AwersTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Niech was szlag! – powiedziała, dysząc ze zmęczenia. Makijaż na twarzy mieszał się z gorącą krwią Dawida, jego głowa przypominała pomidora zrzuconego z balkonu na chodnik. Odłożyła tłuczek i poszła do łazienki. Bolało coraz mniej, ale noc się jeszcze nie skończyła.

Daniel Piasecki był najstarszym z braci. Dobiegał czterdziestki. Według opowieści siostry to on był inicjatorem koszmaru. Tamtego dnia Ania z Damianem zaliczyli swój pierwszy raz. Po wszystkim leżeli nadzy na łóżku, delektując się wspomnieniem chwili.

Damian powiedział, że rodzice są w pracy, starszy brat gdzieś się szlaja, a młodszy poszedł do szkoły. Nie miał pojęcia, że Daniel odebrał trzynastoletniego Dawida, w swoim spaczonym umyśle postanowił wziąć go do domu i z okazji Dnia Wagarowicza pokazać, co to znaczy męskość. Miał na myśli puszkę piwa i film pornograficzny, który chciał puścić zapatrzonemu w niego dzieciakowi. Kiedy wrócili do domu, czekała ich niespodzianka.

Najstarszy z braci bez skrupułów wszedł do pokoju. Widok nagiej Ani mocno go podniecił. Spytał brata, czy może skorzystać. Damian nie umiał mu się przeciwstawić. Nie spojrzał Ani w oczy, gdy ta błagała o pomoc, kiedy Daniel zrzucił pościel i zaczął rozpinać spodnie. Ania chciała uciec, lecz najstarszy z Piaseckich kazał średniemu ją przytrzymać. Damian zrobił to bez wahania, mimo że kilka minut wcześniej wyznawał Ani miłość.

– Chodź tu, młody! – Daniel zawołał Dawida. – Tak wyglądają suki! – Chłopiec obserwował ją z zaciekawieniem. – Nasza męskość daje nam nad nimi przewagę. Musisz być świadomy, że możemy z nimi robić, co chcemy, bo one żyją tylko po to, żeby spełniać nasze zachcianki. – Położył się na Ani, powąchał ją. – Świeżynka, mam rację? – spytał Damiana, który automatycznie potwierdził. – Świetnie, uświadomimy ci, jak to działa. To twój wielki dzień, młody!

W ten sposób rozpoczął się koszmar.

Ania nie pamiętała, ile to trwało, czas zmienił się w nieruchomą przestrzeń wypełnioną cierpieniem. Najstarszy zrobił to raz, w międzyczasie zachęcał najmłodszego, żeby ją dotykał. Potem pozwolił mu spróbować, ale trzynastolatek nie dał rady. Z frustracji zaczął ją bić i poniżać. Kiedy Ania myślała, że koszmar dobiegł końca, Daniel zmusił jej chłopaka, żeby też to zrobił. „Otwierasz i zamykasz”, tak się wyraził. Po wszystkim pozwolił wziąć jej prysznic i puścił ją wolno. Ostrzegł, że jeśli komuś powie, to ją znajdzie i zabije. Potem wyrzucił ją za drzwi jak zgniły owoc, który zaczyna cuchnąć.

Wspomnienia najgorszego fragmentu opowieści siostry sprawiły, że Kasia zaczęła się bać. Daniel Piasecki nie był przeciętnym tatuśkiem ani zapijaczonym ruchaczem z dyskoteki. Ten gość przypominał posąg zła, siły i pewności siebie. Prawie dwa metry wzrostu, włosy ogolone na zapałkę, potężne mięśnie budowane sterydami, mina zakapiora i dzikość w oczach. Na co dzień wynajmował jednoosobową klitkę w wieżowcu na Skośnej, okolicy tak przyjemnej jak borowanie zębów. Uczył krav magi, a po pracy często dobijał mięśnie na osiedlowej siłowni, potem przesiadywał z kilkoma karkami w szemranej spelunie przy alei Pokoju. Takiej, do której nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby wejść. Inicjator braterskiego gwałtu nie sypiał z przypadkowymi panienkami, nie był też w stałym związku. Pewnie dobrowolność go nie kręciła. Kasia w ogóle nie widziała go w towarzystwie żadnych kobiet. Był tylko jeden sposób, żeby zwabić go do auta.

Zaparkowała w autobusowej zatoczce jakieś pięć kilometrów od alei Pokoju. Wyłączyła zagłuszacz, otworzyła Messengera w telefonie najmłodszego z Piaseckich, odnalazła konto najstarszego i zadzwoniła. Wiedziała, że bracia, choć dokonali wspólnego gwałtu, raczej nie trzymają ze sobą. Wszystko wskazywało na to, że wraz z nastaniem dorosłości ich drogi się rozeszły. Mimo to musiała zaryzykować.

– Co jest, do chuja, nie umiesz dzwonić jak człowiek, tylko przez te wynalazki? – przerażająco ostry głos powitał ją po drugiej stronie. W tle słychać było męskie śmiechy. Bar.

– Nie ekscytuj się, koleś. Dawid Piasecki to twój brat? – udało jej się zabrzmieć jak wściekła i poirytowana niunia.

– Co ten ułom znowu odjebał? – spytał po chwili milczenia.

– Przyszedł do mnie nawalony jak petarda, rozwalił telewizor, bo myślał, że to ściana, o którą da się oprzeć, zbełtał się na kanapę i wyszczał na środku pokoju, a teraz śpi sobie, kurwa jedna, a ja nie mam siły wytaszczyć go na ulicę! Znalazłam twój profil w jego Messie. Masz takie samo nazwisko, więc dzwonię. Są dwie opcje: albo zabierzesz to ścierwo, albo mendy zrobią to za ciebie! – Liczyła, że policja podziała na niego jak płachta na byka.

– Kretyn – warknął do słuchawki. – Nie wzywaj psów i powiedz mi, gdzie jesteś. Postaram się przyjść, ale z buta może mi to trochę zająć.

– To ty powiedz, gdzie jesteś! – krzyknęła. Musiała brzmieć zdecydowanie, jak laska, której facet zrobił imbę na chacie. – Mam auto, już wyjechałam, więc jest też szansa, że udusi się własnymi rzygami, zanim wrócę.

– Sam go zabiję, jak się nie udusi. – To stwierdziwszy, Damian podał adres.

– Jestem za dziesięć minut! – Skończyła połączenie i rozwaliła komórkę. Po drodze zatrzymała się dwa razy. Żeby wyrzucić aparat oraz kartę SIM do różnych studzienek kanalizacyjnych.

Daniela zgarnęła z przystanku autobusowego, w duchu modląc się, żeby nie było tam kamer miejskich. Całą drogę nawijała jak pogrzana, wkręcając sobie, że jest opryskliwą panną, która od czasu do czasu romansowała z jego najmłodszym bratem. Musiała mówić, musiała go zagadywać, by z nudów nie sięgnął po telefon. Zagłuszacz sygnału działał.

Wyglądała zupełnie inaczej niż do tej pory. Założyła obszerny dres, w którym tonęła jej sylwetka. Makijaż był lekki. Maskował krosty, czynił cerę bledszą niż w rzeczywistości. Założyła perukę krótkich, roztrzepanych włosów. Zwykła przeciętniara wyprowadzona z równowagi przez pijanego dupka w środku nocy. Daniel chyba to kupił, bo ochoczo przyłączał się do besztania brata. Obiecywał spuścić mu ostry wpierdol za nękanie jej po nocach. Stwierdził, że więcej tego nie zrobi.

Jebany zbawca kobiet.

Kiedy dotarli pod dom, tak jak pozostali bracia otworzył jej bramę. Powoli wjechała na podjazd. Serce waliło jej jak młot, żołądek się skręcał, ślina w gardle wysychała. Obleciał ją strach, a Daniel Piasecki czekał już pod drzwiami.

Zanim wysiadła z samochodu, sprawdziła swoją broń. Tu nie było mowy o ataku tasakiem czy zakładaniu obroży. Przeciwnik był duży, zły i zawodowo trenował sztuki walki. Kasia musiała uderzyć szybko i skutecznie. Do obu przedramion na elastycznych paskach przyczepiła noże. Schowała je pod bluzą. Liczyła, że widok martwych braci i krwawa sceneria w pokoju choć na chwilę zszokują Daniela. Specjalnie po to ułożyła zwłoki na łóżku. Prawą ręką chciała wbić mu nóż w plecy, gdzieś w okolice kręgosłupa, żeby go osłabić, sprawić, że straci dech w piersiach. Wtedy lewą podźga mu kark albo szyję i dokończy swą zemstę.

Daniel poczekał, aż Kasia otworzy dom, i przepuścił ją w drzwiach. Dziewczyna zaczęła się pocić. Noże uwierały, ostrza kłuły w nadgarstki. Zbliżał się ten moment.

– Tam leży niechluj śmierdzący. – Wskazała palcem piętro. Daniel ani drgnął. Stał w przedpokoju, łypiąc na nią podejrzliwie. – Zabierzesz braciszka?

– To twój dom, prowadź.

Szli po schodach. Ciało przy ciele. Kasia złączyła ręce na brzuchu jak do modlitwy. Wsadziła palce lewej dłoni pod prawy rękaw bluzy. Chwyciła za ostrze, bo rękojeść znajdowała się bliżej łokcia. Przesuwała je między palcami, wyciągając nóż. Dyskretnie i powoli, żeby Daniel niczego nie zauważył. Gdy dotarli na piętro, zdążyła wyjąć połowę noża.

– Tutaj – ledwie mruknęła, bo stres wiązał struny głosowe. – W mojej sypialni.

Świadoma, że Daniel nie wejdzie pierwszy, tylko do końca będzie zgrywał dżentelmena, przygotowała nową taktykę. Wyprzedziła go i otworzyła drzwi, czując na plecach jego wzrok. Wchodząc, wyciągnęła cały nóż. Ściskała go tak mocno, że ostrze przecięło jej skórę.

– Jak capi! Faktycznie się zrzygał! – Daniel nie zauważył zwłok w ciemności.

Kasia stała w progu. Prawą dłoń oparła na włączniku światła. Lewą trzymała nóż w połowie ostrza. Daniel otarł się o jej plecy, przekonany, że wejdą dalej. Kasia nacisnęła guzik na włączniku. Lampa rozbłysła, oświetlając trupy. W tym samym momencie dziewczyna wykonała półobrót, wbiła ostrze w ciało Daniela i od razu skoczyła w głąb pokoju. Piasecki zawył z bólu. Gdy się odwróciła, mogła zobaczyć efekt swojego ataku. Celowała na oślep. Nóż wystawał mu z brzucha, gdzieś w okolicach trzustki.

– O kurwa! – Klęknął, siłując się z nożem. Zamiast na Kasię, patrzył na swoich braci. – Co ty…

Pierwszy cios okazał się skuteczny, ale nie było czasu do stracenia. Ten olbrzym nie wyglądał na pokonanego. Choć przechodził chwilowy kryzys, w każdej chwili mógł ruszyć do ataku. Kasia szybko wyciągnęła drugi nóż i zanim Daniel zdążył oswoić się z widokiem martwych braci, oberwał ponownie. Tym razem dźgnęła go w bark, choć celowała w szyję, lecz zrobił unik. Wyprowadziła szybki cios i znów odskoczyła.

Mocno ściskała rękojeść swojego noża. Za nic nie chciała go wypuścić.

– Czemu?! – Piasecki wyciągnął nóż z brzucha i upadł plecami na dywan.

Nie czekając, co zrobi, Kasia skoczyła na niego. Od razu przyłożyła czubek ostrza do jego gardła.

– Rzuć to, bo cię wypatroszę! – rozkazała.

– Za… co…? – wymamrotał Daniel, unosząc ręce. Kasia usłyszała metaliczny dźwięk. Mężczyzna wypuścił nóż. – Co myśmy ci zrobili?

– Udajesz głupiego? – Miała ochotę sięgnąć po jedno ze zdjęć Ani, które leżały na ciałach jego braci, ale bała się, że wtedy on przejdzie do kontrataku i ją zabije. – Daruj sobie, wiem wszystko.

– Co wiesz…? – Piasecki głośno przełknął ślinę, w jego oczach błyszczał strach. Czuł się bezradny, zupełnie jak kiedyś Ania.

– Ania Zagórska! Dziewczyna Damiana! Ta, którą postanowiłeś zgwałcić razem z braciszkami w Dzień Wagarowicza! – Splunęła mu w twarz. – Ta, która przez was się zabiła! – Jeszcze mocniej docisnęła ostrze. Przecięła skórę na jego szyi. Kapnęła krew. – Jestem jej siostrą, wymierzyłam wam sprawiedliwość.

 

– My nigdy… Boże, ciebie też w to wciągnęła?

– W co wciągnęła? – spytała, pewna, że Daniel próbuje z nią pogrywać.

Cały czas trzymała ostrze przyciśnięte do jego krtani. Gdyby spróbował czegokolwiek, wykonał jakiś nerwowy ruch, od razu przebiłaby mu szyję.

– W swoje bajeczki o gwałtach… – Głos Piaseckiego zrobił się cięższy. Mówił powoli, głośno oddychał. – Kiedy Damian zaczął się z nią spotykać, wmówiła mu, że ojciec ją molestuje. Kilka razy wypłakiwała mu się na ramieniu, podobno bardzo cierpiała. Damian nie mógł się z tym pogodzić, chciał iść na policję i wtedy Ania powiedziała mu, że to był żart. Zwykła gra, teatralny dramat. Ta dziewczyna była walnięta, uwielbiała być w centrum uwagi. Raz wmówiła swojemu dilerowi, że Damian ją zgwałcił. Tak skutecznie, że gość chciał go pobić. Dopiero wtedy wyznała prawdę.

– Łżesz! Ona nie miała żadnego dilera! – Ręka Kasi zadrżała. Omal nie wypuściła noża.

– Skąd możesz wiedzieć? Ile miałaś wtedy lat? Sześć, siedem? Myślisz, że znałaś swoją siostrę?

Kasia nie odpowiedziała. Patrząc z perspektywy czasu, musiała przyznać, że nastolatki skrywają swoje tajemnice, o których nikt w domu nie ma pojęcia.

– Ania Zagórska od początku mi się nie podobała. Mówiłem Damianowi, że popełnia błąd, spotykając się z tą laską. On był grzeczny i ułożony, ona zwariowana i mroczna. Lubiła łykać ecstasy, eksperymentowała z fetą, ciągle opowiadała te swoje wynaturzone historie. Bałem się, że sprowadzi mojego brata na złą drogę.

– To nieprawda! – krzyknęła Kasia, z trudem powstrzymując płacz. Słowa Piaseckiego były niczym bokserskie ciosy zwiastujące nokaut.

– Pamiętam tamten Dzień Wagarowicza. Wróciłem wcześnie. Ania z Damianem siedzieli w pokoju, jarali fajki, pili wino. Na łóżku znalazłem worek z kolorowymi pigułkami. Wpadłem w szał, wywaliłem ją z domu. Ania odgrażała się, że mnie załatwi. Nie sądziłem, że była do tego stopnia perfidna, żeby wkręcać własną siostrę… Podobno ciągle narzekała, że musi dzielić z tobą pokój. I że wiecznie zawracasz jej tyłek.

– Wcale tak nie było! Ona mnie kochała! Zwierzyła mi się z tajemnicy! – Sama zauważyła, jak desperacko to brzmi. – Przez was się zabiła!

– Zabiła? W dniu śmierci Ani Damian zabrał jej wszystkie dropsy. Strasznie się o to pokłócili, zerwała z nim. Potem sam obwiniał się o to, co się stało. Dziewczyna była na głodzie, myślała tylko o dragach, zagapiła się i wpadła pod samochód. Znasz ekspertyzę z miejsca zdarzenia? Policja uznała jej śmierć za próbę samobójczą czy za wypadek? – Nie odpowiedziała. Walczyła sama ze sobą, za wszelką cenę nie chciała dać się znokautować. – Twoja siostra była patologicznym kłamcą i ćpunką. Pogódź się z tym. A ja nie mogłem jej przelecieć z prostego powodu… – Przerwał, żeby złapać oddech. Pot pokrywał jego czoło, spojrzenie zrobiło się mętne. Zaczynał słabnąć. – Widzisz, nie bardzo kręcą mnie laski.

Wtedy ją olśniło. Przypomniała sobie, że Daniel zawsze przebywał w towarzystwie mężczyzn. W jego szkole uczyli się sami chłopcy, po zajęciach zamiast na miasto chodził na podrzędną siłkę i do jeszcze bardziej podrzędnego baru, w którym siedzieli sami faceci. Wcześniej w ogóle nie zwróciła na to uwagi.

– To nieprawda – próbowała zaprzeczać, nie mogąc pogodzić się z tym, że sens jej życia został wykuty na idiotycznej wkrętce siostry.

– Prawda. Zabiłaś dwóch niewinnych ludzi. Moich braci… – Zacisnął zęby, jakby chciał powstrzymać nadciągające rozklejenie. – Błagam… Zabierz mnie do szpitala. Nic nie zrobiłem tobie ani twojej siostrze. Zeznam, że nie wiedziałaś…

Zamknęła oczy, pomyślała o tamtym dniu. Siostra jej ufała, dlatego podzieliła się swoim sekretem. To nie była wkrętka, tylko prawda. Musiała w to wierzyć. Tylko w ten sposób uda jej się pokonać trawiący ją ból.

Następnie zacisnęła palce na rękojeści noża tak mocno, że paznokcie wbiły jej się w skórę.

Musiała wierzyć swojej siostrze.

Państwo Ociepa mieli swoją emerytalną pasję. W ogródku, w specjalnie przygotowanej szklarni, hodowali warzywa. Rosły w dwóch rzędach, pomiędzy nimi prowadziła ziemista droga przykryta gumolitem. Wczoraj Kasia zdjęła gumolit i wykopała głęboki dół.

Gdy kończyła zakopywać braci Piaseckich, dochodziło południe.

Kolejne fragmenty człowieczeństwa spadały z niej jak liście z drzew. Czuła się całkowicie odarta z ludzkich emocji.

Zakopując zwłoki, na zawsze pogrzebała słowa Daniela Piaseckiego. Prawda nie miała znaczenia.

Najważniejsze, że po tylu latach wreszcie przestało boleć.

Ryszard Ćwirlej

NIEBIAŃSKI DOM

Środa, 24 kwietnia 2019

Godzina 16.10

– Teraz zrobimy pani zastrzyk – powiedział mężczyzna ubrany na biało, uśmiechając się przy tym ciepło.

Staruszka szybko pokręciła głową. Otworzyła usta, ale zdołała wydać z siebie tylko krótki, chrapliwy jęk. Uniosła w górę dłoń, jakby chciała się zasłonić przed tym, co miało nastąpić. W jej oczach widać było strach. Naraz ktoś chwycił ją delikatnie za rękę, a potem przykrył ją drugą dłonią. Spojrzała w górę i zobaczyła nad sobą rumianą, okrągłą twarz księdza.

– Nie bój się, córko. Pan jest z tobą.

– Nie… – udało się jej złożyć głoski w słowo, zza którego wyzierało przerażenie.

– Wszyscy kiedyś musimy odejść.

– Nie… proszę… – Z jej oczu popłynęły łzy.

– Droga córko, tak już jest stworzony ten świat, że kiedyś musimy się z nim pożegnać. Za to tam, dokąd pójdziesz, czeka cię życie wieczne, na niebiańskich łąkach będziesz słuchać przez całą wieczność anielskich chórów. I nigdy nie będziesz już musiała myśleć o tym, ile zła i niesprawiedliwości jest na tym świecie, który opuszczasz.

Ksiądz mówił spokojnym, miłym tonem, ale kobieta wcale nie wyglądała na przekonaną. Kręciła nerwowo głową i próbowała się szarpać. Na próżno jednak. Jej nogi i lewa ręka były przypięte pasami do stołu. Prawa była wolna, ale ksiądz znający swoją rolę trzymał ją pewnie i nie pozwalał się wyrwać.

– Zamiast się rzucać, moja droga, powinnaś pomodlić się ze mną o spokój twojej duszy. Musisz się z tym pogodzić. Nic na to nie możemy poradzić. Pan nasz czeka już na ciebie, żeby przytulić cię do swojego serca.

Przerwał na chwilę, by odwrócić się za siebie.

– No dalej, Marcel, ile mam tu jeszcze gadać?

– Już mam wszystko gotowe! – powiedziawszy to, sanitariusz wskazał na strzykawkę wypełnioną jakimś medykamentem. Przycisnął tłoczek i kropla wystrzeliła w górę.

– Nie! – krzyknęła staruszka na widok podchodzącego do niej mężczyzny w białym kitlu. Nie na tyle głośno jednak, by mogło to zaniepokoić kogoś, kto znalazłby się w pobliżu izolatki. Krzyk, mimo że zawierał w sobie wielką dawkę energii zrodzonej z bólu i strachu, był słaby jak całe ciało i duch kobiety.

– Zamknij się, starucho! – warknął medyk.

– Spokojnie, Marcel, nie musisz być niemiły. Naszej drogiej pani Franciszce w końcu należy się odrobina szacunku i spokoju w tej ostatniej drodze.

– O Jezu! Nie, błagam! – jęknęła, gdy poczuła igłę zagłębiającą się w żyle na przedramieniu.

– To już nie potrwa długo, moja droga. Już zbliża się Pan. Pewnie to czujesz, bo twoje mięśnie powoli stają się lekkie i wiotczeją. Jest coraz spokojniej i ciszej. Słyszysz tylko kroki Pana i tę piękną modlitwę. „Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego. Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć, orzeźwia moją duszę. Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach przez wzgląd na swoje imię. Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną…”

Gdy skończył, uśmiechnął się, zadowolony, a potem zamknął powieki kobiecie.

– I tak oto, moja droga Franciszko, twoja doczesna droga dobiegła końca.

– I co, już po wszystkim? – zapytał Marcel.

– Exitus.

– Że co?

– Już odeszła.

Marcel sięgnął do kieszeni fartucha, wydobył z niej paczkę papierosów i zapalniczkę. Zapalił.

– Powiedz mi, skąd oni wiedzą?

– Co wiedzą?

– No tak ogólnie, że to już koniec. Oni, kurwa, zawsze to wiedzą.

– O co ci chodzi? O to, że czują nadciągającą śmierć?

– O to, że jak się im podaje ten pavulon, to oni wiedzą, że to już koniec. Widziałem to już nieraz.

Ksiądz wzruszył ramionami i wyciągnął swoje papierosy. Palił znacznie droższe niż Marcel. Ale w końcu to on był tu duchownym, a ten drugi tylko pomocnikiem.

– Nie wiem skąd. Czują chyba jakoś podskórnie. Może jest tak, że śmierć da się wyczuć. Nie wiem. Ale staram się im pomagać, jak widzisz, żeby spokojnie przeszli na drugą stronę, a oni tak kurczowo trzymają się życia. I po co? Przecież nikt ich nie potrzebuje. Robimy im tak naprawdę przysługę. A oni, umierając, pewnie przeklinają mnie w myślach. Ale co zrobić, Marcel, nic na to nie poradzimy. Ludzie nie mają w sobie za grosz zrozumienia dla naszej ciężkiej pracy.

– Ludzie to zasadniczo kurwy są – stwierdził Marcel, zaciągając się papierosem. – Nic im się nie podoba. Ciągle by czegoś chcieli. I jeszcze się wyrywają, zamiast dziękować, że im się ulży w chorobie.

– No właśnie. Masz rację. Ta Franciszka tak się bała, a teraz co?

– Co?

– Chodzi teraz po niebieskich łąkach.

– Czemu niebieskich? – zdziwił się Marcel.

– Tak się mówi. Jest w niebiańskim domu, wolna od trosk.

– No i dobrze. To ja w takim razie mogę już spadać?

– A co się tak spieszysz?

– Jak to co? Dziś Legia gra z Lechem.

– Aha. I kto wygra?

– Jak to kto? Wiadomo, że przetrzepią dupę Pyrlandii.

Ksiądz uśmiechnął się pod nosem. Nie interesowała go piłka nożna. Ale nie był przeciwnikiem sportu. Szlachetna rywalizacja dwóch drużyn była nawet interesująca z punktu widzenia filozoficznego jako odprawiany od zawsze ludzki rytuał, odwieczna walka, zmagania dwóch ścierających się sił, z których jedna poczuje radość zwycięstwa, a druga gorycz porażki. To w zasadzie było nawet podobne do tego, czym się zajmował. Pomagał ludziom, którzy toczyli walkę z własnymi słabościami, nie wiedząc, że i tak są skazani na porażkę. On im pomagał to zrozumieć i zaakceptować. Ale oni najczęściej nie chcieli przyjąć do wiadomości swojej przegranej. Walczyli do końca jak przegrywająca mecz drużyna. Do ostatniej sekundy, do ostatniego gwizdka, do ostatniego tchnienia mieli nadzieję. A on im ją odbierał.

Sobota, 15 czerwca

Godzina 11.10

– Tu babci będzie bardzo dobrze – powiedziała, uśmiechając się ciepło do staruszki.

– A ksiądz to gdzie jest?

– U nas jest nawet dwóch księży – wyjaśniła kobieta cierpliwie.

– Babcia jest, no wie pani…, bardzo przywiązana do Kościoła. – Mężczyzna miał najwyżej trzydzieści lat. Szczupły blondyn w okularach, ubrany w dżinsy, adidasy i koszulkę polo, spoglądał to na babcię, to na siedzącą naprzeciw za pokaźnym biurkiem dyrektorkę. Farbowana blondynka z lekkimi, szarymi odrostami na czubku głowy cały czas się uśmiechała. Choć można było wyczuć, że jest to uśmiech sztuczny, przywołany na twarz na czas rozmowy. Ale młody człowiek nie dostrzegał tego albo nie chciał dostrzec. Wiercił się nerwowo na krześle, co i raz patrząc kątem oka na babcię, która z pochyloną głową wpatrywała się w trzymany w palcach różaniec.

– U nas, drodzy państwo, Kościół odgrywa bardzo ważną rolę. Dlatego nasz pensjonat dedykowany jest właśnie gościom, dla których religia stanowi sens życia. Tutaj, pod profesjonalną opieką duchownych, ale i przeszkolonego personelu, mogą się przygotowywać w atmosferze ciszy i spokoju do spotkania z Panem. A przy tym zapewniamy jak najlepszą opiekę medyczną i psychologiczną. Chodzi o to, by nasi podopieczni czuli się tu jak najbardziej komfortowo. Rozumie pan…

– Tak, oczywiście. Chodzi nam o zapewnienie babci jak najlepszego komfortu…

– Może być pan całkowicie spokojny. Pokoje jednoosobowe, tak jak pan widział, pomoc opiekunek przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, doskonałe jedzenie dopasowane do indywidualnych potrzeb i opracowane w najdrobniejszych szczegółach przez naszych dietetyków. No i to, co najważniejsze dla wszystkich osób tu przebywających: opieka osoby duchownej. Proszę sobie wyobrazić, że nasz ksiądz Roman pełni tutaj również nocne dyżury. Chodzi o to, że jest gotowy w każdej chwili porozmawiać z osobą potrzebującą kontaktu z duchownym.

– A do kościoła to gdzie się chodzi? – zapytała babcia, która nagle wróciła ze świata wewnętrznej duchowości do rzeczywistości doczesnej.

– U nas nie chodzi się do kościoła. Nasz cały dom jest jak kościół. To tak, jakby się pani naraz wprowadziła do świątyni.

 

– Ale mnie się rozchodzi o mszę świętą.

– Msze odprawiane są dwa razy dziennie tu, w naszej kaplicy, rano o dziewiątej i wieczorem o dziewiętnastej. Ale powiem pani, że zdarzają się też msze specjalne w trakcie dnia, na życzenie którejś z osób tutaj mieszkających. Ksiądz Roman robi wszystko, co tylko możliwe, dla naszych kochanych podopiecznych.

Mężczyzna rozejrzał się wokół. Rzeczywiście można było odnieść wrażenie, że nie jest to biuro dyrektora domu opieki, lecz pokój na parafii. Na ścianie za dyrektorką wisiało zdjęcie w złotej ramce przedstawiające ojca świętego Franciszka i drugie podobne, nieco mniejsze – papieża seniora Benedykta. Po lewej obok drzwi stała przeszklona witrynka wypełniona po brzegi kolorowymi książkami i księgami o tematyce religijnej, a za plecami stał klęcznik ustawiony pod obrazem, na którym Jezus Chrystus trzymał w dłoniach swoje zakrwawione serce.

Gdy tylko weszli do tego pokoju, babcia natychmiast skorzystała z okazji i opadła na ten klęcznik, żeby odbębnić kilka zdrowasiek. Dopiero po spełnieniu rytuału pozwoliła się usadzić naprzeciw biurka dyrektorki.

– To znaczy, że jeszcze zdążymy na mszę dzisiaj – ucieszyła się babcia.

– Teraz to będzie babcia miała tu jak w hotelu all inclusive – stwierdził mężczyzna.

– Lepiej, drogi panie Kuśmider, znacznie lepiej. – Kobieta pokiwała głową. – U nas będzie pani miała się jak w raju.

Wzięła do ręki niewielki srebrny dzwoneczek i delikatnie nim potrząsnęła. Babcia przeżegnała się. Wtem drzwi się otworzyły i do środka wpłynęły dźwięki popularnej pieśni Barka. Wraz z muzyką płynnym, powiedzieć by można nawet tanecznym krokiem wszedł młody, uśmiechnięty ksiądz o pogodnej twarzy, która na pierwszy rzut oka wzbudzała sympatię i zaufanie. Za nim wkroczyła młoda kobieta w szarej sukni przypominającej ubiór zakonny. Nie miała jednak na głowie czepka, a kasztanowe włosy były spięte w skromną kitkę. Oboje podeszli do babci, a ksiądz natychmiast ujął ją za dwie dłonie.

– Jak masz na imię, córko? – zapytał.

– Gabriela – odpowiedziała.

– Chodź, Gabrielo, na spotkanie z Panem. Jesteś tu u siebie.

– Czekaliśmy na ciebie, Gabrielo, niecierpliwie – dodała półzakonnica. – Pokażemy ci twoje mieszkanie.

– A kościół?

– Jesteś już w kościele. Od dziś nasz kościół jest twoim domem – stwierdził ksiądz, pomagając jej wstać.

Staruszka ufnie podążyła za nimi, nie oglądając się nawet na swojego opiekuna. Ten chciał iść za nią, ale dyrektorka go powstrzymała.

– Niech pan zostanie, panie Kuśmider. Pańska babcia ma najlepszą opiekę. Pokażą jej wszystko, co niezbędne, a my dopełnimy jeszcze formalności. Potem pójdziemy do pokoju, żeby mógł pan się z babcią pożegnać. Oczywiście może pan ją odwiedzać, kiedy tylko przyjdzie panu na to ochota.

– Wie pani, z tym odwiedzaniem to na pewno w weekendy. Bo ja dużo pracuję. Moja żona również.

– Tak, to zrozumiałe. Ale proszę się niczym nie niepokoić. Babcia Gabriela nie będzie tu samotna ani przez chwilę. To jest bowiem szczególne miejsce. Tu trafiają tylko ludzie głęboko wierzący, którzy chcą spędzić jesień swojego życia blisko naszego Pana. On nas wszystkich strzeże – powiedziawszy to, pochyliła głowę z szacunkiem i przeżegnała się. – A co do formalności, to czy wypełnił pan całą ankietę, którą otrzymał pan ode mnie?

Sięgnął po skórzaną teczkę stojącą na podłodze, tuż przy nodze krzesła. Rozłożył ją na kolanach, otworzył i wyjął kilka kartek włożonych do plastikowej, przezroczystej koszulki. Położył papiery na biurku.

– No właśnie, wszystkie dane, które są tam wyszczególnione, wpisałem tak, jak trzeba, tylko że, powiem szczerze, nie bardzo rozumiem, dlaczego tak trzeba…

– To tylko formalności, drogi panie.

– No tak, ale po co wam informacja o nieruchomościach, które posiada babcia?

– Nas, drogi panie, nieruchomości nie interesują. My doczesnymi kwestiami mało się zajmujemy. Ale takie są wymogi. W końcu każdy nasz podopieczny płaci podatki, otrzymuje emeryturę i załatwia różne inne kwestie papierkowe. Nasza księgowa musi mieć te wszystkie dane, bo są niezbędne. W końcu to starsza osoba przechodzi całkowicie pod naszą opiekę. Będziemy więc potrzebowali jeszcze dowodu osobistego babci. Musimy ją zarejestrować w naszych przychodniach, żeby przeprowadzić kompleksowe badania…

– A tak, oczywiście. – Wyjął z kieszeni portfel i wydobył z niego dowód. Podał kobiecie, a ta od razu włożyła go do koszulki z dokumentami.

– Rozumiem, że emerytura babci będzie teraz przychodziła na nasze konto – zapytała, próbując się upewnić.

– No tak, chociaż powiem pani, że to bardzo dużo pieniędzy.

– No cóż, nie jesteśmy tani, to prawda, i nikt o niskim statusie materialnym nie ma szans, żeby się do nas dostać. Ale, drogi panie, coś za coś. Najwyższy standard opieki fizycznej i duchowej musi kosztować.

Mężczyzna pokiwał głową. To, co powiedziała dyrektorka, było jak najbardziej oczywiste. Rozumiał to i dlatego wspólnie z żoną podjęli decyzję. Znaleźli dla babci najlepszy z możliwych domów opieki, taki, w którym będzie czuła się doskonale. A koszty, no cóż, za luksus trzeba przecież płacić. Oni mieli pieniądze. Tę pięciotysięczną emeryturę mogli odżałować. W końcu to nie było zbyt wiele za to, by zapewnić babci tak upragnioną przez nią drogę do nieba i luksusowe miejsce w Niebiańskim Domu.

Poniedziałek, 8 lipca

Godzina 8.45

Nie lubię tych cholernych malin. Może to dziwne, ale nie lubię i już. Od dzieciństwa nie lubiłem smaku malinowych cukierków, a pestki malin nieprzyjemnie zgrzytają w zębach. Gdy tylko poczuję malinowy zapach, od razu chce mi się rzygać, mdli mnie na samą myśl o zjedzeniu malin. Tymczasem moja dziewczyna Dżesika dziś rano, podając mi owsiankę, zapytała, czy nie chciałbym czasami osłodzić jej sobie świeżutkimi malinami.

Nie, nie mam zamiaru słodzić sobie owsianki pieprzonymi malinami! – pomyślałem, ale nie powiedziałem tego głośno. Gdybym się tak odezwał do Dżesiki, to w zasadzie mógłbym równie dobrze założyć sobie od razu pętlę na szyję albo w najlepszym wypadku zabrać walizkę i wyruszyć w nieznane. Z pełną kulturą powiedziałem więc, że nie lubię malin, a ona zrobiła zdziwioną minę.

– Jak można nie lubić malin, hę?

Można, można! Ja pierdzielę, powinnaś to dobrze wiedzieć po dwóch latach wspólnego mieszkania, ale ty masz w nosie to, czy ja coś lubię, czy nie, i w ogóle mnie nie słuchasz – pomyślałem znowu, wyobrażając sobie jej minę w momencie, w którym usłyszałaby, jak to mówię. Uśmiechnąłem się do tych myśli i odsunąłem miskę z owsianką, gdy na stole postawiła drugą, pełną malin. Poczułem, że robi mi się niedobrze, i dlatego powiedziałem, uśmiechając się leciutko:

– Wiesz, Dżesi, muszę iść do kibelka. Coś mnie kręci… – Złapałem się za brzuch, by pokazać, jak cierpię, i ruszyłem do ubikacji.

– Co mówiłeś, hę? – odpowiedziała swoim zwyczajem, wpatrzona w obrazki jakiegoś kolorowego magazynu o modzie.

Gdy byłem pod drzwiami kibelka, zadzwonił telefon. Oczywiście został w kuchni. Wróciłem więc po niego i znów pobiegłem do toalety. Kiedy wreszcie usiadłem na desce, spojrzałem na wyświetlacz. Dzwonił Olek, kumpel, którego nie widziałem od roku albo i dłużej.

– Marcin Engel – przedstawiłem się z przyzwyczajenia. – Cześć, stary. Co słychać? – zapytałem bez specjalnego zainteresowania. Kiedyś pracowaliśmy razem w jednej redakcji. On robił w sporcie, a ja w newsach. Mieliśmy więc codzienny kontakt, razem wychodziliśmy przed budynek na fajkę, bo wtedy jeszcze paliłem, ale od czasu, gdy przeniosłem się do telewizji, straciłem go z oczu. A on teraz się odzywa, bo pewnie czegoś chce. Ludzie odzywają się tylko wtedy, gdy mają jakiś interes…

– Niebiański Dom – powiedział Olek bez zbędnych ceregieli. – Zaczynam od razu od konkretu, żebyś nie zdążył pomyśleć, że chcę od ciebie pożyczyć stówę.

– Za późno, już pomyślałem – odparłem i uśmiechnąłem się pod wąsem. – No co ty, w życiu bym tak nie pomyślał.

– To dobrze. No a o tym Niebiańskim Domu coś słyszałeś?

Wzruszyłem ramionami, tak jakby Olek mógł to zobaczyć. Coś tam słyszałem, ale nie na tyle dużo, żebym mógł się tym tematem zainteresować. To w końcu nie była moja branża. Ja byłem dziennikarzem śledczym, a w tym Niebiańskim Domu raczej nikt nikogo nie molestował seksualnie. Chociaż…