Zimowa JutrzenkaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Z trudem dowlokłam się do łazienki. Umyłam zęby i spojrzałam w lustro. Włosy mocno przetłuszczone. Szara twarz z sińcami pod oczami nie wyglądała atrakcyjnie. Miałam wrażenie, że przez tych kilka dni postarzałam się o dobre dziesięć lat. Nigdy nie chciałam wyglądać jak te wszystkie kobiety, którym wiek, zdawałoby się, odebrał chęci do życia i dbania o urodę. Można je było zobaczyć wszędzie. W tramwajach, autobusach, sklepach, przychodniach. Przecież one wszystkie wyrastały na piękne dziewczyny, dopiero później życie przytłaczało je obowiązkami. Czułam, że mój dom wyciąga ze mnie całą życiodajną energię. Wiedziałam, że nie mogę na to pozwolić, ale nie miałam siły zrobić obiadu, a co dopiero mówić o tym, żeby zakasać rękawy i podjąć walkę o samą siebie.

Ochlapałam twarz zimną wodą i weszłam pod prysznic. Trzęsłam się cała z rozpaczy. Usiadłam w brodziku, podkuliłam nogi pod brodę. Znów nie mogłam oddychać. Łapczywie chwytałam powietrze. Krople wody rozpryskiwały się na ustach i powiekach. Patrzyłam na swoje stopy, biodra i kolana. Miałam wrażenie, że nie należą już do mnie. Stawały się obce. Byłam ulepiona z kruchej materii. Chciałam wyciągnąć do przodu ręce, ale nie mogłam, chciałam się wyprostować, ale coś kazało mi się garbić, chciałam otworzyć oczy, ale moja dusza tylko widziała ciemność. Przecież nie mogłam dłużej tak żyć! Nie mogłam zapaść się w siebie!

Spojrzałam na pierścień babci – był jedyną rzeczą, którą miałam teraz na sobie. Cyrkonie delikatnie jarzyły się pod wpływem światła, a może znów wydawało mi się, że świecą?

– Nie chcę być martwa – wyszeptałam sama do siebie, połykając słone łzy. – Przecież nie mogę się nawet ruszyć. – Kołysałam się w przód i w tył. Naraz ujęłam swoją bezwładną dłoń i nie wiedzieć czemu pocałowałam ją.

– To wstań i idź – usłyszałam głos jakby zza siebie. Nerwowo rozejrzałam się dookoła, czy na pewno jestem sama. – Wstań i idź! – kolejny raz kołatało w mojej głowie.

Przestraszyłam się, że od tej ciągłej melancholii powoli wpadam w jakąś chorobę psychiczną. Nie chciałam być jedynie dowodem słabości, chciałam żyć! Wyjść z tej ciemnej skorupy. Odzyskać siebie i swoją kobiecość. Przecież żaden mężczyzna nie może zabrać mi samej siebie. Tym bardziej mąż!

– Nie! – powiedziałam najpierw w skulone ramiona. – Nie! – wykrzyczałam powyżej linii piersi. – Nie! – zawyłam jak wilczyca nawołująca swoje stado. Jakaś nadnaturalna siła kazała mi wyprostować ciało i stanąć na dwóch silnych nogach. – Nieee! – zaryczałam jak lew, chwytając się rękami za głowę.

Stałam pod prysznicem i krzyczałam głosem wydobywającym się z wnętrza trzewi. Mój krzyk rozcinał duszną przestrzeń, przywoływał mnie do porządku, upominał i nakazywał iść dalej. Byłam porzucona i niekochana, byłam upokorzona, opuszczona. Byłam w stanie rzucić się na oślep ze stromej krawędzi, byłam cieniem samej siebie. Nie chciałam mieć bruzd na twarzy wyżłobionych przez ból i samotność.

Umierałam nie przez męża.

Umierałam z braku nadziei na nowe życie.

Z tęsknoty za sobą.


Wojtek wydzwaniał do mnie od kilku dni, wysyłał esemesy, nagrywał się na pocztę głosową. Chciał porozmawiać, ale nie przyszedł do domu bez wcześniejszej konsultacji ze mną. Nie odbierałam, bo nie miałam na to siły. Wiem, że powinnam rozmówić się z nim jak najszybciej, bo tak nakazuje rozum, ale najpierw chciałam choć odrobinę poskładać się w środku, żeby móc znów usłyszeć jego głos i spojrzeć mu w oczy. Uświadomiłam sobie, że skoro jestem samotną kobietą porzuconą przez mężczyznę, to nic nie muszę. Nie muszę być dobrze wychowana i nie muszę tłumaczyć się z tego, że nie chcę go widzieć i nie odbieram telefonów. Nie muszę usprawiedliwiać się przed nim absolutnie z niczego, tym bardziej z mojego zachowania. Jedyne, co powinnam, to chronić dziecko przed negatywnymi emocjami i delikatnie wytłumaczyć, co zaszło między nami. Nie chciałam robić tego jeszcze teraz. Rana była zbyt świeża, nawet niezasklepiona. Odpisałam mu, żeby dał mi trochę więcej czasu i poczekał, aż odezwę się sama.

W tym momencie nie miałam już kompletnie nic do stracenia. Mogłam wyobrażać sobie czarną przyszłość albo po prostu stworzyć nową. Mogłam użalać się nad sobą, leżąc w łóżku albo podjąć wyzwania. Dlatego zaczęłam od spraw najprostszych. Najpierw umyłam głowę. Potem przygotowałam obiad. Te dwie czynności zmęczyły mnie do tego stopnia, że musiałam odpocząć i położyć się do łóżka. Było mi w nim ciepło i dobrze, mogłam znów kontemplować mój ciężki los, ale bezwiednie włożyłam rękę pod poduszkę, natrafiając na zdjęcie sadu. Wyciągnęłam je i wystukałam na klawiaturze numer telefonu, który był zapisany na jego odwrocie.

Czekałam w skupieniu. Niestety, po drugiej stronie nikt się nie odezwał. Wcisnęłam numer jeszcze raz – bez skutku. Sygnał rozbrzmiewał w moich uszach, a to już było wielce pocieszające. Oznaczało, że telefon stacjonarny był sprawny, czyli ktoś musiał opłacać rachunki. Byłam tak zdeterminowana, że powtórzyłam tę czynność jeszcze kilka razy, ale nie liczyłam, że usłyszę czyjś głos.

Po tym niby błahym zdarzeniu już nic nie było takie, jak przedtem. Telefonem, którym próbowałam skontaktować się z bratem mojej mamy, otworzyłam w sobie jakieś tajemne wrota do innego świata. Tym krokiem weszłam do krainy instynktów, które podpowiadały mi, że nie mogę pozwolić odejść tej historii. Takie rzeczy wyczuwa się pod skórą i nie da się ich logicznie wytłumaczyć. Zdjęcie było jak wehikuł, który przenosił mnie do krainy dzieciństwa, gdzie babcia pachniała wiatrem, mazurską ziemią, kompotem truskawkowym, zsiadłym mlekiem, jaskółkami lepiącymi gniazda, jeziornym tatarakiem i zupą z pokrzyw. Snułam się po domu jak cień, co jakiś czas próbowałam przywołać w pamięci wuja Hilarego, ale bezskutecznie. Miałam w głowie obraz dużych, plastikowych okularów w ciemnych oprawkach i spodniach podtrzymywanych szelkami z gumy. Poza tym nic więcej. Ta sekretna historia człowieka, którego zupełnie nie pamiętałam, zaczęła drążyć we mnie tunele. Jak kropla drąży skałę, tak on przedostawał się powoli do mojego krwiobiegu, wypełniał moje dnie, a czasem nawet noce, bo często śniłam o sadzie. Przechadzałam się pomiędzy drzewami. Odgarniałam liście w nadziei, że coś znajdę, tylko nie wiedziałam, czego dokładnie szukam.

Kiedy nadszedł dzień rozmowy z Wojtkiem, miałam przy sobie zdjęcie i nerwowo obracałam pierścień na palcu. Wojtek przywiózł Hani prezenty, były dobrze trafione. Zapewne to jego nowa kobieta pomagała przy wyborze. Jak zwykle wyglądał bardzo dobrze. Zawsze widziałam w nim przystojnego mężczyznę. Nie mogłam patrzeć mu w oczy, bo czułam ogromny żal i smutek, że nie należy już do mnie. Dojrzał do tego, żeby mi wytłumaczyć wiele rzeczy. Przestał mnie kochać. Widziałam w jego postawie skruchę, chwilami nawet myślałam, że jestem w stanie mu wybaczyć, ale wtedy przed moimi oczami pojawiała się tamta kobieta. Była ładniejsza ode mnie, nie wiem, czy mądrzejsza i bardziej czuła, ale na pewno miała ten rodzaj urody, który przykuwa wzrok nie tylko mężczyzn. Zastanawiałam się, w jaki sposób się z nią kocha? Czy tak jak ze mną, czy może zupełnie inaczej? Broniłam się przed natarczywością tych obrazów, ale przychodziły same. Jego widok mnie męczył, serce skamlało i wyrywało się z piersi. Widziałam, że coś do mnie mówi, ale nie słyszałam jego słów. Miałam ochotę wybiec z domu i wytarzać się w śniegu. Miałam ochotę trzasnąć drzwiami i już tutaj nie wrócić. Narastało we mnie poczucie niesprawiedliwości, że on ułożył sobie drugie życie za moimi plecami, a mnie już nic nie czeka. Miałam ochotę go pocałować i uprawiać z nim seks aż do rana, ale przecież nie był mój. Odrzucił mnie. Czułam się jak śmieć, a fala goryczy była nie do wytrzymania, musiałam coś zrobić, żeby nie wybuchnąć.

– Wyjeżdżam na kilka dni. Hania jedzie ze mną – powiedziałam, jakbym chciała wywołać w nim uczucie zazdrości.

– Zabierasz córkę? Przecież tak długo się z nią nie widziałem. Tęskniłem za Hanią. – To ostatnie zdanie sprawiło, że łzy pojawiły się w moich oczach. Za mną już nigdy nie zatęskni… – Może będę mógł was odwiedzić? – zapytał z dobrze mi znaną nostalgią w oczach.

– Nie – powiedziałam zdecydowanie. – Nie chcę, żebyś tam przyjeżdżał. Chcę być sama z Hanią. Jadę na Mazury do tej miejscowości, w której mieszkała babcia Aniela.

– Chcesz się tam zatrzymać u jakiejś rodziny? Znalazłaś kogoś w tamtych stronach?

– Próbowałam się skontaktować z bratem mojej mamy, ale nie udało mi się. Znam adres i chcę tam pojechać. Nie wiem jeszcze, co będę tam robić. Jeśli nie zastanę nikogo na miejscu, zatrzymam się w jakimś hotelu.

– Ale to jest niepoważne! Czy ty nie widzisz, co się dzieje za oknem? W ostatnich dniach śniegu jest mniej, ale nie wiesz, co cię czeka po drodze i chcesz zabrać Hanię? Zostaw ją ze mną – podniósł głos o jeden ton.

– To ty jesteś niepoważny. Jak to sobie wyobrażasz? Będziesz mieszkał u nas w domu czy zabierzesz Hanię do tej lafiryndy? Nie pozwolę, żeby jakaś obca kobieta zajmowała się moim dzieckiem! Zresztą co powiesz Hani, że ta pani to mama zastępcza? Puknij się w głowę, Wojtek – oświadczyłam chyba z groźną miną, bo aż się odsunął. Pewnie zaczynało do niego docierać, że to wszystko nie jest takie łatwe, jak się wydaje. – Na razie przyjęliśmy wersję, że podpisałeś nowy kontrakt i musisz na jakiś czas wyjechać, więc trzymajmy się tych ustaleń dobrze? – kontynuowałam stanowczo i nie musiałam go dłużej przekonywać.

– Tak. Jesteś bardzo mądrą kobietą. – Chwycił mnie za rękę, ale bardzo szybko się wyrwałam z tego uścisku.

– Zostaw! Nie dotykaj mnie! Zdradzałeś mnie tyle czasu, a teraz masz czelność robić takie rzeczy?! To ty przestałeś mnie kochać, nie ja ciebie! Nie dotykaj mnie już nigdy więcej! – Ostatnie zdanie zawisło w powietrzu między nami.

 

Ścisnęłam filiżankę z herbatą tak mocno, że dopiero po jakimś czasie poczułam, jak drętwieje mi dłoń. On tego nie rozumiał, nie wiedział, jak bardzo cierpię i jak podle może czuć się zdradzony człowiek. Chciałam, żeby już wyszedł, ale Hania tak bardzo się cieszyła na jego widok, że po krótkiej wymianie zdań zgodziłam się, żeby został w domu na noc. Mariola pojechała do siebie, ale nie wszystkie swoje rzeczy zabrała, przypuszczając, że jeszcze tu wróci. A ja zupełnie nie wiedziałam, co mnie czeka.

Każde spojrzenie w kierunku Wojtka wywoływało atak paniki. Jego głos był jak nóż w ranie, z każdym słowem wchodził coraz głębiej i zadawał nieznośny ból. Dobrze wiedziałam, że nie mam już wpływu na moje małżeństwo. Nawet gdyby chciał do mnie wrócić, nie przyjęłabym mężczyzny, który mnie zdradził. Nie chciałabym żyć w cieniu tej drugiej kobiety, zastanawiać się, czy była lepszą kochanką, w jaki sposób spędzali razem czas ani co szeptał jej do ucha przed snem. Jedyne, czego chciałam, to odzyskać chęć do życia. Dlatego wzięłam telefon i kolejny raz wybrałam numer wuja Hilarego. Nikt nie odbierał. Zrobiłam to jeszcze raz, ale również bez skutku. Wyjęłam z kredensu stare zdjęcia. Wyszukałam to, na którego odwrocie spisany jest testament babci. Znajdował się na nim również pełny adres domu, do którego tak bardzo chciałam pojechać.

Kiedy sięgałam pamięcią do czasów, gdy byłam z babcią, robiło mi się cieplej na sercu. Jakby je ktoś oblał ciepłym mlekiem i miodem. Ta niewielka i pomarszczona kobieta miała dla mnie zawsze czas. Na sam dźwięk nazwy tej mazurskiej miejscowości – Jutrzenka – coś się we mnie otwierało. Sądziłam, że po zdradzie Wojtka będę zamknięta na zawsze, ale gdy myślałam o Mazurach, babci Anieli, wujku, miałam wrażenie, że jakiś balsam próbuje rozlać się na moje połamane serce. Wypowiadając imię babci, czułam spokój. Chciałam tam pojechać bardziej niż kiedykolwiek. Musiałam zmienić optykę patrzenia na świat choćby przez kilka dni.

Mariola odradzała mi realizację tego pomysłu, ale ja czułam, że nie ma odwrotu. Wojtek również uważał, że to szaleństwo zabierać dziecko w podróż w nieznane, i to w taką pogodę, ale ja postanowiłam. Nie chciałam dłużej być w domu, w którym wszystko mi o nim przypominało.

Śnieg nie przestawał sypać ani na chwilę, zimowe płaty z impetem rozbijały się o szyby. Na dworze panował mrok, latarnie jeszcze nie świeciły. Na najbliższe dni zapowiadali temperaturę powyżej zera, miałam nadzieję na odwilż.

Wyciągnęłam z szafy dużą torbę i zaczęłam się pakować. Ulubione swetry, dżinsy, kilka podkoszulek, kosmetyki, ręczniki, zabawki, książki. Nawet nie myślałam o tym, że muszę zwolnić Hanię ze szkoły i usprawiedliwić swoją dalszą nieobecność w pracy. Najważniejsze było przede mną, czyli podróż.


Gdzie ja właściwie jechałam? Przemierzając kolejne kilometry, co jakiś czas pytałam samą siebie o cel podróży. Ustawiłam nawigację w telefonie, która miała wskazywać mi drogę do mazurskiej wsi. Miałam do przejechania ponad czterysta kilometrów, więc wyruszyłyśmy wcześnie rano. Nie wiedziałam, czego mogę spodziewać się po tym miejscu, dlatego chciałam dotrzeć tam za dnia, żeby było jeszcze widno. Włączyłam w radiu moją ulubioną stację, w której puszczano niekomercyjne piosenki bożonarodzeniowe. Tym razem leciał kawałek Doroty Miśkiewicz i Artura Andrusa „Bambino Jazzu”. Od razu poprawił mi się humor. Skoczna melodia nie przypominała pastorałek i kolęd, ale miała w sobie niezwykłą magię słów, których chciało się słuchać na okrągło.

Święta zbliżały się dużymi krokami, a ja nie mogłam wyobrazić sobie, jak będzie wyglądała w tym roku Wigilia w moim domu. Zresztą w jakim domu? Domu już nie było. Zostałyśmy z Hanią same. Miałabym składać życzenia Wojtkowi? A czego można życzyć facetowi, który zostawił żonę dla innej kobiety?

Po mniej więcej dwustu kilometrach zorientowałam się, że jadę dziwną trasą. Znaki drogowe wskazywały, że niedługo dotrę do Wrocławia! To raczej nie była droga, którą miałam jechać. Skręciłam na pobocze i wzięłam telefon. Okazało się, że nawigacja kieruje mnie do miejscowości o tej samej nazwie, ale leżącej niedaleko Wrocławia! To było okropne. Hania nie mogła już wytrzymać w aucie, cały czas się wierciła. Obie czułyśmy się zmęczone. Zjechałam do najbliższej restauracji, żebyśmy zjadły coś ciepłego i odpoczęły.

Gdy kelnerka podała mi cappuccino, wyprostowałam nogi i poczułam, że się odprężam. Znów sprawdziłam mapę. Pomyślałam nawet, żeby wrócić do domu i ponownie wyruszyć nazajutrz. Kelnerka przyniosła pierogi dla Hani i barszcz z uszkami dla mnie. Od jego aromatu zakręciło mi się w głowie. Pachniał dokładnie jak ten, który robiła babcia. Wigilia z nią to był jeden z najpiękniejszych dni w roku. Zanim zaczynaliśmy ubierać choinkę, kazała nam klęknąć, przeżegnać się i pomodlić. Mówiła, że to szczególny dzień w roku, kiedy należy wybaczać sobie i innym ludziom. Klęcząc przed drzewkiem, brała moją rękę w swoje powyginane palce i szeptała mi do ucha: wybaczaj i kochaj. Wtedy jeszcze nie rozumiałam tego, co mówiła. Dzisiaj to pierwsze słowo nie przeszłoby mi przez gardło. Komu miałam wybaczyć? Wojtkowi?

Z zamyślenia ocknęłam się dopiero, gdy jedno uszko ześlizgnęło się z łyżki i z pluskiem wpadło z powrotem do barszczu. Zrozumiałam, że nie mogę zawrócić. Skoro już weszłam na tę drogę, musiałam podążać nią dalej. Babcia by nie zawróciła. Musiałam nadrobić stracony czas, więc pospiesznie skończyłyśmy posiłek i wsiadłyśmy do samochodu. W radiu znów puszczali piosenki z charakterystycznymi świątecznymi dzwoneczkami oraz zapowiadali obfite opady śniegu. Miałam nadzieję, że się mylą.

Po dwóch godzinach jazdy pogoda się popsuła, a krajobraz z metalicznobiałego zamienił się w całkowicie szary. Kolory nieba, pobocza i asfaltu zlewały się w jedno, nie lubiłam takiej szarugi. Na domiar złego znów zaczął padać śnieg. Modliłam się, żeby opady nie stały się mocniejsze, ale widocznie tam na górze nikt nie miał czasu mnie wysłuchać, bo stało się dokładnie na odwrót. Wycieraczki nie nadążały odgarniać śniegu z szyb. Samochody zwalniały. Jechaliśmy jak po sznurze pięćdziesiąt na godzinę. Robiło mi się słabo na samą myśl o tym, że za kilka godzin będzie już ciemno. Nagle śnieg zaczął sypać tak intensywnie, jakby ktoś rzucał go łopatą, a wiatr wiał tak mocno, że miałam wrażenie, iż poprzewraca samochody. Wszyscy zwolnili do trzydziestu na godzinę. Samochody, które stawały na poboczu, momentalnie zaczynały przypominać gigantycznych rozmiarów śniegowe kule.

Wiatr dął w samochód z każdej strony. Miałam duszę na ramieniu. Przypomniałam sobie słowa Wojtka i Marioli, którzy ostrzegali mnie przed tą podróżą. Co u licha strzeliło mi do głowy? Jadący przede mną samochód wpadł w lekki poślizg i wylądował w rowie. W pierwszym odruchu pomyślałam, żeby mu pomóc, ale uświadomiłam sobie, że jeśli się zatrzymam, całkowicie mnie zasypie. To było okropne. Jechałam przyklejona do przedniej szyby z wytrzeszczonymi oczami ponad godzinę. W radiu mówili, że nad województwem łódzkim przeszła gigantyczna śnieżyca. Pewnie właśnie w nią wjechałam.

Po drodze zrobiłam jeszcze jedną, dłuższą przerwę na stacji benzynowej. Nawigacja wskazywała, że do celu zostało mi jeszcze około osiemdziesięciu kilometrów. Ukradkiem zerkałam na pierścień. Bałam się z każdym kilometrem coraz bardziej, ale jakaś siła kazała mi cały czas jechać do przodu. Zmienił się kierunek wiatru, teraz wiało z południa. Śnieżyca nacierała na tył samochodu, a przy tym wydawała dziwny, głęboki dźwięk, jakby ktoś uderzał w auto jak w bęben. Zdawało się, że steruję katamaranem albo żaglówką. Miałam wrażenie, że babcia maczała w tym palce, w końcu była bliżej Adonaj niż ja. Wśród wszechobecnej szarości jedynie korony drzew wyglądały, jakby je ktoś obsypał białym kwieciem.

Nagle jakaś wrona przeleciała przed maską samochodu, prawie uderzając w szybę. Odruchowo odskoczyłam od kierownicy i spojrzałam w kierunku ptaka, ale coś innego przykuło mój wzrok. Zdawało się, że na poboczu leży duży szary worek. Dopiero po chwili skojarzyłam, że to może być potrącony pies. Powinnam się zatrzymać i zająć się nim, ale jechałam dalej. Pewnie i tak już zamarzł. Znów spojrzałam na pierścień. A jeżeli nie zamarzł?

Miałam wrażenie, że babcia siedzi na tylnym siedzeniu w moim samochodzie i patrzy na mnie. Aż spojrzałam w lusterko, ale babci w nim nie zobaczyłam. Dostrzegłam jedynie senne oczy Hani. Zupełnie zapomniałam, że jedzie ze mną. Klepnęłam się prawą ręką w policzek. Chyba rzeczywiście byłam już mocno zmęczona. Nagle tuż przed maską przebiegł jeleń! Wcisnęłam pedał tak mocno, że aż hamulce zapiszczały. Odruchowo zamknęłam oczy. Otworzyłam dopiero, gdy samochód przestał ślizgać się po oblodzonej jezdni. Hania zaczęła płakać ze strachu, a ja cała się spociłam. Próbowałam ją uspokoić, ale była bardzo zmęczona, a to ostre hamowanie dodatkowo wytrąciło ją z równowagi. Kiedy przestała szlochać, wyszłam z auta, żeby obejrzeć je z każdej strony. Na szczęście oprócz tego, że się mocno przestraszyłam, nic się nie stało.

Wsiadłam z powrotem i już wkładałam kluczyk do stacyjki, gdy zorientowałam się, że czegoś mi brakuje. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że nie mam pierścienia na palcu! Zniknął! Zaczęłam szukać pod fotelem pasażera i kierowcy, pod wycieraczkami na podłodze, przeszukałam nawet tylne siedzenia, choć logika nakazywała ten rejon zostawić w spokoju. Wyszłam z samochodu i włączyłam latarkę w telefonie, łudząc się, że znajdę go w śniegu. Na próżno. Nigdzie, dosłownie nigdzie go nie było! Musiał ześlizgnąć mi się z palca. Byłam załamana. Czułam się, jakby ktoś ukradł mój najcenniejszy amulet. Chciało mi się płakać, ale w tej jednej nanosekundzie, która przychodzi do ludzi od czasu do czasu w postaci jakiegoś dziwnego przebłysku świadomości, wiedziałam, że to musi być sprawka babci Anieli. Umiejętnie wykorzystała tę porę dnia, w której przestrzeń oddzielająca dwa światy otwiera się niczym księga. Duchy schodzą na ziemię w poszukiwaniu bliskich, jednak muszą wrócić do Adonaj, zanim ziemię spowije całkowita czerń nocy. Inaczej zostaną tu już na zawsze i będą snuć się w poszukiwaniu ciał, które mogłyby na powrót sobą wypełnić.

To ona mi go zabrała. Wzięłam głęboki oddech, wsiadłam do samochodu i zawróciłam. Miałam nadzieję, że pies jeszcze żył.

Zaparkowałam na poboczu po drugiej stronie drogi tuż pod lasem. Kiedy wysiadłam, mróz delikatnie szczypał mnie w policzki, a w nosie świdrowała dziwna woń. Jakby wymieszały się ze sobą zapachy mokrej sierści psa i olejku sosnowego. Choć nie było to rozsądne, zostawiłam włączony silnik w samochodzie i drzemiącą w nim Hanię.

Rozejrzałam się dookoła, było ciemno i pusto. Dostrzegłam go z oddali. Musiał leżeć już od jakiegoś czasu, bo przysypała go znaczna warstwa śniegu. Był dobrze widoczny dla kierowców jadących z naprzeciwka, więc czemu u licha nikt się do tej pory nie zatrzymał? Nie mogłam tego pojąć, ale z drugiej strony – gdyby nie ta sytuacja z jeleniem, ja pewnie też bym tego nie zrobiła.

Podchodziłam do niego ostrożnie. Im bliżej byłam, tym mocniej czułam ten dziwny zapach lasu. Nadchodziła zima, ale zapach był jakby wiosenny. Rozmokłe szyszki świerkowe na podgniłym mchu i mocna woń sosen. Szłam coraz wolniej. Pies był ogromny. Nie dawał żadnych oznak życia. Nie ruszał gigantycznym ogonem, który opadł mu na tylne łapy. Pysk miał całkowicie przysypany śniegiem. Jedynie pod nosem widniała dużych rozmiarów kałuża krwi, która rozlewała się na asfalcie. Byłam pewna, że nie żyje. Kątem oka patrzyłam na mój samochód i delikatny zarys Hani za szybą. Chciałam do niej jak najszybciej wrócić, ale coś kazało mi ratować tego psa.

Najpierw zaczęłam do niego mówić spokojnym głosem, ale nie reagował. Podeszłam więc do wielkiego ciała i butem delikatnie dotknęłam jego łap. Nie poruszył się. Wzięłam telefon i w Google’u znalazłam numery do najbliższego schroniska i pobliskich weterynarzy, ale nikt nie odbierał. Co zrobić? Powinnam ściągnąć psa z asfaltu na pobocze, ale wydawał się tak monstrualnych rozmiarów, że na pewno nie dałabym rady, a tylko mogłabym zrobić mu krzywdę. Podeszłam jeszcze bliżej. Ukucnęłam i zaczęłam ręką strzepywać z niego śnieg. Im więcej warstw z niego spadało, tym bardziej byłam zadziwiona. Kiedy zatopiłam gołą rękę w dość twardej i długiej sierści, nie mogłam wyjść ze zdumienia. Jego ciało było ciepłe i zdawało się, że również tętno jest dość dobrze wyczuwalne. W popłochu zabrałam rękę i odskoczyłam na bok. Oczyma wyobraźni widziałam, jak pies podrywa się z ziemi i wgryza w moje gardło. Jednak zdobyłam się na odwagę i prawą ręką strzepałam śnieg z pyska. W tej samej chwili psie powieki uniosły się i zobaczyłam zielonobrązowe źrenice, jakby ktoś wymieszał kolor miodu z chłodem nocy. Przeszył mnie lodowatym spojrzeniem, dwa razy zamrugał i znów je zamknął. Odskoczyłam niczym rażona piorunem na odległość dwóch metrów. Nie wiedziałam, co zrobić, dlatego ucieszyłam się, gdy w oddali zobaczyłam nadjeżdżający radiowóz. Policjanci zaparkowali za moim autem. Czułam, jak śnieg roztapia mi się na policzkach, a wystające spod kaptura włosy przyklejają się do skroni. Byłam już solidnie zmęczona i jazdą, i tą całą sytuacją.

 

– Dobry wieczór. Młodszy aspirant Szymon Kruk. – Policjant wyciągnął z kieszeni niebieskich spodni niewielki notesik.

– Dobry wieczór – odpowiedziałam.

– Co tu się stało? Czy to pani pies?

– Nie. Jechałam tędy i przed chwilą go zauważyłam. Nie umiałam przejechać obojętnie.

– Powinniśmy przenieść go na pobocze, zanim przyjedzie Saria[2]. – Strzepał śnieg z munduru. Cały czas kątem oka spoglądałam na swój samochód, przecież zostawiłam w nim dziecko.

– Saria? – powtórzyłam zdziwiona. – Przecież oni zajmują się utylizowaniem padliny.

– No tak. Przecież o to właśnie chodzi. Nie będziemy tu tak stali do rana.

– Ale to zwierzę żyje! Podchodziłam do niego, on żyje! – prawie wykrzyczałam aspirantowi w twarz.

– A co to kogo obchodzi? Ani pani nie weźmie tego psa ze sobą, ani ja. Zanim tu ta cała Saria dojedzie, to i tak zdechnie.

Wziął telefon i zaczął wstukiwać jakiś numer. Dobrze wiedziałam, dokąd dzwonił. Nie mogłam do tego dopuścić! Obudził się we mnie bunt i niezgoda na to, że człowiek jako rasa panująca może podejmować takie decyzje bez najmniejszej refleksji. A może to jest brzemienna suczka, a może ktoś bardzo kocha tego psa i właśnie go szuka? Nie wiedzieliśmy, jaka jest historia tego zwierzęcia.

– A z pana taki policjant, że nawet nie zabezpieczył pan miejsca zdarzenia. Może jakiś trójkąt trzeba wyciągnąć? – spytałam, a aspirant ośmielony moją brawurą chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył. – Nie może pan oddać tego psa Sarii, bo to jest wbrew prawu. To zwierzę żyje! Jeśli pan to zrobi, pozwę pana do sądu!

– Do czego? Do sądu? Ha ha ha… – Roześmiał się tak donośnie, że aż wrony na drzewach poderwały się do lotu. – Ta instytucja sama stwierdza zgony…

– Ale nie może zabrać mojego psa! Bo ten pies jest mój! Jestem jego właścicielką i jestem do niego przywiązana. Pogwałciłby pan w ten sposób moje uczucia, a to już jest karalne.

– Co? – nie mógł wyjść ze zdumienia. – Przed chwilą powiedziała pani, że jedynie przejeżdżała obok.

– W takim razie źle pan usłyszał! Idę do samochodu po trójkąt i koc dla psa, bo jak widzę, pan tego nie jest w stanie zrobić! – Odwróciłam się na pięcie i odeszłam.

Hania spała. Miałam nadzieję, że mundurowy nie zauważy, że zostawiłam bez opieki dziecko w samochodzie. Z tego już mogłabym nie wytłumaczyć się tak łatwo, ale nie miałam wyjścia. Kiedy wróciłam, policjant próbował przenieść psa na pobocze, właśnie ukląkł przed nim i wyglądał, jakby się modlił.

– Niech pan go zostawi! Niech go pan nie rusza! Jeżeli ma złamaną miednicę albo kręgosłup, może pan mu zrobić większą krzywdę! – Podbiegłam do mężczyzny i w taki sposób położyłam koc na psie, żeby zasłonić mu także oczy. Światła samochodów jadących z naprzeciwka mogły go niepotrzebnie stresować.

– Niech pani nie kłamie. – Policjant podszedł do mnie i chwycił za ramię. – Niech pani zostawi tego psa i lepiej powie, gdzie mieszka.

– Yyy… – Nie wiedziałam, jak z tego wybrnąć. Nie znałam nazw miejscowości znajdujących się pobliżu. – Tu całkiem niedaleko.

– Kłamie pani jak dziecko. – Spojrzał na mnie z politowaniem. – W promieniu piętnastu kilometrów nie ma tu ani jednego domostwa.

– Mieszkam w Jutrzence.

– Gdzie? – Poprawił czapkę na głowie. – Przecież to jest siedemdziesiąt kilometrów stąd! I może jeszcze pani powie, że pies wyskoczył z samochodu?

– Właśnie! Zatrzymałam się z nim za potrzebą… Jak tylko otworzyłam drzwi, uciekł i jakiś łajdak go potrącił!

– Proszę pani, ja już nie takich kłamczuchów w swoim życiu widziałem. Muszę panią wylegitymować. Proszę podać dokładny adres zamieszkania.

Nie chciałam mu udzielać żadnych informacji. W myślach błagałam los, żeby zesłał na moją drogę kogoś, kto będzie w stanie mi pomóc. Czułam, że nie dam rady dłużej kłamać. Coraz bardziej martwiłam się o Hanię, gdyby się obudziła i nie zastała mnie w samochodzie, przestraszyłaby się nie na żarty. Na szczęście w oddali zobaczyłam nadjeżdżający samochód. Gdy podjechał bliżej, okazało się, że to zielony jeep. Miałam nadzieję, że to mój ratunek. Jednak gdy zaparkował prawie na środku drogi i wygramoliło się z niego dwóch rosłych mężczyzn ubranych w zielone spodnie i kurtki moro, wiedziałam, że coś jest nie tak. Podeszli do policjanta.

– Witaj, Kruku! – Przywitali się uściskiem dłoni. – Zadzwonili do nas z komendy, że coś tu leży na krajówce. Mieliśmy sprawdzić.

– Tak, tak. Jakaś pani próbuje mi wmówić, że ktoś potrącił jej psa. – Policjant wskazał ręką na zwierzę.

– Tę padlinę? – odezwał się jeden z zielonych, rzucając ostre spojrzenie w kierunku przykrytego kocem psa.

– To nie jest padlina! – zaczęłam, ale aspirant, od razu się wtrącił:

– Tak, babka coś ściemnia. Zaraz wlepię jej mandat za składanie fałszywych oświadczeń. Najpierw mówiła, że tędy tylko przejeżdżała, teraz kłamie, że to jej pies.

Jeden z zielonych podszedł do zwierzęcia, bacznie mu się przyglądając. Ukucnął przy nim i ściągnął ośnieżony koc z pyska.

– Ożeż kurwa mać! Szymon, czy ty sprawdziłeś, co tu leży? To jest wilk, durniu! Wilk! – krzyknął.

– Wilk? – Policjant był zdumiony w równym stopniu, jak ja.

Podszedł do zielonego, a ten krzyknął do kumpla:

– Zasuwaj do jeepa! Wiesz, po co.

Wstał, zmarszczył brwi i kopnął wilka w brzuch, a ten wydał cichutki pisk. Ogarnęła mnie wściekłość i rzuciłam się na zielonego z pięściami.

– Co pan robi! Tak nie można! Przecież to zwierzę żyje!

Aspirant podszedł do mnie i zaczął mówić, że wypisuje mandat za składanie fałszywych zeznań w sprawie wypadku, że jak się zaraz nie uspokoję, to wsadzi mnie do aresztu na czterdzieści osiem godzin. Nie wiem, co dokładnie mówił, bo z przerażeniem patrzyłam, jak ten drugi zielony niesie z jeepa broń.

– Odsuń się, kobieto. To nie jest twój pies. Niech zwierzę się już nie męczy.

– Nie! Nie możecie tego zrobić!

– Niech się pani odsunie – powiedział ten drugi, kierując lufę w głowę wilka.

– Nie! – krzyknęłam raz jeszcze. Z siłą, o którą się nie podejrzewałam, odepchnęłam rosłego mężczyznę i rzuciłam się na wilka, przykrywając go swoim ciałem.

Zamknęłam oczy i przerażona sytuacją, modliłam się nie wiem do kogo, do babci, mamy, Adonaj, żeby zwierzę nie czuło z mojej strony zagrożenia, bo w przeciwnym razie skoczyłoby mi pewnie do gardła. Nie wiem, czemu to zrobiłam. Wiedziałam tylko, że nie mogą go zabić. A z drugiej strony byłam porażona własną głupotą. Bałam się, że wilk zaraz wstanie na cztery łapy i skoczy mi do gardła. Trzęsłam się z zimna i strachu. A jeśli coś mi się stanie? Jeśli zostanę pogryziona i zemdleję, kto zajmie się moim dzieckiem? Przecież zostawiłam Hanię w samochodzie i nikt o tym nie wie.

Jednak instynkt podpowiadał mi, że to właśnie powinnam zrobić – ratować wilka. Może znów usłyszałam babcię? Może ta, która dała mi i zabrała pierścień, szeptała teraz, że to zwierzę będzie kluczem do mojego nowego życia?

Położyłam rękę na wilku. Miał sztywną i bardzo grubą sierść. Mimo to czułam, jak bije jego serce. Ogromne ciało z każdym wdechem i wydechem poruszało się w górę i w dół. Przez ułamek sekundy zastanawiałam się, o czym może myśleć? O ciepłych nocach pełnych gwiazd, wyciu przy świetle księżyca, dzikich łąkach nieskażonych ludzką ręką, a może o tym, że nie zdążył przynieść na czas pokarmu swoim dzieciom, które teraz na niego czekają? Klęczałam nad nim jak matka nad dzieckiem, gdy nagle któryś z zielonych się odezwał:

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?