Cierpkie GronaTekst

Z serii: Wendyjska Winnica #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



WROCŁAW 2017

Projekt okładki

MARIUSZ BANACHOWICZ

Na okładce wykorzystano zdjęcie

© KATERYNA UPIT/SHUTTERSTOCK

Redakcja

ELŻBIETA SPADZIŃSKA-ŻAK

Korekta

URSZULA WŁODARSKA

Skład

JAROSŁAW DANIELAK

„AD FONTES” AGENCJA WYDAWNICZA

Polish edition © Publicat S.A. MMXVII (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved.

Niniejsza powieść stanowi wytwór wyobraźni, a wszelkie podobieństwo

do osób żyjących lub zmarłych, wydarzeń i miejsc jest całkowicie przypadkowe.

Wydanie elektroniczne 2017

ISBN 978-83-245-8272-3


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

e-mail: ksiaznica@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


Spis treści

Dedykacja

Część 1

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

Część 2

53

54

55

56

57

58

59

60

61

62

63

64

65

66

67

68

69

70

71

72

73

74

75

76

77

78

79

80

81

82

83

84

85

86

87

88

89

90

91

92

 

93

94

95

96

97

98

99

100

101

102

103

104

105

106

107

108

109

110

Niemieckie nazwy miejscowości

Posłowie

Przypisy

Czasem o zmierzchu, kiedy jestem w domu sama, nawiedza mnie uczucie, że poza mną ktoś jeszcze tu jest. Unoszę głowę znad książki, rozglądam się i nasłuchuję. Wokół panuje niczym niezmącona cisza, ale wrażenie nie mija. Wyglądam zza drzwi na długi korytarz, chodzę po pokojach. Nikogo nie ma. Spoglądam na śpiącego na legowisku psa i uspokajam się, bo przecież on na pewno wyczułby obcego. Niekiedy jednak to nie pomaga. Świadomość bycia obserwowaną jest tak intensywna, że staje się nie do wytrzymania. Wychodzę na ganek, przemierzam ogród i siadam na trawie tyłem do ulicy oparta o sztachety płotu, podciągam nogi pod brodę i mimo wieczornego chłodu czekam, wpatrując się w okna mego domu, aż ten ktoś pozwoli mi wrócić.

Chwalim 1974

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


1

Altreben 1938

W obszernej kuchni na stołeczku siedzi kobieta. Przed nią stoi miska z wodą i wiadro pełne ziemniaków. Lewa ręka szybko obraca szarą bryłkę, a spod małego nożyka sunie w dół długi, wąski pasek obierki. Raz po raz żółta kula z głośnym pluskiem wpada do miski. Proste, czarne brwi są zmarszczone, szare oczy pochmurne, a usta zaciśnięte. Pac, pac, woda rozpryskuje się na posadzkę. Ręka trzymająca nóż wędruje do czoła i niecierpliwie odgarnia pasemka ciemnych włosów, które wysunęły się spod cienkiej bawełnianej chustki. Mimo że pod kuchenną płytą nie ma nawet śladu ognia, czoło kobiety jest mokre od potu, a zakładany z przodu w kopertę i wiązany z tyłu fartuch znaczą ciemne plamy pod pachami. Jedna ze słonych kropel spływa w dół po szyi, leniwie wędruje po opalonym dekolcie i ginie gdzieś między piersiami. Gdyby nie obecność gospodyni, w kuchni panowałby kompletny bezruch. Nawet mucha próbująca uwolnić się od lepu zwisającego z lampy traci nadzieję i godzi się z losem.

Wtem w senny bezwład wdziera się turkot kół po bruku, którym wyłożono część podwórza, a potem słychać kroki na korytarzu. Marta na moment prostuje plecy i wyciąga szyję ku oknu. Dostrzega niewielki drewniany wózek, a po chwili w drzwiach staje niska, krępa, niespełna pięćdziesięcioletnia kobieta. Ściąga z głowy przepoconą chustkę i ciężko siada na krześle. Twarz usiana jasnobrązowymi piegami, gołe, podrapane przez gałązki krzewów ramiona i łydki są zaczerwienione od słońca, krótkie rudawe włosy w nieładzie, a cieniutki medalik na srebrnym łańcuszku przywarł do mokrej skóry nad piersią. Janka, odsapnąwszy, sięga po stojący na stole kompot i łapczywie pije. Dopiero po chwili dociera do niej, że Marta się nie odzywa. – Coś się stało? – pyta z niepokojem.

– Heinz przyniósł depeszę. Teściowa jutro przyjeżdża.

– Walter już wie?

– Skąd! Wróci pod wieczór. Jutro to oczywiście ja będę musiała wyjechać po wielką panią, bo nie mam nic innego do roboty, tylko być na jej rozkazy.

Kolejny kartofel ląduje w misce, ale rzucony z wielką siłą odbija się od innego i wypada na podłogę. Janka wznosi oczy do sufitu, a potem, nie komentując, podnosi ziemniak i wyciera szmatą podłogę. – Daj spokój. Do jutrzejszego popołudnia jest dużo czasu, poradzimy sobie – próbuje uspokoić zdenerwowaną gospodynię.

– Na pewno? Nie wiem, czy mogę na ciebie liczyć.

– Dlaczego tak mówisz? Zawsze ci pomagam.

– Ale właśnie dzisiaj, jak mam tyle zajęć, poszłaś rwać swoje porzeczki. Jakby nie mogły poczekać – wypomina Marta.

– Tłumaczyłam ci przecież, że już prawie przejrzały. W tym upale mogłyby się zmarnować. Rano nakarmiłam świnie, kury, króliki, Lotte, podlałam w ogrodzie. O co jeszcze ci chodzi?

– Trzeba wreszcie pójść na winnicę.

– To cię gryzie! Kilka dni nie robi różnicy. Pójdziemy we trójkę i zrobimy wszystko od razu. – Janka jakby nie przejmowała się zmartwieniami kuzynki.

W kuchni zapada cisza. Marta wciąż obiera kartofle, tylko teraz jakby wolniej.

– Jak porzeczki? Zebrałaś już wszystkie? – pyta, chcąc przerwać ciążące obu kobietom milczenie.

– Zostawiłam cztery krzaki dla nas i jeden dla siostrzyczek. Resztę zawiozłam do skupu. No, dość już tego dobrego – dodaje, podnosząc się energicznie. – Pójdę na pastwisko po krowy. A ty przestań obierać kartofle, bo do końca tygodnia ich nie zjemy.

Marta spogląda na górkę wystających z wody ziemniaków, jej brwi wędrują do góry, a twarz przybiera żartobliwy wyraz.

– Będę wciąż nimi karmić Sabinę, to może prędzej wyjedzie – odgraża się.

– O, dziedziczka Tila wróciła! – Janka śmieje się na widok szczupłej, niewysokiej panienki z ciemnoblond warkoczami, która z impetem wpada na ciotkę wychodzącą właśnie na korytarz. Dziewczyna ma na sobie strój organizacyjny BDM[1] – białą bluzkę, ciemnoniebieską, prawie granatową spódnicę za kolana, czarne półbuty i białe podkolanówki. Kiedy wychodziła na zbiórkę, ubiór był świeży i czysty, teraz bluzka jest pomięta i przybrudzona, czarne buty zakurzone, podkolanówki zaś barwą przypominają ścierkę do podłogi.

– Zmiłuj się, dziewucho! Jak ty wyglądasz! Tarzałaś się w piachu czy co? – Marta znowu wpada w zły nastrój. – Przebierz się i zaraz to wypierz.

– Oj, mamo. Przecież wiesz, jaki kurz na drodze, a my dzisiaj z panną Stein maszerowałyśmy aż do Dorothenau i z powrotem – wyjaśnia zarumieniona dziewczyna. – Jest już obiad? – pyta, ale zauważa jednocześnie ziemniaki i skwaszoną minę matki. – Mogę wziąć kawałek chleba z masłem? Jestem strasznie głodna – prosi.

– Jeszcze nie zapracowałaś na chleb, a tym bardziej na masło, Matyldo. – Pomiędzy brwiami Marty pojawiają się pionowe zmarszczki. – Zrób, co kazałam, a potem przyjdź mi pomóc.

Zrezygnowana Tila obraca się na pięcie i po chwili słychać szybkie kroki na schodach prowadzących do góry. Gospodyni schyla się, bierze miskę pełną ziemniaków i wychodzi na zewnątrz. W progu uderza ją fala rozżarzonego powietrza. Większą część podwórza, tę, na którą nie pada cień domu, zalewa oślepiające słońce. Marta mruży oczy i lustruje obejście. Co prawda przez godzinę nic się nie zmieniło, ale lubi mieć pewność, że wszystko jest jak należy. Krowy przyszły z pastwiska, a przez otwarte drzwi do obory lotem błyskawicy wpadają jaskółki. Zaraz wracają z niewiarygodną prędkością, by znów szybować pod błękitnym niebem. Jeszcze rzut oka na zaczynające się tuż za płotem pole obsiane żytem i Marta kieruje kroki do letniej kuchni. Tam w kuchennym piecu buzuje ogień, a na brzegu płyty stoi brytfanna z pieczonym królikiem. Gospodyni metalowym haczykiem sprawnie odciąga na bok gorące kółka fajerek i stawia garnek z ziemniakami bezpośrednio nad ogniem.

– Co mam robić?

Córka przebrała się w codzienną kretonową sukienkę i czeka przed progiem. Woli nie wchodzić do pomieszczenia, w którym jest parno, brzęczą muchy i czuć nie tylko obiadem, ale i parzonymi dla świń otrębami, pokrzywami i gotowanymi obierkami. Na długim stole z heblowanych desek stoi kilkanaście słoików wypełnionych truskawkowymi konfiturami.

– Przyklej papierowe paski i napisz datę, później wynieś je do piwnicy – zarządza matka.

– Czy potem będę mogła pójść do Rosiny?

– Najpierw trzeba przebrać stare kartofle. Są tylko dla zwierząt, ale nie mogą się zepsuć. Oberwiesz pędy i odrzucisz zgniłe.

– Mamo... Nie lubię być sama piwnicy. Ciocia Janka nie może?

– Dobrze – Marta zgadza się nieoczekiwanie. – Ciocia miała dziś sprzątnąć świniom. Na pewno będzie wolała się zamienić. Tam jest chłodno, czysto i mała kupka ziemniaków do przebrania.

– Nie! To już wolę kartofle!

– Tak przypuszczałam. – Matka uśmiecha się pod nosem.

Jedzą w domu. Kuchnia, której okno wychodzi na północ, wydaje się chłodna i przyjemna w porównaniu z jej letnią wersją. Tila pochłania posiłek w milczeniu, a Marta z Janką planują zajęcia na resztę dnia.

Potem w gospodarstwie pani Neumann następuje wyjątkowa, przez wszystkich wyczekiwana pora – godzina na odpoczynek. Marta jak co dzień idzie do sypialni, siada na krześle przy oknie i otwiera Biblię. W skupieniu czyta Słowo Boże, ale dzisiaj ręce podtrzymujące grubą księgę opadają coraz niżej, oczy kleją się sennie, a głowa sama znajduje drewniane oparcie. Znużona ciężką pracą i upałem kobieta zasypia w niewygodnej pozie. Janka też drzemie w swym małym, dusznym pokoiku na poddaszu. Tyle że ona od razu zdjęła przybrudzony fartuch i w samej halce położyła się na łóżku, wcześniej odgarnąwszy pościel. Tila, która zdaniem matki powinna w tym czasie oddawać się religijnym przemyśleniom, rozesłała koc w cieniu na trawie i razem z Rosiną leniwie wyciągnięte rozprawiają o czymś, patrząc jednocześnie na zajęte zabawą dwie małe dziewczynki – siostry przyjaciółki.

Jeśli ktoś stanąłby teraz na grzbiecie długiego, niewysokiego wzniesienia, u stóp którego leży Chwalim, od ponad pół roku nazwany przez władze Rzeszy Altreben, i spojrzałby na południe, w dole, między rozłożystymi koronami lip i akacji zobaczyłby czerwone dachy domów, gdzieniegdzie podwórka z porządnie ustawionymi sprzętami gospodarskimi i sady pełne dojrzewających owoców, ale na próżno wypatrywałby śladów życia. Nawet dymy z kominów się nie unoszą. Ludzie zjedli posiłek i pozwolili, by ogień wygasł. Przyszedł czas odpoczynku.

Kończy się długi letni dzień. Słońce wisi nad horyzontem i nadal jest bardzo ciepło. Wokół unosi się zapach dojrzewających zbóż, polnych kwiatów i ziół porastających przydrożne rowy. Rozgrzane powietrze drży, unosząc się nad wąską asfaltową szosą wiodącą z Unruhstadt do Chwalimia. Jesiony posadzone w dwóch równych rzędach po obu jej stronach nie dają wiele cienia. Przez cały dzień palące promienie przenikały między liśćmi i opadały świetlistymi plamami na drogę. Teraz każdy centymetr asfaltu ma taką temperaturę, że trudno byłoby postawić na nim gołą stopę.

Jadący rowerem mężczyzna pedałuje z wysiłkiem. Ubiór, który ma na sobie, na pewno nie jest odpowiedni do jazdy w taki upał. Jeszcze tylko kilkaset metrów i będzie w domu. Zrzuci z siebie przepoconą koszulę, przywdzieje lekki codzienny strój i nareszcie odpocznie. Przed pierwszym po lewej stronie szosy budynkiem Chwalimia, restauracją u Rauscha, w cieniu pachnącej miodem lipy stoi kilka rowerów. „Piwo! Jak ja bym się napił piwa!” – myśli, wyobrażając sobie zimny kufel bursztynowego napoju z białą pianką, jednak jedzie dalej.

Wreszcie dociera na miejsce. Schodzi z roweru i otwiera pierwszą furtkę. Nie idzie prosto do zielonego, obrośniętego pędami winorośli ganku dla gości, a prowadzi swój pojazd ku bramce w kolejnym ogrodzeniu. Dom stoi kilkanaście metrów od ulicy i płotu ze sztachet. Na wysokości bocznych ścian ciągnie się drugi płot, a za nim znajduje się podwórze gospodarstwa oraz wejście do budynku dla domowników i znajomych. Walter wprowadza rower pod szeroką wiatę i stawia obok trzech innych.

 

Kiedy wchodzi do kuchni, żona nie wita go jak zwykle, nie pyta, jak minął dzień. Bez słowa kładzie na stole otwartą depeszę. Po przeczytaniu wiadomości mężczyzna domyśla się, o co chodzi. Marta nie lubi, kiedy jego matka do nich przyjeżdża.

– Będziesz mogła wyjechać jutro na dworzec? – pyta, a słowa ledwo przechodzą mu przez gardło. – Bo ja na pewno nie zdążę – usprawiedliwia się.

– Wyjadę. Umyj się i jedz obiad.

I tyle. Koniec rozmowy. Walter znika w sieni. Po chwili wraca odświeżony i przebrany. Je w zamyśleniu.

– Wiesz, Marto, dzisiaj rano kierownik pochwalił mnie przy wszystkich. Byłem bardzo dumny.

– Tak? – Zdawkowe pytanie nie zachęca do dalszej rozmowy.

– Przestań się złościć. Przecież nie zapraszałem matki. Kiedy byłem u niej w czerwcu, nie wspominała, że chce przyjechać.

– Widocznie nie ma tam komu dokuczać – stwierdza z przekąsem Marta, a potem odkręca kran i woda z hałasem płynie do garnka.

– Nie wiem, czego ty ode mnie oczekujesz. – Mężczyzna podnosi głos. – Mam zerwać kontakty z matką? Odkąd Georg nie żyje, tylko ja jej zostałem. Nie mogę jej zabronić odwiedzin u nas.

– I bez niej mam dość roboty. W niczym mi nie pomagasz. – W głosie Marty brzmi wyrzut.

Sprzeczkę rodziców przerywa pojawienie się Tili.

– Tatusiu, jesteś nareszcie! Stęskniłam się za tobą. – Uśmiecha się do ojca i całuje go w policzek.

Walter czuje, że skóra córki pachnie wodorostami, i zauważa mokre końce warkoczy. – Skąd wracasz? – pyta.

Tila zerka ukradkiem w kierunku matki. – Poszłyśmy z Rosiną i jej braćmi wykąpać się w rzece – wyjaśnia, ale widać, że nie ma czystego sumienia.

Marta, zmywająca akurat talerze, obraca się gwałtownie:

– A spytałaś mnie, czy możesz iść nad rzekę?

– Mamo, pozwoliłaś mi pójść do Rosiny. Nie wiedziałam wtedy, że Michael i Tobias zaproponują, żebyśmy poszły z nimi.

– Idąc tam, nie mijałaś przypadkiem naszego domu? Nie mogłaś wstąpić i zapytać? Przecież gdyby coś się stało, nawet nie wiedziałabym, gdzie cię szukać!

– Marto, daj spokój. Bracia Rosiny to rozsądni chłopcy. W dodatku prawie dorośli. Co mogłoby się stać? – wtrąca się Walter, po czym zwraca się do córki: – A ty pamiętaj, nie rób tak więcej. Teraz przeproś mamę.

– Przepraszam – mamrocze dziewczyna bez przekonania. – Dobrze, że przynajmniej tatuś mnie rozumie – dodaje szeptem, chociaż matka właśnie wychodzi.

Marta siada na schodkach oplecionego winem ganku. Czuje, jak wszystko, co ją dzisiaj dręczyło, staje się mniej ważne, a duszę ogarnia błogi spokój. Patrzy w niebo, którego błękit zmienia się w coraz głębszą szarość, upaja się słodkim zapachem lipy i wsłuchuje w dźwięki niosące się od strony rzeki – rechotanie żab i beztroski śmiech młodych ludzi. Ból w zmęczonych plecach pomału ustępuje, a chłodny wietrzyk studzi znużone upałem ciało. Gdyby tylko mogła, zatrzymałaby w miejscu czas i trwała tak zanurzona w lipcowej nocy. Chciałaby jeszcze zaczekać na moment, kiedy zza kępy drzew wychyli się księżyc. Już dostrzega zapowiedź tej chwili – złote błyski pojawiające się między listowiem, ale słyszy kroki męża idącego po schodach do góry. „Na mnie też już czas. Muszę wstać o świcie” – myśli. Odpoczywa jeszcze przez chwilę, a potem podnosi się niechętnie i idzie do sypialni.

Nie zgasił światła. Czeka i spogląda spod półprzymkniętych powiek. Już nie widzi na twarzy żony tego zaciętego uporu, co przed godziną. Zza parawanu dochodzi plusk wody nalewanej do miski, a potem odgłosy mycia. Marta wychodzi przebrana w nocną koszulę, tę, w której najbardziej mu się podoba. Różowy materiał delikatnie otula szczupłe ciało, podkreślając linię bioder i kształt piersi. Walter patrzy, jak staje przed lustrem i wyjmuje spinki podtrzymujące węzeł ze zwiniętego warkocza. Obserwuje, jak warkocz rozwija się i zsuwa po plecach, aż dosięga pasa. Wtedy ona przerzuca go przez ramię, kładzie na piersiach i wolno rozplata włosy. Kiedy falujące pasma są już rozdzielone, sięga po szczotkę. Zaczyna od dołu, potem przesuwa szczotką coraz wyżej i wyżej. Gdy ma pewność, że każdy włos jest osobno, rozpoczyna rozczesywanie od początku, ale tym razem od góry. Pochyla głowę, wygina delikatnie szyję to w przód, to w tył, jakby była w transie. Później na moment zastyga przed lustrem w bezruchu i okryta ciemnym falującym płaszczem patrzy. Po chwili zgarnia dłońmi włosy, dzieli na pasma i znowu splata je w luźny warkocz. Celebra się kończy. Marta gasi światło, odmawia pacierz i kładzie się do łóżka.

Walter wyciąga rękę i dotyka ramienia odwróconej plecami żony. Jej pachnące mydłem ciało jest chłodne i wilgotne. Dłoń mężczyzny wędruje ku talii i znowu wyżej, na biodro. Czuje drgnięcie, które wzmaga jego pragnienie. Przesuwa rękę po gładkiej tkaninie koszuli, dociera do jej brzegu, wsuwa pod koszulę i rozpoczyna wędrówkę po nagim pośladku. Próbuje wcisnąć palce między uda, najpierw delikatnie, potem bardziej zdecydowanie, ale czując, że Marta sztywnieje i napręża mięśnie, przesuwa dłoń ku piersiom i kusi delikatną pieszczotą. Na próżno. Mimo to nie rezygnuje, staje się natarczywy. Kiedy próbuje przewrócić żonę na plecy, ta zniecierpliwiona szarpie się i zrywa z łóżka, chwyta leżący na krześle koc i bez słowa wychodzi z sypialni.

Walter zostaje w łóżku sam. Zaskoczony i upokorzony, nie rozumie, o co chodzi. O przyjazd matki? A może...

2

Marta leży na tapczanie w pokoju na dole. Serce bije już spokojniej, ale sen nie przychodzi. „Dlaczego taki jest? Nie może zrozumieć, że opadam z sił? Zawsze pierwsza jestem na nogach. On może poleżeć dłużej. W pracy też się nie przemęcza. Bo co to za praca przy biurku. I jeszcze ten przyjazd teściowej! Wyciągnął po mnie rękę jak po swoją własność. Nawet nie powiedział niczego miłego”. – Żal nie pozwala zasnąć, kobieta długo przewraca się z boku na bok, ale zmęczenie w końcu bierze górę i skleja powieki.

Jest bardzo wcześnie. Na dworze dopiero świta, a Marta już otwiera szeroko okna w pokojach i drzwi na podwórko. Niech dom się wietrzy, zanim przyjdzie upał. Potem wszystko zostanie znów zamknięte aż do wieczora. Dzięki temu wewnątrz będzie można jakoś wytrzymać.

Siedzą z Janką przy kuchennym stole i piją mleko z fajansowych kubków. Kuzynka zauważa podpuchnięte oczy Marty. Zorientowała się też, że nie nocowała dzisiaj w sypialni na górze.

– Co się dzieje? Pokłóciłaś się z Walterem? – Nie słysząc żadnej odpowiedzi, mówi dalej: – Nie przejmuj się teściową. Przyjedzie i pojedzie. Zawsze tak było. Jak ci będzie gadać, to z nią nie siedź. Ja mogę zostać w domu, a ty idź w pole.

– Nie trzeba. Ruszajmy do pracy, bo z niczym później nie zdążymy – ucina Marta. Potem, usiłując skierować rozmowę na inne tory, pyta: – Ciekawe, czy Willi dzisiaj przyjdzie?

– Chyba nie. Wczoraj, jak wracałam z chlebem, zaszłam do niego. Ledwie podniósł się z łóżka, tak bolała go głowa. Kiedy ma ataki, nie może wychodzić na słońce. Jego siostra mówiła, że jak mu się nie poprawi, wezwie doktora Pupkego.

– No tak. Mamy pracownika, a musimy radzić sobie same. Idę doić krowy. Obudź Tilę. Niech narwie malin, a potem wygoni krowy na pastwisko. Kiedy wróci, to zaprzęgnie konia i pomoże ci załadować wóz. Jeśli chce, może jechać z tobą.

W oborze Marta bierze widły i odrzuca krowie placki do kąta, potem podściela zwierzętom trochę świeżej słomy i zadaje siana – niewiele, tyle tylko, by krowy podczas dojenia stały spokojnie, zajmując się jedzeniem. Słyszy kwik świń karmionych przez Jankę w sąsiednim pomieszczeniu, potem gdakanie kur ścigających się do kupki zboża rzuconego na zamiecioną ziemię, a jeszcze później odgłos ręcznej pompy i szum wody wpadającej do metalowego koryta, wreszcie rżenie wyprowadzanej ze stajni klaczy Lotte. Jaskółki śmigają jej nad głową, krzycząc wniebogłosy na dwa bure koty cierpliwie czekające na progu obory na należną im porcję mleka. Podwórze jak co rano tętni życiem. Marta, dotykając czołem ciepłego i pachnącego przeżutą karmą boku krowy, powoli się uspokaja. Małżeńskie nieporozumienia nie są już takie ważne, kiedy tu wszystko jest na swoim miejscu.

Promienie wschodzącego słońca wpadające przez otwarte drzwi przesłania czyjaś sylwetka. Do obory zagląda Tila.

– Już kończę! Możesz wyganiać!

Dziewczyna odpina od żłobów łańcuchy przytrzymujące trzy krowy, a one już same znajdują wyjście na podwórze i kołyszącym, niespiesznym krokiem zmierzają do koryta przy pompie. Piją długo, jakby delektowały się smakiem chłodnej wody, raz po raz leniwie machają ogonami, oganiając się od natrętnych much. Zniecierpliwiona Tila przerywa zwierzętom i przez otwartą bramę gna je na pastwisko.

– Tylko wróć szybko, jeśli chcesz jechać z ciocią Janką!

– Dobrze, mamo.

W letniej kuchni Marta scedza mleko do dwóch metalowych kan, potem wynosi je i stawia na wysokiej ławeczce w pobliżu szosy. Niedługo powinien podjechać wozem mleczarz, Otto Böse, który dostarcza mleko od chwalimskich krów do mleczarni w miasteczku. Część wieczornego udoju gospodyni przekręciła w centryfudze, oddzielając śmietanę. Resztę wstawiła do ukwaszenia, żeby zrobić twaróg.

Kiedy Tila z Janką ładują na wóz skrzynki z młodą kapustą i innymi warzywami, wiaderko malin, a także porzeczki, które Janka zamierza podarować zakonnicom w miasteczku, Marta przygotowuje słodką i kwaśną śmietanę, masło i sery. Wszystko starannie opakowane wkłada do wiklinowych koszy. Ma w Unruhstadt stałe klientki, rzadko więc się zdarza, by czegoś nie udało się sprzedać.

W domu panuje przyjemny chłód, toteż nie rozpala ognia pod kuchenną płytą. Bierze metalowy czajnik z wodą, kawę zbożową i kieruje się do letniej kuchni, gdzie w piecu tli się żar rozniecony wczesnym rankiem przez Jankę. Parzy kawę, gotuje mleko i robi zacierki. Potem wraca do domu, żeby przygotować drugie śniadanie dla Waltera. Kroi cztery grube skiby chleba, obficie smaruje masłem i przekłada kilkoma plastrami wędzonej szynki. Zawija chleb w papier i kładzie na stole. Słyszy kroki męża na górze, idzie więc po kawę i garnek z mleczną zupą. Nalewa ją do talerzy, układa w koszyczku pokrojony chleb, obok stawia w spodeczkach masło, konfitury i miód, słodką śmietankę i kawę w kubkach.

Walter schodzi na dół ubrany i ogolony. Mimo łysiny, wyraźnie przeświecającej pośród czarnych, gładko zaczesanych włosów i lekko zaokrąglonych pleców, nadal jest przystojnym mężczyzną. Jego rówieśnicy ze wsi rzadko mogą mu dorównać wyglądem. Na ogół, zniszczeni ciężką fizyczną pracą w gospodarstwie albo na budowach Berlina, robią wrażenie znacznie starszych niż w rzeczywistości.

Po modlitwie małżonkowie niemal równocześnie sięgają po łyżki. Jedzą w milczeniu. Żadne nie ma ochoty na rozmowę, ale takie tkwienie bez słowa naprzeciwko siebie odbiera apetyt i staje się trudne do zniesienia.

– Tila jeszcze śpi? – przerywa ciszę Walter.

– Nie. Pojechała z Janką.

– Jadła coś?

– Wiesz, jaka jest. Rano nigdy nie ma na nic ochoty. Napiła się mleka. Wróci, to się naje.

Znowu zapada cisza.

– To wyjedziesz dziś po matkę? – pyta Walter, dopijając kawę.

– Mówiłam, że tak. Nie musisz się martwić.

– Na pewno ma jakiś kłopot, inaczej nie ruszyłaby się z Berlina w takie upały. Nie bądź dla niej niemiła – prosi mężczyzna.

– Nie będę.

– Postaram się wrócić dzisiaj wcześniej.

– Nie wiedziałam, że to możliwe.

– Więc o to ci chodzi? – Walter wyraźnie zaczyna tracić cierpliwość. – Wiesz, jaką mam pracę. Do tego obowiązki w partii. Nie mogę wracać do domu i wkładać kapci, kiedy w Niemczech tyle się dzieje.

– Nie musisz wkładać kapci. Możesz mi czasem pomóc. Stale jestem sama. Wszystko na mojej głowie. Namówiłeś mnie, żebym wzięła do pracy Williego. I co z tego mam? Wciąż jest chory. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby nie Janka. A ciebie nigdy nie ma – użala się Marta.

– Nie narzekaj! Ile razy prosiłem, żebyśmy sprzedali to twoje gospodarstwo i przeprowadzili się do Berlina. Ale ty wolisz robić mi wyrzuty, zamiast posłuchać.

– Nie zostawię ojcowizny! Przyrzekłam to rodzicom, żeby dali mi zgodę na ślub z tobą. Nie pamiętasz?

– Oni dawno nie żyją. Przysięga się nie liczy.

– Dla mnie tak. Poza tym nie lubię wielkiego miasta. Co ja bym tam robiła? Ale chyba jest jakieś rozwiązanie – głos Marty łagodnieje. – W nocy przyszło mi do głowy...

– W nocy? Muszę już jechać. Ta rozmowa i tak nie ma sensu.

Mężczyzna zabiera drugie śniadanie i wychodzi bez pożegnania. Ona obserwuje go przez okno, jak przypina skórzaną teczkę do ramy roweru, spina nogawkę spodni, by nie wkręciła się w łańcuch, i wsiada na rower. Dopiero kiedy znika z pola widzenia, rozgoryczona, pozwala płynąć łzom.

Zaraz jednak bierze się w garść. Czeka ją dużo pracy, a ani Janki, ani Tili nie ma do pomocy. Idzie najpierw do ogrodu warzywnego, spulchnia ziemię między rządkami pietruszki i marchwi, wyrywa nieliczne chwasty i podlewa rośliny, by nie zmarniały w upale. Potem kieruje się w stronę wybiegu dla kurcząt. Tam, nie bacząc na krzyki wystraszonego drobiu, łapie młode koguciki i waży je w rękach. Wreszcie wybiera najcięższego i trzymając go za skrzydła, niesie w stronę drewutni, gdzie czeka siekiera wbita w okrwawiony pieniek. Śmiertelnie przerażony ptak daremnie usiłuje wyrwać się z jej rąk. Jeden zdecydowany ruch i wkrótce z bezgłowej szyi chlusta ciemnoczerwony strumień, plamiąc leżące wokół wióry i brunatne kawałki kory. Gospodyni wrzuca drgające jeszcze zwłoki do starego wiadra i oblewa wrzątkiem. Siedząc na zydelku, najpierw oskubuje z piór, potem patroszy, na koniec płucze i wkłada do zimnej wody. Głową kogucika zajęły się koty, a zawartość wiadra zostaje wrzucona do wykopanego wcześniej pod płotem ogrodu dołu. Marta myje dokładnie ręce i wkłada czysty fartuch. Teraz czas na porządki. W domu nie ma bałaganu, ale na wszelki wypadek, w obawie przed krytyką teściowej, uważnie zagląda we wszystkie kąty, szuka pajęczyn, ściera kurze i myje podłogi. Ponieważ Tili wciąż nie ma, sama idzie na pastwisko po krowy, bo przecież nie może pozwolić, by stały bez wody w palącym słońcu. Akurat wpędza zwierzęta do obory, kiedy na podwórze wjeżdża wóz. Tila szybko zeskakuje na ziemię, a za nią niezdarnie, z uwagą patrząc w dół, schodzi z wozu korpulentna Janka. Kiedy dziewczyna wyprzęga spoconą Lotte, kobiety zabierają do mycia kanki i słoje.

Po obiedzie Marta jak zwykle idzie do sypialni. Mimo panującego na zewnątrz upału lekko uchyla okno i siada na krześle. Przez moment po prostu nic nie robi. Przymyka oczy, wsłuchuje się w brzęczenie pszczół i pozwala utrudzonemu ciału odpocząć. Potem sięga po Biblię. Ręce spoczywają na okładkach, a oczy wpatrują się w okno, szukając Bożej myśli w błękitnym niebie, miodnych kwiatach i pracowitości małych owadów. Gniew już minął, a ją nachodzi refleksja, że nie była dzisiaj sprawiedliwa, oskarżając męża o brak pomocy. Przecież nigdy nie ukrywał, że nie lubi pracy w gospodarstwie. Nie jest leniwy, po prostu inaczej zarabia na życie. Czuje ciężar w duszy i w Świętej Księdze chce znaleźć odpowiedź na swoje wątpliwości. Otwierając Biblię na Liście św. Pawła do Efezjan, z góry wie, jakiej rady szuka. Żony, bądźcie uległe mężom swoim jak Panu, bo mąż jest głową żony, jak Chrystus Głową Kościoła, ciała, którego jest Zbawicielem. Ale jak Kościół podlega Chrystusowi, tak i żony mężom swoim we wszystkim[2]. „Ja jestem głową tej rodziny, Panie. Ja staram się o to, by miała co jeść. Nie mój mąż. Jeśli byłabym uległa, kto strzegłby mojej ziemi? Kto kładłby kwiaty na grobach przodków, kiedy ja tkwiłabym w czterech ścianach berlińskiego mieszkania?” Jednak wkrótce głowa chyli się z pokorą i po próbie buntu nie ma już śladu. Siedzi jeszcze chwilę zadumana, potem zamyka Biblię i odkłada na stolik. Po wyjściu z sypialni zagląda do pokoju Tili, ale dziewczyny jak zwykle tam nie ma. Wzdycha ciężko. „Pewnie jest u Rosiny. Muszę z nią porozmawiać – obiecuje sobie. – Nie może tak wychodzić bez pytania. Poza tym ma swoje obowiązki”.