Zły człowiekTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zły człowiek
Zły człowiek
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,80  63,84 
Zły człowiek
Audio
Zły człowiek
Audiobook
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

Noc, a właściwie poranek poślubny mija inaczej, niż chcieliśmy. Pod sukienką Malwina ukryła cieliste pończochy, błękitną podwiązkę i różowe stringi. Słowem: smakowicie. Jestem na tyle trzeźwy, żeby mi stanął, ale za bardzo pijany i najedzony, żeby się na nią nie wyrzygać podczas wstrząsów towarzyszących zabawom. Ona chyba też, dlatego zamiast się kochać, wypalamy skręta, chwilę rozmawiamy, obgadując gości, i idziemy spać.

Wstaję około trzynastej, ból głowy jest jeszcze bardziej parszywy niż dzień wcześniej. Dym po skrętach rozsadza ją od środka, mimo to od razu sięgam po szluga. Malwina śpi twardo z pupą na wierzchu. Suknia ślubna leży pomięta na podłodze. Nie wiem, ile, ale obstawiam, że z trzydzieści tysiaków poszło się właśnie jebać. Obok mój garnitur, cały zalany napojami i ufajdany jedzeniem. Dziesięć kawałków do kosza. Nie budzę swojej pięknej żony, tylko z fają w ustach wychodzę na balkon. Na dole widzę zataczającego się Pływaka. Jest w spodniach od garnituru i koszuli. Gdzieś zgubił krawat i marynarkę. W prawej ręce trzyma flaszkę. Jeszcze nie dotarł do swojego domku albo spał w butach i ubraniu, a po przebudzeniu zebrało mu się na wycieczki. Podnosi głowę i zauważa mnie.

– Siemasz, pan młody! – mówi głośno, choć niewyraźnie.

Próbuję sobie przypomnieć, kiedy widziałem go po raz ostatni. Chyba przy damskim kiblu, jak starał się odgadnąć kolor majtek nieletniej córki jednego z naszych głównych odbiorców zioła. Już nawet przymierzał się do wejścia do środka w celu weryfikacji, ale w drzwiach zderzył się z Britney, która szybko go naprostowała. Wtedy chyba było jeszcze ciemno. Nie pamiętam, żebyśmy pili razem po wschodzie słońca. W pewnym momencie całe towarzystwo się przetasowało.

– Gdzieś ty wczoraj przepadł? – krzyczę z góry. – Wyglądasz, jakbyś spał w stajni albo chlewie.

– Chujnia, człowieku – bełkocze. – Zejdź walnąć kielona, to pogadamy.

– Mam dzisiaj poprawiny, muszę się trzymać. – Kładąc się spać, obiecałem Malwinie, że wytrzymam w wyjściowym stanie przynajmniej do powitania gości. Czyżby tym różniło się małżeństwo od bycia parą, że za wszelką cenę chce się dotrzymać danej obietnicy?

– Daj spokój, wczoraj byłem grzeczny, więc należy mi się, co? – Pływak słynie z odwalania numerów po alkoholu, choć zdarzają mu się też na trzeźwo. – Chodzi o Wiewiórę... – wyjaśnia markotnie.

Jeśli on wie o jej krakowskich ekscesach, a wszyscy żyją, nikt nie został pobity ani zgwałcony, to jestem mu winien rozmowę. Bez słowa gaszę papierosa, wracam do środka, wkładam T-shirt i krótkie spodenki, całuję Malwinę w policzek, po czym cichaczem idę na dół. Po drodze z lodówki zabieram zimną wódkę, colę i kieliszki. Siadamy na stoliku w altance przed wejściem do domku.

– Co znowu naodpierdalała? – pytam. Nie musi wiedzieć, że znam odpowiedź.

– Przerżnęła jakiegoś żółtka na panieńskim. – Drżącą ręką chwyta butelkę i nieudolnie napełnia kieliszki, sporą część wylewając na stolik. – Kurwa, to się nigdy nie skończy, ona ma robaki w cipie. Ty to masz szczęście z Malwiną. Zazdroszczę wam. Wasze zdrowie!

Wódka smakuje jeszcze lepiej niż wczoraj. Jak tak dalej pójdzie, nie dojdę do siebie przez następny tydzień, o ile oczywiście impreza skończy się dzisiaj.

– Może i masz rację, ale sam wiesz, jak z nami było. Malwina też ma sporo za uszami. Swoje przeszliśmy.

– Niby tak, ale ona się zmieniła. Wydoroślała... – Kręci głową, w jego głosie słyszę wyraźny żal. – Już nie jest głupią panienką zachłyśniętą szmalem, tylko dojrzałą, odpowiedzialną kobietą. Matką. – Nalewa kolejkę. – Tymczasem Wiewióra dalej zachowuje się jak puszczalska szesnastolatka. Myślałem, że kiedyś jej to przejdzie, a ona... Ech, szkoda gadać. – Pije sam, nie czekając na mnie.

Wysłuchuję gorzkich żalów kumpla, aż moje pijackie oko dostrzega opiekunki z dziećmi. Widok chłopców rozkosznie śpiących w wózkach rozmiękcza mi serce. Karolcia idzie obok. Za całym towarzystwem podąża Jabłonka. Wcześniej pilnowała ich Wisienka. Jeśli jest impreza i nasza prywatna ochrona ma skupiać się na dzieciach, szefowie ochrony wymieniają się co cztery godziny.

Chcę do nich podbiec, ale po dwóch krokach moje nogi tracą moc. Kucam więc tylko z rozłożonymi rękami, jakbym liczył, że chłopcy wstaną z wózków i podbiegną do mnie. Nie mogę się doczekać, aż będą w wieku Karolci. Chcę ich tak wiele nauczyć, a przede wszystkim być znacznie lepszym ojcem, niż mój był dla mnie. Ojcem czułym, wyrozumiałym i obecnym.

– Tata! – krzyczy Karolcia i biegnie do mnie, a potem pada mi w objęcia, brzuszkiem przywierając do mojej głowy.

– Drogi mężu, odejdź od dzieci z tym papierochem! – Słyszę krzyk Malwiny. Brzmi inaczej, zupełnie jakby charakter i wyrażający go głos postarzały się o dziesięć lat. Dotąd nigdy nie miała pretensji o palenie przy dzieciach. Sama też przy nich kopci, choć głównie zioło, ale przecież to żadna różnica. – Właściwie obaj moglibyście się przejść nad jeziorko, bo kopcicie jak smoki, dym wpada do domu, a mnie zaraz pęknie dynia. – Moja żona podtrzymuje się framugi drzwi wejściowych. Skacowana, w szlafroku i z rozwaloną fryzurą wygląda cudnie. W takiej Malwinie się zakochałem.

– Jasne, Mamba, już idziemy. – Pływak nie zamierza się spierać. Nieudolnie chwyta flaszkę oraz kieliszki i zataczając się, schodzi na dróżkę przed domkiem.

Malwina wychyla się, odbiera Karolcię i daje mi buziaka.

– Wyjaraj szybko, spław tego dupka i chodź do swojej prawdziwej rodzinki – szepcze mi do ucha.

Odchodzimy kilkanaście metrów od domku. Idę tyłem, żeby cały czas móc przyglądać się mojej wspaniałej rodzinie. Opiekunki podprowadzają wózki pod schody, a potem Jabłonka przenosi je do altanki. Malwina daje buziaki chłopcom. Podnosi wzrok, macha do mnie uśmiechnięta i wtedy wreszcie rozumiem. Wieloletnia walka, poświęcenia, ryzyko, gówno, w którym się babram – wszystko było po to, żebym znalazł się w tym punkcie swojego życia. Punkcie, w którym chciałbym zrezygnować z interesów, zamknąć się z żoną i dziećmi na bezludnej wyspie i cieszyć ich obecnością, aż zabije mnie jakaś starcza choroba.

– Piękni są... – wzdycha Pływak. – Zabiłbym, żeby mieć takie życie z Wiewiórą.

Nie mam wątpliwości. Są sprawy znacznie bardziej błahe, dla których Pływak jest gotów zabić. Odchodzimy jeszcze dalej. Słyszę płacz jednego z chłopców. Widzę, jak Malwina daje znak opiekunkom i jedna wprowadza wózek do domu, druga chwyta pod pachę protestującą Karolcię, a moja żona bierze płaczącego maluszka i podnosi go wysoko.

– Będziesz jeszcze je miał – mówię bez przekonania, bo nie wierzę we własne słowa. Wiewióra nie należy do osób, które muszą się wyszaleć, żeby potem założyć rodzinę. Ona musi szaleć aż do śmierci, bo wizja rodziny ją obrzydza. – W końcu zestarzeje się i zmądrzeje.

– To pierwsze na pewno, ale starej, używanej bryki to ja już nie będę chciał. Znajdę sobie młodszą, nieśmiganą, a ona niech się kisi w swojej przechodzonej karoserii – stwierdza z wymuszonym śmiechem. – Który teraz płacze? Rozpoznajesz ich z takiej odległości?

Cieszę się w duchu, że nie mam takich problemów jak Pływak. Mnie nie przeszkadza, że Malwina się zestarzeje, stanie się bardziej marudna i nie będzie już tą przebojową nastolatką, w której się zakochałem. Zawsze będzie moją bratnią duszą, przyjaciółką, żoną i ostoją w jednym. Na dobre i na złe.

– Z tej odległości? Za cholerę, stary! Nie mam pojęcia, czy to Rafał, czy Andrzej.

Żona odwraca syna twarzą do mnie, Karolcia wybiega z domku i chwyta ją za nogę. Malwina mówi coś do Jabłonki, a ten kiwa głową. Chyba oddelegowuje go ze służby. W tym samym momencie do uszu wdziera się huk jak po wystrzale tysięcy korków od szampana. Pojawia się błysk, jest jasny, niemal biały i trwa mniej niż sekundę. Wszystko dzieje się jakby w zwolnionym tempie. Fala czerwonego ognia w ekspresowym tempie wchłania domek, a wraz z nim Malwinę, Jabłonkę i dzieci. W ciągu kilku sekund moja rodzina znika przykryta czerwoną kołdrą śmierci.

4

Stoję i patrzę, jak ogień trawi moją rodzinę. W tle słyszę paniczne krzyki nadbiegających gości i ochroniarzy, Pływak coś mamrocze, ale nie zwracam na to uwagi. Przed oczami wciąż na nowo pojawia się moment wybuchu. Chwila, w której czerwona fala zalewa dach domku, i ta najgorsza – gdy ogień chwyta w objęcia Malwinę i dzieci.

Naoglądałem się w życiu dużo śmierci. Wiem, że są sytuacje bez wyjścia. Jak ta. Mojej rodziny nie da się ocalić, spłonęła żywcem podczas eksplozji. Wybuch był precyzyjny, stojąc kilkadziesiąt metrów od domku, nawet za bardzo nie odczułem fali uderzeniowej. Ktokolwiek to zrobił, znał się na rzeczy. Czuję, jak łzy nabiegają mi do oczu, ale im nie pozwalam. Nie wolno mi. Muszę być twardy, przynajmniej dopóki nie będę sam. A ból zżera mnie od środka, bo jedyne, czego teraz pragnę, to znaleźć się w ciepłym łóżku, przytulić się do żony i spojrzeć z zachwytem na śpiące obok dzieci. Ale już nigdy więcej tego nie zrobię. Nie zobaczę, jak moi chłopcy dorastają, jak moja żona będzie się starzeć ani po kim większość genów odziedziczyła Karolcia. Ich nie ma, nie ma! Jeszcze przed chwilą miałem tyle do stracenia. Teraz nie mam już nic.

– Idziemy tam?

Wisienka jest pierwszą osobą, która odważyła się do mnie odezwać. Od wybuchu musiało minąć kilka dobrych minut. Mój trans trwał dłużej, niż sądziłem, bo ochroniarze już biegają wokół domku, nieudolnie próbując ugasić pożar gaśnicami samochodowymi. W sumie nawet nie muszą, wybuch był zaplanowany na szybki strzał. Bum, chwila intensywnego ognia i koniec. Zaraz wszystko zgaśnie.

– Szefie, chce pan tam podejść? – Widząc mój brak reakcji, Wisienka próbuje jeszcze raz, bardziej oficjalnie.

 

Przywraca mnie tym do porządku. Rozglądam się. Goście gapią się z bezpiecznej odległości, są niepewni, więc zachowują dystans. W tłumie dostrzegam Rembrandta. Półprzytomny opiera się o żużlowca, którego jest sponsorem. Oczy ma zamknięte, ewidentnie nie kontaktuje. Pływak rzyga kilka kroków ode mnie. Z oddali widzę biegnące w moją stronę Britney i Wiewiórę.

– Każ swoim ludziom sprzątnąć zioło – zwracam się szeptem do Wisienki. – Za dwadzieścia minut ma zniknąć cały towar z domków i sali weselnej. Przede wszystkim z sali. Zabunkrujcie go w bezpiecznym miejscu daleko od Zawad. Ty też się zawiń i czekaj na mój sygnał.

– Ale Malwi... To znaczy szefowa...

– Moja rodzina nie żyje. Za chwilę zjawi się tu całe FBI. Nie mamy czasu na rozpacz.

Te słowa szczypią niczym kieliszek ciepłej przepalanki, ale udaje mi się wypowiedzieć je jak na szefa przystało: twardo i beznamiętnie. Policja nie zjawi się szybciej niż za pół godziny. Miejscowa kawaleria na pewno tu nie uderzy. Zresztą nawet gdyby, to ochrona ich nie wpuści. Bez nakazu czy oficjalnego wezwania wiejski radiowóz zostanie potraktowany jak natrętny akwizytor. Co innego kowboje z Komendy Miejskiej.

– Kitraj towar i znikaj, nie rozmawiaj z nikim z zarządu.

Dziewczyny są już prawie przy mnie, Pływak podnosi się z ziemi. Chwytam za ramię wciąż zdezorientowaną Wisienkę.

– No już!

– Robi się – odpowiada i ucieka, zanim podchodzą do mnie współpracownicy.

– Sebastian, tak mi przykro! – Britney jako jedyna z zarządu publicznie zwraca się do mnie po imieniu. Kobieta, z którą łączy mnie więcej, niżbym chciał, rzuca mi się na szyję. – Przepraszam cię, pojechałyśmy do sąsiedniego ośrodka. Rembrandt odpłynął po poranku w domku żużlowca, a Wiewióra miała zwały, więc postanowiłam zabrać ją tam na basen i...

Urywa nagle, głos jej się załamuje. Wtula się we mnie, chowając twarz przed innymi. Wie, że nie wolno jej się rozklejać przy ludziach, szczególnie tak ważnych jak nasi goście. W końcu mnie puszcza, oczy ma czerwone, ale nie płacze.

– Co robimy? – pyta Wiewióra.

Jest bardziej opanowana niż Britney, poza tym szybko myśli. Wie, że okazywanie emocji to ostatnie, na co możemy sobie pozwolić, zwłaszcza w obliczu zamachu. Zamach... Samo słowo brzmi obrzydliwie. Pływak nic nie mówi. Chwieje się i łypie to na Wiewiórę, to na butelkę w mojej ręce. Lituję się nad nim i oddaję mu flaszkę.

– Moi sprzątają zieleń, FBI pewnie w drodze – tłumaczę, jednocześnie wskazując palcem na jednego z ochroniarzy. Daję mu znak, żeby do mnie podszedł. – Za przepalankę nic nam nie zrobią. Ja się rozpływam, zanim zaczną zadawać pytania. Wam radzę to samo.

Ochroniarz już jest obok.

– Z kim przyjechałeś? – pytam go.

– Byłem w szefa kordonie. Pracuję u Jabłonki – tłumaczy ze spuszczoną głową. Nie potrafi patrzeć mi w twarz.

– Wieź mnie do domu – rzucam i ruszam od razu w kierunku parkingu.

– Musimy ustalić, co dalej – bełkocze Pływak. Zalany czy nie, odzyskuje zdolność myślenia.

– Właśnie – wtóruje Britney.

– Spotkamy się, to pogadamy. Nie teraz. Dam wam znać.

– Ale...

– Naprawdę nie teraz! – cedzę przez zęby i zostawiam wspólników.

Po drodze zwracam się do gości, którzy nie spuszczają ze mnie oka:

– Niebawem zjawi się kawaleria. Polecam państwu jak najszybsze opuszczenie terenu. Ręczę, że lista gości już zniknęła i nikt nie będzie mógł jej przeczytać.

Nie zadają pytań. Ci najbardziej rozumni i trzeźwi zbierają dupy do swoich samochodów lub wołają szoferów. Ja zajmuję miejsce na rozgrzanym od słońca skórzanym fotelu bmw. Ochroniarz odpala silnik. Zanim ruszamy, do samochodu podbiega niski gość w tupeciku. Mój prawnik. Opuszczam szybę.

– Bez względu na wszystko będzie pan musiał wyspowiadać się na policji – mówi szybko. Moja rodzina przed chwilą usmażyła się żywcem, a on myśli tylko o czekających mnie prawnych konsekwencjach. Lubię go, wykonuje robotę jak należy i nie daje się ponieść emocjom. – Odroczę to w czasie ze względu na pana zły stan psychiczny. Ale nie uda mi się tego robić w nieskończoność, musimy ustalić jakąś wersję. Pana zeznania...

– Przeciągaj najdłużej, jak się da. Odezwę się do ciebie. Jedź – rzucam już do szofera i ten bez słowa wykonuje polecenie.

Uciekam, lecz nie dlatego, że chcę uniknąć interwencji policji i składania zeznań. Tak mają myśleć wspólnicy, pracownicy i goście. Naprawdę teleportuję się z Zawad, bo boję się, że lada moment ogień całkowicie wygaśnie, a wtedy musiałbym podejść do domku i spojrzeć na spalone zwłoki Malwiny i dzieci. Choć przez lata widziałem wiele trupów, obawiam się, że nie zniósłbym widoku tych czterech ciał, bo to nie są tylko ciała, lecz moje życie, które ktoś właśnie puścił z dymem.

Jedziemy w ciszy, ochroniarz nawet nie spróbował włączyć radia. Widok płonącej rodziny sprawił, że momentalnie wytrzeźwiałem. Całą drogę zastanawiam się, kto to zrobił. Jestem niemal pewien, że ja byłem głównym celem, Malwina ewentualnym dodatkiem, a dzieci zginęły przypadkowo. Ten, kto podłożył bombę, nie przewidział, że akurat wyjdę z Pływakiem na papierosa. Pewnie znał nasze zwyczaje i wiedział, że dużo pijemy, a po imprezach lubimy pospać do późna. Bomba wybuchła po trzynastej. Jedno jest pewne, ktokolwiek ją podłożył, musiał przyjść z nią na wesele, a potem zakraść się do naszego domku. Jestem przekonany o lojalności moich ochroniarzy, wybieram ich podczas żmudnej selekcji, zarabiają dużo, a profilaktycznie na każdego mamy z Malwiną haka. Właściwie to mieliśmy, bo ona...

– Zajebię – syczę, gdy uświadamiam sobie coś bardzo oczywistego. Nikt z gości nie dałby rady przetransportować bomby na teren ośrodka. Ochrona skanowała wjeżdżających wykrywaczami metalu. Nie podobało im się to, ale musieli poddać się kontroli. Siedmiu ludzi całą noc obstawiało parking głównie po to, żeby obserwować, po co w trakcie imprezy goście chodzą do samochodów. Wniesienie bomby mogło się więc udać tylko kilku osobom. Tym, których ochroniarze z reguły nie przeszukiwali i na których nie zwracali większej uwagi... – Zajebię jak psa! Ukatrupię! Wypruję flaki! Żywcem obedrę ze skóry!

Wściekłość bierze górę. Wykrzykuję groźby, bijąc pięściami w fotel pasażera. Wyrwany zagłówek zostaje mi w rękach, gdy stajemy przed wysoką na trzy metry bramą prowadzącą do posiadłości, którą wybudowaliśmy z Malwiną, jeszcze zanim zaszła w pierwszą ciążę.

– Będę cię potrzebował w domu – mówię do strażnika po spuszczeniu szyby, a ten widząc moją twarz, bez słowa otwiera bramę.

Willa położona na samym końcu ulicy Odrodzenia na Grabówce, ekskluzywnej dzielnicy Częstochowy, miała być naszą chlubą. Przetrwała wszystkie rozstania i powroty, kłótnie oraz schadzki. Moi synowie mieli tu dorastać, przeżywać pierwsze pójście do szkoły, grać w piłkę, sprowadzać dziewczyny, wracać zalani z imprez, a potem uciec stąd, by stworzyć własne gniazdo rodzinne i żyć długo i szczęśliwie. Odkąd wybudowałem willę, nie chciałem się z niej wynosić, dlatego po rozstaniach to Malwina się wyprowadzała, a ja zostawałem w domu, choć mam trzy apartamenty w centrum. Zawsze żyłem ze świadomością, że Malwina gdzieś tam jest i kiedyś wróci... Dotąd miałem rację.

Ochroniarz parkuje samochód tuż przy drzwiach wejściowych.

– Masz gnata? – pytam.

Kręci głową.

– Na weselu tylko główni ochroniarze mogli mieć broń. Sam szef tak zarzą...

– Otwórz okno i zgaś silnik – mówię i wysiadam z samochodu.

Sierpniowy gorąc uderza mnie w twarz. W środku aż kipię. Żal, nienawiść i parująca wódka torpedują mój mózg. Chce mi się wyć z bezradności.

– Twoja broń – wydaję polecenie strażnikowi, który właśnie podszedł. Bez gadania wyciąga spluwę z kabury.

Lekki i praktyczny glock 17, tradycyjne wyposażenie mojej ochrony. Odbezpieczam go, robię krok w stronę otwartego okna bmw. Ochroniarz za kierownicą siedzi i patrzy tępo przed siebie. Pewnie przygląda się naszemu domowi i zastanawia, jak zajebiście musi być w czymś takim mieszkać. Owszem, było zajebiście. Ale już nie będzie. Celuję w kość potyliczną i naciskam spust. Głowa ochroniarza uderza w kierownicę jak po ciosie kijem bejsbolowym. Nawet gdybym nie potrzebował odreagowania i tak musiałbym go zabić. Podczas drogi wykrzyczałem słowa, których nikt nie powinien słyszeć. Odwracam się do strażnika. Stoi spokojnie, nawet powieka mu nie drgnie.

Prasówka pracuje dla mnie od lat. Zanim tu trafił, prowadził zwykły kiosk z gazetami na przeciętnym osiedlu. Rozwijająca się wówczas prężnie sieć kolporterska postawiła swój kiosk centralnie obok jego – ładniejszy, przestronniejszy i bardziej w stylu zachodnim. Prasówka zbankrutował pół roku później, został z kredytem na mieszkanie i brakiem jakichkolwiek perspektyw na godny zarobek. W tamtych czasach każdy wiedział, gdzie mnie znaleźć. Prasówka przyszedł do klubu i błagał o pracę, a ja dla każdego byłem w stanie znaleźć zajęcie. Potrzebowałem kurierów, dystrybutorów i szpiegów, którzy słuchali, co mówi się na mieście. Dałem mu szansę i jej nie zmarnował. Na początku wkręciłem go do roboty u mojego odbiorcy, woził towar klientom, których stać było na płacenie ekstra za dowóz do domu. Potem poprosił o inną robotę. Mówił, że praca za kółkiem jest nie dla niego, źle znosił jazdę nocami. Kazałem mu więc pilnować kadry kelnerskiej w jednym z naszych lokali. Sprawdził się, zakopując siedemnastolatkę, na widok której kilka godzin wcześniej kutas Pływaka przejął kontrolę nad mózgiem i nie dało się naprawić konsekwencji jego zabaw. Prasówka zrobił to bez gadania, po czym otrzymał awans i znaczną podwyżkę. Teraz siedzi u mnie na stróżówce. Pensja jak za czasów kuriera, a ryzyko w pracy niemal zerowe. Poza tym jest legalnie zatrudniony, z pełnymi świadczeniami i ZUS-em.

– Mamba została zamordowana, dzieci i Jabłonka też. – Z bronią w ręku i trupem w samochodzie łatwiej zachować mi kamienną twarz podczas przekazywania faktów. – Pozbądź się ciała i samochodu. Zarygluj bramę, włącz wszystkie systemy zabezpieczeń, nikogo nie wpuszczaj.

– Przykro mi, szefie, naprawdę. – Słychać szczerość w jego głosie, ale nie wydaje się zszokowany. Cóż, może spodziewał się, że prędzej czy później ktoś spróbuje mnie zabić.

– Gdyby ktoś pytał, nie wróciłem do domu. Od wyjazdu na ślub ani razu mnie nie widziałeś. Jasne?

Kiwa głową.

– Na pewno przyjedzie policja, będą mnie chcieli przesłuchać. Im też powiesz, że nie masz pojęcia, gdzie jestem ani co się ze mną dzieje. Wytyczne przekażesz swojemu zmiennikowi.

– Nie śmiałbym wnikać, co się stało, ale gdyby potrzebował szef porozmawiać...

Prasówka jest dobrym człowiekiem z ciężkim bagażem doświadczeń na plecach. Rok temu zmarła mu matka, bardzo przeżył jej śmierć. Wiem, że mógłby mi powiedzieć kilka mądrych słów o bólu, ale taka opcja nie wchodzi w rachubę.

– Obejdzie się. – Sięgam do kieszeni po klucze i uświadamiam sobie, że ich nie mam. Zostały w domku i spłonęły razem z... – Daj mi swoje klucze.

Wyciąga ze spodni pęk kluczy do domu, bram, garażów, domku dla gości, warsztatu i wszystkiego, co znajduje się na terenie posesji. Ja w przeciwieństwie do niego noszę ze sobą tylko jeden, ten od drzwi wejściowych, które właśnie otwieram. Gdy staję w progu, wita mnie najbardziej bolesna i przygnębiająca cisza, jaką kiedykolwiek słyszałem.