Sztuka życia

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa
Wrażliwość i nadwrażliwość

Wrażliwość to bardzo dobra cecha i przydatna do tego, żeby żyć pełnią życia. Nadwrażliwość może zaszkodzić.

Pan jest wrażliwy?

Sądzę, że tak.

Czy wrażliwość należy w sobie pielęgnować? Czy – odwrotnie – wrażliwcy mają w życiu ciężej? Jak zarządzać wrażliwością, żeby nie popaść w przesadę?

Wrażliwość wiąże się z empatią, to są dla mnie dwie siostry. Jednym z przejawów wrażliwości jest podziw dla przyrody. Niedoścignionym wzorem w tej materii był dla mnie profesor Wiktor Zin z Krakowa. On dostrzegał piękno w trawie, w drobnej rzeczy. Bo można stanąć nad Morskim Okiem i się zachwycać albo wielbić zachód słońca w Himalajach – do tego nie potrzeba szczególnej wrażliwości, bo tam piękno wręcz samo się narzuca. Ale pochylić się nad maleńką roślinką – to jest sztuka. Pięknie o tym opowiadał, widać było, że to przeżywał. To jest dla mnie przykład człowieka wrażliwego na piękno. Znam ludzi wrażliwych na ptaki. Niedawno rozmawiałem z człowiekiem, który na ptaki mówił – prawie jak św. Franciszek z Asyżu – „nasi pierzaści przyjaciele”. Wrażliwość to także zwracanie uwagi na płaczące dziecko czy w ogóle ludzkie cierpienie. Wrażliwość na kolor wina, na smaki. Tak, wrażliwość to bardzo dobra cecha i przydatna do tego, żeby żyć pełnią życia. Wrażliwość powinniśmy w sobie pielęgnować.

Ale tu uwaga – niedobrą cechą jest nadwrażliwość. Może nas sporo kosztować. Znam osoby, które z powodu nadwrażliwości mają depresję.

Jak rozumie pan nadwrażliwość?

Nadwrażliwość polega na tym, że ludzie za bardzo cierpią.

Cudzym cierpieniem?

Tak. Człowiek wrażliwy, jeżeli chce komuś pomóc, jest aktywny, działa. Na przykład wpłaca pieniądze, jeśli ktoś ich potrzebuje, dowiaduje się, jakie są najlepsze formy pomocy. A nadwrażliwy cierpi wraz z cierpiącym, nie może zasnąć, wpada w depresję, wizualizuje sobie to, co się na przykład dzieje w Syrii. Staje się smutny, nic go nie cieszy, cierpi z powodu złego świata. To kiepsko, bo sam sobie szkodzi, odbierając możliwość działania. Lepiej, żeby zamiast popadania w rozpacz z powodu okrucieństwa wojny w Syrii znalazł organizację, która pomaga poszkodowanym, wpłacił jakiś grosz i miał poczucie, że w ten sposób komuś potrzebującemu choć trochę ulży.

Wyobraźmy sobie sytuację, że jesteśmy nadwrażliwi wobec cierpienia członka naszej rodziny. Jeśli jesteśmy wrażliwi, troszczymy się, żeby naszego bliskiego nie bolało, żeby miał dobrą opiekę lekarską, żeby miał godne warunki do chorowania. Natomiast swoją nadwrażliwością możemy wręcz spotęgować cierpienie drugiej osoby, bo kiedy ona patrzy na to, jak się miotamy, zaczyna odczuwać wyrzuty sumienia, że to przez nią.

Jak zarządzać swoją wrażliwością?

Na pewno jej nie stępiać – dbać o harmonijny rozwój. Apeluję o to zwłaszcza do zagrożonych aleksytymią – chorobą biznesmenów – dyrektorów, bankowców, pracoholików. Aleksytymia to dolegliwość, w wyniku której traci się zdolność przeżywania, wrażliwość właśnie.

Trochę się do tych biznesmenów przyczepiliśmy, ale proszę sobie wyobrazić: siedzi człowiek dwanaście godzin przed komputerem – kasa, słupki, sumy, giełda, tu mu rośnie, tam – maleje. Wraca do domu i myśli o tych słupkach, o swojej firmie, jak przetrwać. I tak w kółko, wieczór w wieczór. W ten sposób ludzie zamieniają się w komputery. Mózg jest aktywny przez cały czas i przestaje być zdolny do przeżywania czegokolwiek z innego świata niż praca – muzyki, natury, dobrego jedzenia. No i radości związanych ze zwyczajnym życiem, nawet tych najdrobniejszych, które składają się na poczucie przyjemności, a nawet szczęścia.

Przychodzą do pana i mówią: „Nic nie czuję?”.

Tak. Poza tym ich partnerki mówią mi: „On się zmienił. Kiedyś podczas koncertów przeżywał, czuł, wilgotniały mu oczy. A teraz – robot”. Bardzo często kobiety używają pojęcia „cyborg”, „robot”, „bezduszna maszyna”. Wtedy to sygnał, że w naszym życiu dzieje się coś niepokojącego.

Jaki ratunek?

Jestem zwolennikiem prostych metod. Pomocą może być wyjazd do spa połączony z medytacją. Japońskie dzwony, gongi – to działa. Przenosimy się do trochę innego świata, innego wymiaru, i to może obudzić wrażliwość.

Dobre są także treningi kontemplacyjne połączone z medytacją. Pracoholik, pozbawiony wrażliwości, gdy zobaczy piękny kwiat na stole, ledwie przesunie po nim wzrokiem. Ale jeżeli podczas ćwiczenia kontemplacyjnego będzie musiał usiąść, poczuć zapach, dostrzec kolory i kształty, odgrzebie wrażliwość tłumioną do tej pory przez nadmierne zaangażowanie w pracę. Podobnie z muzyką – nie słuchajmy jej mimochodem. Coś tam nam brzęczy, a my i tak tkwimy głową w problemach. Skupiajmy się na muzyce i tylko na niej. Chociażby przez pół godziny dziennie.

Dla przeciwwagi naszego racjonalnego umysłu powinniśmy rozwijać część wrażliwą. Można jechać na plażę i siedzieć w swoim grajdołku otoczonym parawanem, z nosem w kolorowych magazynach. A można usiąść nad brzegiem morza, chłonąć to, co widzimy, fale, ich kształt i barwę, czuć wiatr, można pomyśleć o ludziach morza, którzy nad nim żyli, snuć fabuły, wymyślać historie. To jest bardzo fajna rzecz. Ważny jest zrównoważony samorozwój. Czyli, jeżeli jako właściciel firmy pniesz się w górę, nie możesz zapomnieć o innych dziedzinach życia i innych wartościach. Są tacy, którzy harmonijnie się rozwijają, którzy nie zapominają o tym, żeby pójść do filharmonii, do teatru, do parku na spacer. Ale często zawdzięczają to swoim partnerkom.

Kobiety są mniej podatne na aleksytymię?

Mniej – ich uwarunkowania emocjonalne chronią przed tą dolegliwością. Oczywiście znam kobiety roboty. Ale jest ich mniej.

Jak rozpoznać u siebie aleksytymię?

Posłużę się przykładem. Przed pacjentem leży test projekcyjny mający za zadanie wywołać jakieś skojarzenia. Człowiek obdarzony normalną wrażliwością, czuły na kolory i naturę ma zwykle skojarzenia typu: „wschód słońca” albo „dwa zwierzęta” czy „tafla jeziora”. Mówi: „jakie to piękne, jakie kolorowe!”. Aleksytymik widzi plamę. I nic więcej. Nasz mózg jest dosyć plastyczny, a u aleksytymika funkcje mózgu przestawiły się na operacyjność. Mózg nie zmienił się strukturalnie, tylko funkcjonalnie. Reaguje na wykresy, tabelki, ale nie na kolorowe plamy. Na szczęście można tę część naszej skarlałej niedocenianej osobowości stymulować, doskonalić, rozwijać.

Czy nie jest jednak tak, że my wszyscy, przykuci do komórek, siedzący na Facebooku, stępiamy naszą wrażliwość na piękno?

Tak, jest nawet pojęcie „e-osobowość”, czyli ludzie podpięci pod technologie, potrzebujący stałej stymulacji odpowiednią ilością bodźców. Ich wrażliwość jest mniejsza, a kontakty międzyludzkie – bardziej powierzchowne. Zakochani kiedyś pisali do siebie barwne listy, dzisiaj wysyłają komunikaty oparte na racjonalności. Żadnego bujania w obłokach, żadnej poezji. „Pamiętam o tobie”, „Kocham cię bardzo”, i koniec.

Jesteśmy otoczeni olbrzymią ilością informacji, które trudno przetworzyć. Otwórzmy na chwilę stronę jednego z popularniejszych portali internetowych. Oto strona tytułowa: kto z kim się kłóci, kto pokazał gołą pupę albo piersi, kto się rozwiódł, a kto wrócił do siebie. Oprócz tego wojna w Syrii, zamach terrorystyczny, gwałt. Przestajemy być już wrażliwi na rzeczywistość. Podobnie jak gry komputerowe, które nie tylko zwiększają poziom agresji, ale także pozbawiają wrażliwości. Ale to jest również sprawa naszego wyboru, możemy nie wchodzić na te strony w internecie, a w telewizji oglądać kanały poświęcone przyrodzie i sztuce. A na pewno kanały muzyczne.

Pieniądze też tępią wrażliwość, podobnie jak technologie.

To prawda, znałem parę, która najpierw pracowała na uczelni, a potem weszła do grupy najbogatszych Polaków. I u obojga zaszła ogromna zmiana. Zaczęli zupełnie inaczej traktować ludzi, stali się niewrażliwi na drugiego człowieka. Powiedziałem im to. Od tego momentu traktują mnie na dystans. Pewnie dlatego, że mają świadomość, że coś takiego zaszło. Niektórych ludzi zmieniają pieniądze, kiedy zaczynają żyć w ekskluzywnym świecie. Egzotyczne wakacje, dobre wina, drogie hotele. Mogą sobie na bardzo wiele pozwolić i później już trudno ucieszyć się z czegoś, co jest po prostu normalne. Jaki prezent można dać takiemu człowiekowi? Wszystko ma. Poza tym pieniądze dają poczucie władzy. Jak wiele można załatwić, jak inaczej jest się traktowanym! W przypadku panów nagle pojawia się dokoła wiele kobiet. I pojawia się cynizm – za pieniądze mogę wszystko załatwić. Ideowców traktuje się jak idiotów, pożytecznych albo niepożytecznych, ale idiotów i marzycieli. Jest tylko jeden problem, że się nie jest nieśmiertelnym. Stąd dbanie o zdrowie, spa, dobre odżywianie. Niestety, bezcelowe. Ale przyjemne.

A jaki pan ma stosunek do pieniędzy?

Nie jestem dobry w sztukach negocjacji, dlatego wszystkie sprawy finansowe załatwiają moi najbliżsi. To nie to, że lekceważę pieniądze, ale nie mam do nich nabożnego stosunku. Oczywiście, lepiej jeździć lepszym samochodem niż gorszym. Wychowałem się raczej w biedzie. Pamiętam, jak się przeżywało miesiąc od pierwszego do pierwszego. Był nawet czas, że ojciec musiał pożyczać pieniądze. Pamiętam, jak moja mama kupowała truskawki dla siostrzeńca, a dla mnie już nie, bo on był malutki, bardziej potrzebujący. Ja nie dostałem truskawek, bo były drogie i dla nas dwóch nie starczało. Jak dostałem pierwszą pensję, czułem się wspaniale, chociaż była niewielka. Najpierw pracowałem w sferze budżetowej, potem – oprócz tego – otworzyłem gabinet.

Na co pan wydaje pieniądze?

Dużo jeżdżę po świecie dla przyjemności, kupuję książki i mnóstwo płyt. Mnie się pieniądze nie trzymają, ale nie mam z tym problemu.


Satysfakcja

Pielęgnuję w sobie obszary zadowolenia z życia, niektóre bardziej trwałe, niektóre może mniej, i one dają mi poczucie satysfakcji, zadowolenia.

 

Może pan się nazwać człowiekiem szczęśliwym?

Profesor Tatarkiewicz – mam nadzieję, że jeszcze znany wielu Polakom – napisał Traktat o szczęściu, w którym zawarł wszystkie koncepcje szczęścia i pokazał zróżnicowanie tego pojęcia. Kiedy pytam swoich pacjentów, jak i niepacjentów o pojęcie szczęścia – słyszę różne odpowiedzi. Niektórzy ograniczają je do zadowolenia z życia rodzinnego.

A ja poczucie szczęścia rozumiem jako poczucie satysfakcji, zadowolenia z pewnych obszarów życia. Trudno mi być szczęśliwym (chociaż ta chwila spędzona teraz z panią jest fajna), bo mam świadomość, że na świecie dzieci umierają z głodu, trwają wojny, świat jest pełen niesprawiedliwości. Jestem lekarzem, jeżdżę po wielu szpitalach, widzę umierających, ciężko chorych ludzi, jest bardzo dużo nieszczęścia, biedy. Jak się patrzy na to z takiej makroperspektywy, to trudno mi być szczęśliwym. Natomiast pielęgnuję w sobie te obszary zadowolenia z życia, niektóre bardziej trwałe, niektóre może mniej, i one dają mi poczucie satysfakcji, zadowolenia.

Spełnienia?

Spełnienia ja się trochę boję. Czy lekarz może być spełniony, skoro cały czas pracuje? Kiedy może uznać, że dotarł do szczęśliwego finału, skoro nauka się cały czas rozwija? Ciągle mam jeszcze pewne plany naukowe, więc nie mam poczucia, że coś już definitywnie zakończyłem.

Na pewno odczuwam zadowolenie z rodziny w moim życiu. To daje absolutną radość i poczucie satysfakcji, tym bardziej że dzieci i wnuki są zdrowe, a to też jest bardzo istotne. Dzieci mają dobre zawody, realizują się w pracy.

Jeżeli chodzi o moje życie zawodowe, to po ponad pół wieku pracy mam poczucie, że pomogłem wielu osobom. Może nie wszystkim, którzy szukali u mnie pomocy, ale w każdym razie niektórym pomogłem. Tutaj krótkie à propos. Chirurg ma większą satysfakcję: wycięte, zrosło się, pacjent wyzdrowiał. Seksuolog – też. Pacjent miał zaburzenia erekcji, teraz nie ma. Pacjentka nie miała orgazmu, bolało ją – już nie boli – jest okej. Ale poza seksuologią pracuję jeszcze jako psychiatra. Tutaj z tą satysfakcją bywa różnie, bo u niektórych nie ma powrotu zaburzeń, a u innych jest remisja. Albo z parami w terapii. Na przykład para znika mi z gabinetu i teraz nie wiem – pomogłem czy nie. Później się okazuje, że przeszli do innego terapeuty albo uznali, że już nie ma co kontynuować terapii, bo im się układa dobrze w małżeństwie. I jak tu ocenić swój wkład?

Tak się u mnie składa, że jeżeli mam serię sukcesów, podstaw do zadowolenia, to za chwilę dostaję jakiegoś łupnia. Zawsze mnie to sprowadzi na ziemię. Albo odwrotnie: jak mówię: „do diaska, mam dosyć tego”, przychodzi zaraz niebywałe wzmocnienie. Niedawno miałem taki przypadek. Przyszła do mnie para zmotywowana naszymi książkami o kobiecie i mężczyźnie. Związek trwał dwanaście lat, ale od trzech lat w ogóle nie uprawiali seksu. To powodowało u nich ogromne napięcie, bo ona była chętna, a on cały czas był zdystansowany, agresywny, kąśliwy. Ona przewyższała go witalnością, energią, temperamentem seksualnym. I co pani powie? Jedna sesja załatwiła wszystko! Byli raz, omówiłem z nimi różne rzeczy, przyjechali po raz drugi po trzech tygodniach – i metamorfoza. On się odblokował, wszystkie złe emocje mu puściły. Wrócił seks, wróciła pełna harmonia. Trudno nie mieć satysfakcji, jak po trzech latach wojny przyjeżdża teraz szczęśliwa para, która powiedziała, że chciałaby już tylko podziękować. Tak, czasami mam wiele satysfakcji z roli lekarza.

Jeśli chodzi o spełnienie w sensie naukowym, to są pewne stopnie, tytuły naukowe, które siłą rzeczy świadczą o osiągnięciach. Myślę sobie, że pewne rzeczy mogłem osiągnąć wcześniej, ale byli tacy, którzy mi trochę pobruździli w życiu, więc awans naukowy troszeczkę był spóźniony. Ale zaraz sobie myślę, że gdyby nastąpił wcześniej, może byłbym bardziej narcystyczny? Kto wie?

Cieszę się, że nadal chcą mnie jako nauczyciela akademickiego. Mam satysfakcję z liczby publikacji i tego, że coś ważnego zrobiłem dla seksuologii w Polsce. Pewne rzeczy udało mi się wywalczyć, sporo ludzi wykształciłem. Zwiedziłem kawał świata, widziałem fajne rzeczy, zdrowie mam nie najgorsze. Dziś, gdy z panią rozmawiam, nie cierpię na żadną chorobę. Mam grono przyjaciół, znajomych, całkiem niemałe. Mam z kim się napić wina, spotkać, porozmawiać.

Co będzie później – nie wiadomo.


Żyć tu i teraz

Moja przyszłość to najbliższe tygodnie. Owszem, mam kalendarz i mogę zaznaczyć, że za rok spotykamy się o tej porze. Ale jutro może mnie już nie być: nagła śmierć, albo poczuję się kiepsko i okaże się, że rokowania są złe.

„Nie niepokój się o przyszłość, wstaniesz uzbrojony w ten sam rozum, który zażywasz wobec wypadków bieżących” – to Seneka.

Doświadczenie polega na tym, że przyszłość może nas mniej zaskoczyć. Że już nauczyliśmy się przewidywać bardzo wiele możliwych scenariuszy i dlatego spokojniej traktujemy wizję przyszłości. Doświadczenie jest dobrą rzeczą. Mój kolega, doświadczony chirurg, opowiadał mi, że po jednej z operacji coś go dręczyło, jakiś niepokój. Niby wszystko przebiegło prawidłowo, ale czuł, że jest coś nie tak. Nie dawało mu to spokoju, przyjechał wieczorem na oddział, okazało się, że jednak nastąpiły jakieś powikłania. Udało się uratować pacjenta. Ale to dlatego, że doświadczenie pozwoliło mu przewidzieć niepokojący scenariusz. Podobnie jest w mojej pracy. Rozmawiam z parą, oni mówią: „Hurra, między nami wszystko dobrze, już się dogadujemy!” A ja czuję, że coś jest nie tak, bo już niejednokrotnie widziałem taki entuzjazm, który okazywał się tylko chwilowy. I rzeczywiście, później pojawił się problem. Doświadczenie może kierować naszą postawą w przyszłości.

Jak pan myśli o przyszłości? Myśli pan w ogóle i w jaki sposób?

Staram się żyć w wymiarze tu i teraz. I to jest mój główny wymiar. Moja przyszłość to najbliższe tygodnie. Owszem, mam kalendarz i mogę zaznaczyć, że za rok spotykamy się o tej porze. Ale to jest ogólna wizja, która może się zdarzyć albo nie. Doświadczenie nauczyło mnie, że jutro może mnie już nie być: nagła śmierć, albo poczuję się źle i okaże się, że rokowania są złe. Ale może tak nie będzie? Tylko że ja tego nie wiem.

Starzy mistrzowie zen mówią: każdego dnia żyj tak, jakbyś miał umrzeć następnego. To dobra perspektywa?

Bardzo dobra. Dlatego dzisiaj po przyjęciu pacjentów będę słuchał z prawdziwą przyjemnością nowej płyty, którą sobie kupiłem. Bo czy jutro na pewno będę mógł jej wysłuchać?


Przyjaciele

Ludzie są złaknieni przyjaźni. Jesteśmy istotami na tyle społecznymi, że tego potrzebujemy.

Relacje – one dają nam szczęście. Bardzo dobre przyjaźnie świetnie na nas działają, natomiast kiepskie – mocno nas osłabiają, także w sensie zdrowotnym. Ma pan dobrych przyjaciół?

Mam. Grono przyjaciół jest niesłychanie ważne. Moi przyjaciele są różni, mają wykształcenie od Sasa do Lasa. Inżynierowie, prawnicy, ekonomiści. O sprawach zawodowych specjalnie nie mówimy. My się spotykamy dla nas. Tańczymy, rozmawiamy, jedni opowiadają o swoich ulubionych Mazurach, o łodziach. Rozmawiamy sobie ciepło o naszych planach urlopowych, jak się w ogóle czujemy, jakie oglądaliśmy ciekawe filmy. Organizujemy wycieczki do kina, do teatru, na różne premiery. Poglądy mamy podobne, nie wchodzimy za bardzo w politykę, bo nie ma się co denerwować. Tak żyjemy. Siadamy przy winie, rozmawiamy, daje to pełnię odprężenia. Nic od siebie nie wymagamy. Jest luz – to niesłychanie istotne. Można siedzieć i rozmawiać, ale można też nie robić nic.

W gronie przyjaciół nie trzeba udawać.

Nie, nic nie muszę, mogę być w pełni sobą. Oni znają moje upodobania, chociażby takie drobiazgi, że dość późno jadam, więc zostawiają mi zawsze trochę pieczystego, kiedy przyjadę na spotkanie, a wszyscy już dawno po kolacji.

Jednym z elementów zdrowia psychicznego i w ogóle całego zdrowia jest oparcie w grupie. Wszystkie badania mówią, że ludzie mający oparcie w grupie są zdrowsi fizycznie i psychicznie. Mają poczucie przynależności. Poza tym jest jeszcze jedna mało doceniana rzecz. Wszyscy się starzejemy. Pewnego dnia będziemy na emeryturach, potem staniemy się bardzo starzy. Wie pani, jak wielkie oparcie stanowią wówczas przyjaciele? Jeden drugiemu pomoże pójść na spacer, a potem gdzieś usiądziemy i będziemy rozmawiać o dawnych dobrych czasach. To bardzo ważne, żeby na starość nie być samemu.

Jak powstały pana przyjaźnie?

Zaczęło się wszystko ponad trzydzieści lat temu w Zieleńcu na nartach. Pracowałem wtedy między innymi na AWF-ie. Tam był uczelniany ośrodek, do którego się jeździło z dziećmi. Przyjeżdżali tam też inni ludzie z dziećmi w podobnym wieku. Zaznajomiliśmy się z nimi, a później niektóre z tych osób w naturalny sposób okazały się nam bliższe. Oni mieli jeszcze swoich przyjaciół i stopniowo grupa się powiększała i scementowała. Teraz to czterdzieści osób, z którymi utrzymuję stały kontakt. Jest to grupa taneczno-rozrywkowa i od początku roku mieliśmy co najmniej osiem imprez, a jest dopiero czerwiec…

Taniec was łączy?

Też, ale przede wszystkim zażyłość, tolerancja, akceptacja takimi, jacy jesteśmy. Łączy nas to, że jesteśmy oswojeni, znamy się tyle lat, możemy być naturalni, jesteśmy sobą. Łączy nas upodobanie do wina i właśnie do zabawy, do tańczenia. Ale bez przymusu – każdy robi to, na co ma ochotę. Jak ktoś na przykład jest senny, to przychodzi na spotkanie i zasypia w fotelu. Jak jest jakiś mecz, to jedni oglądają, a inni tańczą. Od samego początku tańczyliśmy, a ja od wielu lat pełnię rolę didżeja. Nie ma wśród nas smutasów, wszyscy są temperamentni, pogodni, zabawowi, pracowici. Co ciekawe: były próby wprowadzenia do naszej grupy jeszcze innych znajomych, ale się nie powiodły. Nie mieliśmy nic przeciwko temu, żeby przyjąć jeszcze kilkanaście osób, ale nie zgraliśmy się. Zadecydowała o tym wypadkowa osobowości – my po prostu byliśmy do siebie bardziej podobni niż ci z zewnątrz. Po czesku taka grupa nazywa się „skupina”. I tej naszej skupiny nie dało się połączyć z żadną inną.

I czuje pan się w tym gronie szczęśliwy? Lubiany, akceptowany?

Znają moje przywary, ale je też akceptują.

Czy pan uważa, że to, co was łączy, to jest coś wyjątkowego? Czterdzieści osób to jednak jest dużo.

Tak, to na pewno coś wyjątkowego. W końcu zajmuję się życiem ludzi od kilkudziesięciu lat i znam różne grupy towarzyskie. Z reguły pacjentów zawsze pytam o ich tło społeczne. Zwykle to są niewielkie grupy, które łączą grill i picie. Albo żeglarstwo, albo posiadanie kamperów i wyjazdy za granicę. A my tańczymy. I to jest wyjątkowe w kategoriach życia społecznego.

Zastanawiał się pan nad tym, dlaczego akurat w tym miejscu i w tym czasie zeszliście się razem?

Przypadek? Tak, mam wrażenie, że po prostu przypadek. Tak nieraz bywa, że ludzie jadą pociągiem i z takiego przypadkowego spotkania powstaje przyjaźń. Tak samo stało się z moją grupą. Poza tym ludzie lubiący sport, tańce, muzykę są na ogół bardziej otwarci niż przeciętnie. To jest na pewno czynnik sprzyjający.

Jest pan z kimś z tej grupy bardziej lub mniej zaprzyjaźniony?

Jest taka minigrupa dziesięciu osób, które mieszkają blisko siebie i blisko mnie. Trudno, żeby co tydzień robić wspólną dużą imprezę, ale tu na miejscu, raz w tygodniu możemy sobie usiąść, obejrzeć razem ciekawy film, posłuchać koncertu, raz u mnie, innym razem u nich. W tej minigrupie spotykamy się częściej, a z całą grupą – kilkanaście razy w roku. Na ogół spędzamy też razem sylwestry, wyjeżdżamy na narty. Nawet można by stworzyć partię polityczną, zaczątek jest. Jeszcze znajomi znajomych i szybko moglibyśmy dobić do tysiąca osób.

Może pan powiedzieć: „Polegam na nich, wiem, że oddaliby mi swoją ostatnią koszulę”?

Tak, zdecydowanie. Oddaję im klucze od domu, kiedy wyjeżdżam. Czasami kogoś z grupy dopadają choroby, operacje, wtedy zaraz telefony się urywają ze wszystkich stron. Organizujemy się, pomagamy. Jeżeli ktoś z naszej grupy leży w szpitalu, zaraz panie z zupami jadą, żeby go podkarmić. Podkarmią, książkę przywiozą, posiedzą, pogadają. A to nie jest ważne?

 

Cieszę się, że oni są i że ja jestem w tej grupie, ale to nie tak, że daje mi to poczucie jakiejś ważności. Jesteśmy równi, mamy prawników, ekonomistów, biznesmenów, emerytów. Jest profesor belwederski, który nigdy tego nie eksponował, chyba dwa razy z nim rozmawiałem na typowo naukowe tematy. Olśnił mnie swoją erudycją. Ale w naszej grupie panuje pełna demokracja, zasada równości. Nie ma lidera.

Jakie macie przyjacielskie rytuały?

Spotykamy się w domach, ale i na mieście w wynajętych lokalach, restauracjach. Przy winie luźno sobie gadamy, każdy z tym, z którym ma potrzebę. Przez dwie godziny jest gadanie. Nieraz robią się podgrupki, bo ci, którzy mieszkają obok siebie, nie muszą ze sobą rozmawiać, więc kontaktują się z tymi, których nie widzieli dłużej. Potem jest szwedzki stół, bierzemy sobie coś do jedzenia i siadamy w podgrupach. A po dwóch godzinach pada hasło do tańca. Już muzyka leci, idziemy na parkiet i zabawa taneczna trwa kilka godzin. Jedni tańczą więcej, drudzy mniej, wracają do stołów, zmieniają się partnerami, znowu tańczymy, rozmawiamy.

Kiedyś tańce trwały i całą noc, teraz mniej więcej do 1, 1.30 w nocy. Wracam do domu senny, ale czuję, że to było fajne spotkanie, pełne dobrej przyjacielskiej energii. Potem do kalendarza wpisuję kolejne terminy.

Nigdy się nie nudzi? Znowu tańce, znowu ci sami ludzie...?

Nie, to nie jest tak. W naszym życiu stale się coś dzieje. A to dzieci gdzieś wyjechały, zdały egzaminy, mają sukcesy albo problemy. Nasi przywódcy też nie dają o sobie zapomnieć, więc też jest o czym rozmawiać. Ktoś ma jakieś plany, o których opowiada, obejrzał dobry film, przeczytał ciekawą książkę. Nigdy nie mam poczucia, że nie będzie o czym rozmawiać. No i ciągle tańczymy przy innej muzyce. Moja w tym głowa, żeby się składanki nie powtarzały! Stale coś nowego dodaję albo puszczam stare przeboje w nowej aranżacji.

Często wyjeżdżamy razem na Mazury, przyjaciele goszczą wszystkich w swoich domach. Czasami po prostu nic nie robimy przez cały dzień. Wstajemy rano, ładnie się ubieramy (żaden wyciągnięty dres!), siadamy na zewnątrz i kontemplujemy przyrodę. Lubię tam jeździć latem, popływać łódką, pokąpać się, poleżeć sobie na słońcu gdzieś w jakiejś zatoczce.

I tańce też są?

Tak, wieczorem kolacja, niestety nie o północy, ale muszę to przełknąć, czyli gdzieś tak o dziewiętnastej, około dwudziestej puszczam zwykle muzykę i zaczynają się pląsy. Jak jest ładna pogoda, to tak wyglądają nasze mazurskie spotkania prawie dzień w dzień.

Odgrażam się, że napiszę o naszej grupie książkę à la Folwark zwierzęcy, tylko oczywiście o zupełnie innej treści. Wszystkich moich przyjaciół zaczaruję w zwierzęta.

A pan jakim jest zwierzęciem?

Wiadomo. Każda postać będzie uzwierzęcona, odpowiednio scharakteryzowana. Będą musieli mieć klucz, żeby siebie znaleźć, ale chyba nie będzie problemów.

Już pan zaczął?

Nie, zacznę, kiedy pójdę na emeryturę. I dlatego mnie popędzają. Wiadomo, że jak się do tego zabiorę, to będę trochę złośliwy – lekka ironia i przytyki charakterologiczne. W naszej grupie jest ktoś, kto nagle uznał, że ma dar Pavarottiego, a na gitarze gra jak Clapton. A prawda jest taka, że trochę rzępoli i trochę śpiewa. Już sobie wyobrażam, że jest polana, pełnia księżyca, zwierzęta się zeszły, a on daje koncert.

A jakim pan jest przyjacielem?

To oni musieliby powiedzieć.

Ale jak pan o sobie myśli?

Jestem bardzo dyskretny. Znam tajemnice części z nich, bo zwierzali mi się z różnych spraw osobistych, ale nigdy ich nie zdradzę, zawsze mogą na mnie liczyć. Poza tym, kiedy jest potrzeba załatwienia czegoś, konsultacji, to im służę. Edukowałem seksualnie ich dzieci. Na naszych wyjazdach robiłem edukację zbiorową. Rozmawialiśmy, zadawałem im pytania, one mnie. Rodzice byli zadowoleni, dzieci zresztą do tej pory miło wspominają te spotkania ze mną.

Czy były takie przyjaźnie, które nie przetrwały?

Pewna zaprzyjaźniona para przeżywała kryzys małżeński. Próbowałem być ich terapeutą. Nie za bardzo mi to wyszło. Później byli z dala od siebie, ale jak się zeszli, odsunęli się od grupy. Może dlatego, że ich kryzys był widoczny dla nas wszystkich? Ale jak na tyle lat zażyłości to całkiem niezły wynik. Ta nasza liczna grupa to jednak socjologiczny fenomen.

Czy przyjaźń wymaga pracy?

Nie sądzę, żeby nad przyjaźnią trzeba było jakoś specjalnie pracować czy ją umacniać. Przyjaźń po prostu jest. Trzeba mieć czas na relacje, spotykać się. Potem to trochę idzie rozpędem. Sądzę, że ludzie są złaknieni przyjaźni. Jesteśmy istotami na tyle społecznymi, że tego potrzebujemy. Przypuszczam, że gdybym wyjechał na kilka lat za granicę i utrzymywał kontakt telefoniczny, to po powrocie byłoby jak zawsze.

Zaczęlibyście rozmowę w tym momencie, w którym ją przerwaliście?

Pewnie tak by było. Rzeczywiście, mam szczęście, że akurat w takiej grupie się spotkaliśmy, że w takiej grupie jestem. To jest duża sprawa, bo to rzadko spotykane. Trzeba mieć trochę szczęścia, żeby trafić na tylu podobnych sobie ludzi.

Myśli pan o swoich przyjaciołach na co dzień?

Myślę. O tych, którzy na zawsze odeszli z naszej grupy – także. Mam poczucie bycia z nimi. Jak się spotykamy, to tamtych nieżyjących widzę wśród nas. Chociaż życie toczy się dalej, ja wciąż czuję ich obecność.

Lepiej mieć czterdziestu przyjaciół czy czterech?

Nie kategoryzowałbym. Znam osoby, które w małej grupie też się dobrze czują. Mówimy oczywiście o przyjaźniach, a nie o znajomych, bo to jest zupełnie inna kategoria. Układy koleżeńskie, znajomi, przyjaciele – to są różne, zupełnie inne relacje. Przyjaźń jest bardziej bezinteresowna od relacji tamtego rodzaju.


To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?