Worek JudaszówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zbi­gniew Nie­nacki

Worek Juda­szów

Wyda­nie I

Liber Novus


Redak­tor naczelny • Mar­cin Nowak

Pro­jekt okładki • Maciej Łazow­ski

Wydaw­nic­two

Liber Novus Mar­cin Nowak ul. Łaska 43 95–050 Kon­stan­ty­nów Łódzki www.liber­no­vus.pl info@liber­no­vus.pl

Copy­ri­ght © • Helena Nowicka

Copy­ri­ght © for elec­tro­nic ver­sion • Liber Novus

Kon­stan­ty­nów Łódzki 2019

ISBN • 978-83-7741-125-4

Liber Novus 2019


MOTTO:

„Ten pstry worek u pasa, wszak go baczysz i ty,

Jest z roz­ma­itej jer­chy mister­nie uszyty —

Naj­dziesz tu skórę wil­czą, naj­dziesz tu i lisią,

Jeno się dobrze przy­patrz, naj­dziesz lwią i rysią.”

(„Worek Juda­szów”, Seba­stian F. Klo­no­wicz)

„W dniu 26 kwiet­nia 1946 r. koło klasz­toru w Dąbro­wie w pow. R. odna­le­ziono spa­do­chron z angiel­skimi napi­sami. Mimo tajem­nicy z naszej strony wieść o odkry­tym spa­do­chronie roze­szła się bar­dzo sze­roko…”

(z mel­dunku PUBP w R.)

Nad ranem Albert wsiadł do prze­działu, w któ­rym jechała piękna kobieta w kara­ku­ło­wym futrze. Z początku nie zwró­cił na nią uwagi. Za szy­bami pociągu wsta­wał mokry kwiet­niowy dzień, w prze­dziale było aż duszno od smrodu machorki, u sufitu żarzyła się różowo malutka lampka, twa­rze podróż­nych zda­wały się wymę­czone i chore.

Pod oknem z policz­kiem na barw­nej okładce powie­ści kry­mi­nal­nej spał zażywny księ­żulo, zapewne ple­ban wiej­ski jadący w odwie­dziny do krew­nych; z dużego kosza u jego stóp wychy­lał się zakrwa­wiony kikut indy­czej szyi. Naprze­ciw księ­dza roz­party łok­ciami na sto­liku nie­ustan­nie jadł chudy męż­czy­zna w rogo­wych oku­la­rach. Naj­pierw na fra­mu­dze okna tłukł pię­ścią laskowe orze­chy, potem wyjął z teczki jaja na twardo, kieł­basę, bułki, teraz żuł cukierki i cze­ko­ladki.

Jadł tak przez cztery sta­cje. Iry­to­wało to głod­nego Alberta.

W kącie kuc­nęły dwie baby wiej­skie, zaku­tane w chustki; ich kosze i brzu­chate tłu­moki zaj­mo­wały pra­wie wszyst­kie miej­sca na pół­kach. Przy Alber­cie tkwił czer­wo­no­ar­mi­sta kurzący smro­dliwą machorkę.

Młoda kobieta w kara­ku­łach sie­działa obok bab-spe­ku­lan­tek. Posta­wiła koł­nierz futra i zaczęła drze­mać. W pew­nej chwili, śpiąc, zało­żyła nogę na nogę, futro roz­chy­liło się, zadzie­ra­jąc sukienkę — zaja­śniały kolana obcią­gnięte cienką poń­czoszką. Gład­kie, okrą­głe i nagie mimo poń­czoch wprost rzu­cały się w oczy; były tak bli­sko, że wystar­czyło wycią­gnąć rękę, aby dotknąć lśnią­cej powierzchni poń­czochy. Nagle kobieta poru­szyła się sen­nie, zsu­nęła nogę z kolana i Alber­towi zda­wało się, że bły­snął jaśniej­szy skra­wek ciała.

Oku­lar­nik spod okna prze­stał żuć i zezu­jąc na odsło­nięte kolana z nie­spo­dzie­waną wytwor­no­ścią otarł chu­s­teczką wil­gotne wargi. Księ­żulo drgnął, oso­wiale rozej­rzał się po prze­dziale; w brud­nym mroku nie spo­sób było uciec oczami od bia­łej goli­zny obrze­żo­nej futrem i czarną spód­nicą. Ple­ban się­gnął do kosza po gruby bre­wiarz, ze zło­ścią szarp­nął czer­woną tasiemkę zakładki i bez­czel­nie przy­glą­dał się kola­nom damy w kara­ku­łach.

Na przy­stanku w S. młoda kobieta obu­dziła się, jak by prze­jęta złym snem. Ner­wo­wymi ruchami otrzą­snęła się z jakichś maja­ków — popra­wiła włosy, suk­nię, spoj­rzała na zega­rek. Gwał­tow­nie zerwała się z ławki i pod­bie­gła do okna.

— Duszno tu — stwier­dziła gło­śno.

Ple­ban usłuż­nie szarp­nął okno, podzię­ko­wała mu nikłym uśmie­chem. Wyj­mu­jąc z kie­szeni futra czer­woną jedwabną chu­s­teczkę w białe gro­chy, wychy­liła się na peron wdy­cha­jąc zimne, szkli­ste powie­trze. W brza­sku dnia jej puszy­ste włosy oka­zały się mie­dziane, a na bla­dej twa­rzy gdzie­nie­gdzie zazna­czały się złote cętki. Była bar­dzo piękna — z orlim nosem, małymi ustami i ową białą twa­rzą, jak by ni­gdy nie dotkniętą przez słońce.

Pociąg ruszył. Pęd wia­tru chwy­cił koniec jej czer­wo­nej chustki. Wychy­lona pozwa­lała chu­stce trze­po­tać, a wiatr roz­wi­chrzał włosy.

— Zimno! — pisnęła któ­raś z bab-spe­ku­lan­tek.

— No, zdo­rowo — nie­chęt­nie mruk­nął ku nim czer­wo­no­ar­mi­sta.

Młoda kobieta odstą­piła od okna. Czer­wo­no­ar­mi­sta pośpie­szył je zatrza­snąć; teraz szcze­rzył w uśmie­chu duże zęby.

I znowu wtu­liła się w swoje futro. Ale już nie zasnęła. Albert pozna­wał to po ostroż­nym drga­niu jej powiek. Sie­działa na ławce bokiem, nie­wy­god­nie. Albert domy­ślił się, że obser­wuje chu­dego męż­czy­znę w oku­la­rach. Ten zacho­wy­wał się dość dziw­nie. Już nie było w nim nic z bez­tro­skiego żar­łoka. Raz po raz przy­kle­jał twarz do szyby spo­glą­da­jąc na bie­gnący obok pociągu gęsty sosnowy las. Oku­lary jak by mu prze­szka­dzały. Zdjął je — miał roz­bie­gane, czujne oczy. Ale nie były to oczy krót­ko­wi­dza.

Pociąg jechał coraz szyb­ciej i szyb­ciej. Prze­ni­kli­wie kle­ko­tał stary wagon. Zgrzyty reso­rów, drzwi, okien i łań­cu­chów głu­szyły i pochła­niały każdy inny dźwięk. Zda­wało się, że pociąg sta­cza się w prze­paść łoskotu, za chwilę zde­rzy się z jakimś miaż­dżą­cym wszystko hała­sem. „Pędzę po śmierć” — tar­gnęło Alber­tem. Uczuł strach tak wielki, że wcze­pił się pal­cami w ławkę, aby nie krzyk­nąć. Pośpiesz­nie szu­kał w gło­wie myśli, które mogłyby odwró­cić jego uwagę od tego, co ocze­ki­wało go u kresu tej podróży. Prze­bie­gały mu przez głowę jakieś strzępki zdań angiel­skich, zwro­tów, słów. Wresz­cie przy­po­mniał sobie ulu­biony frag­ment z Byro­now­skiego „Man­freda” i począł go powta­rzać w pamięci. „Kocham patos jak kiep­ski aktor, a czy nie kiep­skiego aktor­stwa trzeba, aby wcie­lić się w rolę Alberta?” — pomy­ślał.

Nagle zgrzyt­nęły hamulce, pocią­giem wstrzą­snęło gwał­towne drże­nie, pękate tłu­moki bab spa­dły Alber­towi na kolana. Za oknami kla­snęła krótka salwa z pisto­letu maszy­no­wego, gdzieś obok, może w sąsied­nim prze­dziale, posy­pało się szkło. Zastu­kały poje­dyn­cze gło­śne wystrzały kara­bi­nowe. Pociąg rap­tow­nie zwal­niał…

Młoda kobieta w kara­ku­łach rzu­ciła się do drzwi. Żar­łok spod okna uchy­lił szyby i ostroż­nie wyj­rzał na dwór. Nikt nie zauwa­żył, jak i kiedy w jego ręku zna­lazł się odbez­pie­czony pisto­let. Strze­lił trzy­krot­nie, pra­wie nie celu­jąc.

— Pod ławki! Pod ławki! — żar­li­wie wołał ple­ban, gra­mo­ląc się pośród tłu­mo­ków na pod­ło­dze.

Czer­wo­no­ar­mi­sta bły­ska­wicz­nie zdjął z półki kara­bin, zare­pe­to­wał i teraz skła­dał się do okna. „Ojcze nasz, któ­ryś jest w nie­bie…” — modliły się baby, nie potra­fiąc wci­snąć swych obfi­tych ciał mię­dzy rury zagra­dza­jące miej­sce pod ław­kami. Albert sku­lił się w kącie przy drzwiach, od okna osło­nił się tłu­mo­kiem.

Roze­rwał się gra­nat. Póź­niej drugi. Auto­maty uja­dały pra­wie bez prze­rwy. Rap­tem umil­kły i nastała cisza.

Pociąg stał w lesie, na niskim nasy­pie. W otwar­tym oknie bez­wład­nie leżał żar­łok. Głowa, piersi i ręce zwi­sały na zewnątrz. Albert widział tylko jego drga­jące kon­wul­syj­nie nogi. Obok na ławkę spa­dły rogowe oku­lary.

— Nie pod­cho­dzić do okien! — wołał ktoś. Na żwi­rze nasypu dźwię­czały pod­kute buty, sły­chać było gło­śną komendę.

Wtem do prze­działu wbie­gła dama w kara­ku­łach. Znowu miała na gło­wie czer­woną chu­s­teczkę w białe gro­chy.

— Czto? Czto słu­czy­łos’? — chra­pli­wie zapy­tał ją czer­wo­no­ar­mi­sta.

— Nie wiem. Nie wiem. Zabity? — mówiła tro­chę nie­przy­tom­nie, patrząc ze stra­chem na mar­twe ciało w oknie.

— Rokita, Rokita napadł! Tu jego kraj… — z pod­łogi zabrzmiał głu­cho głos ple­bana.

— „Zdro­waś Mario, łaskiś pełna, Pan z Tobą” — modliły się gło­śno baby.

Na kory­ta­rzu zało­mo­tały kroki. W drzwiach prze­działu sta­nęło trzech uzbro­jo­nych męż­czyzn w pol­skich mun­du­rach, w roga­tyw­kach, z pepe­szami w rękach. Mło­dzik z wypie­lę­gno­wa­nymi czar­nymi wąsi­kami deli­kat­nie odsu­nął na bok damę w kara­ku­łach i trą­ca­jąc czub­kiem buta wypięte pośladki bab toro­wał sobie drogę do okna.

— Nie żyje. Ubek — stwier­dził sucho pochy­la­jąc się nad zabi­tym.

Chwy­cił mar­twego za nogi, bez wysiłku prze­wa­żył ciało i wyrzu­cił je z wagonu.

Czer­wo­no­ar­mi­stę ucie­szył widok pol­skich mun­du­rów i orzeł­ków. Uśmiech­nął się sze­roko.

— E, ty, ruski, chodź — kiw­nęli na niego pal­cem, wycho­dząc z prze­działu. Pośpie­szył za nimi zado­wo­lony, że będzie potrzebny. W kory­ta­rzu wyszarp­nęli mu kara­bin z ręki.

— Nu czto? Czto? — dener­wo­wał się. Ale go popchnęli, nadzie­wa­jąc na lufy pepesz.

Umil­kły ich kroki, trza­snęły drzwi wagonu. Za chwilę krótko ude­rzył wystrzał pisto­letu. Wybuch­nął prze­ni­kliwy krzyk bólu, zała­mał się, prze­szedł w gruby, zwie­rzęcy jęk, który ucięły dwa nowe wystrzały.

Młoda kobieta osu­nęła się na ławkę, pra­wie omdlała. Na jej bia­łych policz­kach ner­wowo drgały muskuły.

Albert odrzu­cił tłu­mok. Dotknął ręki kobiety.

 

— Słabo pani?

Prze­cząco pokrę­ciła głową. Nasłu­chi­wała. Kory­ta­rzem znowu nad­cho­dziło kilku ludzi. Szli wolno, zgrzyt­nęły drzwi, zapewne zaglą­dali do każ­dego prze­działu. Albert sie­dział sztywno, na próżno pró­bu­jąc opa­no­wać drże­nie rąk.

Usły­szał, jak w sąsied­nim prze­dziale żądali oka­za­nia doku­men­tów. „Doku­menty? Co im powie mój doku­ment? Jestem w nim Alber­tem — zasta­na­wiał się. — Jeśli zechcą zro­bić rewi­zję, znajdą pisto­let, a wów­czas roz­walą mnie, zanim zdo­łam zażą­dać, żeby zapro­wa­dzili mnie do swego dowódcy. A dowódca? Czy zaufa Alber­towi?…”

Gło­śno posa­pu­jąc pod­niósł się z pod­łogi księ­żulo. Na czar­nej sutan­nie zazna­czały się szare plamy kurzu. Za jego przy­kła­dem wstały baby. Popa­trzyły na księ­dza bła­gal­nie, jak by odda­jąc się pod jego opiekę. Ple­ban otrze­py­wał się z pyłu, wtem krzyk­nął i ze wstrę­tem odsu­nął od sie­bie wła­sną rękę. Dłoń miał spla­mioną, kro­ple krwi ska­py­wały ze sto­lika pod oknem.

Do prze­działu zaj­rzał ów z czar­nymi wąsi­kami. Był bar­dzo przy­stojny, z kobie­cymi wiśnio­wymi ustami. Roga­tywka trzy­mała mu się zawa­diacko na tyle głowy.

— Ksiądz ranny? — zatro­skał się.

— Nie, nie. To ze sto­lika ścieka…

— Ten ubek tak was urzą­dził. No nic. Zdechł. A pan, co za jeden? Wstań pan! — roz­ka­zał Alber­towi.

Albert powoli pod­niósł się z ławki. W jed­nym oka­mgnie­niu zoba­czył czu­bek pan­to­felka mło­dej kobiety, trą­ca­jący cho­lewy wyso­kich butów mło­dzika. Krew napły­nęła mu do twa­rzy. Zro­zu­miał. To prze­bu­dze­nie się, czer­wona chustka powie­wa­jąca z okna i widoczna z daleka — znak, roz­kaz dla kogoś.

Mło­dzik huk­nął na Alberta:

— Czyje to walizki? No te, ze skóry?

— Moje.

Pogar­dli­wym spoj­rze­niem otak­so­wał nowiutki płaszcz Alberta, pil­śniowy szary kape­lusz.

— Co pan wie­ziesz? Han­de­lek, co?

— Tro­chę ksią­żek. Bie­li­zna. Gar­ni­tur.

— Taaak?

Albert zdjął z pó­łek walizki. Nie śpie­sząc się wycią­gnął z kie­szeni klu­czyk, otwo­rzył zamki.

Mło­dzik z wyraź­nym roz­cza­ro­wa­niem wyjął rękę spo­mię­dzy koszul, kra­wa­tów, nie­dbale prze­rzu­cił rękawy i nogawki czar­nego gar­ni­turu. Dłu­żej zatrzy­mał się przy książ­kach, nie­które wziął nawet do ręki, z nie­ukry­wa­nym łakom­stwem lek­tury poprawną angielsz­czy­zną odczy­tał kilka tytu­łów.

Potem cof­nął się na kory­tarz i pogwiz­du­jąc przez zęby zaj­rzał do następ­nego prze­działu.

Za oknem prze­cią­gle zawył głos komendy. Zadud­niły buciory na kory­ta­rzu.

— O, jedziemy! — pisnął rado­śnie ksiądz.

— „Pod Twoją obro­oonę…” — zain­to­no­wały baby, ale ksiądz gwał­tow­nym ruchem naka­zał im ciszę. Syp­nęło strza­łami.

Twarz mło­dej kobiety wyra­żała ogromne zmę­cze­nie. Kil­ka­krot­nie prze­cią­gała pal­cami po czole i skro­niach, jak by uśmie­rza­jąc tra­piący ją ból głowy, potem przy­mknęła oczy i z rękami na kola­nach trwała tak bez ruchu nie śpiąc i nie patrząc ni­gdzie. „Czyżby to był jej pierw­szy występ, ten współ­udział w napa­dzie na pociąg? ” — zasta­na­wiał się Albert.

Pociąg szedł już szybko i równo. Kle­ko­ta­nie sta­rego wagonu wyda­wało się teraz czymś miłym, uspo­ka­jało; odda­lali się od nie­bez­pie­czeń­stwa. Ksiądz zakoń­czył szep­ta­nie modli­twy i zwró­cił się do Alberta:

— Niech pan sobie wyobrazi, że ostrze­gano mnie przed tą podróżą. Jedziesz w kraj Rokity, mówiono mi, tam nie ma dnia bez napadu, bez strze­la­niny. No, dzi­siaj ni­gdzie nie jest spo­koj­nie. Pro­wa­dzę pracę dusz­pa­ster­ską w wiej­skiej para­fii koło Wło­cławka, dwa razy były u mnie na ple­ba­nii oddziały leśne. Co prawda wyglą­dali raczej na zwy­kłych ban­dy­tów niż na par­ty­zan­tów…

Baby-spe­ku­lantki nara­dzały się pół­gło­sem. Jedna z nich wycią­gnęła pie­nią­dze z bia­łego zawi­niątka, druga cap­nęła księ­dza za rękę i poca­ło­wała.

— Na mszę świętą. Niech ksiądz odprawi, za cudowne ura­to­wa­nie życia. Naszego i księ­dza.

— Nie tak, nie tak! — roz­gnie­wał się księ­żulo. — Nie było w tym cudu, wy to zaraz we wszyst­kim boskiej inge­ren­cji się dopa­tru­je­cie. U Rokity dobremu czło­wie­kowi nic nie grozi. Prawda, pro­szę pana? — powo­łał się na Alberta.

Ten poka­zał zie­lony wore­czek czer­wo­no­ar­mi­sty pozo­sta­wiony na półce.

— Nie wiem, czy to był zły czło­wiek…

Ksiądz prze­stra­szył się.

— Tak, tak. Zapewne. Kto to może wie­dzieć? Zabili go, mój Boże. Wojna, pro­szę pana. Wojna nie prze­biera.

— Wojna skoń­czyła się pra­wie rok temu, 9 maja 1945 roku — zauwa­żył iro­nicz­nie Albert.

Ksiądz bez­rad­nie roz­ło­żył ręce:

— Tym mło­dym chłop­com, co tu weszli do prze­działu, marzyła się inna Pol­ska, pro­szę pana. Nie­na­wi­dzę prze­lewu krwi, ale jestem księ­dzem, muszę rozu­mieć ludz­kie sła­bo­ści. Spo­wia­dał się u mnie kie­dyś wła­śnie taki jeden z lasu. O, zabił, panie, nie­jed­nego. Pyta­łem go: jesteś w sta­nie bez nie­po­koju sumie­nia i duszy swo­jej ponieść cię­żar prze­la­nej przez cie­bie krwi brat­niej? Tak, pro­szę księ­dza, odpo­wie­dział. Ten cię­żar tym­cza­sem nie­sie za nas histo­ria. Ona nas potępi albo roz­grze­szy. I dałem mu stułę do poca­ło­wa­nia. A potem rze­kłem: „In nomine patris et filii, abso­lvo te”. Ale całą noc krzy­żem w kościele leża­łem. Bóg osą­dzi i jego, i mnie — wzru­szył się, głos mu się zała­mał.

Albert kiw­nął głową.

— Histo­rii nie można ufać. Jej wyroki są omylne. Wiem o tym, jestem histo­ry­kiem.

— Oczy­wi­ście — pod­chwy­cił żywo ksiądz — bo wyroki histo­rii rów­nież ferują ludzie. Ale jest prze­cież i histo­ria nie napi­sana, ta, którą w swej pamięci prze­cho­wuje naród.

— Naród ma krótką pamięć — Albert lek­ce­wa­żąco wzru­szył ramio­nami.

Młoda kobieta pod­nio­sła się jak by roz­gnie­wana tą dys­ku­sją. Pozo­sta­wiła na ławce ręka­wiczki i opu­ściła prze­dział.

Po nie­dłu­giej chwili pociąg zaczął hamo­wać.

Albert chwy­cił z pó­łek swoje walizki i rzu­cił się na kory­tarz.

„Oszu­kała. Znowu nas oszu­kała. Pró­buje wymknąć się z pociągu, a ja dałem zwieść się jej ręka­wicz­kom.”

I obcią­żony waliz­kami z trud­no­ścią parł kory­ta­rzem, który wypeł­niał się ludźmi z prze­dzia­łów.

Sta­cja była nie­wielka, skle­cony z desek barak i dwa pokryte żwi­rem perony. Wysia­dło tu sporo osób i Albert długo i bez­rad­nie krę­cił się wśród nich szu­ka­jąc wzro­kiem mło­dej damy w kara­ku­łach.

Nie widział jej ni­gdzie. Może wysko­czyła na drugą stronę pociągu? Stał tam pociąg towa­rowy i Albert jakoś nie mógł sobie wyobra­zić, aby ta ele­gancka dama w cien­kich poń­czosz­kach i deli­kat­nych pan­to­fel­kach prze­brnęła pod towa­rowymi wago­nami lub potra­fiła prze­sko­czyć przez bufory i brudne łań­cu­chy. Mimo to zde­cy­do­wał się wejść z powro­tem na kory­tarz i wyj­rzeć na drugą stronę.

Pociąg ruszył. „Wymknęła mi się, ucie­kła” — wzbie­rała w Alber­cie złość. Tak łatwo dał się wywieść w pole. Nawet głosu jej nie zapa­mię­tał. Wyda­wało mu się, że doznał podwój­nej klę­ski.

Wymi­nął go kon­duk­tor. Szedł od prze­działu do prze­działu i liczył wybite strza­łami szyby.

— Co to wła­ści­wie było? Kto na nas napadł?

Wzru­szył ramio­nami. Podobne pyta­nia prze­śla­do­wały go pod­czas całej wędrówki wzdłuż wago­nów.

— Nie wiem. Pew­nie Rokita. W pocz­to­wym wago­nie wie­ziono milion zło­tych. Wie­dzieli o tym, roz­wa­lili gra­na­tami drzwi do pocz­to­wego, zabili straż­ni­ków. Roz­li­czyli się, z kim im się podo­bało. Pie­nią­dze zabrali.

— Ilu zabi­tych?

— Chyba z pię­ciu. Ruskich i tro­chę naszych. Pol­skich — popra­wił się szybko.

W prze­dziale na ławce wciąż leżały pozo­sta­wione ręka­wiczki. Albert przy­wi­tał je pra­wie z nie­na­wi­ścią. Ksiądz kiw­nął w jego stronę głową i pod­su­nął mu pod nos oku­lary.

— Patrz pan. To są zwy­kłe szkła. Masko­wał się nimi. Oo, to chyba nie był czło­wiek spra­wie­dliwy…

Albert uśmiech­nął się.

— Spra­wie­dliwi, pro­szę księ­dza, naj­czę­ściej się muszą masko­wać. Zresztą może to był Judasz?

Pod­niósł z ławki ręka­wiczki i bez­wied­nie obwą­chał je jak pies goń­czy. Ksiądz spo­glą­dał na niego z rosną­cym prze­stra­chem.

Padał deszcz. Albert brnął wolno pokrytą bło­tem ulicą. Mia­steczko od pierw­szej chwili prze­jęło go wstrę­tem. Ota­czały go zru­działe, prze­wra­ca­jące się par­kany, za któ­rymi mie­ściły się jakieś szopy, składy, malut­kie fabryczki. Cuch­nęło spa­le­ni­zną. Drzewa były jak by brudne, pokryte tłu­stą sadzą. Potem wydo­stał się na pryn­cy­palną ulicę mię­dzy dwu­pię­trowe domy, ze śla­dami daw­nych pre­ten­sji uwi­docz­nio­nych w ozdob­nych gzym­sach, mister­nych kra­tach bal­ko­nów. Latem może wyglą­dały ład­nie w zie­leni drzew, wśród liści dzi­kiego wina pną­cego się na ścia­nach. Teraz drzewa pozo­sta­wały jesz­cze nagie, a pną­cza dzi­kiego wina cze­piały się ścian, podobne do gru­bych sza­ro­zie­lo­nych ser­pen­tyn po minio­nej zaba­wie.

Por­tier w miej­skim hote­liku otrzy­mał od Alberta pokaźny napi­wek i pośpiesz­nie zwró­cił mu jego wypeł­niony for­mu­larz.

— Nie, nie. U nas są plu­skwy. Na dole nocny lokal, hała­sują. Dam panu adres. Pokoje wykwintne, gustowne, łazienka, cie­pła woda. Drogo — zawie­sił głos.

Albert pod­niósł z ziemi walizki.

— Chło­piec pana zapro­wa­dzi. To tro­chę daleko. Willa za mia­stem w ogro­dzie. Ale nasze mia­sto malut­kie, więc wszę­dzie bli­sko — zaśmiał się ze swego dow­cipu. — Zamieszka pan w pen­sjo­na­cie majo­ro­wej Raczyń­skiej. Mąż jej zgi­nął w oflagu, pozo­sta­wił jej luk­su­sową willę. Prze­zna­czyła ją na pry­watny pen­sjo­nat. Cudo, powia­dam panu. Pięk­niej­szej nie znaj­dzie pan w całym naszym gro­dzie.

„Skąd ja znam ten mar­twy, a jed­no­cze­śnie tak wytworny głos? Tę wielką koń­ską twarz i zie­lon­kawe obłędne oczy? Gdzie ja widzia­łem tego czło­wieka? Niech­że przyj­dzie ten chło­piec i wypro­wa­dzi mnie stąd — pra­wie modlił się Albert. — Natkną­łem się na niego w kinie? Na spa­ce­rze? W wię­zie­niu? W śledz­twie?”

Przy­po­mniał sobie. Ten por­tier to agent UB. Ów agent, który wykoń­czył sztab Per­kuna.

„Zginę w tym mia­steczku jak Kurt­man. Nie zdążę nawet postą­pić pół kroku” — pomy­ślał. Rozu­miał, że powi­nien odejść stąd, zanim tam­ten go sobie przy­po­mni. Ale nie był w sta­nie ruszyć się z miej­sca.

Por­tier opo­wia­dał, obli­zu­jąc wargi:

— Pani majo­rowa Raczyń­ska jest nie­zwy­kle piękną kobietą. Nie­młoda, urodę jed­nak zacho­wała do dzi­siaj. Lata dodają jej powabu, uroku no i… ciała — zachi­cho­tał. — Panie, pierś ma jak łabę­dzica — wykrzyk­nął z nie­na­tu­ral­nym entu­zja­zmem.

„Zgrywa się! Poznał mnie, łaj­dak!” — pojął Albert. Teraz pamię­tał już nawet kryp­to­nim por­tiera: „Lelek Nocny”.

— To dziwna sprawa, panie — roz­wo­dził się por­tier. — Ona prze­cież ni­gdy nie miała dziecka. A pierś roz­bu­chała się jej, choć, że tak powiem, pozo­stała dzie­wi­czą.

„Poznał mnie” — upew­nił się Albert.

Zja­wił się chło­pa­czek w obszer­nym paletku, zaka­ta­rzony, roz­ka­słany. Lelek prze­rwał swój wywód.

— Oczy­wi­ście, chyba nie­po­trzeb­nie prze­strze­gam, że pen­sjo­nat jest, że tak powiem, tro­chę nie­le­galny…

Albert wzru­szył ramio­nami i powlókł się za chłop­cem. Czuł się zde­ma­sko­wany, nagi, bez­bronny. Drę­czył go głód, w oczach draż­nił pia­sek nie­wy­spa­nia. Na wysta­wie skle­po­wej zauwa­żył biały ser, bułki, masło. Nie star­czyło mu jed­nak sil­nej woli, żeby zatrzy­mać się, wstą­pić i kupić. Chło­piec ode­brał od niego walizki, miał teraz swo­bodne ręce. Zapa­lił papie­rosa. Szedł za chło­pa­kiem chla­piąc po bło­cie, przy­gar­biony, z papie­ro­sem w ustach.

Przed drzwiami willi majo­ro­wej opa­no­wał znu­że­nie. „A może gra nie jest skoń­czona?…”

Widok wynędz­nia­łej twa­rzy Alberta wzbu­dził w majo­ro­wej współ­czu­cie. Słowa jej powi­ta­nia wypa­dły cie­pło, a nawet czule. To nic, że buciki i nogawki spodni przy­by­łego pokry­wała war­stwa błota, koł­nie­rzyk koszuli był brudny i wymięty, a na policz­kach czer­nił się zarost. Ukrad­kowe spoj­rze­nia majo­ro­wej zaglą­dały w każdą fałdkę jego stroju, tak­so­wały dwie walizy skó­rzane i może nawet zawar­tość port­fela. Albert nie­le­d­wie fizycz­nie odczu­wał tę pene­tra­cję w jego kie­sze­niach.

Wie­dział, że mimo swych trzy­dzie­stu sze­ściu lat wygląda młodo. Był wysoki, postawny, a siwie­jące gęste włosy chyba tylko doda­wały mu uroku w oczach majo­ro­wej.

 

Poma­ga­jąc Alber­towi zdjąć płaszcz w przed­po­koju, mówiła ze szczerą tro­ską:

— Odbył pan chyba uciąż­liwą podróż. Zaraz przy­go­tuję dla pana kąpiel. U mnie można wypo­cząć. Tu jest spo­kój i cisza. Wygląda pan na czło­wieka bar­dzo zmę­czo­nego.

— Jestem głodny — nie­śmiało bąk­nął Albert.

— Więc naj­pierw obiad czy kąpiel? — zapy­tała łagod­nie z wyro­zu­mia­ło­ścią star­szej kobiety, która dobrze wie, jak głód obez­wład­nia męż­czy­znę.

— Kąpiel — wykrztu­sił Albert i aż schwy­cił się wie­szaka. Kurcz żołądka był bole­sny, jak by roz­pro­sto­wy­wał mu się we wnętrz­no­ściach zagięty kawa­łek ostrej stali.

Zaraz zapro­wa­dziła go do hallu. Obok dwóch skórą kry­tych foteli stała paląca się wysoka lampa, podobna do paste­lo­wego kwiatu ze zwie­szo­nym kie­li­chem. W podob­nych kolo­rach był dywan, ściany, suk­nia majo­ro­wej szczel­nie opi­na­jąca jej pokaźne kształty, pod­nie­ca­jąco wypu­kły brzu­szek. Wśród tych łagod­nych bla­do­ró­żo­wych barw twarz majo­ro­wej wyda­wała się deli­katna, bez naj­mniej­szej zmarszczki, piękna jakąś sztuczną, kar­mel­kową urodą. Usta przy­po­mi­nały wyci­śnięte z lukru, kar­mi­nowe ser­duszka. Jeśli odwie­dzał pen­sjo­nat ów por­tier z hote­liku — zapewne to tu wła­śnie urze­kały go jej ręce, nagie ramiona i wyso­kie piersi wyraź­nie zary­so­wane w przej­rzy­stej bluzce. Alber­towi zda­wało się, że duże ciało majo­ro­wej kryje się w przy­krót­kiej skó­rze, tak wszystko było w niej napięte, jędrne, twarde. „Gdy­bym ją ugryzł, zachrzę­ści­łaby pod zębami jak jabłko” — pomy­ślał.

— Tym­cza­sem będziemy w moim domu pra­wie samotni — rze­kła kokie­te­ryj­nie prze­krzy­wia­jąc głowę. — Od wczo­raj zamiesz­kał u mnie pewien młody archi­tekt. Po woj­nie nagle oka­zało się, że nie­któ­rzy ludzie w naszym mia­steczku dys­po­nują ogrom­nymi sumami pie­nię­dzy. Domy chcą budo­wać, wille, potrzebny im zdolny archi­tekt. No cóż, na początku oku­pa­cji mie­li­śmy getto. Żydzi w mia­steczku byli zamożni, więc ten i ów żero­wał na ich nie­szczę­ściu.

Otrzy­mał na pię­trze duży pokój z nie­wiel­kim tara­sem od pół­nocy. Z tarasu widziało się źle utrzy­many ogró­dek, z reszt­kami klom­bów zaro­słych krze­wami. W ogro­dzie było dużo brzóz; wie­dział, że nie będzie tam spa­ce­ro­wał; ich widok napeł­niał go smut­kiem.

Opłata za dobę korzy­sta­nia z pokoju, hallu i łazienki oka­zała się tak wysoka, że o mało nie par­sk­nął śmie­chem. Zacho­wał jed­nak twarz obo­jętną, jak by nie orien­to­wał się w war­to­ści pie­nię­dzy.

Zażą­dał, aby po kąpieli przy­nie­siono mu obiad do pokoju.

— Archi­tekt będzie bar­dzo zmar­twiony — rze­kła. — Wciąż cze­kał na nowego pen­sjo­na­riu­sza, żeby mieć towa­rzy­stwo przy posił­kach. Moja osoba mu zupeł­nie nie wystar­cza — skar­żyła się prze­cią­ga­jąc słowa jak roz­ka­pry­szone dziecko. Wyda­wało się to Alber­towi wstrętne.

Powie­dział szorstko:

— Mia­łem ciężką, daleką podróż. Trzy doby nie spa­łem. Jestem zmar­z­nięty, brudny, głodny, pani rozu­mie!?

Potem deli­kat­nie odsu­nął ją na bok i znik­nął w łazience.

Gorąca woda wyssała z niego resztki sił. Sła­nia­jąc się na nogach wró­cił do swego pokoju. Obiad cze­kał na stole, jadł łap­czy­wie, pośpiesz­nie, pół­przy­tomny z nie­wy­spa­nia. Ostat­kiem świa­do­mo­ści zmu­sił się do prze­krę­ce­nia klu­cza w zamku. Odbez­pie­czył pisto­let.