Wielka księgaTekst

Z serii: Basia
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wielka księga
Wielka księga
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 44,98  35,98 
Wielka księga
Audio
Wielka księga
Audiobook
Czyta Maria Seweryn
24,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zofia Stanecka

Marianna Oklejak

Wielka księga
Basia


Saga

Wielka księga - Basia

Copyright © 2017, 2019 Zofia Stanecka i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726127881

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont


Pewnego dnia Basia przybiegła do Taty z książką.

– Tato! – zawołała. – Janek mówi, że to jest Wielka Księga. Dlaczego Wielka? Nie jest taka ogromniasta jak niedźwiedź.

– Bo jest w niej dużo opowiadań do przeczytania, dużo rysunków do obejrzenia i można się z niej dużo dowiedzieć o naszej rodzinie i przyjaciołach.

Basia myślała przez chwilę.

– Lubię, jak coś jest wielkie! – oświadczyła w końcu. – Takie wielkie jak ja.

– Ty jesteś, Basiu, taka w sam raz.

– I lubię jak mi dużo czytasz – dodała Basia.

A Tata uśmiechnął się do niej i powiedział:

– W takim razie chodźmy na kanapę. Poczytam ci tę w sam raz Wielką Księgę.

I zaczęli czytać...


W życiu Basi dzieje się tak dużo, że czasem sama się temu dziwi.

Te dwadzieścia osiem przygód, które zostały opisane w Wielkiej Księdze, to tylko niewielka część tego, co przydarzyło się Basi i jej rodzinie w ciągu całego roku. Bo rok ma przecież aż trzysta sześćdziesiąt pięć dni! A z Basią każdy dzień może okazać się niezwykły i pełen przygód. Czy to będzie wiosna, czy lato, jesień, czy zima...




Basia i lody

Pierwszego dnia wiosny Basię odebrały z przedszkola ciocia Marta i kuzynka Lula; obie, jak zawsze, czyściutkie i eleganckie.

– Pójdziemy na lody? – spytała Basia.

– Sama nie wiem... – Ciocia zawahała się. – Nie jest bardzo ciepło. Poza tym lody kapią, a my z Lulą idziemy dziś z wizytą.

Basia westchnęła. A więc z lodów nici.

– Możemy pójść do kawiarni, Mamusiu – powiedziała Lula i uśmiechnęła się słodko. – Tam jest ciepło, a lody są w pucharkach.

– No dobrze – poddała się ciocia.

Kawiarnia, którą wybrała, była bardzo elegancka. Ściany miała oklejone kremową tapetą, okrągłe stoliki stały na rzeźbionych metalowych nóżkach, a krzesła wyściełane były malinowym aksamitem. Ciocia zamówiła dla Basi i Luli po gigantycznej porcji lodów z bitą śmietaną, a dla siebie wzięła bezkofeinową cafe latte. Chwilę potem zadzwoniła jej komórka.

– Wybaczcie, dziewczynki, ale muszę odebrać. Zostawię was na chwilę same – powiedziała. – Zachowujcie się kulturalnie. – Odeszła od stolika i stanęła niedaleko kasy.

Basia i Lula przez chwilę grzecznie jadły swoje lody. Było ich jednak tak dużo, że zaczęły się już roztapiać.

– Lubisz lodową zupę? – spytała Basia.

Zamieszała w swoim pucharku. Część roztopionych lodów wychlupało się na stolik.

– Uważaj, co robisz – ostrzegła Lula.

Basia zaczęła rozprowadzać lodową paćkę łyżeczką.

– To jest tablica – oświadczyła i palcem narysowała na brązowej plamie dużą literę „B”.

– Phi! – Lula prychnęła. – Tylko tyle umiesz? – Wylała na stolik trochę swoich lodów i napisała starannie: „Lula”. Po chwili namysłu dopisała jeszcze „Je lody”.


– Widzisz, tak się powinno pisać – powiedziała.

– Jeśli chcesz, mogę cię nauczyć.

Ciocia Marta należała do osób, które nigdy nie krzyczą. To pewnie dlatego, gdy wróciła do stolika, nic nie powiedziała. Zrobiła się za to najpierw całkiem czerwona na twarzy, a potem gwałtownie zbladła. W końcu wyszeptała zduszonym głosem:

– Dziewczynki, idziemy do łazienki.

Z kawiarni wyszły bez słowa i aż do domu Basi szły w całkowitym milczeniu. Dopiero przed klatką Lula pociągnęła Basię za rękaw.

– Było super! – szepnęła i uśmiechnęła się szeroko.

A Basia pomyślała, że jej kuzynka nie jest wcale taka okropna. Zwłaszcza kiedy ma na policzku smugę od lodów czekoladowych.


Basia i warzywa

Trzasnęły drzwi. Basia wbiegła do kuchni i rzuciła się do lodówki.

– Auuuu! – zawyła i sięgnęła po serek. – Jestem głodnym stadem wilków!

– Nie jedz teraz – powiedziała Mama i wyjęła jej serek z ręki. – Za chwilę będzie obiad. A poza tym zdejmij buty i umyj ręce. Nie pamiętasz już, że trzeba z nich zmyć bakterie po powrocie ze spaceru?

Basia skrzywiła się i zsunęła buty z nóg. Ustawiła je równo, jeden za drugim, a potem wycelowała i... kopnęła. Buty wystrzeliły w powietrze i poleciały w kierunku wyjścia. Jeden z nich trafił w ścianę i zostawił na niej czarną smugę.

– Basiu! Zobacz, co zrobiłaś! – zdenerwowała się Mama. – Widziałaś kiedyś stado wilków, które rozrzuca buty, gdzie popadnie? Odstaw je na miejsce, weź ściereczkę i umyj ścianę.

– A mogę ją wylizać? – Basia zachichotała. Mama nic na to nie odpowiedziała, ale spojrzała tak znacząco, że Basia szybko zebrała buty z podłogi i wybiegła na poszukiwanie ścierki.


– Co dziś na obiad? – spytała chwilę potem, szorując szarawą z brudu ścianę.

– Ziemniaki, pulpeciki w sosie...

– Mięsko! – ucieszyła się Basia. – My, wilki, uwielbiamy mięsko!

– ...i brokuły.

– O nie! – jęknęła Basia. – Brokuły są okropne!

– Nawet wilki powinny jeść warzywa – uśmiechnęła się Mama. – Jest w nich błonnik, dzięki któremu dobrze trawią; witaminy i mikroelementy, dzięki którym rosną i są zdrowe.

– Ale brokuły są takie zielone i... gotowane! – wzdrygnęła się Basia. – Wilki lubią tylko warzywa, które chrupią.

– Teraz, wczesną wiosną, trudno dostać dobre chrupiące warzywa, ale już niedługo będziesz mogła gryźć kalarepki, rzodkiewki, marchewki i ogórki. A na razie mogę ci ugotować brokuły na chrupko.

W czasie obiadu Basia dyskretnie przerzuciła swoje brokuły na talerzyk Franka.

– Czy mi się zdaje, czy w naszej kuchni zalęgły się wędrujące warzywa? – spytała Mama.

– To tylko dlatego, żeby Franek był zdrowy! – zawołała Basia. – Musi jeść warzywa, bo jest w nich błądnik i różne organizmy. Sama mówiłaś.

– Myślę, wilczku – powiedziała Mama – że powinnaś ich chociaż spróbować.

Basia zamknęła oczy i włożyła najmniejszą różyczkę brokułów do buzi. Zacisnęła zęby.

Chrup – chrupnęły brokuły zachęcająco. – Chrup, chrup...

– I jak? – zapytała Mama.

– Może być, ale i tak wolę mięsko. Czy mogę wziąć jeszcze jeden pulpecik?

Kiedy jednak Mama odwróciła się na chwilę, Basia sięgnęła do miski, żeby dołożyć sobie trochę zielonych chrupiących brokułów. Nie chciała tego tak po prostu przyznać, ale wyglądało na to, że wilki też potrzebują błądnika!


Basia i Wielkanoc

Wielkanoc rodzina Basi spędziła w górach.

W sobotę przygotowali największą święconkę świata. Basia włożyła do kosza pluszowego baranka i otoczyła go zwojami kiełbas, pajdami chleba, kawałkami ciasta i niezliczoną ilością kolorowych jajek. Kosz był tak ciężki, że do kościoła musiał go nieść Tata.

W niedzielę zjedli gigantyczne śniadanie.

– Nie wiem jak wy – powiedział Tata – ale ja nie wcisnę już w siebie nawet okruszka.

Basia zjadła jeszcze dwa jajka z domowym majonezem i trzy kawałki mazurka.


„Jedzenie może być bardzo męczące” – pomyślała.

Następnego dnia Basia obudziła rodziców prysznicem z butelki po wodzie mineralnej.

– Aaaa!!! – zaryczał Tata i zerwał się na równe nogi.

Mama nakryła głowę kołdrą i udawała, że jej nie ma. Franek najpierw się skrzywił, ale potem poklepał mokrą poduszkę i zagulgotał z radości, że może bawić się wodą w łóżku.

Przy śniadaniu Janek wlał Basi wodę za kołnierz, a Basia Jankowi – do kaptura.

 

– Dość tego! – zdecydował Tata. – Zarządzam koniec polewania.

– Dlaczego? – zdziwiła się Basia, a Janek burknął coś o tym, że dorośli nie znają się na żartach.

– Nie marudźcie – uciął Tata – tylko przebierzcie się w suche rzeczy. Idziemy na wycieczkę w góry. Trzeba zrzucić wczorajsze obżarstwo.

Ledwo wyszli z domu, ktoś chlusnął na nich wodą z wiadra. Zmienili ubrania i zdecydowali, że do doliny, którą mieli wędrować, podjadą samochodem. Tak na wszelki wypadek...

– Jak tu pięknie! – westchnęła Mama na widok zboczy porośniętych świerkami i zeszłoroczną trawą.

Tata założył na plecy nosidło z Frankiem i ruszyli. Basia z Jankiem biegli przodem. Szukali płaskich kamyków, idealnych do puszczania „kaczek” na wodzie. W pewnej chwili drogę zagrodził im strumień.

– Kto pierwszy po drugiej stronie?! – zawołała Basia i wskoczyła na jeden z wystających głazów. Hop! – przeskoczyła na następny. Hop! – i na kolejny. Chlup! – wylądowała w samym środku lodowatej wody.

– Chi, chi! – zachichotał Janek. – Mieliśmy się już nie moczyć.

Basia się nie śmiała. Szczękała zębami, przemoczona do suchej nitki. Tata otulił ją własną kurtką i wszyscy razem pobiegli do samochodu. Nie przebyli nawet połowy drogi, gdy nagle... lunął deszcz. Basia biegła przez ulewę, rozchlapując wodę z kałuż. Marzyła o ciepłym, suchym domu i... o czymś do zjedzenia. Choćby nawet miało to być jajko.

Wieczorem Basia, rozgrzana, najedzona i zadowolona, przytuliła się do Miśka Zdziśka.

– To był najbardziej mokry lany poniedziałek, jaki pamiętam – uśmiechnęła się do niej Mama.

– Nooo... – potwierdziła Basia. – Było super!