć ona przecież miała dość pieniędzy, by kupować u najlepszych. Nie poinformowała nawet urzędu, że się nie stawią.

Mirek, liżąc sponiewierane męskie ego, zabrał kasę i zniknął. Więcej się nie spotkali, bo niby po co? Nie płakała po nim. Gdy go najbardziej potrzebowała, i tak go nie było. Chyba właśnie to przesądziło o ostatecznym rozpadzie ich związku: jego nieobecność, nie tylko fizyczna. Patrzył przed siebie pustym wzrokiem, jakby przez nią, a gdy jego spojrzenie nabierało ostrości, była w nim początkowo zazdrość, a później, gdy wyrzucono ją z pracy, triumf. Nigdy nie był wobec niej lojalny, jej sukcesy zbyt głęboko raniły jego męską dumę. To nie mogło się udać, trwało aż nazbyt długo.

Potem przez dłuższy czas była sama, od czasu do czasu sypiając z przygodnie spotkanymi facetami, bardziej dla sportu, żeby nie wyjść z wprawy, niż powodowana jakimkolwiek afektem. Seks wydawał jej się czymś zabawnym, jeśliby tak stanąć z boku i go obserwować. Zamiast bawić się w te wszystkie randki, podchody, a finalnie nieudolne łóżkowe manewry, wolała włączyć ulubiony film albo przeczytać pikantną książkę i odpalić wibrator. Trwało to krócej, było mniej upokarzające, a koniec końców efekt był ten sam. Albo nawet lepszy. Nie potrzebowała wtulania się w faceta po fakcie; jeśli już robiła to z mężczyzną, wyrzucała go z domu, zanim na dobre się wypstrykał. Nienawidziła tego niezręcznego momentu chwilę po, kiedy napięcie opadało i miała przy swoim boku już tylko obcy kawał mięsa. Gdyby mogła, zjadałaby ich, jak modliszka.