Pocałunek gwiazdy

Tekst
Z serii: Falling Stars #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pocałunek gwiazdy
Pocałunek gwiazdy (t.1)
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 80,80  64,64 
Pocałunek gwiazdy (t.1)
Pocałunek gwiazdy (t.1)
Audiobook
Czyta Agnieszka Postrzygacz, Andrzej Hausner
44,90  32,33 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3
Leif

Wierzycie w los?

W przeznaczenie?

W te śmieszne bajeczki dla ubogich duchem, że nic nie dzieje się bez powodu?

Czy żyjecie w przekonaniu, że każde wydarzenie i rozmowa, które są waszym udziałem, a także każda osoba, którą spotykacie na waszej ścieżce, zostały przewidziane na długo, zanim w ogóle uświadomimy sobie, dokąd zmierzamy?

Że wszystko zostało raz na zawsze ustalone eony przed naszym przyjściem na świat?

I że wszystko, co się dzieje, ostatecznie służy jakiemuś większemu dobru?

Pierdolenie.

Jeśli o mnie chodzi, uważam, że nasze życie to kupa gówna. Tworzą nas błędy, które popełniamy.

Każda fatalna decyzja, jaką podjęliśmy, jest niczym cegiełka w odrażającej budowli, którą się stajemy.

Co, nie zgadzacie się?

Ale ja mam dowód, że to prawda.

Stanowi go ta dziewczyna, która wpadła tu z obłędem w oczach, szukając miejsca, gdzie poczuje się bezpieczna.

Bezpiecznego azylu na strychu.

Blisko gwiazd.

Cóż, miała wielkiego pecha, że natknęła się na mnie.

Gapiła się na mnie, mrugając tymi swoimi ciemnymi oczami o przeszywającym spojrzeniu. Nie wiem, co bardziej na mnie podziałało: rozpaczliwa wiara, która wyzierała z jej oczu, czy raczej szczupłe, seksowne ciało. W każdym razie gdy tylko wparowała do pokoju, dostałem wzwodu.

Snuła się pośród tych wszystkich porąbanych malowideł wypełniających pokój niczym wspaniała, rzednąca w powietrzu mgiełka. Wystrojona w wystrzałową białą kieckę, na której widok miękły mi kolana.

Miała w sobie coś cudownego, a jej postać promieniowała uwodzicielską słodyczą.

Od razu jej zapragnąłem.

Chciałem ją posiąść.

Byłem zajebiście skuteczny w zabieraniu tego, co wcale nie należało do mnie.

A ona by mi pozwoliła. Wyczuwałem to. Czułem, że przepełnia ją smutek tak wielki, iż niemal drżała pod jego naporem. Był to rodzaj smutku, który można uleczyć tylko w jeden sposób – idąc na całość.

Zatracając się bez reszty.

Kryło się w niej jednak coś takiego, co kazało mi się zatrzymać.

Patrzyła na mnie niepewnie, może rozczarowana.

– A więc na tym ci zależy? – spytała słabym głosem. – Chcesz mnie zranić? Może faktycznie zawędrowałam nie do tego pokoju, do którego powinnam. – Mówiąc to, zmarszczyła te swoje urocze brwi. Jej słowa wybrzmiały złowieszczo w ciszy.

Łańcuchy, którymi byłem spętany na wieki, zacisnęły się jeszcze bardziej.

To było ostrzeżenie z jej strony.

Trudno.

Jedną ręką objąłem ją w talii, przyciągnąłem bliżej. Tak, to cierpienia pragnąłem.

Nie wiedziałem tylko czyjego – jej czy mojego.

Kiedy moje ramię zetknęło się ze skórą jej pleców, poczułem niemal, jak parzy.

Ten przelotny dotyk wystarczył, bym zapłonął z żądzy.

– Myślę o tych wszystkich rzeczach, które chciałbym ci zrobić. I to mnie martwi – powiedziałem półgłosem. Bez owijania w bawełnę. Ta dziewczyna zasługiwała na szczerość. – Jestem niemal pewny, że oboje wyszlibyśmy z tego ostro poturbowani.

Zachłanność niczym błyskawica, która runęła na nas z nieba.

Żądza tak potężna, że mogłaby obrócić całą tę pierdoloną chatę w kupkę popiołu.

– Nic dobrego by z tego nie wyszło – dodałem.

– Ale dlatego, że tego nie chcesz, czy dlatego, że na to nie zasługujesz?

– Dlatego, że bym cię zniszczył – odparłem zdecydowanym tonem.

Patrzyła na mnie zmrużonymi podejrzliwie oczami, jakby nie wiedziała, co ma myśleć.

– Dlaczego tak mówisz?

– Ponieważ ja sam już jestem zdruzgotany, maleńka.

Kołysaliśmy się teraz, jakbyśmy tańczyli. Nie miałem pojęcia, jak to się zaczęło.

Od trzech lat nie czułem się tak dobrze przy kobiecie.

Poczucie winy sprawiło, że nagle zabrakło mi tchu.

Wiedziałem, że to zły znak. Powinienem w tej samej chwili dać nogę za drzwi i nie oglądać się za siebie.

– Powinnam teraz odejść, prawda? – spytała szeptem.

Przytaknąłem sztywno.

Dziewczyna położyła dłoń na moim torsie.

Ogień.

– Czym zatem jest to obce uczucie, które każe mi zostać?

– Pewnie tym samym, które mnie każe cię odepchnąć – stwierdziłem.

W przeciwnym razie musiałbym przyprzeć ją do ściany i zerwać z niej resztki kiecki.

Wykorzystałbym ją.

Urządziłbym ucztę z całej tej słodkości, której woń roztaczało jej ciało.

Wstręt wykręcił mi wnętrzności.

Nie.

Nigdy nie chciałem stać się tym, kim jestem.

Nie zależało mi na podziwie i szacunku, które zdobywa się przemocą.

Nigdy nie chciałem budzić strachu.

Nie chciałem być czarnym charakterem.

Ale może tak naprawdę nie potrafiłem być nikim innym.

Może mój los był z góry przesądzony. Może byłem nikczemny już na starcie.

Zepsucie zapisane w DNA.

Nieuchwytne uczucie między nami. Piosenka, która zaczyna się cicho i stopniowo narasta.

Melodia zapowiadająca to, co ma się wydarzyć.

Mroczna, hipnotyzująca i seksowna jak diabli.

– A co, jeśli ja wcale nie chcę, żebyś mnie odepchnął? A co, jeśli pisane nam było się tutaj spotkać? Nawet jeżeli tylko na tę jedną noc? – spytała, mrugając oczami.

Widziałem, jak przygryza dolną wargę. Wargi jej zalśniły, a mnie na ten widok ślina napłynęła do ust.

– Czujesz to? Czujesz, co się między nami dzieje? – kusiła dalej.

Wiedziałem, że nie mogę odpowiedzieć. Zaśmiałem się tylko. Gdybym odpowiedział, nie byłoby już odwrotu.

– Nie masz pojęcia, o co prosisz, ślicznotko – powiedziałem.

Ale w sumie jakie to miało znaczenie? Czym właściwie się przejmowałem? Na tej imprezie chodziło tylko o jedno – zaspokajanie rozbuchanych żądz. Folgowanie sobie na całego. A seks z tą panienką byłby dla mnie niczym innym jak właśnie zaspokojeniem apetytu.

– To prawda. A co, jeśli ja chcę cię poznać? Co, jeżeli przychodząc tutaj, znalazłam dokładnie to, czego szukałam?

Coś mi podpowiadało, że ta dziewczyna po raz pierwszy od dawna czuje się odważna. I ta nowo odzyskana odwaga popycha ją do wykonania ruchu, przed którym powinna się wzbraniać.

– Może szukasz nie w tych miejscach, co trzeba – odparłem szorstko.

Mimo to wbrew sobie przyciągnąłem ją jeszcze bliżej. Na jej twarzy, której nie dało się zapomnieć, malowała się teraz dezorientacja. Ta laska była tak śliczna, że samo patrzenie na nią bolało.

Miała w sobie jakiś stoicki spokój i delikatność.

Determinację, a zarazem uległość.

W zamyśleniu wydęła usta. Ich podniecająca czerwień kontrastowała z bielą jej sukienki.

Potrząsnęła powoli głową.

A ja wiedziałem, co to oznacza.

Żal.

Rozczarowanie.

Pogodzenie się z faktami.

Nie byliśmy sobie nawzajem nic winni.

A mimo to czułem, że z mojej strony jest inaczej.

Powinienem odejść i zostawić ją w spokoju – to właśnie byłem jej winien.

Nauczyłem się już, że muszę trzymać się z dala od miejsc, w których kryje się prawdziwe piękno.

Dziewczyna wyswobodziła się z moich ramion.

– Chyba tak to już ze mną jest, że zawsze pakuję się w kłopoty – powiedziała ponuro.

Wtem wydało mi się, że winien jej jestem przeprosiny.

Za siebie. Za to, kim jestem. I za to, kim nigdy się nie stanę.

A przecież nie znałem nawet imienia tej laski.

I nagle uświadomiłem sobie, że to ja znalazłem się w większych opałach niż ona.

To ja miałem więcej do stracenia.

Dałem się oczarować tej niewinnej jak anioł dziewczynie.

Wystarczyła chwila i schwytała mnie w swoje sidła.

Poczułem, jak wibruje komórka w kieszeni. Dźwięk przychodzącej wiadomości sprowadził nas oboje na ziemię.

Wyciągnąłem telefon i zerknąłem na ekran.

Lyrik West: Gdzie się podziewasz, dupku? Szukam cię już pół godziny. Za pięć minut widzimy się u mnie w biurze.

Oczami wyobraźni niemal widziałem uśmieszek na twarzy tego typa, gdy to pisał. Znaliśmy się od wieków. Od czasów, gdy jeszcze byłem kim innym. I Lyrik nadal zapraszał mnie do siebie. Jeszcze trzy dni temu miałem pewność, że za nic nie wrócę do tego pojebanego miasta, które było dla mnie jak pustynia. No ale w końcu się ugiąłem, jak skończony kretyn.

Przyjście tutaj było lekkomyślnością.

Jakbym sam prosił się o śmierć.

No ale przyszedłem.

Zerknąłem na dziewczynę, która nadal stała przede mną. Sukienka opinała jej szczupłe ciało, które z jakiegoś powodu chciałem zapamiętać w najdrobniejszych szczegółach. Jej śliczna twarz, od której nie potrafiłem oderwać wzroku.

Ta panienka uosabiała pokusę.

Tak, cała była pierdoloną słodką pokusą.

Wsunąłem aparat z powrotem do kieszeni.

– Muszę spadać – rzuciłem.

Dziewczyna na sekundę zamknęła oczy.

– Jasne, rozumiem.

– Nic nie rozumiesz.

Tak naprawdę wcale nie chciałem, żeby zrozumiała. Miałem wrażenie, jakby potrafiła przejrzeć mnie na wskroś, przebić się przez wszystkie mury, za którymi się kryłem, i zajrzeć do środka. A na to, rzecz jasna, nie mogłem jej pozwolić.

Skierowałem się do drzwi. Coś zaczęło się zmieniać w energii, która nas połączyła. Ze zdumieniem wyczuwałem między nami jakąś dziwną więź, której nagle zagroziło zerwanie. Pustka, która od dawna zamieszkiwała w moim sercu, dała o sobie znać.

 

To było niczym kolejna kara.

Wiedziałem, że już zawsze będę ją nosił w sobie. Nie dało się jej w żaden sposób przepędzić.

Zapełnić.

Stanąłem przed dwuskrzydłowymi drzwiami i przekręciłem zamek. Przestępowałem już próg, jednak w ostatnim momencie obróciłem się jeszcze przez ramię i zerknąłem na kobietę.

Stała z rękoma skrzyżowanymi na piersi, na tle olbrzymiego okna z witrażem. Sączący się zza niego blask księżyca oblewał ją i spowijał w srebrzystą mgiełkę.

Włosy spływały jej na plecy niczym czarna rzeka. Jej skóra w aureoli księżycowego światła zdawała się śnieżnobiała.

Dziewczyna-anioł.

Wiedziałem jednak, że nawet ona mnie nie ocali.

Dla diabła nie ma ratunku.

Utkwiła we mnie spojrzenie swoich ciemnych oczu.

– Żałuję, że nim nie jestem – wydusiłem z siebie. Wiedziałem, że odbierze te słowa jako zdradę, ale nie potrafiłem się powstrzymać.

W innym życiu, gdyby nie ciągnęła się za mną taka, a nie inna przeszłość, chciałbym być facetem, którego potrzebuje.

Takim, który spytałby, jak ma na imię, a potem poprosił o numer telefonu. Jak normalny człowiek.

Umówiłby się na randkę. Całowałby ją, trzymał w objęciach i traktował tak, jak na to zasługiwała.

I jak pragnęła być traktowana.

Nie.

Nie znałem jej.

Ale jak wspomniałem w rozmowie z nią, łatwo było ją przejrzeć.

– Pewnie to głupie z mojej strony, ale też wolałabym, żebyś nim był – powiedziała z łagodnym uśmiechem.

Skinąłem sztywno głową.

– Przekręć zamek, gdy już wyjdę.

Ponieważ, Bóg mi świadkiem, nie byłem jedynym potworem, jaki snuł się po tym domu.

4
Leif

– Ja pierdzielę, Leif Godwin, jak żywy – rzucił Ash Evans, basista kapeli Sunder, ściskając mnie na powitanie.

Gabinet znajdował się na końcu olbrzymiego korytarza. Ściany kasetonowe z bogato zdobionego ciemnego drewna, z masywną sztukaterią sufitową. Znajdowaliśmy się na parterze, w skrzydle willi niedostępnym dla gości. Zza grubych ścian dobiegały stłumione dźwięki imprezy. Pod stopami czułem, jak wibruje podłoga. Ale do uszu docierały tylko strzępy muzyki.

Momentami dawały się słyszeć wybuchy śmiechu.

Tutaj, na dole, atmosfera była zupełnie inna niż na poddaszu, gdzie się ukrywałem.

U góry miałem wrażenie, że jestem wyłączony z chaosu, który opanował cały dom.

Zupełnie jakbym się gdzieś zgubił albo znalazł we śnie.

Jakbym doznawał halucynacji.

Chyba faktycznie przydarzyło mi się coś takiego.

Przed oczami nadal miałem oszałamiająco piękną twarz tamtej dziewczyny. Cudowne wspomnienie dotyku jej szczupłego ciała wciąż było żywe. Od jej zapachu ciągle jeszcze kręciło mi się w głowie.

Pachniała kokosem i jakimś kremem do ciała.

Kurwa mać. Pewnie mi się to przyśniło. Chyba popadałem w szaleństwo. Traciłem kontakt z rzeczywistością.

Ash poklepał mnie przyjacielsko po plecach i w końcu się odsunął. Ale nie na tyle daleko, by nie mógł mnie chwycić za barki, zupełnie jak jakaś stara ciotka, która przez dwadzieścia lat nie widziała swojego bratanka i teraz chce mu się dokładnie przyjrzeć.

Trzeba uważać. Chwila nieuwagi i ten dupek zacznie podszczypywać mnie w policzki.

– Chłopie, jak żyjesz? Wieki całe cię nie widziałem.

– Nie mogę narzekać – odparłem krótko. Poczułem się trochę nieswojo, ale próbowałem nie dać po sobie tego poznać.

Kurwa, skąd w ogóle pomysł, żeby tu przyjść? Czułem się tutaj, jakbym był świadkiem zderzenia dwóch światów.

– Tak długo cię nie było – dodał Ash, a w jego twarzy dojrzałem rozbawienie, jak gdyby odżyły w nim wspomnienia z czasów, gdy nasze drogi przecięły się po raz pierwszy. Z epoki, kiedy Sunder było jeszcze nikomu nieznaną kapelą, a ja w najgorszych spelunach Los Angeles grywałem z pewnym niszowym zespołem heavymetalowym.

Już wtedy marzyłem, żeby stać się kimś innym. Całe moje ówczesne życie to udawanie. Grałem kogoś, kim nie byłem. W sumie to nigdy zbyt dobrze nie poznałem chłopaków z Sunder, bo sam też nie pozwalałem się nikomu zbliżyć.

Nie angażowałem się.

To była moja filozofia życiowa i stosowałem ją do wszystkiego.

Do czasu, gdy narobiłem prawdziwego chlewu.

Wyciągnąłem rękę po coś, co nigdy nie powinno należeć do mnie.

Zachowałem się jak skończony egoista.

Poczułem teraz, jak przepełnia mnie obrzydzenie do samego siebie. Przywołałem jednak na usta sztuczny uśmiech. Najchętniej już w tej chwili dałbym stąd nogę, ale jakoś się powstrzymałem.

To całe Los Angeles mieszało mi w głowie.

– Wieki – przyznałem.

– Wyglądasz, jakbyś nie postarzał się choćby o jeden dzień – zauważył sarkastycznym tonem.

Poklepał mnie po policzku i wyszczerzył zęby w uśmiechu jak skończony idiota.

– Odpieprz się, dziadu – odparłem ze śmiechem. – O ile dobrze pamiętam, jesteś ode mnie starszy.

Ale prawdę mówiąc, Ash prezentował się teraz lepiej niż za dawnych czasów. Sprawiał wrażenie zdrowszego, bardziej zadowolonego z życia. No i ewidentnie bardziej ckliwego. To pewnie zasługa miłości, małżeństwa i całego tego gówna.

Ale wszystko to nie zmieniało faktu, że Ash wymiatał.

Był legendą.

Zresztą znalazłem się w pokoju z samymi legendami.

Omiotłem wzrokiem twarze mężczyzn, którzy zgromadzili się w eleganckim gabinecie pełnym ciężkich mebli z ciemnego drewna. Wszyscy członkowie Sunder czekali tu na mnie, podczas gdy za ścianami toczyła się szalona impreza.

Sebastian Stone, dla przyjaciół Baz. Jego młodszy brat Austin.

Ash Evans.

Zachary Kennedy.

No i, oczywiście, Lyrik West. Kiedy moje spojrzenie padło na niego, poczułem, jak mimo woli naprężam mięśnie. Zachodziłem w głowę, jaki właściwie był cel tego spotkania. I w co się znowu wpakowałem.

– Co słychać? – zagadnąłem Lyrika.

Dotychczas siedział na brzegu biurka. Teraz odepchnął się i zeskoczył.

– Dzięki, że tak szybko się zjawiłeś. – Uścisnął mi dłoń, a potem objął mnie i poklepał po plecach. – Dobrze cię widzieć.

– Ciebie też. No to opowiadaj, co to za niecierpiąca zwłoki sprawa, która wymagała ściągnięcia mnie do Los Angeles.

Jakoś nie mogłem sobie wyobrazić, żeby za tym niecodziennym zaproszeniem nie stały ukryte pobudki. Fakt, że wysłali po mnie do Karoliny Południowej prywatny samolot, a po przylocie na lotnisku czekał na mnie szofer, kazał przypuszczać, że sprawa jest poważna.

Byłem niemal pewien, że chłopaki liczyły na jakąś przysługę.

Lyrik kiwnął głową, wskazując wolny fotel. Zająłem miejsce, a ponieważ nie wiedziałem, co począć z rękami, zacząłem bębnić palcami po udzie.

Po chwili odezwał się Zachary, na którego wszyscy mówili Zee. Wcześniej siedział w kucki w rogu pomieszczenia, ale teraz stanął prosto.

– Kilka miesięcy temu byłem na koncercie twojej kapeli w Savannah.

Rozejrzałem się wkoło – wszędzie napotykałem wbite we mnie spojrzenia. Kiedy skumałem się z nikomu nieznaną kapelą grającą country w spelunach na południu USA i dołączyłem w roli perkusisty, chodziło mi wyłącznie o to, żeby stać się niewidzialnym. Sądziłem, że nikt mnie nie odnajdzie na tym zadupiu.

Pech chciał, że jakiś czas potem kapela Carolina George zaczęła zyskiwać popularność.

– Będę z tobą szczery: dałeś wtedy czadu. Niewielu znam gości, którzy potrafiliby tak naparzać na garach jak ty. Lyrik wspomniał, że cię zna, no i namierzyliśmy cię i ściągnęliśmy tutaj. Zazwyczaj perkusiści schodzą na dalszy plan, wtapiają się w tło. Z tobą jest inaczej, mógłbyś śmiało zająć centralną część sceny.

Zrobiło mi się nieswojo. Facetowi wydawało się, że częstuje mnie komplementami, podczas gdy w rzeczywistości był dla mnie posłańcem złych wiadomości.

– Dzięki – mruknąłem.

Dalej nie mogłem skumać, o co tu chodzi.

Jasne, większość tych chłopaków znałem z dawnych czasów.

Prawdę mówiąc, znaliśmy się całkiem nieźle.

Obracaliśmy się w tym samym środowisku.

Bawiliśmy się na tych samych popijawach po koncertach.

Ładowaliśmy w żyły i wciągaliśmy przez nosy te same dragi.

No a potem Sunder odniósł sukces. I odtąd chłopakom z zespołu przestały wystarczać zawilgocone piwnice, w których ja dalej grywałem.

Kiedy przed trzema laty dałem nogę z Los Angeles, nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek zobaczę ich mordy. Pół roku temu przypadkowo wpadłem na Lyrika w jakimś podrzędnym barze. Niemal się zesrałem ze strachu na jego widok. Szybko się ewakuowałem, zanim zdążył do mnie zagadać.

„Pewnie uzna, że mu się przywidziało” – tak wtedy kombinowałem.

Podejrzewałem teraz, że Zee dostrzegł mnie tamtego wieczoru.

Popełniłem błąd, przychodząc na tamto przesłuchanie. Nie powinienem był odpowiadać na to cholerne ogłoszenie „zespół szuka perkusisty”. Łudziłem się, że to superpomysł. Świetna przykrywka. Miejsce, gdzie będę mógł dawać upust emocjom. Egzorcyzmować swoje demony. Ale równie dobrze mogło się okazać, że owym demonom po prostu oddawałem scenę.

Richardowi, który był liderem Carolina George, imponowało, że wcześniej grałem heavy metal.

Uwielbiał mój styl.

Podobało mu się, że z takim wściekłym impetem napieprzałem po garach. Stwierdził, że zależało mu na perkusiście, który tchnie nowe życie w kapelę. Uznał, że idealnie się do tego nadaję.

Miał wizję grania muzyki, która będzie nowatorskim połączeniem country i rocka.

Powinienem był już wtedy zwąchać pismo nosem.

No ale muzyka była wszystkim, co mi zostało. Nie miałem nic do stracenia.

Poczułem, jak ogarnia mnie niepokój.

Myśl o tym, co musiałem wcześniej stracić, żeby znaleźć się w tym miejscu.

Świadomość, o jaką stawkę toczy się gra.

– No dobra, dlaczego mnie tu ściągnęliście? – spytałem, wodząc spojrzeniem po twarzach chłopaków. Przez cały czas kombinowałem, kiedy będę mógł prysnąć.

Zee skinął mi głową.

– W przyszłym tygodniu wchodzimy do studia.

– A jaki to ma związek ze mną? – spytałem szybko, przyjmując postawę obronną.

– Chcemy, żebyś mnie zastąpił – stwierdził Zee.

– Miałbym cię zastąpić? – powtórzyłem z niedowierzaniem. – Stary, ja mam swoją kapelę. Ostatnio coraz lepiej się nam wiedzie. Nie zrobię nic, co mogłoby im zaszkodzić.

Poza tym ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowałem, było znalezienie się w centrum uwagi.

Już teraz, z Carolina George, balansowałem na cienkiej linie.

Zee zerknął wymownie na Lyrika. Ale to Ash włączył się do rozmowy:

– O to niech cię głowa nie boli. Lyrik ma awersję do podkradania talentów konkurencji, dobrze mówię? – spytał, podchodząc do lidera i zarzucając mu ramię na kark. – Pamiętasz, Lyriku, tych cwaniaczków, którym się wydawało, że mogą tak po prostu nam cię wykraść? Niesamowite, oni chyba naprawdę się łudzili, że zostawisz dla nich całą tę sławę. – Po chwili Ash dodał: – Kochany, dla nas nie ma rzeczy niemożliwych. Jesteśmy niezniszczalni. Nic nigdy nam nie zagrozi.

Lyrik uśmiechnął się drwiąco i skrzyżował na piersi wytatuowane ramiona.

– Kiedy nie umiesz dochować lojalności swojej kapeli, to w stosunku do kogo będziesz lojalny?

Powoli traciłem cierpliwość.

– Spytam jeszcze raz: dlaczego w takim razie siedzę tu teraz z wami?

– W dżinsach i T-shircie, mimo że zostałeś zaproszony na najbardziej elegancką bibę w swoim życiu – wtrącił żartobliwie Ash, poprawiając muchę, którą założył do smokingu. Musiał chyba wyczuć moje napięcie i robił, co w jego mocy, żeby chociaż trochę je rozładować. – Ten dupek ubrał się tak, jak mu się podobało. A ja musiałem się wystroić w te kretyńskie ciuchy. I gdzie tu sprawiedliwość?

Roześmiałbym się, gdybym był w stanie.

Ash zawsze był świrem.

Znów zabębniłem palcami po udzie. Bez pałek perkusyjnych, które wszędzie ze sobą zabierałem, czułem się nagi.

– Przepraszam. Jak wspomnieliście, mój przyjazd tutaj był trochę na wariata. Nie miałem czasu, żeby pożyczyć coś bardziej szykownego.

Oczywiście i tak bym nie przyszedł w smokingu. To zdecydowanie nie mój styl.

Lyrik westchnął ciężko.

– Posłuchaj, stary. To nie tak, jak myślisz. Zee nie zamierza na stałe rozstać się z zespołem. Chodzi o to, że jego syn Liam ma talent do futbolu. Zbliżają się rozgrywki letniej ligi dziecięcej, no i Liam dostał szansę występu. A Zee chciałby mu kibicować na miejscu. No ale się nie rozdwoi. Oprócz ciebie nie ma nikogo, kto mógłby go zastąpić. To proste. Nawet nagrywając z nami, będziesz miał czas, żeby dalej pracować ze swoją kapelą. Wiemy, że w najbliższych tygodniach nie gracie żadnych koncertów. No i pomyśleliśmy, że mógłbyś spędzić ten czas razem z nami w studio.

 

– Dokładnie – dorzucił Sebastian.

Siedział za biurkiem, z głową odchyloną do tyłu i dłońmi splecionymi na karku.

Sebastian Stone był swego czasu głównym wokalistą Sunder. Parę lat temu przekazał mikrofon swojemu następcy, żeby więcej czasu spędzać z rodziną. Założył też własną wytwórnię muzyczną, Stone Industries.

Funkcję głównego wokalisty objął teraz jego młodszy brat Austin. Miałem jednak wrażenie, że wbrew pozorom Baz wcale nie odsunął się zbyt daleko od zespołu.

Do zdjęć zamieszczanych w prasie muzycznej i tabloidach niemal zawsze pozowali całą piątką.

– Tak między nami, to możesz zarobić kupę kasy – dodał Baz z drwiącym uśmieszkiem.

– Wystarczyło wysłać mi SMS, zamiast ściągać do Los Angeles – stwierdziłem, wodząc po nich wzrokiem.

Przestawałem już być tak najeżony jak przed chwilą. Ale wciąż uważałem, że przesadzili.

– Nie. – Zee pokręcił głową. – Zależało mi na spotkaniu z tobą na żywo. Chciałem, żebyś zrozumiał, jak wiele będzie to dla mnie znaczyć, jeśli się zgodzisz. Jesteś jedynym perkusistą, który podoła temu zadaniu. A ja muszę wygospodarować czas, żeby pobyć z synem.

– Zaoszczędzilibyście sporo czasu. Przykro mi, ale nie mogę zostać w Los Angeles. Zamierzam jeszcze dzisiaj stąd zniknąć.

Nie powinienem był w ogóle tu przychodzić.

Zadziałał jakiś dziwny przymus, którego nie rozumiałem.

Przywiodła mnie tutaj moc, z którą nie dało się dyskutować.

Jak gdybym podświadomie wiedział, że powrót do Los Angeles przybliżał mnie do zemsty, którą planowałem od dawna.

Dlatego powinienem się teraz wyluzować. Uzbroić się w cierpliwość, podejść do tematu na spokojnie. Chciałem zrobić to tak, jak należy.

Baz wychylił się do przodu, nie wstając z fotela, i zabębnił palcami po blacie biurka.

– Nie będziemy nagrywać w Los Angeles, tylko w moim studio niedaleko Savannah, na Wyspie Tybee, w stanie Georgia. Ponieważ generalnie grywacie na południu kraju, będziesz miał stamtąd niedaleko do swojej kapeli, na wypadek gdyby cię nagle potrzebowała.

– Ja też nie trawię LA – wtrącił się Ash. – Większość z nas mieszka z rodzinami w Savannah. Tylko Lyrik ma tutaj chatę. To dla tego buca musieliśmy wlec się przez pół kraju, żeby tu dotrzeć.

Lyrik burknął coś z niezadowoleniem.

– Jestem po rozwodzie, wychowaniem syna zajmujemy się na zmianę z moją byłą żoną – pospieszył z wyjaśnieniem, jak gdyby uważał, że za wszelką cenę należy mnie wtajemniczyć we wszelkie zawiłości ich życia osobistego. Może wychodzili z założenia, że tylko w ten sposób zdobędą moje zaufanie. – Brendon lato będzie spędzał z nami w Savannah, więc ten układ jest mi bardzo na rękę.

Zawahałem się. Jeśli o mnie chodzi, matka nauczyła mnie tylko jednej rzeczy – jeżeli wydaje ci się, że coś jest zbyt piękne, żeby było prawdziwe, zapewne masz rację.

Właściwie co miałem do ugrania, przystając na ich propozycję?

W głębi duszy wiedziałem – na jej dnie kryło się pragnienie, by grać.

Pasja, którą ukrywałem przed światem.

Kiedy odebrano mi wszystko inne, tylko miłość do muzyki ocalała.

– Ile czasu chcecie spędzić w studio? – zainteresowałem się.

Sebastian potarł dłonią twarz. Po namyśle stwierdził:

– Pewnie jakieś sześć tygodni, najwyżej dwa miesiące.

– Wszyscy mamy tam chaty, możesz się zatrzymać, u kogo zechcesz – odezwał się Austin Stone, który wydawał się najbardziej wycofany z całej grupy. Chłopak sprawiał wrażenie bardzo refleksyjnego. – A jeśli wolisz mieszkać sam, załatwimy ci osobne lokum. W sumie to gotowi jesteśmy spełnić każdą twoją zachciankę, bylebyś się zgodził – dodał z nieśmiałym uśmiechem.

Lyrik rozprostował długie nogi i odchylił się do tyłu na biurku.

– Tak się składa, że na terenie naszej posiadłości mamy domek dla gości. Nie żebym się przechwalał, ale jest całkiem odjazdowy. Jeśli chcesz, możesz w nim zamieszkać.

– Lyrik i przechwałki? No bez jaj. – Ash parsknął śmiechem, klepiąc kumpla po plecach. Chyba odrobinę mocniej, niż było to konieczne.

– Spierdalaj. Naprawdę chcesz, żebym ci dowalił? – Po tych słowach Lyrik wyprowadził cios, ale chybił.

Ash momentalnie przyskoczył znów do niego i rąbnął kolegę.

– I co teraz, cwaniaczku? – zawołał wesoło.

Bardziej przypominali teraz dwójkę nastolatków, których można zobaczyć w wymazanym graffiti skateparku, niż dorosłych mężczyzn spędzających czas w wartej wiele milionów willi.

– Nie ma tu żadnego haczyka? – upewniłem się. – Pogram z wami, a potem mogę się zawinąć? Żadnych zbędnych pytań, żadnych zobowiązań?

– Właśnie – potwierdził skwapliwie Baz. Siedział teraz z łokciami opartymi o blat biurka, nachylony do mnie. – To dla ciebie wielka szansa, żeby wyrobić sobie nazwisko. Wiem, że Carolina George prowadzi pertraktacje z wytwórnią Mylton Records. Nagrywając z nami, zyskasz lepszą pozycję przetargową.

– O ile wiem, ty i prezes Mylton Records nie przepadacie za sobą – stwierdziłem wesoło.

Sunder był kiedyś związany właśnie z tą wytwórnią. Mało brakowało, a z powodu presji, jaką ona wywierała, kapela by się rozpadła. To właśnie sprowokowało Sebastiana do wystartowania z własną marką.

W sumie to ja też nie pałałem wielką sympatią do szefa Mylton Records. Karl Fitzgerald był skończonym dupkiem. Ale to nie zmieniało faktu, że mógł się naprawdę przysłużyć mojemu zespołowi.

– Ile płacicie?

– Trzydzieści tysiaków za tydzień… Plus tantiemy po wydaniu płyty – stwierdził Sebastian.

Wypowiedział to w taki sposób, jakby rzucał mi wyzwanie: no, śmiało, spróbuj teraz odrzucić naszą ofertę.

Jasna cholera.

To było naprawdę sporo kapusty. Z taką kasą nareszcie mógłbym zrealizować cel, o którym marzyłem od dawna.

Starczyłoby na łapówki. Wreszcie zdołałbym się wślizgnąć tylnymi drzwiami tam, gdzie musiałem się dostać.

Tamten chujek w końcu by się zorientował, co się dzieje, ale wtedy byłoby już za późno.

– Jeden warunek – zastrzegłem.

– No?

– Wystąpię na płycie pod pseudonimem. Nie chcę, żeby ktokolwiek skojarzył mnie z moim dawniejszym wcieleniem.

Cholera, to chyba zabrzmiało strasznie pretensjonalnie.

Właściwie to chłopaki nie musiały znać prawdziwego powodu, dla którego nie chciałem wystąpić pod własnym nazwiskiem.

Baz wzruszył ramionami.

– Nie ma sprawy. Wielu muzyków tak robi. Standardowa praktyka w tej branży.

– Kiedy moja kapela będzie mnie potrzebować, dostanę wychodne, zgoda?

Musiałem mieć gwarancję, że nawet w tym nowym układzie Carolina George zachowają pierwszeństwo.

– No jasne – odezwał się Lyrik głosem, w którym dało się słyszeć wyraźną ulgę. Ale już po chwili znów przybrał poważny wyraz twarzy. – Jest jeszcze coś, o czym musisz wiedzieć.

– Słucham.

Powiódł wzrokiem po kumplach. Wreszcie wbił we mnie spojrzenie swoich ciemnych, niemal czarnych oczu.

Wtem zjawiło się we mnie znajome uczucie.

Przypomniała mi się dziewczyna z poddasza. I było to jak grom z jasnego nieba.

O kurwa.

Powinienem jak najszybciej wymazać ją z psychiki.

Zapomnieć.

Uosabiała coś, na co nigdy nie będzie mnie stać. Wystarczyło jedno spotkanie i już nie mogłem się od niej uwolnić.

– Żeby była jasność: nie robimy już żadnych głupich numerów. Wszyscy mamy rodziny. Wszystkie dzikie akcje, które urządzaliśmy w przeszłości, należą do… przeszłości.

Dobrze rozumiałem, co chce mi przekazać. Chodziło mu o czasy, do których odniósł się Ash, kiedy przekroczyłem próg gabinetu.

Zepsucie, niegodziwość, zło.

Szkopuł w tym, że tak naprawdę Lyrik mnie nie znał. W przeciwnym razie nigdy by mnie nie wpuścił pod swój dach.

– Od lat nie tykam tego gówna – stwierdziłem.

Nie żebym odzyskał wolność – wciąż krępowały mnie inne łańcuchy.

– To dobrze. Bo rodzina jest dla mnie najważniejsza. I będę jej bronić za wszelką cenę. To dotyczy zresztą nas wszystkich. Rodzinę stawiamy na pierwszym miejscu.

To było jasne ostrzeżenie.

– Słusznie – zgodziłem się.

Tylko to nam pozostawało – walczyć dla swoich rodzin.

– W porządku – powiedział Lyrik.

– No to jak będzie? Wchodzisz w to? – wtrącił się Zee. W jego głosie pobrzmiewał niezdrowy entuzjazm.

Przeczesałem dłonią włosy. To zakrawało na szaleństwo.

Działo się teraz ze mną to samo, co w chwili, gdy dostałem zaproszenie na spotkanie w Los Angeles – nie umiałem odmówić.

– Tak, zrobię to – odparłem.

Zee odetchnął z ulgą.

– Dzięki, stary. Strasznie się cieszę. Nie mogę zawieść syna, a równocześnie nie chciałem wystawić do wiatru kapeli. I tak źle, i tak niedobrze. Ale zawsze należy myśleć przede wszystkim o rodzinie.

Inne książki tego autora