Syn nieskończoności

Tekst
Z serii: Infinity Cycle #1
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Tytuł oryginału: Infinity Son

Copyright © 2020 by Adam Silvera

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

Copyright © for the Polish translation

by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

Redaktor prowadzący: Łukasz Chmara

Marketing i promocja: Damian Pawłowski, Oliwia Żyłka

Redakcja: Natalia Szczepkowska

Korekta: NABU Joanna Pawłowska, Robert Narloch

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt graficzny okładki: Kevin Tong

Adaptacja okładki i stron tytułowych: Magdalena Zawadzka

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66570-20-7

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@weneedya.pl

www.weneedya.pl

Dla tych, którzy nie wierzą w to, że mogą być superbohaterami. Już czas pofrunąć.

Dla Amandy i Michaela Diazów, za wszystkie wieczory spędzone na obsesyjnym omawianiu teorii ze świata Harry’ego Pottera i za czytanie moich fanfików.

Moja pierwsza powieść fantasy jest dla was.

„Strach jest jak feniks: choćbyś tysiąc razy widziała, jak spłonął, zawsze wróci.”

– Leigh Bardugo, „Królestwo kanciarzy”

SŁOWNICZEK

ŚWIETLIŚCI

Niebiańscy – ludzie posiadający moce związane z gwiazdami i niebem, ich prawdziwe pochodzenie pozostaje nieznane. U niektórych moce ujawniają się już przy narodzinach, u innych dopiero w późniejszym okresie. Posiadają szeroki zakres umiejętności, a można ich poznać po oczach, w których widać odbicie różnych zakątków wszechświata, gdy korzystają z blasku. Istotną grupą pośród niebiańskich są Iskry.

Blask – nadzwyczajna moc, która zawsze istniała i zawsze była znana opinii publicznej.

Świetliści – ci, którzy praktykują moc. Zalicza się do nich zarówno niebiańskich, jak i widma.

Widma – ludzie, którzy mogą korzystać z blasku dzięki wynalezionej sześćdziesiąt lat temu alchemii. Swoją moc czerpią z krwi stworzeń, a zakres ich umiejętności jest ograniczony do zdolności danego stworzenia. Widma można poznać po tym, że gdy korzystają z blasku, ich oczy płoną jak zaćmienie słońca. Istotną grupą pośród widm są Posocznicy.

STWORZENIA

Bazyliszki – duże węże, w których kłach produkowana jest toksyczna substancja i które posiadają silnie rozwinięte instynkty łowieckie.

Hydry – bestie, którym po dekapitacji odrastają dodatkowe głowy.

Feniksy – ogniste ptaki, które wstają z martwych. Warte uwagi gatunki: szare słońca, które odradzają się silniejsze; setniki, które odradzają się co sto lat.

Zmiennokształtni – animalistyczne stworzenia, które przybierają taką formę, jaka im odpowiada.

INNE

Zaciemnienie – określenie nadane masakrze w Konserwatorium Nightlocke. Ten dzień został zapamiętany jako ten, w którym na świecie zgasło światło, a Iskry przestały być postrzegane jako bohaterowie, a zaczęły jako terroryści, ze względu na swój udział w tym wydarzeniu.

Senny król – jedna z pierwszych konstelacji gwiazd, która pokazuje się na niebie co sześćdziesiąt siedem lat i na miesiąc znacząco zwiększa moc blasku; jej zenit przypada na ostatnią noc obecności na niebie.

Klejnoty-granaty – klejnoty przepełnione wybuchową mocą żywiołów.

Ostrze skończoności – sztylet, który może permanentnie zabić feniksa.

Ostrze niepamięci – sztylet, który może permanentnie zabić ducha.

Kamizelki przeciwblaskowe – specjalne kamizelki zdolne zatrzymać czary.

Pierwsze konstelacje – specjalne konstelacje, które mają wpływ na moce świetlistych, szczególnie niebiańskich. Alchemicy wykorzystują to zjawisko do zwiększania mocy swoich mikstur przy tworzeniu nowych widm.

Czary – przypominające kule pociski stworzone z krwi niebiańskich.

Różdżki – broń naładowana czarami; głównie wykorzystywana przez egzekutorów i policję, ale może być używana przez dowolną osobę.

1

BRACIA

EMIL

Mam tylko jedno życie i zamierzam przeżyć je jak trzeba, ale nie mogę tego samego powiedzieć o moim bracie.

O północy kończymy osiemnaście lat, a jednak Brightonowi brakuje jeszcze dojrzałości. Dawno minęły dni, kiedy byliśmy dziećmi i zachowywaliśmy się, jakbyśmy posiadali moc podobną tym wszystkim niebiańskim istotom na ulicach. Ich życie nie składa się wyłącznie z zabawy, lecz Brighton cały czas ignoruje mroczne nagłówki, które codziennie napotykamy. Jakoś nie potrafię przekonać go, by dostrzegł prawdę, ale sam nie będę jej ignorował. Przestałem już przebierać się za Iskry na Halloween i nie zamierzam więcej oglądać starć w stalowych klatkach, gdzie niebiańscy walczą ze stworzeniami z użyciem swoich naturalnych mocy. Koniec z tym wszystkim.

Nie zrozumcie mnie źle, muszę wyluzować, bo jesteśmy ze sobą cholernie blisko. Niech no tylko który zadrze z moim bratem, a od razu będzie miał do czynienia ze mną, chociaż żaden ze mnie chojrak. Ale jeny, kilka razy na serio zastanawiałem się, czy my aby na pewno jesteśmy bliźniakami; może Brightona podmienili w szpitalu albo został adoptowany czy coś. Te pomysły na pewno biorą mi się z tych wszystkich komiksów o wybrańcach, które przeczytałem.

Biega po imprezie jak oparzony, próbując ogarnąć wywiady do swojego internetowego cyklu Niebiańscy Nowego Jorku, ale wszyscy go spławiają. Są zajęci świętowaniem przybycia Sennego króla, słabo widocznej na ciemnym niebie konstelacji, która ma zostać z nami przez większość miesiąca, a potem zniknąć na kolejne sześćdziesiąt siedem lat. Nikt właściwie nie wie, jak długo istnieją niebiańscy i jak zyskali swoją moc, lecz wszystko wskazuje na ich związek z gwiazdami. Może ich najstarsi przodkowie spadli z nieba czy coś. Bez względu na to, jaka jest prawda, pojawienie się konstelacji zawsze stanowi dla nich niezwykle ważne wydarzenie.

Miło dla odmiany popatrzeć, jak niebiańscy się bawią. Takie zgromadzenie zazwyczaj widuję tylko wtedy, gdy protestują przeciwko dotykającej ich przemocy i niesprawiedliwości, a jedno i drugie poważnie się nasiliło w ciągu ostatnich dziewięciu miesięcy. Bycie gejem nie jest usłane różami, ale od czasu Zaciemnienia – najgorszego ataku, jakiego doświadczył Nowy Jork za mojego życia – ludzie traktują niebiańskich jak terrorystów.

Dzisiejszy wieczór przypomniał mi o tym, jak pierwszy raz poszedłem na Paradę Równości. Przyznałem się już wtedy do swojej orientacji przed rodziną i przyjaciółmi. Wszyscy dobrze to przyjęli, ale nie mogłem udawać, że nie ściska mnie w żołądku na myśl o tym, jak zareagują obcy ludzie; czytanie w umysłach bardzo by się wtedy przydało. Podczas parady poczułem ulgę, bezpieczeństwo, szczęście i nadzieję, wszystko splecione ze sobą jak sznur, który związał mnie z pozostałymi. Pierwszy raz w życiu oddychałem swobodnie wśród nieznajomych.

Ciekawe, ilu niebiańskich cieszy się dzisiaj takim oddechem.

Brighton stoi za statywem i nagrywa ludzi przechodzących między namiotami, po czym celuje obiektyw w ogromną, migoczącą postać z koroną na głowie, która rozciąga się na niebie.

– Czuję, że jutro wszystko się zmieni – mówi. – Ludzie będą chcieli nagrywać nas.

– No, może.

Brighton milczy tak długo, aż robi się niezręcznie.

– Nigdy mi nie wierzysz. Jeszcze się przekonasz.

– Może w tym roku odpuścimy – odpowiadam. – I tak masz wiele powodów do ekscytacji, w końcu w przyszłym tygodniu wyjeżdżasz do college’u w innym mieście i jeszcze masz tę swoją serię…

– Ludzie czasami zyskują moc w dniu osiemnastych urodzin – przerywa mi.

– W książkach i filmach.

– Książki i filmy są oparte na historiach prawdziwych niebiańskich, którzy zyskali moce w momencie ukończenia osiemnastu lat.

– Ale przecież to się dzieje naprawdę rzadko.

– Rzadko, więc to mało prawdopodobne, ale nie niemożliwe. – Brighton zawsze musi mieć ostatnie słowo, więc gryzę się w język. Nie zamierzam kłócić się tuż przed urodzinami. Problem polega na tym, że on nie uznaje mojego milczenia za wywieszenie białej flagi. – To byłby idealny moment, Emil. Senny król zwiększa moc każdego niebiańskiego, więc jeśli została w nas choć iskra blasku po abuelicie, może zapłonąć większym ogniem. Ja chyba… już ją wyczuwam.

– Wyczuwasz ją? To jakiś kolejny parapsychiczny żart?

Brighton kręci głową ze śmiechem.

– To były dobre czasy, ale nie. Mówię poważnie. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale czuję takie napięcie w kościach.

– Postaw na to napięcie w kościach dwadzieścia dolców. – Łatwy pieniądz, który pójdzie na kolejną powieść graficzną.

– Dobra.

Przybijamy sobie żółwika i gwiżdżemy. To taki nasz braterski zwyczaj.

Brighton upatrzył sobie jeden rave na dachu kamienicy i stajemy w kolejce przed wejściem do budynku. Przed nami są dwie kobiety ubrane w tradycyjne półpeleryny niebiańskich. Próbuję powstrzymać epicki krindż, gdy przypomina mi się, jak jeszcze ze dwa lata wcześniej, totalnie nie zdając sobie sprawy z tego, jaką świętością są dla nich te peleryny, sami nosiliśmy podobne dla zabawy. Dopiero nasza najlepsza przyjaciółka, Prudencia, uświadomiła nam gafę. Szybko zaniosłem je do najbliższego przytułku. Gdy kobiety zostają wpuszczone, podchodzimy do wejścia, ale wykidajło blokuje nam drogę.

– Tylko dla niebiańskich – oznajmia.

 

– Czyli dla nas – odpowiada Brighton.

Brązowe tęczówki mężczyzny nagle zakrywają błyszczące galaktyki; to charakterystyczna cecha niebiańskich.

– Udowodnij.

Brighton bez sensu patrzy na niego, jakby spodziewał się, że jeśli się bardzo postara, w jego oczach też rozbłysną gwiazdy i komety.

– Przepraszamy za kłopot. – Ciągnę brata po schodach, śmiejąc się. – Coś ty sobie myślał, że sfałszujesz posiadanie mocy tak, jak sfałszowałeś dokumenty?

Brighton ignoruje mnie i wskazuje schody przeciwpożarowe.

– Chodź, zakradniemy się i zdobędziemy ekskluzywny materiał.

– Niby po co? To tylko impreza, nikogo to nie interesuje.

– A może jakiś rytuał.

– To nie nasza sprawa. Nie idę tam.

Brighton zdejmuje kamerę ze statywu.

– Dobra.

Sprawdzam godzinę na telefonie.

– Za piętnaście minut mamy urodziny. Pokręćmy się tu trochę i tyle.

Brighton gapi się na dach.

– Daj mi pięć minut. To się może przydać do mojego cyklu.

Siadam na krawężniku z jego statywem.

– Nie mogę ci mówić, co masz robić.

– Pięć minut – powtarza Brighton, wspinając się już na schody. – I nie garb się!

Nie każdemu zależy na prostych plecach i wyrzeźbionych mięśniach. Niektórzy z nas chowają chude ciała w luźnych koszulkach i garbią się, czekając na dzień, w którym będą mogli zapaść się w sobie i całkiem zniknąć.

Nie potrafię się oprzeć i czekając na Brightona, wchodzę na Instagrama. Od razu wyświetla się nagranie ognistego ptaka, który wlatuje w nawałnicę nad Brazylią; to wideo mojej ulubionej fotografki dzikiej przyrody, która uwiecznia feniksy w całej ich glorii. Zaraz potem widzę gościa od fitnessu, z którego kaloryferem zdążyłem się zapoznać przez ostatnich kilka miesięcy. I chociaż bawię się z jego planem treningowym, w ogóle nie wyglądam jak on czy paru innych ćwiczących kolesi, których profile śledzę. Jego motywujące teksty nie robią na mnie dzisiaj wrażenia, więc odkładam telefon i próbuję pooddychać prawdziwym światem.

Na tej imprezie jest wszystko.

Jakieś dzieciaki biegają w powietrzu, dorośli grillują jedzenie za pomocą promieni słonecznych wypływających z ich dłoni. Mam nadzieję, że Nicholas Creekwell, pierwszy facet, który naprawdę mi się podobał, też dzisiaj w jakiś sposób świętuje. Był moim partnerem na zajęciach z chemii, którą lubi tak bardzo, że zamierza iść na alchemię w college’u i zajmować się przygotowywaniem magicznych mikstur. Był przystojny i fajnie się z nim gadało, a do tego naprawdę mnie zaskoczył, kiedy zdematerializował drzwiczki mojej zepsutej szafki, żebym mógł wyjąć kalkulator na test z algebry. Nie zdradziłem nikomu jego tajemnicy, zwłaszcza Brightonowi, ale chociaż mi ufał, twierdził, że nie jest gotowy na związek, więc zostaliśmy kumplami. Mimo wszystko nie potrafię przestać myśleć o tym, czy sytuacja wyglądałaby inaczej, gdybym miał sześciopak.

Ktoś sprzedaje piękną srebrną lornetkę. Chętnie bym się spłukał, żeby ją zdobyć, ale mama zaraz zacznie psioczyć, że podręczniki na studia same się nie kupią. A przecież wciąż jeszcze nie spłaciła ogromnych długów za opiekę medyczną taty – zostały po eksperymentalnej terapii alchemią krwi, która miała wyleczyć go z raka kości, a tylko pogorszyła jego stan. Zmarł w marcu. Tatę fascynowało spoglądanie w gwiazdy i czekał z niecierpliwością, żeby na własne oczy zobaczyć Sennego króla. Może w pełni docenię tę konstelację następnym razem, gdy będę starszy i kupię lornetkę. A tata zobaczy ją w innym życiu, o ile się wierzy w takie rzeczy.

Moją uwagę zwraca dudnienie ciężkich buciorów na żwirze. Odwracam się i widzę, że zbliża się jakaś dwudziestokilkuletnia kobieta. Na jej twarzy błyszczy pot, jakby przebiegła kilka przecznic. Ma na sobie niedopasowany blezer bez jednego rękawa, a jej ramię wydaje się spalone słońcem w porównaniu do bladej twarzy; nie wygląda, jakby wybrała się na wieczorny jogging. Ścigają ją dwie latające postacie: dziewczyna unosząca się jakieś trzy metry nad ziemią i chłopak, którego niesie wiatr, zbierając po drodze różnego rodzaju śmieci.

Skaczę na równe nogi i uciekam przed kłopotami. Odwracam się w kierunku schodów przeciwpożarowych; mój brat jest już na trzecim piętrze.

– Brighton, wracaj!

Kobieta potyka się o krawężnik i ląduje twardo na betonie. Powinienem nie być dupkiem i jej pomóc, ale strach ściska mnie mocno i nie pozwala się ruszyć. Nieznajoma wstaje i chwyta rurkę namiotu, a ta rozpala się do czerwoności. Biały płomień wspina się po jej ramieniu, jakby zlała je benzyną i podpaliła. Płachta nie ma szans – ogień zaraz przeskakuje na inne namioty. To pandemonium zdecydowanie nie poprawi wizerunku niebiańskich u opinii publicznej.

Ktoś łapie mnie za ramię i upuszczam statyw.

– Wszystko w porządku? – pyta Brighton.

Oddycham głęboko.

– Spadamy.

– Czekaj. – Oczarowany chaosem brat podnosi kamerę.

– Chyba sobie żartujesz. – Chwytam go za łokieć, ale się wyrywa.

– Muszę to udokumentować.

– Posrało cię.

Jak na kogoś, kto wygłosił mowę otwierającą uroczystość rozdania dyplomów w naszej szkole, Brighton potrafi być naprawdę głupi. Gdyby chodziło o kogoś innego, od razu bym się ulotnił. Właśnie dlatego nie zostanę nigdy bohaterem, którego kiedyś udawałem. Za bardzo kocham życie, żeby je ryzykować. Tylko że Brighton marzy o nagraniu tego typu akcji na swój kanał. Większość niebiańskich z okolicy jest od niego bystrzejsza i nie czeka na rozwój sytuacji. Część teleportuje się tak szybko, że gdybym zamrugał, mógłbym ich przegapić.

Frunące postaci wyłaniają się z cienia i w blasku księżyca na ich kamizelkach przeciwblaskowych błyszczy symbol Iskier, niczym konstelacja, która stała się inspiracją dla nazwy ich organizacji.

– Maribelle i Atlas! – krzyczy Brighton, wyrzucając pięść w powietrze.

Co zrobiła ta kobieta, że gonią ją dwie Iskry? Kiedy jej ręka znowu zajmuje się białym ogniem, mam okazję przyjrzeć się jej oczom. W jej tęczówkach nie pływają ciała niebieskie, jak u niebiańskich. Są ciemne, nie licząc płonącego na pomarańczowo pierścienia. To zaćmienie – znak widma. Teraz już wiem, dlaczego jest ścigana przez Iskry. Nie zawsze zgadzam się z brutalnymi metodami tych samozwańczych strażników, ale to chyba jedyna garstka bohaterów dość odważnych, by przyznać, że widma należy powstrzymać, zanim doprowadzą do zagłady świata. Mam nadzieję, że wszystkie widma trafią za kratki za swoje okropne zbrodnie: kradzież niebiańskiej krwi tylko po to, by zyskać moc, z którą się nie urodzili. Zwyczajny ogień jest już wystarczająco straszny, lepiej, żeby nie było nas w pobliżu, gdy to widmo zapłonie ogniem feniksa. Już mam odciągnąć Brightona, ale dręczy mnie błysk w jego oku. Akurat my bardzo dobrze wiemy, jak ryzykowne jest spożywanie krwi stworzenia.

Widma ryzykują życiem, żeby zyskać moc, a ja modlę się, żeby mój brat nigdy nie pomylił tej tragedii z cudem.

2

BOHATEROWIE

EMIL

Widmo wypuszcza strumień białego światła, płomienie rozchodzą się na kształt skrzydeł i skrzeczą jak feniks.

– Stary, ona jest widmem – stwierdza Brighton.

– Pewnie wzięła moc od aureoli albo…

Nie kończę, bo Maribelle Lucero z gracją umyka przed płomieniem i leci prosto na widmo. Maribelle jest młoda; strzelam, że w naszym wieku, chociaż Brighton pewnie mógłby podać nie tylko jej datę urodzin, ale też ulubiony kolor. Dziewczyna ma jasnobrązową skórę i ciemne włosy splecione w warkocze, które chłoszczą powietrze jak sznury, gdy wpada na widmo, wyprowadzając cios prawą ręką. Jasnowłosą czuprynę Atlasa Haasa rozwiewa wiatr, gdy chłopak unosi się nad namiotami, starając się z całych sił zapanować nad ogniem za pomocą wiatru wzniecanego przez swoje dłonie. Nic z tego. Płomienie rozprzestrzeniają się w kierunku bloku z jednej strony i podupadłego baru z drugiej; lokatorzy i klienci szybko uciekają z obu przybytków.

Serce bije mi jak oszalałe – wynośmy się stąd, wynośmy się stąd, wynośmy się stąd.

– Bright, musimy spadać.

– To spadaj.

Jestem o włos od tego, by złapać jego kamerę i rzucić nią jak piłką, kiedy nagle bar eksploduje z ogłuszającym hukiem. Fala uderzeniowa uderza w nieprzygotowanego Atlasa i rzuca nim w zaparkowany nieopodal motocykl. Gdy z nieba zaczyna spadać deszcz cegieł, chowamy się pod markizą małego sklepu. Fale ciepła przywodzą mi na myśl pieczenie kruchego ciasta z owocami w maleńkiej kuchni abuelity, tylko że tutaj jest tysiąc razy gorzej.

Maribelle pędzi do Atlasa z pomocą, a widmo znowu strzela ognistym pociskiem.

– Maribelle, uważaj! – woła Brighton.

Dziewczyna odwraca się, lecz ogień wbija ją w drzwi samochodu z obezwładniającą mocą, jakby cisnął nią ktoś obdarzony żelazną siłą.

– Nie! – rzuca Brighton, wciągając gwałtownie powietrze.

Większość klientów i mieszkańców zdążyła się już zmyć, niczym geniusze, którzy zdali testy z surwiwalu na piątki z plusem. Niska kobieta z gwiazdami w oczach wyrywa hydrant przeciwpożarowy i kieruje strumień wody na pożogę, lecz to zadanie zaczyna ją przerastać. Tłum ją dopinguje. Kilka kroków dalej jakiś blady chłopak z jasnymi włosami filmuje wszystko telefonem z żółtym wilkiem na obudowie. Nie wydaje się w ogóle wystraszony. Pewnie nie pierwszy raz ogląda taką bitwę, ale też patrzy na wszystko z szeroko otwartymi z zachwytu oczami, jak Brighton, który ekscytuje się nagrywaniem.

Atlas z trudem się podnosi. Widmo zgięło się wpół, bierze kilka głębokich wdechów, po czym posyła kolejny ognisty pocisk, tym razem wyraźnie słabszy. Wyciąga rękę, żeby zaatakować, lecz powstrzymuje je klejnot-granat z cytrynu wielkości mojej pięści, który toczy się w jego kierunku. Granat rozpryskuje się na grube kawałki, fale energii elektrycznej uderzają w widmo. Dziewczyna upada i wije się z bólu.

Chyba zaraz zwymiotuję, może nawet zsikam się w majty. Oglądanie takich ataków w internecie to jedno, ale bycie naocznym świadkiem to zupełnie inne przeżycie. Maribelle jest spocona, zbliża się do Atlasa, kulejąc. Przyciska dłoń do centralnej części swojej kamizelki, która chyba przejęła większość siły pocisku.

– Takie coś to ja rozumiem! – krzyczy Brighton, jak zawsze, gdy dobrze zda egzamin albo zwycięży w grze. Pędzi do Maribelle i Atlasa.

Kręci mi się w głowie i zamieram na kilka sekund, które wloką się jak minuty, po czym w końcu ruszam za bratem. Staram się ignorować wrzaski widma, ale mimowolnie zaczynam myśleć o tym, jak wyglądało jej dotychczasowe życie, zanim doprowadziło ją w to miejsce. Szybko się otrząsam z tych myśli. Na ulicy rozlegają się syreny, zaczynają się zjeżdżać karetki i wozy strażackie, a metaliczno-złote wozy pancerne egzekutorów blokują wjazd na przecznicę. Biegnę do Brightona, plecami odwrócony do zniszczonego baru, który wciąż trawi biało-pomarańczowy ogień, tworząc na ulicy rozciągnięte, przerażające cienie.

Brighton klęczy przy Maribelle i Atlasie, którzy próbują złapać oddech.

– Byliście niesamowici – mówi, cały czas filmując. – Jestem waszym wielkim fanem.

Dziewczyna nie zwraca na niego najmniejszej uwagi. Spina się, gdy z wozów wysiadają egzekutorzy.

– Musimy uciekać – mówi Atlas.

– Mogłabym rzucać śnieżkami, a te sukinsyny i tak oskarżyłyby mnie o urządzenie jatki na ulicy – rzuca Maribelle.

Brighton już przyszykował telefon.

– Mogę szybko zrobić sobie z wami zdjęcie?

– Bright, chłopie, weź daj im spokój – mówię.

– Dobra, dobra.

Czterech egzekutorów woła do wszystkich, że mają się nie ruszać, po czym zbliżają się z różdżkami w rękach. Nie ruszam się nawet o milimetr. Co prawda nierzadko zdarza się, że egzekutorami zostają niebiańscy, jednak większość nie posiada własnej mocy, więc są szkoleni do strzelania czarami przy najmniejszych oznakach zagrożenia.

– Nie ruszaj się – mówię do Brightona.

Patrzę na tych wszystkich egzekutorów, żałując, że sam nie mam brązowego hełmu i kamizelki przeciwblaskowej w kolorze morskiej zieleni. Zaczynam szybciej oddychać, nogi mi drżą i jestem przerażony myślą, że egzekutorzy mogliby to uznać za przejaw mocy, której nie posiadam.

Na środku ulicy egzekutorka celuje różdżką w widmo, podczas gdy inna zakłada jej rękawice i kajdany, które mają uniemożliwić korzystanie z mocy.

Atlas jest odwrócony plecami do funkcjonariuszy i porozumiewa się bezgłośnie z Maribelle, przez co robię się nerwowy. Dziewczyna bierze głęboki wdech i kiwa głową, a jej oczy płoną jak komety, podczas gdy te Atlasa wirują niczym miliardy gwiazd pochwycone przez czarną dziurę. Atlas przetacza się na bok, a Maribelle wzbija w powietrze. Podmuch wiatru posyła mnie i Brightona na samochód, dokoła eksploduje czar, głośny niczym fajerwerki. Sprawdzam, czy bratu nic się nie stało, a potem obserwuję akcję spod auta. Egzekutorów zmiata z nóg, różdżki wypadają im z rąk. Silny wiatr podnosi Atlasa, a potem chłopak chwyta Maribelle w powietrzu. Przelatują nad budynkiem mieszkalnym i po chwili znajdują się już poza zasięgiem czarów.

 

– Emil, chodźmy. Wstawaj. No już. – Brighton pochylony pędzi w przeciwnym kierunku, oddalając się od egzekutorów. Teraz, gdy już nie ma Iskier, nagle mu się śpieszy. Oczywiście.

Nigdy nie należałem do dzieciaków, które biegają po szkolnym korytarzu, gadają w czasie lekcji albo przechodzą na czerwonym świetle, ponieważ nie cierpię wpadać w kłopoty, ale w tej chwili pędzę po chodniku jak opętany przez najodważniejszego z duchów, zygzakiem, na wypadek gdyby egzekutorzy chcieli we mnie strzelać. Gdyby nie Brighton, siedziałbym pod tamtym autem, z głową przyciśniętą do betonu i wyciągniętymi rękami, licząc, że egzekutorzy uznają mnie za niegroźnego. Po Zaciemnieniu lepiej nie ryzykować przebywania w towarzystwie Iskier.

Kilka przecznic dalej wskakujemy do autobusu, który jedzie w stronę naszego domu. Korzystamy z wolnych siedzeń na końcu i wyciągamy nogi. Jesteśmy mokrzy od potu, a ja niczego tak nie pragnę jak wielkiej butli z wodą, żeby się napić i oblać.

– Nic ci się nie stało? – pytam brata, masując łokieć, na który upadłem. Staram się oddychać płytko, żeby nie czuć ostrego bólu w poobijanych żebrach.

Brighton ma podrapane ręce, ale chyba mu to nie przeszkadza.

– Ale czad! Udało nam się poznać najbardziej wystrzałową parę! – Brzmi, jakby przepełniała go cała radość świata; sam chciałbym jej trochę mieć, żeby zagłuszyć panikę. – Atlas nawet użył na nas swojego wiatru. Mam nadzieję, że udało mi się to nagrać. – Patrzy na mnie. – Gdzie mój statyw?

– Och, no nie wiem, zostawiłem go gdzieś, gdy zaczęła płonąć ulica, a potem strzelali do nas egzekutorzy i zapomniałem. Mogę zaraz po niego pobiec.

– Spoko, nie trzeba – stwierdza Brighton.

– Nie mówiłem poważnie.

Mój brat puszcza film od początku.

– Powinienem zarobić na reklamach na nowy statyw.

– Jak możesz w tej chwili myśleć o swoim filmie? Strzelali do nas egzekutorzy, a Maribelle omal kogoś nie zabiła.

– Nikt by jej nie winił za tę śmierć. Tamto widmo wznieciło prawdziwe piekło.

Nie mam pojęcia, jak „tamto widmo” się nazywało ani jak wyglądało jej życie, żeby przekonywać, że dziewczyna miała w sobie chociaż krztynę dobroci, ale i tak wolałbym nie patrzeć, jak leży na ziemi z wycelowaną w nią różdżką. Kto wie, czy zostanie zamknięta w Ciemnicy razem z innymi obdarzonymi mocą, czy może gdzieś „zaginie” pod opieką egzekutorów.

Nie podoba mi się kierunek, w którym zmierza nasza rozmowa. Nie spieramy się o coś głupiego, na przykład o to, że Brighton założył moją koszulkę, bo potrzebował czegoś nowego do nagrania, albo o to, że bez pytania pożyczyłem jego rower.

Odzywa się mój telefon. To wiadomość z życzeniami od Prudencii. Chyba pierwszy raz w życiu przegapiliśmy świętowanie naszej minuty o północy. Dziewiętnasty rok zaczął się naprawdę z grubej rury. Tata byłby rozczarowany. Nie ma mowy, żeby Brighton nagrał mnie, jak cieszę się z całej akcji i zachowuję, jakby wszystko było okej – taki jestem spięty.

– Dlaczego tak się wkurzasz? – pyta, odrywając wzrok od kamery. – Bo nie płakałbym po tamtym widmie? Iskry ratują więcej żyć, niż odbierają, a jeśli muszą kogoś zabić, wierzę, że ten ktoś zasłużył na taki los.

Nie chcę się z nim spierać – z gniewu potrafię się rozwrzeszczeć, a Brighton zaczyna mnie zwyczajnie wpieniać – ale nie potrafię się zamknąć:

– Nie do nas należy decyzja, kto ma umrzeć.

– Zaciemnienie zmieniło zasady gry – stwierdza Brighton. – Nie zamierzam się złościć, gdy dobrzy ludzie zabijają tych złych.

Naprawdę kusi mnie, żeby wysiąść i wrócić do domu pieszo.

– To nie jest gra.

– Przecież wiesz, co mam na myśli. Na wojnie giną ludzie, nie da się tego uniknąć. – Brighton wychyla się i trąca mnie w kolano. – Gdybyśmy mieli moc, moglibyśmy im pomóc. Królowie światła, pamiętasz?

Zaczął nas tak nazywać, kiedy mieliśmy dziesięć lat, zaraz po tym, jak dowiedzieliśmy się, że nasze nazwisko, Rey, znaczy „król”. Nikt nie mógł nas powstrzymać przed fantazjowaniem, że to na pewno jakiś profetyczny kod, a nam jest przeznaczona chwała – zostaniemy bohaterskimi bliźniakami o podwójnej sile, którzy potrafią porozumieć się z dwóch przeciwległych krańców miasta bez telefonu. Tak naprawdę nie ma w nas nic szczególnego, ale nazwa została, chociaż nasze braterstwo zdaje się słabnąć z każdym dniem.

– Cóż, dziękuję gwiazdom, że jednak nie mamy mocy – odpowiadam. – Nie chciałbym mieć krwi na rękach.

– Zabijanie dla ratowania świata to co innego.

– Bohaterowie nie powinni zabijać.

Choć raz milczy.

Patrzymy na siebie niczym szachiści, którzy doszli do pata. Żaden z królów nie poległ, lecz nikt nie wygrywa.