Ocalić życie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ocalić życie
Ocalić życie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,85  47,88 
Ocalić życie
Audio
Ocalić życie
Audiobook
Czyta Donata Cieślik
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


PROLOG

Jest środek nocy. Wczoraj minął tydzień od pogrzebu Antoniego. Nie rozmawiałam z tobą od dwóch dni. Codziennie mijamy się w kuchni i jak obce baby rozchodzimy do swoich pokoi. Bogu dzięki, że mamy Józka, który czuwa nad gospodarstwem. Inaczej zwierzęta pozdychałyby z głodu.

Ból w krzyżu podpowiada mi, że wkrótce zostanę sama. Zawsze gdy mnie tak boli, dzieje się coś niedobrego. My, starzy ludzie, tak mamy. Gotowi na spotkanie z Panem włączamy w sobie zegary odliczające czas. Każda bolączka i każda niespokojna myśl przybliżają nas do tego spotkania.

Bóg mi świadkiem, że robiłam, co mogłam, by zapewnić wam spokojne dorastanie. Zamykałam ojca w pokoju i pilnowałam, by żadne z was nie zakradło się do środka. Ileż to razy przeganiałam ciebie czy twoje rodzeństwo, gdy nakrywałam was na siedzeniu przy łóżku na wpół żywego Antoniego.

Z czasem dorośliście i zrozumieliście. Pojęliście, że wasz ojciec jest pijakiem i nie potrafi już myśleć trzeźwo. Przestaliście pytać, dlaczego tym razem się upił. Zaakceptowaliście jego stan i staraliście się go traktować jak codzienność.

Tak bardzo było mi was wtedy żal... A jeszcze bardziej waszego ojca...

Taki dobry chłop, a zniszczył się przez alkohol...

Codziennie się modliłam, żeby twój ojciec nie powiedział niczego po pijaku. Czasem bełkotał coś pod nosem, gdy próbowałam położyć go na łóżku w małym pokoju. Słyszałam, jak wypowiadał słowa, które nigdy nie powinny dotrzeć do twoich uszu. Dlatego też tak bardzo się bałam, że kiedyś wejdziesz do pokoju i usłyszysz od niego tę okrutną historię, która na zawsze zmieniła naszą rodzinę.

Wolałam, byś usłyszała ją ode mnie. Byłam jednak stłamszona i tchórzliwa. Nie miałam odwagi odebrać mu butelki wódki, a tym bardziej opowiedzieć ci tej historii twarzą w twarz.

Stąd ten list.

Możesz z nim zrobić, co chcesz, Marysiu. Wyrzucić, spalić, podrzeć... Jesteś już dorosła i możesz świadomie podejmować decyzje. Jeśli to teraz czytasz, mnie już nie ma. Jeśli Pan docenił moje poświęcenie sprzed lat, to zabrał mnie do lepszego miejsca.

Musiałam podzielić się z tobą prawdą. Zasługujesz na to, żeby wiedzieć, kim tak naprawdę jesteś. Twój ojciec nalegał, bym trzymała gębę na kłódkę, ale ja po prostu czułam, że to nie po bożemu. Jakim prawem mam zatajać przed ukochanym dzieckiem coś tak ważnego? Kim bym była, gdybym postąpiła jak twój ojciec?

Stary łajdak zostawił mnie z tym wszystkim samą.

Wierz mi, dziecko, że Antoni był kiedyś innym człowiekiem – dobrym, serdecznym i pomocnym. Pokochałam go w chwili, gdy został mi przedstawiony. Wiedziałam, że taki kawaler nie może mieć innej panny niż ja. Pobraliśmy się rok później i wkrótce na świat przyszła twoja siostra.

Był środek wojny, a Antoni co i rusz zostawiał mnie samą. Każdego dnia drżałam o jego życie i modliłam się, by szczęśliwie wrócił do domu. Bóg wysłuchiwał moich próśb i przyprowadzał go z powrotem.

Doskonale pamiętam tamten dzień. Był dwudziesty czwarty lipca czterdziestego drugiego roku. Obudziłam się z samego rana i niczego nie przeczuwałam. Wtedy jeszcze nie miałam bólów w krzyżu, zaczęły mi się dopiero na starość. Długo jednak dochodziłam do siebie po porodzie i choć minęły prawie trzy lata, wciąż od czasu do czasu dopadał mnie znienacka taki ból, że musiałam usiąść na podłodze i masować się po brzuchu. Po każdym takim ataku byłam na wpół żywa i resztkami sił prosiłam Boga, by w tym czasie twoja siostra nie wyrządziła sobie jakiejś krzywdy. Słowo daję, nie darowałabym sobie, gdyby coś jej się stało.

Słońce prażyło niemiłosiernie. Twój ojciec, jak na złość, poszedł kopać kartofle w najgorszy ukrop. Wiesz, jak trudno było mu przemówić do rozumu. Już wtedy był uparty jak osioł. Uznałam, że jeśli coś sobie zrobi, to sam będzie sobie winny. Większą część dnia spędziłam w domu, opiekowałam się Małgorzatką i gotowałam obiad. Pod wieczór położyłam się na godzinkę, żeby rozprostować plecy.

To nie były spokojne czasy. Codziennie docierały do nas smutne wieści z Tarnowa. Niemcy wywozili Żydów do obozu w Bełżcu, a gdy ktoś się sprzeciwiał, strzelali mu w łeb albo katowali na śmierć, wszystko na oczach ludzi. Jedna z moich znajomych wróciła z miasta i powiedziała mi, że rynek miejski spływał strugami krwi. A potem zaczęła mówić o mordach w Buczynie, nieopodal Zbylitowskiej Góry. Setki, tysiące tarnowskich Żydów trafiały tam do ziemi. I nikt nic z tym nie robił. Nikt nie miał odwagi.

Wyobraź sobie, córciu, że ledwo kilka dni wcześniej dowiedzieliśmy o żydowskich rodzinach, które ukrywały się w okolicy. Plotka głosiła, że któryś z mieszkańców Jackowa ukrył wszystkich w ziemiance pośrodku pola. Twój ojciec powtarzał, że skoro my o tym wiemy, to Niemcy też wkrótce o tym usłyszą. Chciał uciekać, bo jeszcze przyjdzie im do głowy wybicie całej wsi, ale ja go przekonałam, że ucieczka nie ma sensu.

Niemcy byli wszędzie.

Wierz mi, córciu, że to był pierwszy i ostatni raz, gdy przeciwstawiłam się twojemu ojcu. Ale jakże to było ważne dla naszego życia. Tłumaczyłam mu, że przecież gdziekolwiek pójdziemy, wszędzie będzie działo się to samo. Polska była pogrążona w wojennym chaosie.

Wkrótce chaos miał się wedrzeć również do naszego życia...

Oj tak...

CZĘŚĆ 1

1

8 maja 1989 roku

Danuta stwierdziła, że nie będziemy się tułały autobusem z ciężkimi walizkami. Wsiadłyśmy więc do stojącej przy dworcu taksówki. Poprosiła kierowcę, by zawiózł nas w pobliże placu Konstytucji. Wąsaty mężczyzna odrzekł, że może być problem, bo przechodzi tamtędy demonstracja „Solidarności”.

– Powiem paniom, że mam już tych wszystkich marszów po dziurki w nosie. Tylko na tym tracę, bo klienci wysiadają wcześniej.

– W tej sytuacji wypadałoby zostawić panu jakiś napiwek.

Danuta mrugnęła do mnie i włożyła dłoń do torebki.

– Piękne kobiety nie muszą płacić napiwków – odrzekł sympatyczny, choć zaniedbany mężczyzna po pięćdziesiątce.

Odwróciłam się i za szybą dostrzegłam Pałac Kultury górujący nad innymi budynkami. Nie widziałam w życiu większego budynku. W tamtej chwili chciałam doczekać czasów, gdy się obudzę i zastanę nową Polskę. Rozwiniętą i postępową.

Jechałyśmy ulicami Warszawy. Obserwowałyśmy miasto, które lada moment miało stać się centrum rewolucji politycznej. Poniekąd już nim było. Każde wolne miejsce zaklejono plakatami wyborczymi, głównie „Solidarności”, która pewnie zmierzała po zwycięstwo. Ludzie zatrzymywali się przy większych afiszach i żywo dyskutowali nad danym kandydatem. Inni beznamiętnie przyglądali się ulotkom rozsypanym na chodniku. Wreszcie jeden z gapiów się pochylił i zaczął je zbierać. Wszyscy byli w transie, którego nie rozumiałam. Czułam jednak w kościach, że nadchodzą zmiany.

Minęliśmy prywatny kantor, przy którym roiło się od ludzi. W kolejce tłoczyło się przynajmniej dwadzieścia osób. Po ulicach mknęły prawie same polonezy i maluchy. Na szerokiej ścianie kilkupiętrowego budynku wisiał wielki plakat z napisem „GŁOSUJ NA «SOLIDARNOŚĆ»”.

– Tutaj to jeszcze nic – powiedział taksówkarz. – Zobaczycie panie, co się dzieje na Marszałkowskiej. A panie skąd, jeśli można spytać?

– Z Krakowa – odpowiedziała Danuta.

– O, proszę... A co panie sprowadza do pięknej stolicy?

– Przyjechałyśmy odwiedzić rodzinę – wyznałam.

– A w Krakowie też tak samo? Słyszałem, że milicja pilnuje pomnika Lenina w Nowej Hucie.

– A niech sobie pilnują – burknęła Danuta.

– Podobno doszło do jakiejś przepychanki z milicją i ZOMO. Pisali o tym w gazetach.

– W zeszłym tygodniu było spokojnie – odrzekłam.

– Może nie odwiedziła pani zbyt wielu miejsc – zasugerował taksówkarz. – Polska nie jest teraz spokojnym krajem... Zwłaszcza większe miasta. Wszędzie tylko pochody i starcia z milicją. Ponoć w Gdańsku też było nie za ciekawie... Mam tam siostrę, ale na szczęście nic jej nie jest.

– To dobrze – powiedziała Danuta. – Wkrótce będzie lepiej.

– Jak Bóg da – odparł taksówkarz. – O, proszę... Już jesteśmy.

Zatrzymaliśmy się na wąskim parkingu przy – jak mniemam – Marszałkowskiej. Szeroka ulica niczym się nie różniła od innych zakątków Warszawy. Wszędzie wisiały plakaty, a w niektórych miejscach ulotek było tak dużo, że przykrywały cały chodnik.

– Wygląda na to, że demonstracja już przeszła – powiedziała Danuta.

– Bogu dzięki. Może uda mi się znaleźć jakiegoś klienta – odrzekł taksówkarz.

– Dziękujemy bardzo za podwózkę. – Danuta wręczyła mężczyźnie pieniądze, a gdy zaproponowałam, że się dorzucę, zbyła mnie machnięciem ręki. – Kupisz nam coś na kolację – szepnęła i posłała w moim kierunku przyjacielski, ciepły uśmiech.

– Pod warunkiem, że dopcham się do sklepu – powiedziałam.

Taksówkarz otworzył bagażnik i postawił na chodniku nasze walizki. Pożegnałyśmy się z nim i chwilę później byłyśmy zdane już wyłącznie na siebie.

A raczej to ja byłam zdana na Danutę.

– Jesteśmy przy Wilczej. Musimy skręcić w prawo i iść wzdłuż Marszałkowskiej, aż dojdziemy do placu Konstytucji. To niedaleko.

Szłyśmy powoli, jakby żadnej się nie spieszyło do poznania sytuacji mojego brata. Z opowieści Danuty wynikało, że nie działo się z nim najlepiej. Wreszcie dotarłyśmy do placu Konstytucji, który wyglądał dokładnie tak, jak przedstawiali go w Teleexpressie. Wszędzie roiło się od zwolenników „Solidarności”, którzy nas nagabywali, zasypując ulotkami i zachęcając do głosowania. Obie dałyśmy się ponieść radosnej atmosferze. Przystanęłyśmy na chwilę, żeby przyjrzeć się plakatom, potem Danuta się rozejrzała i stwierdziła, że musimy skręcić w prawo, a następnie minąć kamienicę przy jezdni. Ponieważ sama nie odnalazłabym się w tym wielkim mieście, podążałam za nią jak cień. Myślałam o Andrzeju i Basi. Zostawiłam ich w Nieckowie, mojej rodzinnej, ukochanej wsi.

 

Zawahałam się, byłam gotowa zawrócić. Czy jest sens zabiegać o względy człowieka, który ułożył sobie życie beze mnie? – pytał głos w mojej głowie. Czy powinnam przewracać do góry nogami jego i tak już zagmatwane życie?

– Maria... Idziesz?

Ocknęłam się i spostrzegłam, że Danuta była już jakieś pięć metrów przede mną.

– Tak... Przepraszam... Zamyśliłam się.

Szłyśmy szybko. Rozglądałam się na wszystkie strony. Próbowałam zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Warszawa po latach zrobiła na mnie złe wrażenie. Szara, ponura i rozbudowana. Gdziekolwiek spojrzałam, wszędzie dostrzegałam na niebie wysokie stalowe żurawie. Powstawały nowe wieżowce, a nikt nie przejmował się obdartymi, zakurzonymi kamienicami.

Minęłyśmy stojący przy drodze niebieski znak z żółtym napisem „PEWEX” i strzałką w lewo. Trochę dalej szedł jakiś oblepiony ulotkami chłopak. Zatarasował nam całe przejście. Gdy tylko nas dostrzegł, stanął jedną nogą na ulicy, odkleił z ramienia pogiętą ulotkę z twarzą jakiegoś działacza „Solidarności” i wręczył mi ją bez słowa.

– Jesteśmy już niedaleko. Poznaję tę okolicę.

Danuta wciąż szła przede mną. Chowałam się za nią jak wystraszona dziewczynka. Tak czułam się pewniej, zza jej pleców mogłam uważniej obserwować otoczenie. Po drugiej stronie jezdni ludzie stali w długiej kolejce do drzwi, nad którymi widniała żółta tablica z napisem „PRZYJMOWANIE ZWROTNYCH OPAKOWAŃ SZKLANYCH”. Blok jako jedyny w okolicy był odnowiony, świeżo pomalowany białą farbą, ale nawet to nie powstrzymało jakiegoś chuligana przed namalowaniem na nim wielkiego, czarnego napisu „REMONT”. Farba spływała po ścianie wąskimi strużkami, które prawie sięgały chodnika. Ludzie tłoczyli się bliżej jezdni, jak najdalej od bijącej świeżością, tak odmiennej od zdziadziałej Warszawy ściany budynku.

– To chyba tu. Wiem, że to któreś z tych wejść, bo pamiętam tę kapliczkę.

Zatrzymałyśmy się przy kapliczce wbudowanej w popękaną ścianę kamienicy. W środku znajdował się obrazek z Maryją, wypalona świeczka i dwie doniczki sztucznych kwiatów.

Danuta podyktowała mi adres i kazała szukać tabliczki z numerem dwadzieścia dwa. Nieśmiało uniosłam wzrok. Nagle pojawiła się we mnie wątpliwość.

– Wiem, że nie jesteś na to gotowa, ale uwierz mi, nigdy nie będziesz. – Danuta pogładziła mnie po ramieniu. – Chodź, chyba już wiem, gdzie mieszka, a przynajmniej mieszkał twój brat.

Okazało się, że nad drzwiami z numerem dwadzieścia dwa nie wisiała żadna tabliczka, ale Szymańska zapewniła mnie, że dotarłyśmy na miejsce. Nabrałam powietrza i skinęłam głową.

– Zróbmy to.

Danuta popchnęła ciężkie drzwi. Po chwili znalazłyśmy się na zaniedbanym dziedzińcu otoczonym ze wszystkich stron balkonami. Na jednym z nich stała starsza kobieta z papierosem. Opierała się całym ciałem o barierkę i wystawiała kapcie za kraty, jak ciekawe świata dziecko. Pośrodku dziedzińca stał zaś rozebrany na części maluch. Czerwony wrak zajmował chodnik i żeby dostać się do klatki naprzeciwko, trzeba było przejść czymś, co od biedy można było nazwać trawnikiem – suchą ziemię tylko gdzieniegdzie porastała zżółknięte kępki.

Danuta rozejrzała się dookoła. Po chwili stwierdziła, że musimy iść do drzwi, przy których ktoś namalował literę L w czarnym okręgu. Akurat wyszedł przez nie jakiś zgarbiony mężczyzna o rzadkich kruczych włosach i łagodnym spojrzeniu. Przytrzymał nam drzwi i zdawkowo uśmiechnął się do każdej z osobna. Przez ułamek sekundy myślałam, że to mój brat. Uspokoiłam się, gdy zobaczyłam brak reakcji ze strony Danuty.

Mieszkanie znajdowało się na drugim piętrze. Danuta przyłożyła zaciśniętą pięść do starych, drewnianych drzwi z tabliczką, na której wyryto napis „I. T. KOSTRZEWSCY”, po czym spojrzała mi głęboko w oczy, jakby chciała się upewnić, że nie zamierzam się w ostatniej chwili wycofać. Zapukała dopiero, gdy o to poprosiłam.

Usłyszałyśmy dziecięcy krzyk: „Mamo, ktoś puka do drzwi!” i odpowiedź: „Słyszę przecież. Idę, już idę”.

2

22 kwietnia 1989 roku


Ojciec nauczył mnie oszczędności w słowach.

W ciągu swojego sześćdziesięcioletniego życia ani razu nie powiedział mi ani mojemu rodzeństwu, że nas kocha. Nie znaczyło to jednak, że unikał okazywania emocji. Jego znakiem rozpoznawczym było nad wyraz surowe spojrzenie. Wystarczyło, że zatrzymał się w pół drogi, zastygł w bezruchu, a następnie skierował na któreś z nas swój przeszywający wzrok.

Od razu wiedzieliśmy, że nabroiliśmy.

Surowe spojrzenie miało jednak tę zaletę, że było jedyną reakcją ojca na nasze wybryki. Nie ganiał nas z rózgą, nie zmuszał mojego młodszego brata do rozkopywania pola za karę. Wszystko robił sam. Potrafił wychodzić z domu z samego rana i wracać późnym wieczorem.

Lubił samotność.

Choć na jego twarzy malowało się wycieńczenie, nigdy nie skarżył się na swój los. Zwykle zamykał się w małym pokoju, otwierał regał, brał do ręki pierwszą lepszą butelkę wódki lub innego trunku, a potem pił, aż nie opróżnił butelki. Potem kładł się na kanapę i godzinami wpatrywał w szary sufit, brudny od kurzu i duchoty.

Pamiętam, że kiedyś wkradłam się do pokoju i zastałam go leżącego na plecach z otwartymi oczami. Pusta butelka wyborowej leżała koło łóżka, stykając się z jego zwisającą ręką. Stanęłam w bezpiecznej odległości i powiedziałam coś pod nosem, by go rozbudzić. Nie zareagował. Podeszłam więc bliżej, a w mojej głowie chyba po raz pierwszy zaczęły się pojawiać przerażające myśli. Patrzyłam mu w oczy, które nie mrugały, nie reagowały na żaden sygnał.

Byłam pewna, że umarł.

Ale to jeszcze nie był ten moment.

Mama często krzątała się po kuchni bez celu, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Razem z Józkiem i Gosią, moim rodzeństwem, szybko nauczyliśmy się nie wchodzić jej w drogę, gdy ojciec pił. Zgrzytała wtedy zębami i drapała się po całym ciele, a wyprowadzona z równowagi umiała nawet trzasnąć o ścianę talerzem, za co później przepraszała nas ze łzami w oczach.

Początkowo Józek chciał wykorzystać te momenty słabości i uzyskać pozwolenie na rzeczy, na które w normalnych warunkach mama nigdy by się nie zgodziła. Gdy jednak kilka razy wyleciał z kuchni, odprowadzany słowami, o których znajomość nigdy nie posądzilibyśmy mamy, dał za wygraną.

Tak było lepiej dla wszystkich.

Ojciec zmarł w swoim ulubionym stanie – kompletnego upojenia alkoholem. Nie czuł bólu, Pan zabrał go we śnie. Zostawił nas, gdy byliśmy już dorośli. Odszedł, gdy wypełnił swój obowiązek wychowania dzieci na samodzielnych ludzi.

Przynajmniej tak mu się wydawało.

W rzeczywistości nigdy nie nauczył nas, jak radzić sobie z trudami życia. Wspominając go, często zastanawiam się jednak, czy w tym jego radykalnym podejściu do życia i kompletnym zagubieniu emocjonalnym nie tkwiła jakaś metoda. Zrobił z nas ludzi zimnych i zahartowanych, a jednocześnie zmusił nas do radzenia sobie na własną rękę, bo sam był zbyt często pijany, żeby zadbać o dom i rodzinę.

Po śmierci ojca gospodarstwo upadło. Wyprzedaliśmy zwierzęta, a w miejscu grządek uprawnych zasadzono jabłonie. Z początku Józek się zarzekał, że będzie dbał o sad, bo jak to zwykła mawiać mama, miał rękę do roślin. Z jego żołędzi zawsze wyrastały najwyższe dęby, a roślinom najbardziej smakowała woda z jego ulubionej niebieskiej konewki.

Kilka lat po śmierci ojca sytuacja pogorszyła się jednak na tyle, że Józek, najmłodszy z rodzeństwa, musiał wyemigrować do Niemiec razem ze swoją żoną Łucją i ich pięcioletnią córką Katarzynką. Rozstanie z ukochanym synem i wnuczką bardzo zabolało mamę. Została kompletnie sama w dużym gospodarstwie, które wymagało młodej, silnej ręki.

A ona do najmłodszych już nie należała.

Niedługo po pogrzebie ojca Małgorzata wyprowadziła się do Gdańska. Jej mąż Krzysztof znalazł pracę w stoczni. Decyzję podjęli szybko, bez namysłu. Nic nie trzymało ich w tych stronach. Kochała Małopolskę, o czym wiele razy mnie zapewniała, ale podkreślała też, że pewien etap w jej życiu dobiegł końca. Nie chciała żyć przeszłością i nieustannie przypominać sobie o chłodnym, pozbawionym ciepła dzieciństwie.

Mama nawet nie protestowała.

Jakież to zadziwiające, że człowiek, który nie podarował nam prawie miłości, był zarazem najmocniejszym spoiwem tej rodziny. Ojciec zawsze żył z boku, jakby czuł się kimś obcym, niepasującym do tego domu. Bardzo mało mówił i unikał naszego towarzystwa. Czasami chciałam usłyszeć jego głos, przytulić się do niego i powiedzieć mu, że brakuje mi jego ojcowskiej miłości. Nie twierdzę, że nigdy mi jej nie okazał. Takie sytuacje były jednak bardzo rzadkie. Stanowczo zbyt rzadkie.

Zostałyśmy więc same na placu boju. Ja i mama. Nie było nam łatwo – ledwo wiązałyśmy koniec z końcem. Nie miałam wykształcenia, więc podejmowałam się każdego zadania. Byłam szwaczką i sklepową. Nie zarabiałam dużo, ale starczało na przeżycie.

Kto wie, jak dalej potoczyłyby się nasze losy, gdyby nie Andrzej. Widywałam się z nim już prawie dwa lata, co w tutejszej społeczności było nie do zrozumienia. Bo jak to możliwe, by stara panna po trzydziestce wodziła za nos takiego kawalera? Mama często powtarzała, że jeśli ja się szybko nie zdecyduję, to na pewno któraś z wiejskich panien zaciągnie go do ołtarza.

A wtedy już na zawsze zostanę starą panną i nie będzie ze mnie żadnego pożytku.

Zbliżyliśmy się do siebie z Andrzejem i na wiosnę siedemdziesiątego szóstego wzięliśmy ślub. Rok później na świat przyszła nasza córka Basia, która wniosła do ponurego domu odrobinę szczęścia. Dzięki niej kolejne lata naszego życia były dalekie od tego, czego doświadczyłam w dzieciństwie. Wtedy nie rozumiałam, dlaczego wyglądało tak, a nie inaczej.

Dopiero w pośmiertnym liście mama wyjawiła mi skrywaną przez wiele lat rodzinną tajemnicę.

3

8 maja 1989 roku

Wychudzona kobieta mniej więcej w moim wieku wychyliła głowę za drzwi, a następnie obrzuciła nas przenikliwym spojrzeniem. Była ubrana w fiołkową koszulkę oraz długie białe spodnie od piżamy. Kolor bluzki pasował do sińców pod jej oczami. Z kolei mokre kręcone włosy opadały niesfornie na ramiona i zasłaniały wysokie czoło. To była Teresa.

– To już dwa lata!

Danuta objęła ją gwałtownie. Kostrzewska potrzebowała chwili, by ją rozpoznać. Wreszcie rozluźniła się i przywitała jak należy z siostrzenicą swojego męża.

– Och, wybacz, kompletnie cię nie poznałam. Jak ty się zmieniłaś, Danusiu! Wychudłaś strasznie.

– To samo mogę powiedzieć o tobie.

– Nerwowe czasy, Danusiu, oj tak. Gdziekolwiek spojrzysz, wszędzie mieszkania zamknięte na cztery spusty. Każdy się boi, że tym razem padnie na niego.

– Nie rozumiem.

– W ostatnich miesiącach w Warszawie było dużo włamań do mieszkań. Usłyszałam gdzieś nawet w telewizji, że średnio dziesięć dziennie. Kilka dni temu, kiedy wynosiłam z domu rzeczy, żeby je zwieźć do pralni, słyszałam, jak sąsiad policjant mówił drugiemu sąsiadowi, że na komendzie wszyscy chorują, bo ostatnio mamy ochłodzenie, a włamań i kradzieży jest coraz więcej. Ci zdrowi muszą zostawać po godzinach, ale pracują wtedy za darmo. Strach wyjść z domu. Czuwamy tylko przy drzwiach, gotowi, by zaatakować w razie potrzeby.

– Teresko, nie przesadzasz czasem? Czy aby na pewno właśnie dlatego źle się czujesz?

– Ty to zawsze musisz, Danusiu, doszukiwać się gdzieś drugiego dna. Mówię, jak jest, możesz popytać ludzi. Nawet na ulicy.

– Dobrze, wierzę ci. Pozwól, że przedstawię ci moją znajomą.

– Maria Wysocka.

Wyciągnęłam ku Teresie otwartą dłoń. Uścisnęła ją niepewnie i zmierzyła mnie badawczym spojrzeniem.

– Proszę, zapraszam. Wiem, że jest syf, ale kompletnie się was nie spodziewałam o tej porze. Prawdę mówiąc, dopiero wyszłam z wanny, jeszcze mam mokre włosy.

 

Stałyśmy w wąskim przedpokoju z drewnianym wieszakiem na ubrania i starą wykładziną w krwistym kolorze, na której leżały dziecięce zabawki. Ich trop prowadził na koniec korytarza, gdzie prawdopodobnie mieścił się pokój dziecięcy.

– Możemy przyjść później – zaproponowała Danuta.

– Nie, nie, co ty gadasz, Danusiu, na litość boską. Przejechałaś pół Polski, a ja niby mam cię wyrzucać z mieszkania? Śmiało, usiądźcie sobie w salonie. Walizki możecie postawić przy ścianie, o tutaj.

Teresa usadowiła nas na mięciutkiej kanapie przy długim prostokątnym stole. Nie pasował do kanapy, w której wręcz się zapadłyśmy, był zdecydowanie za wysoki. Zanim Teresa wróciła do nas z miską sałatki jarzynowej, zdążyłam na krótką chwilę zamknąć oczy i się odprężyć. Byłam bardzo zmęczona. Dopiero teraz schodziło ze mnie całe napięcie.

To dziwne, biorąc pod uwagę fakt, że właśnie znalazłam się w mieszkaniu mojego brata, o którego istnieniu nie wiedziałam przez ponad cztery dekady.

Pierwszy raz od wielu lat byłam tak blisko Ignacego.

– Jedzcie, proszę. Niestety nic innego dla was nie mam. Nie zdążyłam nawet jeszcze wyjść do sklepu. Dzieciaki cały dzień są jakieś narwane, Maciuś rozrzuca wszędzie zabawki. Na waszym miejscu bym sprawdziła, czy przypadkiem nie siedzicie na jakimś... – Teresa urwała i znowu wzięła do ręki miskę z sałatką. – Na litość boską, Maciek! Ile razy ci mówiłam, żebyś nie wrzucał klocków do jedzenia?! Noż kurde belek!

Zaśmiałyśmy się z Danutą, a wtedy Teresa przeprosiła nas i wytłumaczyła, że stresuje się przez swojego męża, który od kilku dni nie widział się z dziećmi, a na dodatek nie wspiera ich finansowo.

– Kiedy ostatnio u was był? – spytała Danuta.

– Sama już nie wiem, a co dzisiaj mamy? Poniedziałek? Ano tak, mówiłaś przecież, że przyjedziesz w poniedziałek. No to Ignac był kiedy... W piątek? Przyszedł na chwilę, śmierdział wódą na kilometr, nie dało się normalnie przy nim wystać. Posiedział chwilę z dzieciakami, Agatka miała łzy w oczach, bo wiedziała, że z ojcem jest coś nie tak. Maciuś jest jeszcze mały, ma dopiero cztery lata, ale Agatka już siedem, widzi, że coś się dzieje. Kazałam Ignacowi wyjść, bo akurat tego dnia padało, okna pozamykałam, to nie chciałam, żeby później przez resztę dnia ten odór unosił się w całym mieszkaniu. Sałatki?

– Mówił coś? – ciągnęła Danuta.

Teresa nałożyła mi trochę sałatki na talerz i wróciła do kuchni, skąd przyniosła kostkę masła i dwie kromki suchego chleba.

– A co miał mówić? Chciał się ze mną przywitać, ale nie miałam ochoty nawet go dotykać. Był zalany w trupa, pokręcił się po mieszkaniu, nawet lodówkę sprawdził, bo zawsze coś tam na niego czekało. Pewno myślał, że znajdzie tam jaką flachę, ale ja zawczasu się wszystkiego pozbyłam, więc podszedł do zlewu, bo go chyba woń wódy tam zaciągnęła. Szkoda gadać, co ten człowiek ze sobą zrobił. Przynosi nam tylko wstyd i kłopoty, ale pal licho ze wstydem, co mnie obchodzi zdanie innych ludzi. Nigdy dobrze o nas nie mówili, bo zazdrośni byli. Gorzej z problemami, bo dzieci rosną, a ten łajdak zostawił nas na lodzie. Grosza nie daje, nie mam co do gęby włożyć, cały dzień siedzę z dzieciakami, robię im śniadania, gotuję obiady z resztek, a w międzyczasie sprzątam mieszkanie. Niby skąd mam wziąć pieniądze? Zawsze to Ignac się tym zajmował, a teraz całkowicie się od nas odwrócił. Jeszcze chlebka? Nie mogę nawet pójść do niego i błagać go na kolanach o zapomogę, bo przecież dzieci samych nie zostawię, a z nimi broń Boże tam nie pójdę, bo nie wiadomo, co zastaniemy. Nie chcę, żeby widziały swojego ojca zarzyganego, leżącego gdzieś pod płotem. Tak, Danusiu, właśnie tym się stał mój mąż. Jednym wielkim problemem. Jak smakuje sałatka?

– Bardzo dobra, dziękuję.

– To się cieszę. Może herbaty?

– Teresko, a powiedz, czy Ignacy nie ma żadnych oszczędności? Może by się udało was jakoś zabezpieczyć?

– Kochana, żebym ja to wiedziała. Czego ty ode mnie oczekujesz, nigdy mnie nie wtajemniczał w te sprawy. Zawsze powtarzał, że miejsce baby jest w domu, przy dzieciach i garach, a chłop jest od wszystkiego innego, od brudnej roboty, jak mawiał, ale nigdy do końca się z nim nie zgadzałam, bo tylko chłop, który nie opiekował się dziećmi, może tak twierdzić. Powiem ci tylko tyle, że na brak pieniędzy nigdy nie narzekaliśmy. Co powiedziałam, że ma być kupione, to kupował. Później zaczęły się te problemy, długo by opowiadać. Ignacy coraz częściej sięgał po kieliszek, znikał na kilka dni, wracał skacowany. Sama nie wiem, co o tym myśleć. Jak mieliśmy samochód, tak od dawna nie ma po nim śladu. Pytałam Ignaca, co zrobił z naszym polonezem, ale on unikał tematu. Może go przegrał w jakim zakładzie.

– A jednak przeniósł się do samodzielnego mieszkania – zauważyłam.

– Tak, kupił tę klitkę za grosze, po znajomości. Pewno siedzi tam teraz i urządza sobie popijawy z tymi swoimi kolegami menelami. Kto go tam wie, ja się poddaję. Głowa mnie boli, nie mam już siły. Dobrze, żeś przyjechała, Danusiu, może mnie wesprzesz jakoś mentalnie, bo w moim stanie to każde dobre słowo jest mi teraz potrzebne. A pani – przeniosła wzrok na mnie – to z Danusią dla towarzystwa przyjechała czy jak?

– Szczerze mówiąc, to...

Byłam bliska powiedzenia Teresie prawdy, gdy do salonu wbiegła Agatka.

– Mamo, miałaś mi pomóc z literkami!

– Córciu, przecież widzisz, że rozmawiam z paniami. Pamiętasz ciocię Danusię? To siostrzenica twojego taty.

– Siostrzenica? – Mała Agatka chyba nie znała jeszcze znaczenia tego słowa.

– Tata ma siostrę Wandę, mówiłam ci o niej, pamiętasz?

– Nie wiem... Chyba tak. – Agatka zasłoniła pół twarzy kolorową książeczką z abecadłem.

– No właśnie, a ciocia Danusia to córka cioci Wandy. Czyli siostrzenica twojego taty.

– Aha... – odpowiedziała po dłuższej chwili Agatka. – Mamuś?

– Słucham, kochanie.

– To pomożesz mi z literkami?

– Och, brzdącu. Teraz nie mogę.

– Może ja będę mogła ci pomóc? – zaoferowałam się. – Tak się składa, że mam córkę w podobnym wieku. Ma na imię Basia.

– Ale ładnie. – Agatka ośmieliła się, usiadła naprzeciwko mnie przy stole i położyła podręcznik tuż obok miski z sałatką. – A ile ma lat?

– Dwanaście.

– Ojej, to dużo. Ja mam tylko siedem. Tak, mamo?

– Kochanie, przecież wiesz. Jeszcze sałatki?

– Ja dziękuję – powiedziałam. – Pokaż, co tam masz.

Z pomocą Danuty podniosłam się z kanapy i usiadłam obok Agatki na wolnym krześle. Była tak bardzo podobna do mojej Basi. Miała te same wyłupiaste brązowe oczy i zadarty nosek. Tak samo opierała się łokciem na stole, okręcając włosy wokół paluszka.

Wykapany ojciec.

Czytałyśmy na głos kolejne literki alfabetu. A jak abażur...

– Mamo, a co to jest abażur? – przerwała mi Agatka.

– Abażur to taka osłona na lampę. Pamiętasz tę lampkę w gwiazdki, którą tata ci kiedyś kupił?

– Pamiętam. Czyli gwiazdki to był abażur?

– Można tak powiedzieć.

Agatka spojrzała na mnie, dając mi do zrozumienia, że możemy kontynuować. W tym czasie Danuta wypytywała Teresę o Ignacego i jego pracę.

– Ja nie wiem, co on teraz robi. Pracował w tym Urzędzie Kontroli Prasy, ale czy nadal tam pracuje, to już musisz go sama spytać. Wydaje mi się, że wylądował na bruku i woli pić ze swoimi koleżkami, niż siedzieć z nami w domu. Może byłam dla niego zbyt ostra? Swego czasu zdzieliłam go kilka razy szmatą po głowie, bo przychodził do domu podchmielony, ale wtedy to były sporadyczne incydenty. Głupia byłam, bo zamiast go wspierać, czepiałam się, że pije. A mu się pewnie wtedy sytuacja w robocie waliła i nie umiał sobie z tym poradzić, przecież do mnie z problemem nie pójdzie, bo co ja mogę? Ja tylko jestem od gotowania i rodzenia dzieci, taka prawda. Ignac zawsze traktował mnie z góry, zresztą jak każdą babę. Nie wiem, skąd mu się to wzięło, kiedyś wydawał się inny. Może ta robota w wydawnictwie tak mu w głowie zawróciła?

– Teresko, przecież Ignacy cię kocha. Zawsze kochał.

– Powiem ci, że też mi się tak wydawało. Ostatnio często mnie bierze na wspominki. Siadam przy oknie, zaparzam sobie meliskę na uspokojenie i sięgam pamięcią, jak najdalej potrafię. Zawsze byliśmy zgodni, szczęśliwi. Ja robiłam swoje, on się o mnie troszczył, zapewniał mi godne życie. O pracy nie rozmawialiśmy, ale ja mu ufałam, może też trochę wygodnicka byłam?

– Nie bądź dla siebie surowa.

– Ale taka prawda, Danusiu. Co to za żona, która w ogóle nie interesuje się tym, co jej mąż robi w godzinach pracy?