Dom WiedźmTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa




Copyright © Adam Faber, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Marketing i promocja: Łukasz Chmara, Marta Friedrich

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Joanna Pawłowska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: FecitStudio

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66517-86-8

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca

i wydarzenia są wytworem wyobraźni autora. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@weneedya.pl

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Callen Malloway przewracał się z boku na bok, bezskutecznie próbując zasnąć. Przeszkadzało mu nawet tykanie zegara, w ciemności głośniejsze i tak odmienne od nierównego bicia serca. Jeszcze do niedawna zegar, podobnie jak wszystkie inne sprzęty w domu, stał, cierpliwie czekając, aż na nowo uruchomi go dotyk magicznej ręki. Obudził się wraz z całą resztą Domu Czarownic, gdy wróciła tu utracona moc.

Magia była prawdziwa. Zdaniem Callena czasem nawet zbyt prawdziwa. Kilkukrotnie niemal przez nią zginął i to ona doprowadziła do największych paradoksów jego życia. Podążał ku niej, a zawracany z toru, szukał nowych ścieżek, ale to przed magią wciąż musiał uciekać, ścigany przez istoty, które uważał za swoją rodzinę.

Bez wątpienia miał w sobie dwie natury: ludzką, odziedziczoną po matce, i magiczną – spuściznę po ojcu należącym do rasy ferów, które nienawidziły ludzi. Obie te części nieustannie ze sobą walczyły, gnając chłopaka przez dwa światy.

Dom Czarownic również był paradoksem. Naprawdę należał dawniej do wiedźm, sióstr Malloway, przybranych ciotek Callena. Chłopak znał wszystkie zakamarki starego budynku, kochał zapach suszonych ziół w świątyni na strychu i kwiatów zaklętego ogrodu, wiedział, dokąd prowadziły liczne drzwi, których dom był pełen. A mimo to po powrocie z krainy ferów czuł się tu obco. Może dlatego, że wszystko się zmieniło, i to w zaledwie kilka tygodni, a przyczyna tych zmian spała tuż za ścianą.

Gdyby nie March Sky, Callen nigdy nie dotarłby do miejsca, w którym teraz się znajdował. Oczywiście sam do tego wszystkiego doprowadził, ale to dłoń March okazała się dość magiczna, by przypomnieć Domowi Wiedźm o drzemiącej w nim sile. Odkąd tylko dziewczyna pojawiła się w Finfolk, Callen czuł, że jest magiczna. Krótko mówiąc, była taka jak on, tyle że nie miała o tym pojęcia. A on chyba zbyt szybko jej to uświadomił, przez co sprawy wymknęły się spod kontroli. To z pomocą March przeniósł się do Aislingen, gdzie rzucono na nich przekleństwo snu. I tylko ta dziewczyna okazała się dość silna, by się z tego snu uwolnić. Imponowała mu – nie mógł powiedzieć, że nie. Była niezwykła w sposób, którego nie potrafił do końca określić. Jasne, miała w sobie magię. Ale to nie była zwykła magia, było w tym wszystkim… coś jeszcze, coś więcej. Czasem wydawało mu się, że March Sky jest bardziej ferinią niż człowiekiem.

Moce ferów były potężne i przerażające. Callen wolał nie wracać do zesłanych przez nie koszmarów. To one były zresztą jednym z powodów, dla których nie potrafił zasnąć. Ostatnio działo się tak wiele – z trudem mógł uwierzyć w to, że właśnie położył się spać po raz pierwszy od chwili, gdy March wyswobodziła go z klątwy. Bał się, że koszmary wrócą w snach, w wyobraźni słyszał metaliczny odgłos krat, schodził głęboko pod ziemię, w ciemność i duchotę, słyszał śmiech Strażnika Koszmarów, a dookoła migały kolorowe skrzydła.

Wybudzenie, do którego doprowadziła March, przyniosło mu ulgę na krótko. Znaleźli się w samym środku walki między ferami a ich więźniami. Królowa skrzydlatych, choć zdawałoby się, że pokonana, nie dała za wygraną. Podstępem czy nie, pozwoliła March zabrać klucz koszmarów, w którym kryły się największe lęki dziewczyny. Gdy klucz się stłukł, miasteczko Finfolk pogrążyło się w mamiących zmysły czarach Wyrd, władczyni Miasta Snów.

Callen nie chciał myśleć o królowej. Nie bał się jej, a mimo to wzbudziła w nim pewien niepokój. Zawsze towarzyszyła jej nieprzyjemna aura. Choć otaczało ją piękno całego Aislingen, w głębi Wyrd była odrażająca, inaczej nigdy nie wymyśliłaby wizji, którymi potrafiła doprowadzać do szaleństwa.

Chłopak wiedział, że to tylko kwestia czasu, aż lęki opanują wszystkich mieszkańców. Być może w tej chwili, gdy większość z nich już spała, koszmary nabierały mocy, zaglądając w ich umysły i wyciągając z nich to, co najgorsze.

Zapominając o kocie śpiącym w nogach łóżka, Callen gwałtownie zrzucił z siebie kołdrę. Piątek na moment przestał chrapać, ale na szczęście się nie obudził. Chłopak wolał, kiedy kot spał – wtedy przynajmniej nie gadał.

Callen podszedł do okna, wiedziony dziwnym poczuciem, że skoro inni śpią, on powinien czuwać. Odsłonił starą, przykurzoną zasłonę, wpuszczając do pokoju nieco światła. Tylko księżyc rozświetlał szare, nocne niebo, na którym jeszcze kilka godzin temu tańczył mglisty potwór, obejmując zaklęciem Wyrd kolejne części miasteczka. Z pewnością dotarł również do rozciągającego się za Domem Czarownic lasu, by wywabić z niego stare demony.

Gdy Piątek głośniej zachrapał, Callen odskoczył od parapetu, jakby w obawie, że samą myślą przywoła istoty zamieszkujące las. Kot przeciągnął się, ale zamiast wrócić do snu, postawił uszy i przeciągle ziewnął.

– Ale miałem sen! – oświadczył.

– To nie był sen – odparł znudzonym głosem Callen.

– Co? – Oczy Piątka zalśniły w ciemności.

– Byliśmy w Aislingen, jeśli o to ci chodzi…

Kot parsknął.

– Wcale nie o tym mówię. Naprawdę miałem sen.

– Koszmar? – Callen poczuł, jak serce podchodzi mu do gardła.

– Bo ja wiem? Nie był wcale taki najgorszy.

– A co ci się śniło? – Chłopak na poważnie się zaciekawił. Sny zawsze miały znaczenie, ale gdy wróciło się z Aislingen, Miasta Snów, stawały się właściwie kluczowe, by w pełni zrozumieć sytuację, w jakiej wszyscy się teraz znaleźli.

– Apokalipsa – odparł Piątek.

Callen nie znosił jego skłonności do żartów nawet w takich chwilach.

– No – stwierdził wreszcie. – Apokalipsa nie byłaby znowu taka zła. Na pewno mielibyśmy po niej trochę spokoju.

– Nie, nie, to zupełnie nie było tak! – zaprotestował kot, zeskakując z łóżka. Rozległ się cichy odgłos lepkich łapek uderzających o podłogę, po czym Piątek wskoczył na parapet. Wpatrywał się w ciemne niebo niczym wilk. – Nie było żadnego końca świata. To znaczy nie tak jak w filmach o zombie albo w Wojnie światów, albo w tym czarno-białym, który widzieliśmy razem z Cleto, w tym… no wiesz…

– Do rzeczy – ponaglił go chłopak.

Kot prychnął z oburzeniem, ale ciągnął:

– No wiesz, było ciemno, zupełnie jak teraz, a może jeszcze ciemniej. I nagle… pam-pam-pam – zaczął wyśpiewywać. – Rozległ się dzwon. No, jakoś tak to brzmiało. Zadudnił tak trzy razy, a towarzyszył temu podmuch wiatru, silnego, zimnego… I wszyscy zastygli. Nie żebym ich widział, ale po prostu to wiem. Wszyscy na całym świecie zastygli, jakby na coś czekali. Czekali tak i czekali…

– No i? – zniecierpliwił się Callen.

– Chwilę, przecież buduję atmosferę, nie? – warknął kot. Milczał, przez dłuższy czas wpatrując się w księżyc. Sprawiał wrażenie, jakby faktycznie się bał.

– Więc co stało się potem? – spytał spokojniej Callen.

– Chwilę, zdenerwowałeś mnie. Muszę ochłonąć.

Piątek dał sobie jeszcze moment, po czym mówił dalej:

– Kiedy już zapadła noc… Cóż, właściwie nic wielkiego się nie wydarzyło, tylko obudził się jeździec apokalipsy i zaczął wszystkich zabijać. Wyglądał jak prawdziwa bestia. Zamiast stóp miał ciężkie kopyta. Jak się poruszał, ich huk niósł się po całym świecie. Jęzor miał długi jak krowa, a łeb pokryty czarną sierścią, trochę jak ja, tyle że był ode mnie dużo brzydszy. A przechadzał się tuż przed naszym płotem. Przybył z lasu. No i co ty na to?

– Nic – odparł Callen, rozumiejąc, że nie tego oczekiwał kot. – Myślałem najpierw, że fery dostały ci się do głowy i w niej namieszały, ale to mi wygląda na zwyczajne majaki.

– Naprawdę nie widzisz w tym niczego więcej? – zdumiał się kot.

– A powinienem?

Piątek westchnął.

– Kopyta, długi jęzor, czarna sierść…

Callen zastanawiał się przez chwilę, po czym, jakby olśniony, wydobył z pamięci jedną z opowieści sióstr Malloway.

– Ach tak – powiedział bez zbędnego przejęcia. – Bestia z lasu. Więc mamy wytłumaczenie. Wróciłeś tu, położyłeś się w starym łóżku i naszło cię na wspominanie starych historyjek.

– Zobaczymy… zobaczymy…

Coś w tonie kota sprawiło, że Callen nagle się zdenerwował.

 

– Nie wkurzaj mnie, okay?! – zawołał. – Zachowujesz się, jakby mało ci było kłopotów!

Piątek, zamachnąwszy się ogonem tak, by smagnąć nim chłopaka po twarzy, zeskoczył z parapetu i ruszył w stronę łóżka.

– Mam większe problemy od twoich – oznajmił, wciąż wysoko unosząc ogon, jakby chciał dać Callenowi do zrozumienia, gdzie go ma. – Przypominam ci, że straciłem w Aislingen przedostatnie życie.

Wtulił łepek w poduszkę, ale chyba nie miał już zamiaru spać.

– W najgorszej sytuacji i tak jest March – zauważył Callen. – Przez nas weszła do świata magii w najbardziej beznadziejny sposób z możliwych, w dodatku straciła kontakt z matką i przyjaciółmi. No i ścigają ją za morderstwo.

Nie dodał, że chodziło o zamordowanie jego.

– Przez nas? – Piątek znów poderwał się z łóżka. – Posłuchaj, panie Krótka Pamięć. Nie obwiniaj mnie o swój idiotyczny plan. Sam wszystko załatwiłbym inaczej. Tak pogmatwałeś sprawy, że nawet ja się pogubiłem.

– Ciekawe, jak ty byś to załatwił – prychnął Callen.

– Przede wszystkim od początku mówiłbym jej prawdę. A ty kłamałeś jak najęty.

Callen nic na to nie odpowiedział, bo Piątek miał rację. Rzeczywiście, kłamstw było za dużo. No, może nie kłamstw, ale półprawd. Tyle że chłopak nie miał innego wyjścia – musiał nieco przeinaczyć fakty. Niby co miał zrobić? Powiedzieć March od razu, że w Aislingen mieli go za przestępcę, choć sobie na to nie zasłużył? Przecież by mu nie uwierzyła. I tak cudem było to, że zgodziła się wspólnie z nim rzucić czary.

– Wszystko jej powiem – oświadczył urażony.

– Tylko bez łgarstw – ostrzegł kot. – Przypilnuję cię.

– A ja ciebie. Kto jej wmówił, że jest kotem od urodzenia?

W odpowiedzi Piątek tylko machnął ogonem.

– Mniejsza z tym – dodał Callen. – Jutro wszystkiego się dowie. Na razie niech śpi.

– Niech śpi – zgodził się kot. – I oby nie nawiedziły jej nocą fery. Już i tak się nieźle wpakowaliśmy.

ROZDZIAŁ DRUGI

March Sky nie byłaby zadowolona, gdyby ktoś jej powiedział, że to, co się jej ostatnio przytrafiło, było zwykłym snem. Zwykłe sny nie istniały. W przeciągu ostatnich tygodni nauczyła się, że koszmary bywają o wiele bardziej niebezpieczne od rzeczywistości i piekielnie trudno z nimi walczyć. Dlatego gdy obudziły ją dochodzące z dołu trzaski, ucieszyła się, że już nie śpi. Jeśli cokolwiek jej się przyśniło, to na szczęście już tego nie pamiętała.

Nie potrzebowała ani chwili, by zorientować się w nowej sytuacji. Od razu po przebudzeniu przypomniała sobie, gdzie jest i co się wydarzyło. Zamiast tracić czas na rozmyślania, zerwała się z łóżka. Wczoraj mogła kłaść się przygnębiona, za to dziś obchodziło ją jedynie rozwiązanie problemów, a to musiała wydusić z dwóch osób, które prowadziły właśnie małą wojnę w kuchni.

– Prosiłem, żebyś nie łaził po stole jak jakaś małpa! – krzyknął Callen. – To była ulubiona zastawa Cleto!

– Ja za to nigdy jej nie lubiłem – oświadczył Piątek. – Możemy jeść z normalnych talerzy.

– Ty nie dostaniesz żadnego. Nie umiesz jeść jak człowiek, to jedz z kociej miski!

– Dzień dobry? – bardziej spytała, niż powiedziała March. Zdawała sobie przy tym sprawę z tego, że sama wygląda jak kompletne zaprzeczenie dobrego dnia. Włosy miała potargane, a za długa halka, którą musiała pożyczyć z szafy Irmy, wisiała na niej niczym wyświechtana płachta.

Piątek i Callen uspokoili się jak na zawołanie.

– Hej – powiedział chłopak. – Właśnie przygotowujemy… To znaczy ja przygotowuję śniadanie.

Stał przy stole zasypanym mąką, trzymając w ręku dymiącą patelnię, a w pasie miał przewiązany fartuch ozdobiony czarownicami na miotłach. Oczywiście fartuch był za długi. Większość rzeczy zaprojekowanych dla ludzi była za wielka dla Callena i March. Jako ferianie, pół ludzie, pół fery, mieli mniej niż półtora metra wzrostu.

– Super – mruknęła March, obrzucając go wzrokiem od stóp do głów. Minę miała kwaśną. – A co to jest? – Wskazała na patelnię.

– Naleśniki – odparł Callen, patrząc na danie. – No, prawie, bo mamy tu tylko mąkę, cukier i wodę. Myślałem, że coś z tego wyjdzie…

March nachyliła się, by powąchać przypaloną maź.

– Mąkę? – spytała. – To może być trujące. A na pewno przeterminowane.

– Nie, mąka wcale nie leżała tu długo – oznajmił Piątek. – Jakieś czterdzieści lat… Ale bez obaw! Irma i Cleto nakładały na jedzenie czary konserwujące, a z tej mąki robiły nawet maseczki ujędrniające twarz i…

Jedno spojrzenie March wystarczyło, by zamilkł.

– Radzę wam to wywalić – powiedziała, nie przejmując się tym, że rani uczucia Callena. Na pewno się starał, co nie miało znaczenia, skoro była na niego wściekła. Najwyraźniej to wyczuł, bo odłożył patelnię i oświadczył:

– Masz rację. W sumie możemy zjeść coś innego. W ogrodzie zaowocowały już chyba jakieś krzaki.

– Jest lipiec – westchnął Piątek.

– Przecież mówię, że jakieś, tak? – warknął Callen. – Musimy się zadowolić tym, co mamy, póki nie znajdziemy wyjścia z sytuacji. Na razie nie wolno nam wychodzić poza ogród. On jest granicą, do której działają czary ochronne. Potem możemy ewentualnie przenieść się do Jaaru, żeby znaleźć coś do żarcia.

– Albo stać się dla kogoś żarciem – dodał kot. – Co filozoficznie nie stanowi aż tak wielkiej różnicy.

March nie miała ochoty teraz słuchać o kolejnych alternatywnych światach. Jeden stanowczo wystarczał.

– Wyjście z sytuacji – powiedziała, unosząc dłoń. – Właśnie to mnie teraz obchodzi.

Nie była głodna. Chciała tylko, o ile to możliwe, wrócić do normalności, chociaż takiej, na jaką mogła sobie pozwolić po tym, co zobaczyła w Mieście Snów. Trzeba było zacząć od pozbycia się skutków klątwy Wyrd.

– Ale na początek powiecie mi o sobie wszystko, co dotąd ukrywaliście – zastrzegła.

– Chyba czytasz nam w myślach – odparł Piątek – bo właśnie chcieliśmy ci się trochę pozwierzać.

– Nie czytam w niczyich myślach. Po prostu chyba rozumiecie, że lepiej mnie nie wkurzać, zwłaszcza teraz, gdy już wiem, że jestem czarownicą.


Callen odsłonił firanki w salonie, wpuszczając do środka ostre, czerwone światło. Ogród za zakurzonymi szybami wyglądał fantastycznie, zupełnie jakby nie dosięgnął go czar Wyrd, jakby żadna ciemna magia nie miała nad nim władzy.

– Co, jeśli ktoś zobaczy nas przez okno? – zaniepokoiła się March, zasłaniając oczy przed rażącym słońcem.

– Tym się nie martw – odparł Piątek, który usadowił się już na najwygodniejszym fotelu. – Czar chroni dom przed ciekawskimi, zawsze chronił.

– Co to właściwie za czar? Kto go rzucił?

– To stare zaklęcie – powiedział Callen. – Czarownice zwykle zabezpieczają swoje domy ochronnymi urokami. Irma i Cleto rzuciły je, by bronić się przed ferami, kiedy ja… Kiedy zrobiłem pewną głupotę.

March przypomniała sobie o wizji, którą miała po rozbiciu klucza koszmarów Piątka – co zrobiła zresztą na jego własne życzenie. Wśród zmieniających się obrazów zobaczyła dwie czarownice nakładające czar.

– Pewną głupotę? – Spojrzała na chłopaka. – Chciałeś doprowadzić do rebelii w Aislingen, zgadza się? Nazywajmy rzeczy po imieniu.

– No… może faktycznie przesadziłem. – Callen się zaczerwienił. Zważywszy na jego zwykle bladą twarz, wyglądało to niemal komicznie. – Ale idee miałem słuszne.

– Och, my wszyscy mamy słuszne idee – westchnął Piątek – tylko świat ich nie rozumie.

March tak gwałtownie odwróciła się w jego stronę, że aż podskoczył na fotelu.

– Właśnie, powinnam zacząć od ciebie – uznała. – Widziałam twoje wspomnienia, ale nie wszystko zrozumiałam. Kim właściwie jesteś, Ove?

Użyła jego imienia z czasów, gdy jeszcze nie był kotem. Odkrycie jego przeszłości, choć szokujące, wcale nie rozjaśniło spraw, a tylko je pogmatwało. March wiedziała, że Ove został skazany na życie w skórze zwierzęcia, życie, w którym miał dziewięć razy umrzeć. Ale co takiego zrobił? Tego do końca nie rozumiała.

– Mam zacząć od samego początku? – spytał kot.

– Tak! – zawołała od razu March, przekrzykując błagalne „Proszę, nie!” Callena.

Piątek wziął sobie jej polecenie do serca.

– Pochodzę z bardzo szanowanego norweskiego rodu wiedźm Heksenson, bardzo szanowanego. Nasze początki sięgają pierwszego wieku, a moja prapraprapra… i tak dalej… babka Gutrig potrafiła czytać runy od prawej do lewej, odwrotnie, a nawet od góry do dołu. Kiedy rozłożyła kości, upadło Cesarstwo Rzymskie. Po śmierci praprapra… babka Gutrig została walkirią. Podobno zawsze lubiła patrzeć, jak faceci leją się po mordach.

Callen posłał March znaczące spojrzenie, ale kot dopiero zaczął się rozkręcać.

– I żyliśmy sobie tak przez jedno stulecie, drugie, trzecie, czwarte…

– Zaraz – przerwała mu March w obawie, że będzie tak liczył do dwudziestki. – Ale chyba nie urodziłeś się wtedy, prawda? To znaczy chyba wiedźmy nie mogą tak długo żyć?

Przeczuwając, że kot odpowie pokrętnie, spojrzała pytająco na Callena, który wyjaśnił:

– Długowieczność można osiągnąć na różne sposoby, ale dla ludzi jest to nienaturalne. On – wskazał na Piątka – nie jest długowieczny. Choć zbyt naturalny też nie.

– Urodziłem się w tysiąc dziewięćset siódmym roku – odparł kot z taką dumą, jakby w tej dacie kryło się coś jeszcze.

– Więc może łaskawie przeniesiesz się o te dwadzieścia lat do przodu, kiedy poznałeś Irmę – poprosiła March – bo chyba nic interesującego się do tego czasu nie wydarzyło?

Piątek się obruszył.

– Nie uważam swojego życia za nudne – oświadczył. – Ale skoro nalegasz…

Poprawił się na poduszce i utkwił rozmarzony wzrok w oknie.

– Miłość – westchnął. – Słodka miłość. Poznałem Irmę w tysiąc dziewięćset dwudziestym ósmym. Wtedy Londyn był stolicą wszystkiego, co magiczne. Istniało tam Towarzystwo Alchemiczne, a my dwoje byliśmy szalenie zainteresowani tymi sprawami.

– Tak dla jasności – wtrąciła March. – Alchemia to jakaś magiczna forma chemii, zamiana metalu w złoto i takie tam?

– Takie tam? – powtórzył urażony kot. – Od wieków alchemicy mają dwa podstawowe cele: jednym jest faktycznie zamiana ołowiu w złoto. Ale to rzecz drugorzędna. Przede wszystkim zadaniem każdego alchemika jest dążenie do wyższego celu, do stworzenia kryształu alchemików.

– To przecież bajka… no nie?

– Nie do końca – oznajmił Callen. – Co prawda nikomu jeszcze nie udało się go stworzyć, ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że w końcu ktoś odniesie sukces.

– I do czego taki kryształ miałby służyć?

– Och, w większości możemy na ten temat tylko gdybać – westchnął Piątek. – Jedną z jego mocy byłaby, jak wspomniałaś, zamiana metali ciężkich w szlachetne. To zrobiłoby z posiadacza kryształu niezłego bogacza, największego w świecie. Ale ponieważ tworzenie Antimonium, czyli właśnie kamienia, kryształu alchemików, opiera się na czystej magii, właściwości klejnotu są praktycznie niezmierzone. Możliwe nawet, że potrafi on pomóc w przekroczeniu bariery życia i śmierci.

– Słyszałaś kiedyś o kamieniu Danu? – spytał Callen i od razu się zreflektował. – Nie, jasne, że nie. W każdym razie istnieje pewna legenda… No, choć dziś właściwie wszyscy już wiedzą, że to nie tylko legenda. W każdym razie to historia o tym, jak Matka Duchów, istota, którą fery nazywają też Danu lub Nią Samą, jeszcze przed powstaniem świata stworzyła kamień zawierający w sobie moce wszystkich żywiołów. Kryształ alchemików to w pewnym sensie kopia tamtego kamienia. Jeśli komuś, tak jak Danu, uda się stworzyć coś podobnego, to stanie się… no, tak jakby wszechpotężny.

– Chodzi o to – uzupełnił Piątek – że odtwarzając akt tak potężnej istoty jak Ona Sama, można posiąść moce równe jej.

– I właśnie to chcieliście posiąść ty i Irma? – March nie wierzyła w tę historię. Słyszała już o Niej Samej i była przekonana, że to wiedźmiarska wersja Boga. W którego nie wierzyła. Albo który był jej obojętny. Magia to jedna sprawa, można było ją zobaczyć, wyczuć, ale wszelkie te mity i opowiastki religijne… Nie, po prostu nie.

Patrzyła teraz na Piątka niemal z wyrzutem.

– Chcieliście przejąć władzę nad światem czy jak? – spytała.

– No wiesz, o co mnie posądzasz?! – prychnął. – Nam zależało tylko na bogactwie, co zresztą ciągle wyrzucała nam Cleto. Przyznaliśmy jej rację dopiero, kiedy wpadliśmy w łapy międzynarodowców.

 

– Organizacji zrzeszającej wiedźmy z całego świata – wyjaśnił Callen.

– Dlaczego? – March zmarszczyła czoło.

– Poszło o pewną figurę, tak zwanego pierzastego węża – odparł kot. – Aztekowie nazywali go Quetzalcoatlem. Wiadomo, że jeśli ktokolwiek znał się na złocie, to właśnie Aztekowie. W Towarzystwie Alchemicznym sporo się o nich mówiło. Wiedźmy i magowie z naszej organizacji wierzyli, że azteccy kapłani znali sekret zamiany metali ciężkich w złoto. Konkwistadorzy zniszczyli większość ich wiedzy, ale dzięki magii pewne tajemnice udało się zachować. Przetrwała również legenda o pierzastym wężu.

– Bo to znów taka legenda nie legenda – przejął opowiadanie Callen. – W starożytności między mieszkańcami Ziemi i Jaaru istniało o wiele więcej powiązań. Aztecki mit to prawdopodobnie echo opowieści ferów o Neshlirze.

– Czym? – To było dopiero drugie pokręcone imię, które usłyszała dziś March, a już była przerażona, że się zgubi.

– Fery otrzymały kiedyś od Niej Samej jajo, z którego wykluło się coś, co przypominało połączenie ptaka z wężem. Nazwano go Neshlirem i stał się obrońcą skrzydlatych.

– Pewnie nie był zbyt miły… – uznała March.

– To nie do końca tak – odparł Callen. – Jak już wiesz, istnieje więcej niż jedna kraina ferów. Aislingen to nie wszystko. Pozostałe dwie, Tir-na-Nog i Elphame, są w porządku.

– Pewnie sobie myślisz, że wszystkie fery to dupki – wtrącił kot – i ja się z tobą zgadzam, ale poprawność polityczna każe mi poprzeć Callena. Elphamianie i Tirnanie są okay, zwłaszcza odkąd ci drudzy coraz rzadziej mordują ludzi.

Callen zgromił go wzrokiem.

– Wróćmy do tematu – poprosiła March. – Skończyłeś na tym upierzonym…

– Pierzastym wężu, tak. No więc uważa się, że ta istota chce ludzkiego dobra. Podobnie jak Neshlir jest obrońcą ferów, tak jego ziemska forma ma być obrońcą ludzi. Alchemicy, może trochę pokrętnie, uważali, że skoro jajo pół ptaka, pół węża zostało stworzone przez Matkę Duchów, to posążek pierzastego węża ukryty w azteckiej piramidzie powinien zawierać cząstkę pierwotnej mocy. No bo wiesz, człowiek znów stworzył coś tak jak Ona Sama.

– Faktycznie – westchnęła March. – Strasznie to pokręcone.

– Dla alchemików nie – uciął kot. – Przynajmniej my z Irmą w to wierzyliśmy. Figurka miała się kryć pod świątynią w mieście Mixcoatl. To jedno z zaginionych miast dla ludzi, ostatnie miejsce, ale czarownice mogą się tam dostawać. Azteccy kapłani zostawili mapę, która prowadziła do skarbu, a Irmie udało się ją odczytać.

– A co na to Cleto? – spytał Callen z takim zaciekawieniem, jakby dotąd nie słyszał tej historii.

– O niczym nie wiedziała. Chyba nie sądzisz, że zaplanowalibyśmy coś takiego pod jej nosem? I tak narzekała, że chcemy wzbogacić się za pomocą magii i że to „niegodne wiedźm”. Irma była zupełnie inna. Nie miała ochoty uprawiać wiejskiego czarostwa, zawsze była bardzo ambitna i…

Oczy Piątka rozbłysły na wspomnienie dawnej ukochanej. March bezlitośnie przerwała ten podniosły moment.

– Co było dalej? Wykradliście tę figurkę?

– Prawie. Nie przypuszczaliśmy, że piramida będzie tak silnie chroniona przez międzynarodowców. Jak tylko dotknęliśmy pierzastego węża, nasze moce zostały zablokowane. Sądziliśmy najpierw, że to stara aztecka klątwa, ale szybko zjawiły się te szuje z WOPZ-u.

– Z czego?

– Wydział Ochrony Przedmiotów Zaklętych – wyjaśnił Piątek z obrzydzeniem. – Zabrali nam figurkę i oskarżyli o kradzież. Dacie wiarę, że wszyscy przedstawiciele Społeczności zebrali się, żeby nas osądzić?

– Jasne, że damy – parsknął Callen. – To znaczy ja dam. To tak, jakby ktoś chciał okraść piramidę w Egipcie.

– Bez przesady. Figurka była niczyja. Poza tym, odkrywając jej zagadkę, działalibyśmy dla dobra całej magicznej społeczności. A sam proces był bezsensowny, bo każdy kraj ma inne regulacje dotyczące nadużyć w czarach, niektóre wcale ich wtedy nie miały. Kilku przywódców, idiotów, domagało się dla nas kary śmierci. W końcu uznano, że musi nas ukarać jedynie szkocka Rada.

March wiedziała, co stało się potem. Widziała, jak Ove zmieniał się w czarnego kota. Ale jak ukarano Irmę?

– Objęto ją aresztem domowym – oznajmił Piątek, gdy o to zapytała. – Nie zabroniono się nam widywać, wręcz przeciwnie, zamieszkałem w domu sióstr. Tyle że mieliśmy żyć osobno, mimo że razem. Miałem nigdy nie kontaktować się z ludźmi, co udało mi się obejść, gdy Cleto znalazła sposób, żebym zaczął mówić. Nie wolno mi było jednak na nowo stać się człowiekiem. Żyłem więc jako kot, a Irma…

Urwał nagle, jakby czymś się zadławił. Odwrócił głowę w stronę drzwi i dokończył:

– Umarła.

March uznała to za koniec tematu. Pamiętała, jak odeszła Irma – w szpitalu, w towarzystwie czarnego kota. O nic więcej nie musiała dopytywać Piątka. Ale opowieść nie była skończona. Teraz przyszła kolej na Callena.