A jeśli to my

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Tytuł oryginału: What If It’s Us

Copyright © 2018 by Becky Albertalli and Adam Silvera

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Copyright © for the Polish translation

by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Redakcja: Natalia Szczepkowska

Korekta: Magdalena Wójcik

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Martyna Wilner

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66278-17-2

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca

i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo

do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@weneedya.pl

Dla Brooks Sherman,

agentki wszechświata, który nas ze sobą złączył.

Oraz Andrew Eliopulosa i Donny Bray,

którzy uczynili nasz wszechświat większym.

Część pierwsza

A JEŚLI

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ARTHUR

Poniedziałek, 9 lipca

Nie jestem nowojorczykiem i chcę do domu.

W tym mieście obowiązuje strasznie dużo niepisanych zasad. Na przykład nigdy nie można przystawać na środku chodnika, aby pogapić się marzycielsko na wysokie budynki czy też odczytać graffiti. Żadnych ogromnych składanych map, żadnych nerek u pasa, żadnego kontaktu wzrokowego. Nie ma mowy, żeby sobie zanucić publicznie piosenkę z musicalu Drogi Evanie Hansenie. A już na pewno nie można robić selfiaczków na rogu ulicy, nawet jeśli stoi tam budka z hot dogami i cały szereg żółtych taksówek w tle, a to przecież niesamowicie bliskie temu, jak zawsze wyobrażałeś sobie Nowy Jork. Dozwolony jest co najwyżej milczący podziw, ale i wtedy trzeba być cool. Coś mi się wydaje, że na tym polega cały sens Nowego Jorku: bycie cool.

Ja nie jestem cool.

Weźmy na przykład dzisiejszy poranek. Popełniłem błąd i spojrzałem w niebo, tylko na chwilę, a teraz nie mogę oderwać od niego wzroku. Kiedy się patrzy pod tym kątem, świat jakby miał się zaraz przewrócić: słońce oślepia, a wysokie budynki przyprawiają o zawrót głowy.

Nowy Jork jest piękny. Muszę mu to przyznać. Piękny i surrealistyczny, a do tego zupełnie inny niż Georgia. Ustawiam telefon i pstrykam fotkę. Nie na Instagrama, bez żadnych filtrów.

Prosta, szybka fotka.

Przechodnie natychmiast się wściekają: Chryste. Ruszże się. RUCHY. Cholerni turyści. Nie ściemniam, dwie sekundy na zdjęcie i już jestem uosobieniem blokady ruchu. Nagle staję się odpowiedzialny za każde spóźnienie metra, każdy zator uliczny, za samo zjawisko oporu wiatru.

Cholerni turyści.

Ja nawet nie jestem turystą. W pewnym sensie tu mieszkam, przynajmniej podczas wakacji. Nie jestem teraz na radosnym spacerku, nie zwiedzam miasta w poniedziałkowe południe. Jestem w pracy. No, właściwie jestem w drodze do Starbucksa, ale to też się liczy.

I może faktycznie wybrałem dłuższą drogę. Może potrzebuję kilku minut więcej poza kancelarią mamy. Normalnie bycie stażystą jest raczej nudne niż straszne, ale dzisiaj mam wyjątkowo gówniany dzień. Wiecie, jak to jest – w drukarce brakuje papieru, w magazynie też go nie ma, więc próbujesz podebrać trochę z ksera, ale nie możesz wysunąć szuflady, naciskasz zły guzik i nagle ksero zaczyna piszczeć. A ty stoisz i myślisz, że wynalazca tej piekielnej maszyny powinien dostać wciry. Od ciebie? Od mierzącego metr sześćdziesiąt siedem żydowskiego dzieciaka z ADHD, wściekłego jak tornado? Znasz taki dzień? No, właśnie.

Najchętniej bym to wszystko wywalił Ethanowi i Jessie, ale jeszcze nie nauczyłem się pisać i iść jednocześnie.

Schodzę na bok, przystaję przy wejściu na pocztę – i wow. Takiej poczty nie ma w Milton w Georgii. Wejście jest wykończone białym kamieniem, z kolumnami i elementami z mosiądzu. Miejsce ma taką klasę, że aż się czuję źle ubrany. A przecież włożyłem krawat.

Wysyłam słoneczne zdjęcie Ethanowi i Jessie. Ciężki dzień w biurze!

Jessie odpisuje od razu. Nienawidzę Cię i chcę być Tobą.

Tak się sprawy mają: Jessie i Ethan to moi najlepsi przyjaciele od zarania dziejów i zawsze byłem przy nich Prawdziwym Arthurem. Samotnym Pogubionym Arthurem, innym niż Radosny Instagramowy Arthur. Jednak z jakiegoś powodu czuję, że moje nowojorskie życie musi im się wydawać niesamowite. Tak po prostu. Dlatego od tygodni dostają esemesy od Radosnego Instagramowego Arthura. Tylko nie wiem, czy jestem wystarczająco przekonujący.

I tęsknię za Tobą, dopisuje jeszcze Jessie, wysyłając też całą linijkę buziaczków. Jest jak moja babcia w ciele szesnastolatki. Zostawiłaby na moim policzku esemesowy ślad szminki, gdyby tylko mogła. Co dziwne, nigdy nie łączyła nas ta słodkomdląca przyjaźń – a przynajmniej do czasu balu na zakończenie szkoły. Zupełnie przypadkiem właśnie wtedy wyznałem Jessie i Ethanowi, że jestem gejem.

Ja też za Wami tęsknię, przyznaję.

WRACAJ DO DOMU, ARTHUR.

Jeszcze cztery tygodnie. Oczywiście, przecież wcale nie liczę.

Ethan wreszcie dołącza do rozmowy, wrzucając najbardziej niejednoznaczną emotkę świata: grymas. No, bez kitu. Grymas? Jeśli studniówkowa Jessie jest jak moja babcia, to studniówkowy Ethan pisze niczym mim. Właściwie przez większość czasu na czacie grupowym jest nawet spoko, ale w rozmowie jeden na jednego? Powiem tylko tyle, że mój telefon przestał pikać od nadchodzących wiadomości jakieś pięć sekund po tym, jak się wyautowałem. Nie będę kłamał: to najgorsze uczucie świata. Któregoś dnia w końcu mu to powiem, i to niedługo. Może nawet dzisiaj. Może…

Zaraz jednak otwierają się drzwi poczty i ze środka wychodzą – nie żartuję – bliźniaczo podobni mężczyźni w takich samych kombinezonach. Z zakręconymi wąsami. Ethan oszalałby z radości. Wkurzające. Ciągle tak mam z tym kolesiem. Minutę temu byłem gotowy dać mu przyjacielskiego kosza za te jego emotki. A teraz tylko chcę usłyszeć jego śmiech. Emocjonalne sto osiemdziesiąt stopni w raptem sześćdziesiąt sekund.

Bliźniacy mijają mnie i widzę, że obaj mają męskie koczki. Oczywiście, że mają męskie koczki. Nowy Jork to inna planeta, przysięgam, bo nikogo to nie dziwi.

No, ale.

W stronę wejścia idzie chłopak, trzymając karton, i dosłownie zatrzymuje się w pół kroku, widząc bliźniaków. Wydaje się zbity z tropu, a ja śmieję się w głos.

A potem patrzy mi w oczy.

Uśmiecha się.

O cholera.

Serio. Cholera jasna, największe ciacho świata. Może to jego włosy, może to piegi, może zaróżowione policzki. A mówię to jako ktoś, kto nigdy wcześniej nie zwrócił uwagi na czyjeś policzki. Ale te zdecydowanie warto zauważyć. Wszystko w nim jest godne uwagi. Idealnie zwichrzone jasnobrązowe włosy. Dopasowane dżinsy, pozdzierane buty, szara koszulka – z napisem Dream & Bean Coffee ledwo widocznym znad krawędzi kartonu. Jest wyższy ode mnie – no, dobra, większość chłopaków jest ode mnie wyższa.

Wciąż na mnie patrzy.

Ale dwadzieścia punktów dla Gryffindoru, bo udaje mi się do niego uśmiechnąć.

– Myślisz, że zostawili swój tandem przed salonem barbera?

Jego śmiech zaskoczenia jest tak uroczy, że aż kręci mi się w głowie.

– Zdecydowanie przed salonem barbera będącym jednocześnie minibrowarem i galerią sztuki – mówi.

Przez chwilę szczerzymy do siebie zęby bez słowa.

– Eee, wchodzisz? – pyta w końcu.

Podnoszę wzrok na drzwi.

– No.

I wchodzę. Ruszam za nieznajomym do wnętrza budynku poczty. To nie tak, że podjąłem tu jakąś decyzję. Jeśli już, to podjęło ją moje ciało. W tym chłopaku jest coś takiego. Coś mnie tak ciągnie w piersi. Mam takie wrażenie, że muszę go poznać, że to nieuniknione.

Dobra, zaraz się do czegoś przyznam i pewnie się od tego wzdrygniesz. Pewnie już się krzywisz, ale nieważne. Posłuchaj.

Wierzę w miłość od pierwszego spojrzenia. Los, wszechświat, wszystko. Ale nie tak, jak ci się wydaje. Nie w takim sensie, że nasza dusza została podzielona, a ty jesteś moją drugą połówką na wieczność. Po prostu uważam, że naszym przeznaczeniem jest poznać pewnych ludzi. Myślę, że wszechświat popycha nas w ich stronę.

Nawet w zwyczajny lipcowy poniedziałek. Nawet na poczcie.

Ale bądźmy szczerzy – to nie jest normalna poczta. Jest wystarczająco duża, by posłużyć za salę balową, ma lśniące podłogi i rzędy numerowanych skrzynek, i prawdziwe rzeźby, jak w muzeum. Chłopak z kartonem podchodzi do lady niedaleko wejścia, stawia przesyłkę obok i zaczyna wypełniać druczek.

Dlatego zabieram kopertę na priorytet ze stoiska i ruszam do lady. Sto procent luzu. Wcale nie musi być dziwnie. Muszę tylko znaleźć idealny sposób na poprowadzenie tej rozmowy. Szczerze mówiąc, zazwyczaj naprawdę łatwo przychodzi mi rozmawiać z nieznajomymi. Nie wiem, czy wszyscy w Georgii tak mają, czy może tylko ja, ale jeśli w sklepie natknę się na staruszka, zaraz sprawdzam dla niego ceny soków z suszonych śliwek. Jeśli na pokładzie samolotu znajdzie się kobieta w ciąży, jeszcze przed lądowaniem w myślach nazywa swoje nienarodzone dziecko moim imieniem. To taka moja supermoc.

 

A przynajmniej do dzisiaj. Teraz nagle nawet wymówienie sylaby to dla mnie za dużo. Jakby gardło mi się zapadło. Muszę rozbudzić w sobie Nowojorczyka – wyluzowanego, nonszalanckiego. Posyłam chłopakowi nieśmiały uśmiech. Robię głęboki wdech.

– Ale duży.

No i… wtopa.

Następne słowa wyrywają mi się nieproszone.

– Znaczy karton duży. Masz duży karton.

Rozkładam ręce, żeby mu to zademonstrować. Bo przecież to nie jest sugestywne. I wcale nie wygląda, jakbym mierzył mu siurka.

Chłopak z Kartonem ściąga brwi.

– Wybacz. Ja nie… Przysięgam, że normalnie nie komentuję wielkości pudełek nieznajomych.

Spogląda mi w oczy i uśmiecha się, troszeczkę.

– Fajny krawat – rzuca.

Spuszczam wzrok, rumieniąc się. Wiadomo, nie mogłem założyć normalnego krawata. Nie. Mam na sobie egzemplarz z kolekcji taty. Granatowy, ze wzorkiem w maleńkie hot dogi.

– Przynajmniej nie uniform, co? – mówię.

– Słuszna uwaga. – Znowu się uśmiecha, więc oczywiście zwracam uwagę na jego usta. Które mają taki sam kształt jak usta Emmy Watson. Usta Emmy Watson. Na jego twarzy.

– Czyli nie jesteś stąd – rzuca Chłopak z Kartonem.

Podnoszę na niego wzrok, zaskoczony.

– Skąd wiesz?

– Stąd, że jeszcze do mnie mówisz. – Po tych słowach się rumieni. – To źle zabrzmiało. Chodziło mi o to, że zazwyczaj to turyści zagadują.

– Aha.

– Ale nie przeszkadza mi to – zapewnia.

– Nie jestem turystą.

– Nie jesteś?

– No dobra, właściwie to nie jestem stąd, ale mieszkam tu teraz. Tylko do końca wakacji. A pochodzę z Milton w Georgii.

– Milton w Georgii. – Uśmiecha się.

Czuję się niewytłumaczalnie zdenerwowany. Ręce i nogi mam jakoś dziwnie bezwładne, w głowie mnóstwo waty. I pewnie jestem czerwony jak burak. Nawet nie chcę wiedzieć. Po prostu nie mogę przestać mówić.

– No nie? Milton, bez kitu. Brzmi jak imię żydowskiego stryja.

– Nie chciałem…

– Właściwie to mam stryja o imieniu Milton, który jest Żydem. To właśnie w jego mieszkaniu się zatrzymaliśmy.

– Wy, czyli kto?

– Pytasz, z kim mieszkam u stryja Miltona?

Kiwa głową, a ja tylko patrzę na niego bez słowa. No bo niby z kim jego zdaniem miałbym tam mieszkać? Z chłopakiem? Z dwudziestoośmioletnim przystojniaczkiem z wielkimi tunelami w uszach i może kolczykiem w języku albo tatuażem z moim imieniem na piersi? Na całej klacie?

– Z rodzicami – odpowiadam szybko. – Moja mama jest prawniczką i pod koniec kwietnia przyjechała tutaj pracować nad najnowszą sprawą, a ja totalnie dołączyłbym do niej już wtedy, tylko że oczywiście rzuciła to swoje: Jasne, Arthur, ale masz jeszcze miesiąc szkoły. Nawet na dobre wyszło, bo chyba myślałem, że Nowy Jork będzie jakiś, a okazał się zupełnie inny, i teraz utknąłem tutaj i tęsknię za przyjaciółmi, za samochodem i za Waffle House.

– W tej kolejności?

– No, najbardziej za samochodem. – Szczerzę zęby. – Zostawiliśmy go u mojej babci w New Haven. Mieszka tuż przy Yale, czyli, mam nadzieję, mojej przyszłej uczelni. Trzymajmy kciuki. – No po prostu nie mogę się zamknąć. – Pewnie nie chcesz słuchać historii mojego życia.

– Nie przeszkadza mi to. – Chłopak z Kartonem waha się, opierając pudełko o biodro. – Stajesz w kolejce?

Kiwam głową i ruszam za nim. Obraca się do mnie twarzą, ale pudełko nas odgradza. Jeszcze nie przykleił druczku, który leży na kartonie. Próbuję zerknąć na adres, niestety chłopak ma okropny charakter pisma, a ja nie umiem czytać do góry nogami.

Zauważa moje spojrzenie.

– Strasznie jesteś ciekawski, co? – pyta, patrząc na mnie zmrużonymi oczami.

– Och. – Przełykam głośno ślinę. – No, może trochę. Tak.

Moja odpowiedź wywołuje uśmiech na jego twarzy.

– To nic interesującego. Resztki po zerwaniu.

– Resztki?

– Książki, prezenty, różdżka Harry’ego Pottera. Wszystko, czego nie chcę dłużej oglądać.

– Nie chcesz oglądać różdżki Harry’ego Pottera?

– Nie chcę oglądać niczego, co dostałem od byłego chłopaka.

Byłego chłopaka.

Co oznacza, że nieznajomy umawia się z chłopakami.

Okej. Wow. Mnie się nie przydarzają takie rzeczy. Po prostu nie i kropka. Ale może wszechświat w Nowym Jorku działa inaczej.

Chłopak z Kartonem spotyka się z chłopakami.

JA JESTEM CHŁOPAKIEM.

– Naprawdę super – mówię. Zupełnie swobodnie. Ale potem on jakoś dziwnie na mnie patrzy i zaraz zakrywam usta. – Nie, nie super. Boże. Rozstania nie są super. Eee… Moje kondolencje.

– On nie umarł.

– Tak, jasne. Pewnie. Ja już… – Wypuszczam powietrze, opierając na chwilę dłoń o słupek odgradzający z taśmą.

Chłopak z Kartonem uśmiecha się sztywno.

– Jasne. Czyli jesteś jednym z tych kolesi, którzy spinają się w obecności gejów.

– Słucham? Nie, ani trochę.

– Jasne. – Przewraca oczami, zerkając za moje ramię.

– Serio nie – mówię szybko. – Słuchaj. Sam jestem gejem.

I cały świat nagle się zatrzymuje. Mój język staje się gruby i ciężki.

Chyba niezbyt często wymawiam te słowa na głos. Jestem gejem. Moi rodzice wiedzą, Ethan i Jessie wiedzą, a do tego zupełnie przypadkiem przyznałem się wakacyjnym pracownikom z firmy mamy. Ale nie jestem kimś, kto rozgłasza takie rzeczy na poczcie.

Tylko że najwyraźniej jednak jestem.

– Och. Serio? – pyta Chłopak z Kartonem.

– Serio, serio. – Brakuje mi tchu. To dziwne, bo teraz nagle chcę to udowodnić. Chciałbym mieć jakiś gejowski identyfikator, który mógłbym zaprezentować jak policjant swoją odznakę. Albo mógłbym to pokazać w jakiś inny sposób. Boże, z radością bym mu zademonstrował.

Chłopak z Kartonem uspokaja się, jego ramiona się rozluźniają.

– Spoko.

Ja pierdolę. To się naprawdę dzieje. Ledwo mogę oddychać. Zupełnie jakby tę scenę wymyślił sobie sam wszechświat.

Zza lady rozlega się donośny głos:

– W kolejce czy nie? – Podnoszę wzrok i widzę, że kobieta z przekłutą wargą posyła nam naprawdę groźne spojrzenie. Babka ma wszystko w dupie. – Ej, Piegowaty. Ruszże się.

Chłopak z Kartonem daje mi znak, żebym został, a sam podchodzi do lady. Za mną już zdążyła uformować się kolejka. No, dobra, serio nie podsłuchuję go. Nie do końca. Raczej po prostu jego głos przyciąga moje uszy. Ręce ma skrzyżowane na piersi, ramiona napięte.

– Dwadzieścia sześć pięćdziesiąt za priorytet – oznajmia Przekłuta Warga.

– Dwadzieścia sześć? Dwadzieścia sześć dolarów?

– Nie. Dwadzieścia sześć pięćdziesiąt.

Chłopak z Kartonem kręci głową.

– To dużo.

– Inaczej nie będzie. Bierzesz albo nie.

Chłopak z Kartonem zamiera na chwilę, a potem zabiera swoje pudełko i przyciska do piersi.

– Przepraszam.

– Następny – rzuca Przekłuta Warga i pokazuje na mnie, ale wychodzę z kolejki.

Chłopak mruga.

– Jak to możliwe, że wysłanie paczki kosztuje dwadzieścia sześć dolarów?

– Nie wiem. To porąbane.

– Chyba wszechświat chce dać mi znak, żebym to zatrzymał.

Wszechświat.

Jasna cholera.

On jest wierzący. Wierzy we wszechświat. I nie chcę wyciągać pochopnych wniosków, ale wiara Chłopaka z Kartonem we wszechświat to zdecydowanie znak od wszechświata.

– Okej. – Mój puls przyśpiesza. – A co, jeśli wszechświat tak naprawdę chce, żebyś to wyrzucił?

– To tak nie działa.

– Czyżby?

– Zastanów się. Pozbycie się pudełka to plan A, nie? Wszechświat opowiada się przeciwko planowi A tylko po to, żebym zdecydował się na inną wersję planu A? Bez sensu. Wyraźnie widać, że wszechświat chce planu B.

– A plan B to…

– Pogodzenie się z faktem, że wszechświat to palant…

– Wszechświat wcale nie jest palantem!

– Właśnie, że jest. Uwierz mi.

– A niby skąd możesz to wiedzieć?

– Wiem, że wszechświat ma jakiś popieprzony plan na to pudełko.

– Ale właśnie w tym rzecz! – Patrzę na niego surowo. – Tak naprawdę nie wiesz. Nie masz zielonego pojęcia, jaki wszechświat ma w tym cel. Może jesteś tutaj tylko dlatego, że chciał, żebyś spotkał mnie, żebym ja mógł ci kazać to wyrzucić.

Uśmiecha się.

– Myślisz, że wszechświat chciał, żebyśmy się spotkali?

– Słucham? Nie! To znaczy, nie wiem. Właśnie w tym rzecz. Nie da się tego przewidzieć.

– No to chyba zobaczymy, jak się sprawy potoczą. – Spogląda na druczek, potem przedziera go na pół, macha nim i rzuca do kosza. A przynajmniej celuje w kosz, ale świstek ląduje na podłodze. – Tak czy inaczej, eee… czy ty…

– Przepraszam. – Z głośnika rozlega się głos mężczyzny. – Mogę prosić o uwagę?

Zerkam z ukosa na Chłopaka z Kartonem.

– Czy to…

Nagle słychać pisk sprzężenia i fortepianowe intro.

I do środka wchodzi, bez kitu, orkiestra marszowa.

Ludzie wlewają się strumieniem do budynku poczty, niosąc ogromne bębny, flety i puzony, wygrywając nieco skopaną wersję Marry You Bruno Marsa. I nagle dziesiątki ludzi – staruszków i takich, którzy niby przyszli kupować znaczki – rozpoczyna układ taneczny, machając wysoko nogami, wypychając biodra i wyciągając ręce. Praktycznie każdy, kto akurat nie tańczy, filmuje wszystko, ale ja jestem zbyt zdumiony, żeby wyjąć telefon. Nie chcę się za bardzo nakręcać, ale rety: poznaję fajnego chłopaka i pięć sekund później znajduję się pośrodku flashmobowych oświadczyn? Czy znak od wszechświata mógłby być wyraźniejszy?

Tłum rozchodzi się na boki i wjeżdża wytatuowany chłopak na desce, po czym zatrzymuje się przed okienkiem. Trzyma w ręku pudełeczko na biżuterię, ale zamiast uklęknąć, opiera łokcie o ladę i uśmiecha się szeroko do Przekłutej Wargi.

– Kelsey. Skarbie. Wyjdziesz za mnie?

Czarna mascara Kelsey spłynęła aż do jej kolczyka.

– Tak! – Chwyta twarz narzeczonego i składa mu na ustach słonego buziaka, a tłum zaczyna wiwatować.

Czuję coś głęboko w piersi. To jest to nowojorskie uczucie, o jakim mówią w musicalach – szczera, głośna radość w technikolorze. Ja tu całe wakacje chodzę i marudzę, tęskniąc za Georgią, a teraz nagle jakby ktoś przełączył we mnie jakiś prztyczek.

Ciekawe, czy Chłopak z Kartonem też to czuje. Odwracam się do niego, już uśmiechnięty i z ręką przyciśniętą do serca…

Ale jego nie ma.

Ręka opada mi bezwładnie. Nie ma śladu ani po nim, ani po jego pudełku. Rozglądam się, patrząc na każdą twarz. Może ktoś go odepchnął na bok w trakcie flash moba. Może wziął udział w tańcu. Może miał jakieś pilne spotkanie – tak pilne, że nie mógł poczekać i wziąć ode mnie numeru telefonu. Nie zdążył nawet się pożegnać.

Nie mogę uwierzyć, że nie zdążył się pożegnać.

Myślałem – wiem, że to głupie, ale myślałem, że coś nas połączyło. No bez kitu, wszechświat praktycznie nas sobie przedstawił. Bo to się właśnie stało, prawda? Już nie wiem, jak inaczej można by to zinterpretować.

Tylko że Chłopak z Kartonem zniknął. Jak Kopciuszek o północy. Jakby nigdy nie istniał. A teraz już nie poznam jego imienia ani nie dowiem się, jak moje brzmi w jego ustach. Nigdy nie pokażę mu, że wszechświat nie jest palantem.

Zniknął. Przepadł. A rozczarowanie jest tak silne, że prawie zgina mnie wpół.

Dopóki mój wzrok nie pada na kosz.

Okej. Nie twierdzę, że przekopałbym się przez śmieci. Oczywiście, że nie. Mam może bałagan w głowie, ale brudasem nie jestem.

Może Chłopak z Kartonem ma rację. Może wszechświat wzywa do planu B.

Oto moje pytanie: czy jeśli świstek papieru technicznie nie trafił do kosza, można go w ogóle nazwać śmieciem? Bo wyobraźmy sobie – i mówię czysto hipotetycznie – że na podłodze leży zgnieciony druczek pocztowy. Czy to śmieć?

A co, jeśli to szklany pantofelek?

Inne książki tego autora