Ciche dniTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ TRZECI

Po pierwszym spotkaniu w pubie nie mogłem przestać o tobie myśleć. Bez końca wspominałem twój zaraźliwy uśmiech, swobodny wdzięk. Pomyśleć, że dzieliła nas tylko taca ze szklankami. Dzień później, wciąż robiąc sobie w duchu wyrzuty z powodu straconej szansy, przyjechałem do Guildfordu sam, ku rozczarowaniu rodziców. Na szczęście moja siostra Chessie, chociaż dwa lata młodsza ode mnie, przywiozła narzeczonego, co w jakiejś mierze odwróciło uwagę rodziny ode mnie.

Wszyscy krewni po kolei zadawali mi te same pytania, regularnie jak w zegarku: „Masz kogoś? Spotykasz się z jakąś miłą dziewczyną?”, a ja bezceremonialnie ignorowałem ich wścibstwo, udając, że przygotowuję się do kolejnego projektu naukowego lub zmagam z trudną krzyżówką. Mój odwieczny stan kawalerski był jak zawsze źródłem wielkiego rozbawienia. Fakt, że jeszcze nigdy nie przyprowadziłem do domu dziewczyny, okresowo wywoływał niepokój u moich krewnych, częściej jednak stanowił doskonałą pożywkę dla żartownisiów i kpiarzy, jak wtedy, gdy parodiując mnie, udawali, że analizują moje nieudane życie miłosne na specjalnym wykresie.

Jak, na litość boską, miałbym im wytłumaczyć, że w zadymionym piwnym ogródku spotkałem dziewczynę swoich marzeń, ale pozwoliłem jej wymknąć mi się z rąk, nie spytawszy nawet, czy się ze mną umówi? Wyobrażałem sobie ciebie w moim rodzinnym domu, jak idziemy razem na spacer w drugi dzień świąt, jak śpimy razem ściśnięci w moim wąskim łóżku, przykryci pojedynczą kołdrą, i grzejemy się własnym ciepłem, gdy okaże się niewystarczająca. Jedząc indyka, zadręczałem się, wyobrażając sobie, jak spędzasz wieczór sylwestrowy u boku innego mężczyzny, jak witasz Nowy Rok swoim dźwięcznym, zaraźliwym śmiechem i z lśniącym pierścionkiem na palcu.

Chociaż starałem się ze wszystkich sił, nie potrafiłem przestać o tobie myśleć. Po powrocie do Oksfordu koledzy z laboratorium nie dali mi zapomnieć o mojej porażce. Poza tym styczeń okazał się wyczerpujący pod każdym względem. Niemal nie sypiałem i nie jadłem (chociaż biorąc pod uwagę wysokość mojego stypendium, z którego się utrzymywałem, było to raczej nieuniknione), nie zdziwiłem się więc specjalnie, gdy zaczęły męczyć mnie ataki kaszlu.

W końcu właściciel domu, w którym wynajmowałem pokój, wysłał mnie do lekarza, powodowany pewnie bardziej irytacją niż dobrym sercem. W ten sposób trafiłem do przychodni w Jericho, gdzie podczas badania kasłałem tak zawzięcie, że lekarz wypisał antybiotyk i zdecydowanym tonem kazał mi uważać na siebie, by przeziębienie nie przeszło w coś gorszego.

Wyszedłem z gabinetu do poczekalni, która w ciągu dziesięciu minut zdążyła zapełnić się nowymi pacjentami. Z trudem rozpoznawałem pomieszczenie w tłumie ludzi: były tam matki z marudzącymi niemowlętami na rękach, mężczyzna i kobieta, oboje z gipsem na nadgarstku w identycznym miejscu, nastolatki o szklistych spojrzeniach, podrygujące nerwowo nogami, podpierające ściany, bo nie starczyło dla nich miejsc siedzących. Kiedy przeciskałem się do wyjścia, mamrocząc pod nosem przeprosiny, coś przykuło moją uwagę. Z dyżurki pielęgniarek dobiegał głos, który rozpoznałbym wszędzie.

– Dobrze, proszę państwa! – mówisz. – Przyjmujemy pacjentów pojedynczo, więc znajdźcie sobie wygodne miejsca do siedzenia. Ja też jestem tutaj nowa, więc proszę o wyrozumiałość. Nie mówcie potem, że was nie uprzedzałam!

Dźwięk tego głosu przenosi mnie w ułamku sekundy z powrotem do pubu, słyszę w nim tę samą wystudiowaną niefrasobliwość, przypominam sobie rozbrajający uśmiech i autoironiczny wdzięk, które zawróciły mi wtedy w głowie.

Wiem, że teraz albo nigdy. Nigdy nie zrozumiem, jakim cudem udało mi się zebrać na odwagę, ale słowa padają z moich ust, zanim zdążę się rozmyślić.

– Maggie… Maggie!

Zatrzymujesz się w pół kroku i stajesz na palcach, by się rozejrzeć dookoła i zlokalizować mówiącego. Zanim mnie zauważysz, już jestem przy tobie.

– Powinienem chyba raczej powiedzieć: siostro Marbury – udaje mi się wykrztusić, gdy zerkam na plakietkę przypiętą do twojego fartucha, pilnując się, by nie zatrzymać wzroku na twoich piersiach.

Przez jedną okrutną sekundę podejrzewam, że mnie nie pamiętasz, lecz ty po chwili uśmiechasz się promiennie.

– Frank! Mężczyzna z zasadami! Co ty tutaj robisz?

Rzężenie w mojej klatce piersiowej wzbiera w idealnym momencie i zanoszę się kaszlem, wypluwając strzępek flegmy do wymiętej od częstego używania chusteczki, którą od kilku dni upycham na dnie kieszeni. Nie sądzę, bym kiedykolwiek wcześniej lub później przyjął atak kaszlu z taką wdzięcznością. Powtarzam sobie, że to zrządzenie losu, tak po prostu miało być.

– Mogłam się domyślić. – Z uśmiechem kładziesz mi dłoń na ramieniu. Czuję mrowienie i dociera do mnie, jak bardzo spragniony jestem dotyku, twojego dotyku. Wiem, że nas obserwują, a ty wolałabyś nie urządzać przedstawienia.

– Dbaj o siebie. Rób sobie ciepłe kompresy i pij herbatę co godzinę…

– Chciałbym cię o coś zapytać. Nie o kaszel. – Po trzech tygodniach ciągłego kasłania prawie straciłem głos, mimo to udało mi się wygłosić te słowa z nietypowym zdecydowaniem. – Spotkamy się kiedyś? Tylko we dwoje?

Nasza interakcja przyciągnęła wyraźnie zainteresowaną publiczność. Czuję, jak krąg pacjentów wokół nas powoli się zacieśnia. W dalszym kącie recepcjonistka podejrzliwie spogląda w moim kierunku, za minutę, a może nawet szybciej postuka palcem w zegarek.

– Tak. Owszem, bardzo chętnie.

Nie zastanawiałem się, co zrobię, jeżeli się zgodzisz. Na chwilę tracę grunt pod nogami, ale zaraz przywołuję na twarz uśmiech, który, jak mam nadzieję, nie odstraszy cię, lecz wyrazi w pełni mój zachwyt. Udało się. Mówisz mi, kiedy mogłabyś się spotkać, jakbyś całe życie umawiała się na randki.

– Za tydzień mam wolne popołudnie, do tego czasu powinieneś już wyzdrowieć. Przyjdź po mnie o wpół do trzeciej. Resztę zostawiam tobie.

Po tych słowach wywołujesz kolejnego pacjenta.

Wychodzę chwiejnie na dwór, na świeże powietrze, z ulgą zostawiając za sobą zapach niemytych ludzkich ciał i środka odkażającego, którym bezskutecznie usiłują go zagłuszyć. Jadąc na rowerze do domu, czuję euforię; oto cię odnalazłem i przekonałem, byś się ze mną umówiła. Jakie miałem szanse? To na pewno było zrządzenie losu. Nareszcie stanął po mojej stronie! Dopiero w łóżku, gdy leżę z kołdrą podciągniętą pod brodę, dociera do mnie, że najtrudniejsze dopiero przede mną.

Dzień naszej randki nadchodzi prędko. Przyjeżdżam na miejsce o wiele za wcześnie i dla zabicia czasu spaceruję po okolicy, licząc na to, że mieszkańcy nie obserwują mnie ukradkiem zza firanek, gotowi wezwać policję do podejrzanego włóczęgi. Zjawiasz się punktualnie o umówionej godzinie. Z odległości około stu metrów mogę dostrzec kolorową plamę twojej jasnoczerwonej spódnicy. Przychodzi mi do głowy, że raczej nie założyłabyś jej do pracy; taki strój mógłby przyprawić któregoś z pacjentów o palpitacje. Sam czuję, jak z każdym krokiem gwałtownie przyspiesza mi puls.

– Cześć – witasz się ze mną zarumieniona. Zastanawiam się, czy to od chłodu, czy z nerwów. – To dokąd się wybieramy?

– Może pójdziemy do muzeum Ashmolean? Podobno jest tam niezła wystawa, japońskie malowidła na parawanach… – zacinam się, zwątpiwszy nagle w swoje wyczucie i w umiejętność zorganizowania odpowiedniej „rozrywki”. Dociera do mnie, że zachowuję się jak ktoś trzydzieści lat starszy, i skręcam się z zażenowania, gorączkowo usiłując obmyślić alternatywę.

– Cudownie! To brzmi bardzo światowo.

Przez jedną okrutną sekundę podejrzewam, że ze mnie drwisz. Potem bez namysłu ujmujesz mnie pod ramię i wszystko inne przestaje się liczyć. Czuję emanującą od ciebie ciepłą falę entuzjazmu i zaczynam wierzyć, że nareszcie coś mi się udało.

W muzeum z zainteresowaniem wypytujesz mnie o szczegóły wystawy, na której na szczęście jesteśmy jedynymi zwiedzającymi. Wcześniej pełen obaw wyobrażałem sobie, że moje żałosne wysiłki mogłyby obserwować dzieci na wycieczce szkolnej albo, co gorsza, moi studenci, którzy postanowili skorzystać z tańszych biletów w dzień powszedni. Jest coś niezwykłego w tym, jak cała jaśniejesz, słuchając moich ciekawostek, przekrzywiasz głowę i patrzysz na mnie spod grzywki. Przez to wszystko jeszcze bardziej chcę zrobić na tobie wrażenie.

Niestety, przeliczam się z siłami i zanim zdążę się zorientować, zostaję ekspertem od epoki Edo. Snuję opowieści o ulubionej wazie szoguna i parawanach, które przetrwały bitwę o Osakę. Modlę się, byś nie przejrzała moich zmyślonych opowieści, które stają się coraz bardziej rozbudowane, w miarę jak pragnę cię rozbawić, żeby z twojej twarzy nie zniknęła wesołość. Po raz pierwszy w życiu czuję się pewnie. Jestem spokojny, swobodny, nie targa mną bolesne pragnienie bycia kimś innym, kimkolwiek. Jesteś tutaj ze mną, z własnej woli, i z jakiegoś powodu chyba ci to odpowiada.

W ostatniej gablocie znajduje się kolekcja wachlarzy z malowanego jedwabiu z bambusowymi rączkami, ozdobionych wyszukanymi malowidłami. Na stoliku obok leżą ich współczesne imitacje przeznaczone dla zwiedzających wystawę dzieci szkolnych, które mogą ćwiczyć nimi sztukę wachlowania lub się nimi tłuc, cokolwiek, byle tylko ich wychowawcy zyskali chwilę spokoju. Biorę jeden z nich do ręki i rozkładam tanią ażurową tkaninę, zasłaniając dolną część twarzy, rzucam ci z góry spojrzenie, które ma sprawiać wrażenie zalotnego.

– Jak Wasza Cesarska Mość znajduje naszą wystawę? – pytam.

Śmiejesz się z głową odrzuconą do tyłu, odsłaniając piękną szyję. Warto było zaryzykować. Tłumisz śmiech i podchodzisz do mnie.

– Dziwny z ciebie facet – mówisz. – Dziwnie genialny.

Rozglądasz się prędko na prawo i lewo, odsuwasz wachlarz na bok i całujesz mnie w usta.

 

Wtedy zrozumiałem, że cię kocham. Kocham cię nieprzerwanie od tamtej chwili, w każdej minucie życia. Powinienem był powiedzieć ci to od razu. Obawiałem się jednak, że jeszcze za wcześnie. Mieliśmy całą wieczność, by odkryć przed sobą swoje uczucia, bym przyznał, jak głęboko wniknęłaś mi do krwiobiegu. Dopiero teraz, gdy wykorzystaliśmy już cały ten czas, dostrzegam swój błąd. Widzę wszystkie swoje błędy. Przez ostatnie pół roku nie byłem twoim błaznem, a już z całą pewnością nie samurajem. Czy mi wybaczysz, Mags?

ROZDZIAŁ CZWARTY

Nie mogę przestać myśleć o tym, z jaką niechęcią Maggie przyjęłaby całe to zamieszanie wokół siebie. Owszem, zawsze opiekowała się innymi, ale czy przejmowała się sobą? Nigdy. Rano po przyjściu na oddział zacząłem liczyć członków personelu, którzy pojawiali się kolejno, by przeprowadzić odczyty, przeanalizować dane, sprawdzić twoje funkcje życiowe, zapobiec wszelkim potencjalnym niebezpieczeństwom, gdy ty leżałaś tak samo nieruchoma, nie reagując na nic. Przy szóstej pielęgniarce straciłem rachubę. Uznałem, że powinienem raczej poświęcić uwagę czemuś innemu.

Przynajmniej wreszcie zacząłem nieco się otwierać. Zacząłem mówić. Owszem, powoli. I zdecydowanie trzymam się pozytywnych wspomnień. Ale mówię. Nie mam żadnej kryjówki, w której mógłbym się schronić, by uciec od siedzenia przy twoim łóżku. Nikt na mnie nie czeka. Nie mogę zamknąć się w gabinecie, zagrzebać w artykułach naukowych lub wbić wzroku w krzyżówkę, by zapomnieć o przepaści między nami. Jak powstała? Nigdy nie sądziłem, że będę mówić rzeczy, które powinienem był powiedzieć w ostatnich miesiącach, być może w ciągu całego życia, do twarzy zastygłej w bezruchu od czterdziestu ośmiu godzin.

– Zostaniesz? – pyta Daisy zajęta poprawianiem ułożenia rurek do oddychania, przejąwszy to zadanie od asystenta, który wydaje się śledzić każdy jej ruch.

– Słucham?

– Zostaniesz tutaj z Maggie?

– Nie mogę jej zostawić. Nie mogę.

– Moment, przecież wcale nie powiedziałam, że musisz. Niektórzy lekarze uważają, że trzeba pilnować wyznaczonych godzin odwiedzin, ale na szczęście masz do czynienia ze mną. Ja tu decyduję. Jeśli naprawdę chcesz zostać na noc, to się da załatwić. Mogę przynieść ci coś do przykrycia, zanim skończę dyżur. Jeśli chcesz…

Pociera powieki nadgarstkiem, tam gdzie kończy się lateksowa rękawiczka. Kiedy otwiera z powrotem oczy, wydają się większe, dwa szarobłękitne kręgi czekające na moją odpowiedź.

– Mogłabyś?

– Jasne. Ale pamiętaj, nie mamy tu wygód. Coś jak kemping, tylko mniej komfortowo. Za to nie będziesz marnować czasu na podróż do domu. Chyba że musisz po coś pojechać?

Właśnie. Czas. Odwieczny wróg. Ile mi go pozostało, zanim zaczną namawiać mnie do odłączenia jej od aparatury? Z pobudek „humanitarnych”? Oraz finansowych. I ze względu na zdrowie psychiczne wszystkich zainteresowanych. Na myśl o tym zalewa mnie nowa fala mdłości, gdy usiłuję odepchnąć wizję ręki lekarza nad przewodem prowadzącym do kontaktu za łóżkiem.

Daisy kończy poprawiać rurki i przez sekundę patrzymy sobie w oczy. Pierwszy odwracam wzrok. Jej obecność zachęca do zwierzeń, jednak nie jestem gotów do tego wyznania, niezależnie od tego, jak wielki pierwszy krok poczyniłem. Jeszcze nie. Kiedyś. W końcu do tego dojdę. Mam nadzieję, że zdążę.

Kiedy wychodzi w poszukiwaniu polowego łóżka, przysuwam się do Maggie. Czuję bolesny ucisk w żołądku, odwieczną reakcję na stres. Przez całe życie starałem się być jak najbliżej żony. Teraz paraliżuje mnie lęk.

– Poznajesz mój głos? – pytam, dotykając palcem jej miękkiego policzka. Kiedy dochodzę do linii szczęki, widzę, jak drży mi ręka. – Nadal chcesz go słuchać, mimo wszystko? Proszę, po prostu się obudź, daj mi jakiś znak, że nie jest za późno.

Nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście, kiedy zgodziłaś się umówić ze mną drugi raz. Moje zdenerwowanie sięgało zenitu. Tym razem stawka była znacznie większa. Zastanawiam się, czy zauważyłaś, że pocą mi się dłonie, kiedy się z tobą witałem. Ten potworny moment, gdy nachyliłaś się, by pocałować mnie w oba policzki – byłaś tak wyrafinowana, a przy tym naturalna – a ja zamiast tego podałem ci rękę, jakbym przyszedł na rozmowę w sprawie pracy, a nie na randkę.

Spotykamy się w wąskim zaułku. Pamiętasz tamto miejsce? Blisko domu, do którego kilka lat później wprowadziła się Edie. Wtedy bynajmniej nie sprawiał wrażenia bezpiecznego ani tym bardziej romantycznego. Kilka dni wcześniej zostawiłem w przychodni kartkę ze wskazówkami dla ciebie, a potem zamartwiałem się, że ci jej nie przekazano, i zarazem byłem przerażony, że i tak się nie pojawisz, gdy ją przeczytasz. Później przekonałem się, że uwielbiasz czuć dreszcz emocji w obliczu nieznanego. Wyzwoliłaś tę cechę także we mnie. Zawsze powtarzałem, że jesteś cudotwórczynią.

– No i? – pytasz.

– Co takiego?

– Co będziemy dzisiaj robić?

Wydajesz się bardzo podekscytowana.

– Pomyślałem, że możemy wybrać się nad rzekę – próbuję mówić głosem, który w ostatnim tygodniu codziennie ćwiczyłem pod prysznicem. Pewnym siebie. Asertywnym. Odpowiednim dla nowego Franka. Szczerze mówiąc, nie sądziłem nigdy, by ktoś taki mógł w ogóle zaistnieć.

– Cudowny pomysł!

Kiedy już zamierzam pogratulować sobie w myślach – Dwa na dwa! Może uda się też trzeci raz? – w chmurach nad nami rozlega się złowieszczy pomruk. Oboje unosimy oczy na stalowe niebo nad nami, gdzie w morzu szarości widać tylko jedną czy dwie białe plamki. Pierwszy spuszczam wzrok i zauważam uśmiech błąkający się po twoich ustach.

– W radiu słyszałem, że ma być pogodnie. Początek wiosny… – zaczynam.

Jest koniec lutego. Stoimy opatuleni w ciepłe kurtki i szaliki. Zaczynam żałować, że zaufałem optymistycznemu spikerowi. – Ale zastanawiam się, czy to na pewno odpowiednia pogoda…

– Może mimo wszystko to właśnie jest najlepsza pogoda? – Rzucasz mi łobuzerskie spojrzenie. – Skoro już mnie tu zaciągnąłeś, nie ma mowy, żebyśmy nie wsiedli do łódki.

Moje pełne ulgi serce bije tak głośno, że zastanawiam się, czy możesz je usłyszeć.

– No dobrze, to chodźmy.

Pod względem logistycznym nasza wyprawa rozwija się, jak tylko może najgorzej. Łódka, pożyczona od „bliskiego przyjaciela” Piotra (nie zamierzam ufać więcej temu określeniu), ma długie pęknięcie w dnie, biegnące pod jedną z ławek, i najkrótsze wiosła, jakie kiedykolwiek widziałem. W rycerskim odruchu zajmuję miejsce nad dziurą i proponuję, że będę wiosłować. Spychasz łódkę na wodę z takim rozmachem, że odpływa od brzegu znacznie szybciej, niż to przewidzieliśmy. Żeby dostać się na pokład, musisz wejść do wody i podciągnąć się, oparłszy się o burtę. Gwałtowny ruch sprawia, że łódka zaczyna niepokojąco kołysać się na boki. Kiedy udaje ci się w końcu dostać do środka, oboje jesteśmy bliscy histerii.

Niemal bez chwili na złapanie oddechu ściągasz buty i zaczynasz wylewać zielonkawobrązową wodę chlupoczącą nam pod nogami. Potem wstajesz, żeby zdjąć rajstopy. Pierwszy skrawek twojej nagiej skóry, który ukazuje się moim oczom, w połowie uda, jest pokryty gęsią skórką. Czuję, że nie powinienem się gapić, i zamiast tego raz po raz oglądam się za siebie, jakbym chciał ocenić odległość od brzegu. Za późno. Uderzamy w niego z impetem, który sprawia, że wylatujesz głową naprzód i łapię cię w ostatniej chwili. Chwytam cię w ramiona dosłownie centymetry przed moją twarzą. Udaje mi się nie zarobić siniaka, ale ta nagła bliskość przyprawia mnie o wstrząs.

– Dzięki, mój bohaterze. – Słysząc twój żartobliwy ton, czuję przyjemne podniecenie. Wyobrażam sobie, co by było, gdybym pozwolił ci upaść odrobinę dalej, aż oparłabyś się o mnie całym ciałem… Potem desperacko staram się myśleć o czymś innym – o mojej babci w Dorset i o tym, jak zawsze po kolacji dłubie paznokciem w zębach, gromadząc resztki jedzenia na obrzeżu talerza, o czarnej pleśni na drzwiach kabiny prysznicowej i zapchanym zlewie w malutkiej kuchence w pracy… O wszystkim, byle tylko odwrócić swoją uwagę od wybrzuszenia w spodniach.

Zanim zdążę się zorientować, już siedzisz z powrotem na ławeczce naprzeciwko. Chwila mija i mój oddech nieco się uspokaja. W całym tym podnieceniu nie zauważyliśmy, że łódź zmierza w dół rzeki swoim własnym torem i gdy w końcu biorę się do wioseł, orientuję się, że czeka mnie trudne zadanie. Ostatecznie wpływamy do niewielkiej zatoczki, gdzie powierzchnia wody jest niemal szmaragdowa od pokrywających ją wielkich, zachodzących na siebie liści nenufarów. Przebijamy się przez nie z trudem, ale przy tobie nie czuję potrzeby ciągłego ścigania się z życiem, pokonania kolejnego odcinka jeszcze trochę szybciej.

Na przeciwległym brzegu dwie kaczki niezdarnie wydostają się z wody i człapią przed siebie.

– Chciałbyś kiedyś założyć rodzinę?

Wiesz, że nigdy wcześniej o tym nie rozmyślałem? Sądziłem, że nie mam najmniejszej szansy na znalezienie dziewczyny nawet na jedną noc, a co dopiero na tyle długo, by w ogóle rozważać wspólną przyszłość.

Byłaś pierwszą kobietą, która obudziła we mnie takie myśli. Pierwsza miłość przyszła do mnie o dekadę później niż do moich rówieśników. Przez ostatnie lata obserwowałem, jak wszyscy moi znajomi łączą się w pary, podczas gdy ja wciąż tkwiłem na starcie. Miałem dość problemów ze znalezieniem właściwej osoby, by przejmować się kwestią odpowiedniego momentu w życiu.

Często łapię się na tym, że zastanawiam się, dlaczego nie związałem się z nikim wcześniej. Od czasu fiaska z Fioną z wielkim trudem zbierałem się na odwagę, by zaprosić dziewczynę na randkę, i nawet w tych rzadkich przypadkach, gdy mi się udało, zazwyczaj odnosiłem porażkę. Mogłem żartować potem z tego przy piwie, ale po powrocie do domu, w wynajętym pokoju, skurczony w niewygodnym pojedynczym łóżku (dobre kilka centymetrów za krótkim, ale darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby) analizowałem bez końca w myślach, co tym razem poszło nie tak. Może odstraszał je niepewny głos, jakim zadawałem pytanie? Głos, który sugerował, że nie jestem przywódcą stada, samcem alfa ani żadnym godnym uwagi osobnikiem. Może niewystarczająco dobrze przygotowałem grunt? Po kilku nieudanych próbach wyciągnąłem wnioski: byłem sympatycznym, solidnym Frankiem. Kumplem. Nie miałem pewności siebie, ikry, koniecznych, by ktoś się we mnie zakochał. Do czasu, gdy pojawiłaś się ty. W jakiś czarodziejski sposób wydobyłaś ze mnie nowe cechy.

Tymczasem twoje pytanie wisi w powietrzu.

– Nie jestem pewien. Może. Raczej tak. Wybacz, to chyba nie jest zbyt dobra odpowiedź. A ty?

– Bardzo bym chciała – odpowiadasz bez namysłu, nie robiąc nawet pauzy na zaczerpnięcie oddechu.

– Masz bliskie relacje z rodziną? – pytam, zanurzając prawą dłoń w wodzie. Patrzę, jak przecina taflę niczym ostrze, potem podnoszę wzrok na ciebie.

– Raczej nie. Ojciec umarł dwa lata temu…

– Przyk…

Przerywasz mi, jakbyś w ogóle nie zauważyła, że coś powiedziałem.

– Nieważne. Już się z tym pogodziłam. Nie mieliśmy bliskich relacji, ale to i tak smutne, nie sądzisz?

Po raz pierwszy, odkąd cię poznałem, ukazuje mi się inna strona twojej osobowości. Nie ma już towarzyskiej, ożywionej dziewczyny, sypiącej żartami i gadatliwej. Jesteś zamyślona i melancholijna. Nie patrzysz mi w oczy i wyczuwam, że kryjesz w sobie mroczniejszą stronę. Bawisz się rękawem swetra, okręcając luźną dzianinę wokół nadgarstka, a potem naciągasz na kciuk jak malutką bawełnianą czapeczkę.

– Masz rodzeństwo?

– Dwóch starszych braci. Jeden mieszka w Nowym Jorku. Drugi… właściwie sama nie wiem, czym się zajmuje. Jest artystą. Ostatnio podobno miał wystawę w Szkocji.

– A twoja mama…?

– Pytasz, czy żyje? Tak. Tylko nie jest za bardzo obecna w moim życiu. Opuściła nas, gdy miałam trzynaście lat. Wyszła ponownie za mąż.

Obok tych rzeczowych informacji w twoim tonie pobrzmiewa coś jeszcze. Nie mogę zgadnąć co. Rezygnacja? A może żal?

– Często się widujecie?

– Od czasu do czasu. Mieszka za granicą ze swoim drugim mężem, dużo podróżują. To wszystko jest… – Zataczasz rękami koło, otwierając dłonie do góry, do nieba, jakbyś chciała pokazać, że nie masz na to żadnego wpływu.

– Skomplikowane? – podsuwam.

– I trudne. Ale tak to bywa z rodzinami, prawda?

Znajome zmartwienie zaczyna ściskać mnie w żołądku – co mam teraz powiedzieć? – gdy nagle czuję na czole zimne plaśnięcie. Żaba pomyliła mnie z liściem nenufaru. Powolutku, żeby jej nie spłoszyć, przybliżam lewą rękę i szybkim ruchem zamykam ją w dłoni. Następuje sekunda paniki, gdy patrzy na mnie wybałuszonymi oczami, ale po chwili, bezpieczna w moich stulonych dłoniach, uspokaja się.

 

– Co to, na litość boską? – Otrząsasz się z zamyślenia.

– Ten mały? Jeden mój kolega.

– Świetnie sobie z nim radzisz.

– Dzięki. Wreszcie jakiś komplement. – Droczenie się z tobą przychodzi mi łatwo, ale nadal czuję, że muszę stąpać ostrożnie. – Zajmuję się żabami w pracy.

– Naprawdę? – Z niedowierzaniem otwierasz oczy niemal tak samo szeroko jak zwierzątko wiercące się w moich rękach.

– Są fascynujące. Serio. Zobacz, jak daleko od nich wyewoluowaliśmy. Obecnie badamy proces, który nazywa się dryfem genetycznym; to czynnik ewolucji, który na przestrzeni czasu prowadzi do przypadkowych zmian. Nie wynika z doboru naturalnego, o którym pisał Darwin. Ale przynajmniej daje szansę tym z nas, którzy nie poradziliby sobie w walce o przetrwanie.

– W takim razie to coś dla mnie.

Zarumieniłaś się lekko, małe kolorowe plamki na policzkach rozlewają się coraz szerzej. Nie podejrzewałem, że jesteś równie nieśmiała jak ja. W czym jeszcze nie miałem racji?

– Wszyscy mamy milczące geny, przynajmniej zgodnie z najnowszą teorią. Malutkie, niewidoczne fragmenty naszych organizmów, które mogą doprowadzić do mutacji, dobrych albo złych.

– Podoba mi się to – mówisz prawie szeptem. – Malutkie cząstki, których nikt nie widzi, a które mogą spowodować ogromną zmianę.

Nachylam się i zaczynam rysować palcem kółka na twoim pokrytym gęsią skórką kolanie, jakbym pisał coś pismem Braille’a. Jakie niewypowiedziane sekrety odczytam?

W chwili, gdy czuję się nieco pewniej i przestają mi drżeć ręce, nad nami przetacza się pomruk grzmotu.

– Cholera. – Łapię niezgrabnie za wiosła. – Lepiej wracajmy.

Na szczęście nie odpłynęliśmy daleko. Deszcz zaczyna padać na dobre dopiero wtedy, gdy wyciągam łódkę na brzeg i wylewam z niej wodę w szopie. W odróżnieniu ode mnie nie biegniesz, by schronić się pod dachem. Przeciwnie, stoisz jak wrośnięta w ziemię w ulewnym deszczu. Rzucasz mi swoją kurtkę i unosisz ramiona nad głowę, pozwalając, by grube, ciężkie krople spływały po twoim ciele.

– Oszalałaś, przeziębisz się na śmierć! – wołam.

– Chyba tak.

Mówisz to takim tonem, jakbyś dopiero zdała sobie sprawę, jak jest zimno. Ruszasz w moją stronę, a ja podbiegam z twoją kurtką w wyciągniętych rękach.

– Jedźmy do domu, zanim się przeziębisz.

Niezgrabnie wpychasz ręce w rękawy kurtki, które dla ciebie wyprostowałem.

– Do czyjego domu?

Mam nieodparte wrażenie, że to jakiś sprawdzian. Wiem, na co miałbym ochotę, ale nie chcę wywierać nacisku. Nie chcę ryzykować, że utracę cię nieodwracalnie. Poza tym mieszkam w wynajętym pokoju, a sposób goszczenia cię, jaki chodzi mi po głowie, niekoniecznie byłby stosowny dla rodziny z dwójką dzieci poniżej dziesięciu lat.

– Może do mnie? – rzucasz.

Cisza.

– Jules i Edie będą w domu, ale na pewno nie będą nam się narzucać, poza tym mamy różne rzeczy, które trzeba zjeść.

Mówisz zadziwiająco radosnym tonem jak na osobę szczękającą zębami z zimna.

– Tak.

Wydaje mi się, że nie dosłyszałaś, bo zaczynasz wyliczać dokładnie zawartość spiżarni i planować, co zrobimy na kolację.

– Tak, bardzo chętnie – powtarzam odrobinę głośniej, niż zamierzałem, zbyt głośno, zważywszy na to, że znajdujemy się na pustej ścieżce nad rzeką.

– Świetnie, wskakuj na rower!

Przekonuję się, że jeździsz na rowerze jak szatan, gnasz przed siebie brukowanymi uliczkami i głównymi ulicami prowadzącymi nas do domu, w którym mieszkasz ze współlokatorkami, z tą samą żywiołową energią, która, jak sądziłem, była zarezerwowana do prowadzenia rozmów. Rozwiewa się moja wizja romantycznej przejażdżki u twego boku, zamiast tego przez dziesięć minut dosłownie muszę cię ścigać, zanim w końcu zatrzymujesz się, zeskakujesz z siodełka i wyjmujesz klucze.

– Jesteśmy na miejscu!

Odzyskuję oddech dopiero po dłuższej chwili.

Wasz dom jest mniej więcej taki, jak sobie wyobrażałem, nieduży, a wydaje się jeszcze mniejszy ze względu na nieład panujący na każdej możliwej powierzchni: imbryk do herbaty służy jako przycisk do papierów dla sterty rachunków, z których co najmniej kilka opatrzonych jest czerwoną pieczątką „zaległe”; lawina płyt i okładek wysypuje się z przeładowanej półki na adapter poniżej, a połowa talerzy wydaje się balansować na krawędzi kanapy lub tkwić za nią. Wszystkiego jest odrobinę za dużo i wszędzie panuje straszny bałagan.

Nie ma najmniejszej wątpliwości, że to twój dom, Mags, i z rozbawieniem przyjmuję informację, że mieszkasz tu dopiero od trzech miesięcy. Nie potrzebujesz dużo czasu, by wywrzeć wpływ na otoczenie.

W przeciwieństwie do tego, co zapowiadałaś, Jules i Edie niespecjalnie starają się zejść nam z oczu. Tego popołudnia dowiaduję się mnóstwa rzeczy o tobie. O tym, jak wszystkie trzy poznałyście się w szkole pielęgniarskiej w Londynie, o wspólnym mieszkaniu niedaleko Tooting Common i jak o mało nie zawieszono cię po incydencie ze szkieletem, trzema metrami bandaża i pewną szczególnie huczną imprezą na Halloween. Nie muszę martwić się o zabawianie cię rozmową przy kolacji; przez kilka kolejnych godzin nie udaje mi się wtrącić ani słowa.

– Która pierwsza w łazience? – Jules zwraca się do Edie, która po czwartej szklaneczce grogu z whisky nie może opanować ziewania.

– Z drogi! – Edie zrywa się z takim impetem, że przewraca krzesło, które upada z łoskotem na podłogę.

– To jest nie fair! – Jules biegnie za nią i obie pędzą jak szalone na górę po schodach, przekrzykując się i przeklinając.

– Nic dziwnego, że właściciel domu za nami nie przepada.

Nareszcie zostajemy sami.

Przez ostatnich kilka godzin w stanie najwyższego napięcia starałem się lawirować w przestrzeni między nami. Teraz jesteśmy bliżej niż kiedykolwiek, siedzimy obok siebie przy kwadratowym stole, nasze kolana leciutko się dotykają. Wiem, że nadszedł czas pierwszego prawdziwego pocałunku. Czuję, że cały się trzęsę.

Bardzo powoli przybliżam twarz do twojej i z ulgą konstatuję, że robisz to samo. Przewidując kolejny ruch, zmieniam ułożenie ręki na stole w poszukiwaniu podparcia, lecz niechcący trafiam łokciem w plamę rozlanego sosu. W efekcie nachylam się w twoją stronę o wiele za szybko i zderzamy się czołami. Śmiejesz się życzliwie. Wycieram rękę o spodnie i kładę ją z powrotem na stole obok kieliszka. Nachylasz się do mnie, twoja skóra jest cudownie chłodna w dotyku, gdy ja palę się ze wstydu. Czekam chwilę, aż rumieniec zniknie mi z policzków, a żołądek przestanie podchodzić do gardła.

– Zostaniesz na noc, Frank?

Niczego więcej nie pragnę i niczego bardziej się nie obawiam.

– Chciałbym – udaje mi się wydusić z siebie słowo. – Może powinniśmy najpierw…? – Wskazuję bałagan w kuchni powstały podczas przyrządzania kiełbasek z tłuczonymi ziemniakami na kolację.

– Nie trzeba, zajmę się tym jutro.

Oboje wiemy, że nic z tego nie będzie. Jakby w proteście piramida garnków, patelni i najrozmaitszych kuchennych utensyliów wydaje metaliczny zgrzyt. Podchodzisz pospiesznie i starasz się podeprzeć ją rękami. Przestawiam kilka rzeczy do zlewu, podczas gdy oboje zwijamy się ze śmiechu. Kiedy chcę odkręcić kurki, ujmujesz mnie za rękę i splatasz palce z moimi, pociągasz mnie za sobą.

Przy wyjściu z kuchni gasisz światło i prowadzisz mnie schodami na górę. Również w sypialni nie zapalasz światła. Po omacku odnajduję łóżko i siadam na jego skraju. Na sekundę puszczasz moją dłoń – czyżbym już zdążył coś zrobić źle? Ale po chwili wracasz boso i jest o wiele lepiej, niż mogłem kiedykolwiek sobie wyobrażać, gdy siadasz mi okrakiem na kolanach i nachylasz się nade mną, bym mógł dosięgnąć cię ustami.

Inne książki tego autora