A propos niczego. Autobiografia

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
A propos niczego. Autobiografia
A propos niczego. Autobiografia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,80  63,84 
A propos niczego. Autobiografia
A propos niczego. Autobiografia
Audiobook
Czyta Artur Barciś
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zatem uczy­łem się, jak zostać sce­na­rzy­stą, a to ozna­czało sie­dze­nie przy maszy­nie od dzie­wią­tej rano i ciężką, nawet męczącą robotę i prze­róbki do szó­stej wie­czo­rem. Inni wielcy kome­diowi auto­rzy, z któ­rymi póź­niej pisa­łem, nie pra­co­wali w ten spo­sób, ale to były moje pod­stawy i jestem zado­wo­lony z tego, że prze­sze­dłem twardą szkołę. Zaprzy­jaź­ni­łem się z niektó­rymi star­szymi sce­na­rzy­stami, a oni mnie lubili, bo cho­ciaż mia­łem pewien talent, to oka­zy­wa­łem im wielki sza­cu­nek (który czu­łem) i żaden z nich nie przyj­mo­wał postawy rywa­li­za­cyj­nej, a jedy­nie zapew­niał pomoc i wspar­cie. Kiedy tam byłem, zna­la­złem się pod uro­kiem roman­tycz­nej atmos­fery Hol­ly­wood. Wtedy zosta­li­śmy już prze­nie­sieni do Hol­ly­wood Hawa­iian Hotel, do uro­czego apar­ta­mentu z kuch­nią, w któ­rym mia­łem osobną sypial­nię. Hotel miał dzie­dzi­niec z base­nem, nad któ­rym wysia­dy­wali wszy­scy sce­na­rzy­ści i komicy, i były palmy i kojące noce, no i oczy­wi­ście dniówki.

Chcia­łem dzie­lić to z Har­lene, więc zasu­ge­ro­wa­łem, żeby przy­le­ciała tutaj i mnie poślu­biła. Wła­śnie skoń­czyła szkołę śred­nią, miała sie­dem­na­ście lat. Ja dwa­dzie­ścia. Omó­wiła to ze swo­imi rodzi­cami, któ­rzy powie­dzieli, że może zro­bić, co zechce. Jej sta­rzy byli cudow­nymi ludźmi, ogrom­nie prze­wyż­sza­ją­cymi moich rodzi­ców, któ­rzy w porów­na­niu z nimi byli o dzie­sięć decy­beli gło­śniejsi. Rose­no­wie żyli w dostatku, nie kłó­cili się cały czas, byli wykształ­ceni, obyci w świe­cie i mieli ładny dom. Przy nich moi rodzice byli jaski­niow­cami, któ­rzy wycho­wali mnie na czło­wieka kro­ma­nioń­skiego, i rodzice Har­lene ni­gdy nie powinni byli pozwo­lić jej wyjść za mnie za mąż. To prawda, zapo­wia­da­łem się obie­cu­jąco w swo­jej dzie­dzi­nie, ale jako czło­wiek nie przed­sta­wia­łem sobą wiele. Na­dal byłem głupi (to jak z jazdą na rowe­rze – ni­gdy tego nie zapo­mi­nasz), nie­okrze­sany, neu­ro­tyczny, cał­ko­wi­cie nie­przy­go­to­wany do mał­żeń­stwa, byłem emo­cjo­nal­nym popa­prań­cem od szes­na­stego roku życia jadą­cym siłą roz­pędu na tym, co Noël Coward nazy­wał „talen­tem do roz­śmie­sza­nia”.

Kiedy Har­lene rze­czy­wi­ście przy­le­ciała i się pobra­li­śmy, słowa „biorę cie­bie za żonę” zabrzmiały tak, jakby zostały wypo­wie­dziane w kabi­nie pogło­so­wej na wzór Orsona Wel­lesa mówią­cego „Różyczka”. Odbyło się to jed­nak w salo­nie rabina (ukłon w stronę jej rodzi­ców), a ja wyobra­zi­łem sobie zatrza­sku­jące się przed moim życiem drzwi skarbca. Krypty. Tak, kocha­łem Har­lene, ale nie mia­łem poję­cia, czym jest miłość, czego się spo­dzie­wać, czego się nie spo­dzie­wać, co jest potrzebne. To, co nastą­piło, było kosz­ma­rem dla nas obojga, ale to moja wina. Cho­ciaż Har­lene była nie­do­świad­czona, chciała coś z tym zro­bić i oka­zała się więk­szym czło­wie­kiem, miała lep­sze zasoby oso­bi­ste. Ja żało­śnie zawio­dłem, uniesz­czę­śli­wia­jąc ją tym. Przed­sta­wię wam ten smutny obraz. Oboje to prze­ży­li­śmy, ale pozwól­cie, że zabiorę was wstecz, w czasy począt­ko­wych mał­żeń­skich cier­pień. Dwoje bar­dzo mło­dych ludzi, ona w przed­dzień pój­ścia na stu­dia, ja zara­biam dosyć, żeby nas oboje utrzy­mać, pro­gram roz­woju sce­na­rzy­stów zaczyna robić bokami, jego sze­regi się prze­rze­dzają, gdy kole­sie są z niego usu­wani. Wra­camy do Nowego Jorku, gdy Col­gate Comedy Hour po cichu umiera.

Wynaj­mu­jemy miesz­ka­nie. Róg Park Ave­nue i Sześć­dzie­sią­tej Pierw­szej Ulicy. Oczy­wi­ście ja natych­miast ciążę ku Upper East Side; ku wszyst­kim tym fil­mo­wym pen­thous’om. Tyle że nie miesz­kamy w pen­thousie. To maleń­kie jed­no­po­ko­jowe miesz­ka­nie, naprawdę jedno pomiesz­cze­nie. Ten malutki pro­sto­kąt kosz­tuje mnie sto dwa­dzie­ścia pięć dolców mie­sięcz­nie, a ponie­waż żadne z nas nie miało doświad­cze­nia, nie dotarło do nas, że ponie­waż jest to pierw­sze miesz­ka­nie w kamie­nicy, przy­le­ga­jące do bramy wej­ścio­wej, wypo­sa­żo­nej w panel z przy­ci­skami wszyst­kich dzwon­ków, to za każ­dym razem, gdy ktoś przy­cho­dzi i dzwoni, reak­cja na to gło­śne elek­tryczne brzę­cze­nie roz­brzmiewa w miesz­ka­niu niczym sil­nik zabur­towy Evin­rude. W naszym małym jedy­nym pokoju mie­li­śmy wer­salkę, kuchenny stół z czte­rema krze­słami, regał na książki, tele­wi­zor, pia­nino, wygodny fotel zwró­cony do wer­salki, kilka lamp i sto­lik z wiel­kim magne­to­fo­nem. Moja maszyna do pisa­nia stoi na kuchen­nym stole, bo tam pra­cuję.

Bar­dzo chciał­bym móc powie­dzieć, że byli­śmy stło­czeni jak w skła­dziku Fib­bera McGee, biedni, ale szczę­śliwi, lecz w tam­tych cza­sach nie było nam wesoło. Korzystne było to, że zapew­nia­łem Har­lene naukę w col­lege’u. Cho­dziła do Hun­ter, zale­d­wie sześć prze­cznic dalej, i codzien­nie odpro­wa­dza­łem ją na uczel­nię, zanim pogrą­ży­łem się w pracy. Byłem bar­dzo zado­wo­lony, kiedy Har­lene nie było, gdyż nie zga­dza­li­śmy się w żad­nej kwe­stii, nie byli­śmy także zdolni pójść na choćby jeden kom­pro­mis i wal­czy­li­śmy ze sobą jak płatni zabójcy w woj­nie castel­lam­ma­ryj­skiej. Byłem kapry­śny, nie­szczę­śliwy i nie­przy­jemny wobec jej miłych rodzi­ców tylko dla­tego, że byłem wstrętną świ­nią. Nie mogłem znieść przy­ja­ciół żony. Dzia­ła­łem jej na nerwy swoim nie­ustan­nym, ponu­rym nie­za­do­wo­le­niem. Zaczą­łem czę­sto mie­wać mdło­ści, zwy­kle w środku nocy. Przy­pi­sy­wa­łem je albo śmier­tel­nej cho­ro­bie, albo kuchni Har­lene, ale doroczne bada­nie lekar­skie ujaw­niło, że cie­szę się dobrym zdro­wiem, a nocne mdło­ści poja­wiały się nawet wtedy, kiedy jada­li­śmy poza domem. Zdaję sobie teraz sprawę, w jakim stop­niu było to przy­pad­kowe. Trze­cia nad ranem, wstaję z nie­zno­śnymi nud­no­ściami. Dzwo­nimy na pogo­to­wie, które przy­syła jed­nego z tych ano­ni­mo­wych, pra­cu­ją­cych na wła­sny rachu­nek leka­rzy z cało­noc­nego dyżuru. Wcho­dzi nie­zna­jomy. Robi mi zastrzyk. Mdło­ści ustę­pują. Zasy­piam. Ten wzór czę­sto się powta­rza. Dopiero kiedy pod­da­łem się psy­cho­ana­li­zie, ostat­niej desce ratunku w moim nie­koń­czą­cym się cier­pie­niu, zdia­gno­zo­wano pod­łoże psy­chiczne tych nud­no­ści i nie­długo po roz­po­czę­ciu tera­pii zosta­łem cał­ko­wi­cie ule­czony z ata­ków. Jeśli kozet­kowa psy­cho­ana­liza nie uczy­niła dla mnie nic wię­cej (a nie uczy­niła), to i tak było warto.

Jakoś mniej wię­cej w tam­tym okre­sie przy­szedł list. Czu­łem, że to może być ta oferta od Boba Hope’a, która ni­gdy się nie zma­te­ria­li­zo­wała. List od nie­zna­nego nadawcy to eks­cy­tu­jące wyda­rze­nie i nie mogłem się docze­kać, żeby go otwo­rzyć. Oka­zało się, że to zawia­do­mie­nie o pobo­rze. Cóż, może­cie sobie wyobra­zić moje zasko­cze­nie i eks­cy­ta­cję. Naresz­cie oka­zja zamiesz­ka­nia w kosza­rach, bra­nia prysz­nica z paru­dzie­się­cioma obcymi męż­czy­znami, dzie­le­nia łazienki z face­tami o ksyw­kach Ala­bama i Tek­sas, wśród któ­rych ja był­bym Bro­okly­nem. Zry­wać się z łóżka o pią­tej trzy­dzie­ści, odby­wać musz­trę przez cały dzień, odbie­rać roz­kazy od ogo­lo­nego na jeża nean­der­tal­czyka o mózgu wiel­ko­ści sta­łej Plancka. A wyży­wie­nie! Wresz­cie wyzwo­lony od nowo­jor­skich ste­ków, homa­rów i bur­ge­rów z Twenty-One oraz mojego Reu­ben’s Spe­cial. Już nie będzie wię­cej kur­cza­ków gene­rała Tso, tylko kur­czaki gene­rała McAr­thura. Albo coś podob­nego, co ser­wują w woj­sku na sucha­rze. Oczy­wi­ście pra­gną­łem tego zaznać. Sie­dzieć w ści­sku i cier­pieć na cho­robę mor­ską, kiedy moja barka desan­towa będzie pruła do brzegu, po czym wylą­duję na nim pod nawałą ognia nie­przy­ja­ciel­skich kara­bi­nów maszy­no­wych. Rany, szpi­tal, Harold Rus­sell. Oto moja szansa na zosta­nie boha­te­rem, otrzy­ma­nie Medalu Honoru, czer­pa­nie dumy ze służby.

Szybko skon­tak­to­wa­łem się ze wszyst­kimi leka­rzami, któ­rych zna­łem, bła­ga­jąc ich o zaświad­cze­nia i twier­dząc, że jestem fizycz­nie nie­peł­no­sprawny. W dniu bada­nia zja­wi­łem się na komi­sji woj­sko­wej z teczką pełną alibi stwier­dza­ją­cych, że jestem kale­kim osob­ni­kiem, któ­remu zaleca się odpo­czy­nek w łóżku. Pła­sko­sto­pie, astma, słaby wzrok, pęche­rzyk żół­ciowy, aler­gie, skrzy­wie­nie krę­go­słupa, prze­pu­klina prze­łyku, zerwany pas rota­cyjny barku, zwy­rod­nie­nie stawu bar­ko­wego, zawroty głowy, zespół Ali­cji w Kra­inie Cza­rów. Wszystko pod­stem­plo­wane przez bada­ją­cych mnie leka­rzy: „Brak obja­wów”. Aż do ostat­niej roz­mowy z psy­chia­trą, któ­remu przed­ło­ży­łem zaświad­cze­nia o mojej psy­cho­pa­to­lo­gii pocho­dzące od wszel­kich moż­li­wych osób, od mojego tera­peuty do ostat­niego tak­sów­ka­rza, z któ­rym jecha­łem. Sytu­acja wyglą­dała tak, że mam pewną kate­go­rię A. Bada­jący mnie lekarz kazał mi wycią­gnąć dłoń. Zro­bi­łem to, a ręka była pewna i nie drżała. Potem zapy­tał: „Zawsze pan obgryza paznok­cie?”. Nie byłem namięt­nym obgry­za­czem paznokci, ale przyzna­łem, że to mój nałóg. Obej­rzał sta­ran­nie koniuszki pal­ców i przy­bił pie­czątkę E. Odrzu­cony przez armię, bo obgry­za­łem pazury. To było naj­waż­niej­sze? I jak pomyślne dla reszty żoł­nie­rzy, któ­rzy dzie­li­liby ze mną barak. Teraz nie będą musieli prze­by­wać obok faceta, który pod­czas zasy­pia­nia szlo­cha i tuli małego plu­szo­wego misia. Na nale­ga­nia żony zre­zy­gno­wa­łem z obgry­za­nia paznokci i od tam­tej pory zastą­pi­łem ten obrzy­dliwy zwy­czaj bar­dziej spo­łecz­nie akcep­to­walną kopro­la­lią.

Ponure dni nie­szczę­śli­wego mał­żeń­stwa pły­nęły przed sie­bie. Minęła zima i poza ogłu­sza­ją­cym hukiem, który obu­dził nas w środku nocy, nie wyda­rzyło się nic god­nego uwagi. Strasz­liwy dźwięk spo­wo­do­wał loka­tor sąsied­niej wiel­kiej kamie­nicy przy Park Ave­nue 525, który popeł­nił samo­bój­stwo, wysko­czyw­szy z okna i wylą­do­waw­szy w wąskim zaułku pomię­dzy naszymi budyn­kami. Miejmy nadzieję, że nie usły­szy­cie ni­gdy samo­bójcy spa­da­ją­cego na tro­tuar, ale uwierz­cie mi na słowo, że to jest dużo gło­śniej­sze, niż­by­ście sądzili.

 

Przy­szło lato i teraz opo­wiem tro­chę o Tami­ment. Był to letni ośro­dek wypo­czyn­kowy w Pen­syl­wa­nii, dys­po­nu­jący teatrem, któ­rego zespół wysta­wiał co tydzień bar­dzo pro­fe­sjo­nalne rewie. Kostiumy, tan­ce­rze, śpie­wacy, ske­cze, sceny zbio­rowe. Pier­wotne przed­sta­wie­nie Once Upon a Mat­tress zostało wysta­wione wła­śnie tam przez ludzi z teatru let­niego. Max Lieb­man, Danny i Doc Simo­no­wie, Sid Caesar, Mel Bro­oks, Joe Day­ton, Danny Kaye. To wszystko byli wete­rani. To był róg obfi­to­ści począt­ku­ją­cych talen­tów, sce­na­rzy­stów kome­dio­wych, auto­rów pio­se­nek, reży­se­rów, kostiu­mo­lo­gów i sce­no­gra­fów; wszy­scy tam zaczy­nali i poro­bili wiel­kie kariery. Była tam pełna orkie­stra sym­fo­niczna, zło­żona z fan­ta­stycz­nych muzy­ków i dys­po­nu­jąca pierw­szo­rzęd­nymi aran­że­rami. Danny Simon nakła­niał mnie do spę­dze­nia tam kilku sezo­nów let­nich, tak jak robili to on i Doc. Czuł stałą pre­sję, żeby napi­sać jeden czy dwa ske­cze tygo­dniowo, które natych­miast pod­dano by pró­bom, a wyko­na­nie ich, na dobre i na złe, w sobot­nie i nie­dzielne wie­czory było doświad­cze­niem życio­wym jedy­nym w swoim rodzaju. Oglą­da­nie tek­stu przed­sta­wio­nego na żywo, widok reak­cji publicz­no­ści; być albo nie być co tydzień przez dzie­sięć tygo­dni. A wisienką na tor­cie było to, że wraz z upły­wem lata zgro­ma­dził­bym nada­jące się do ode­gra­nia ske­cze, które póź­niej mogłyby być wyko­ny­wane w broad­way­ow­skich rewiach.

Odkąd wró­ci­łem do Nowego Jorku, ktoś zawsze pró­bo­wał wysta­wić rewię na Broad­wayu. New Faces były wiel­kim hitem i każdy w mie­ście, z pio­senką albo ske­czem w szu­fla­dzie, chciał mieć rewię. Zapa­leni i uzdol­nieni mło­dzi ludzie spo­ty­kali się z zapa­lo­nymi pro­du­cen­tami w takim czy innym apar­ta­men­cie na Upper West Side i bęb­nili na for­te­pia­nie saty­ryczne i miło­sne pio­senki, auto­rzy kome­diowi czy­tali swoje ske­cze ku ucie­sze obec­nych i zadzierz­gi­wano przy­sięgi krwi, żeby wysta­wić rewię. Na Boga, tym razem się uda! Znam spon­sora z Tek­sasu, z Flo­rydy, Argen­tyń­czyka, który ma fioła na punk­cie ame­ry­kań­skiego teatru. Pra­wie żadna z tych rewii nie ujrzała świa­tła dnia. Te nie­liczne, które ujrzały, zwy­kle zdy­chały jak psy. Dostar­czy­łem trzy ske­cze do fatal­nej kata­strofy zaty­tu­ło­wa­nej From A to Z, z Her­mione Gin­gold w roli głów­nej. Przy wszyst­kich trzech nume­rach publicz­ność w Tami­ment skrę­cała się ze śmie­chu. Pierw­szy był o dwóch face­tach, któ­rzy idą na przy­ję­cie, gdzie wszyst­kie dziew­czyny są sobo­wtó­rami Gro­ucho Marxa. Skecz nie roz­ba­wił komer­cyj­nych broad­way­ow­skich kry­ty­ków, cho­ciaż Ken Tynan, piszący dla „New Yor­kera”, uznał go za komiczny. W dru­gim kawałku, pod tytu­łem „Broń psy­cho­lo­giczna”, żoł­nie­rze na polu walki bili się psy­cho­lo­gicz­nie. „Jesteś za niski – za niski, i matka ni­gdy cię nie kochała”. Macie pogląd. Szedł cał­kiem dobrze. Trzeci doty­czył gene­rała z Cape Cana­ve­ral, który tele­fo­nuje do bur­mi­strza Nowego Jorku, żeby przy­go­to­wać go na fakt, że testo­wana przez nich rakieta jądrowa zeszła z kursu i zmie­rza w stronę jego mia­sta. „Oto, dla­czego dzwo­nię, panie bur­mi­strzu, i pro­szę się posta­rać nie zacho­wy­wać jak dziecko…”

Skecz z Gro­uchem i „Broń psy­cho­lo­giczna” stały się sze­roko znane. Numer o poci­sku lecą­cym do Nowego Jorku, który w Tami­ment wpra­wił ludzi w kon­wul­sje, nawet nie wywo­łał skrzy­wie­nia ust u choćby jed­nego widza. Nie wiem dla­czego. Może cho­dziło o to, że przed pre­mierą przed­sta­wie­nie było poka­zy­wane w Con­nec­ti­cut i w Fila­del­fii, a publicz­ność nie uznała trud­nego poło­że­nia za śmieszne, gdyż Nowy Jork nie był ich rodzin­nym mia­stem. Ni­gdy nie wia­domo, dla­czego ludzie się nie śmieją z rze­czy, które twoim zda­niem powinni uwiel­biać. To nie jest nauka ści­sła.

Zatem Har­lene i ja spę­dzi­li­śmy lato w Tami­ment, gdzie pisa­łem ske­cze, które dobrze się spraw­dzały. Innym auto­rem ske­czów był David Panich, dzi­waczny i bły­sko­tliwy osob­nik, któ­remu wiele zawdzię­czam. Był dzie­sięć lat ode mnie star­szy, osza­ła­mia­jąco inte­li­gentny, ogromny eru­dyta, który potra­fił ryso­wać z pre­cy­zją Dürera czy Dalego. Pisał wier­sze, wszystko czy­tał i grał na pia­ni­nie boogie-woogie. Nie­na­wi­dził nowo­cze­snego jazzu, ale obra­cał się wśród naj­więk­szych współ­cze­snych gigan­tów tej muzyki, Monka, Milesa, i miał romans z żoną Char­liego Par­kera. Był uzdol­nio­nym rzeź­bia­rzem, który wyko­nał słynny rzeź­biony gryf kon­tra­basu Char­liego Min­gusa. Wejść do jego apar­ta­mentu na Roose­velt Island to jak wkro­czyć na pokład statku kosmicz­nego: ultra­no­wo­cze­sny, z jego obra­zami na ścia­nach, tematy zawsze cho­ro­bliwe, jak jego poezja. Zara­biał jako nauczy­ciel w Har­le­mie i był dosyć rasi­stow­sko nasta­wiony do czar­no­skó­rych, cho­ciaż wszy­scy jego ucznio­wie go uwiel­biali, a on zabie­rał ich do muzeów i do restau­ra­cji, zawsze za wła­sne pie­nią­dze, i do swo­jego domu. Paro­dio­wał ich w obraź­liwy spo­sób. Był kie­dyś w zakła­dzie dla psy­chicz­nie cho­rych, w kafta­nie bez­pie­czeń­stwa, i fascy­no­wały mnie jego opo­wie­ści o tym, jakie to było okropne, kiedy przy­cho­dzili po niego, żeby pod­dać go elek­trow­strzą­som, co było sto­so­waną wów­czas okrutną tera­pią. Spę­dził sporo czasu na Washing­ton Bridge, cho­dząc i zasta­na­wia­jąc się, czy sko­czyć. Wszedł na dach swo­jego apar­ta­men­towca, żeby pluć na ludzi. Jego jedyni dalsi krewni w Nowym Jorku wysłali go do szpi­tala. Z początku się zgo­dził, a potem spa­ni­ko­wał, kiedy pie­lę­gnia­rze pro­wa­dzili go dłu­gim kory­ta­rzem. Stał się agre­sywny. Kaftan, elek­trow­strząsy. A wszystko z powodu kobiety, romansu z tą jedyną, którą uwa­żał za ideał, a ona, po pew­nym cza­sie, jaki ze sobą spę­dzili, rzu­ciła go dla pew­nej kobiety.

Jesz­cze zanim mari­hu­ana stała się bana­łem klasy śred­niej, był czę­sto na haju. Jego dilerką była czar­no­skóra kobieta z Har­lemu imie­niem Hazel. W tam­tych cza­sach wiele ryzy­ko­wał, wię­zie­nie i utratę prawa do naucza­nia. Był użyt­kow­ni­kiem, nie dile­rem, ale na haju łatwo się śmiał i był dla mnie wspa­niałą publicz­no­ścią. Otwo­rzył mi oczy na to, jaki wspa­niały jest S.J. Perel­man, prze­wyż­sza­jący wszyst­kie inne zabawne umy­sły, aksjo­mat, któ­rego trzy­mam się po dziś dzień. Zmu­sił mnie do posze­rze­nia słow­nic­twa. Czę­sto roz­ma­wia­li­śmy o kobie­tach. Czcił je, ale ich nie lubił. Ja byłem nie­szczę­śli­wym mło­dym żon­ko­siem zabie­ga­ją­cym o to, żeby jego mał­żeń­stwo funk­cjo­no­wało. „Odejdź” – radził mi, zacią­ga­jąc się mocno skrę­tem, kiedy na brzegu jeziora w Camp Tami­ment gawę­dzi­li­śmy póź­nymi popo­łu­dniami. „I pozbądź się tego nie­uda­nego mene­dżera, który jest dla cie­bie obcia­chem. To sprze­dawca ryb. Nie mówiąc już o tym, że okrada cię za two­imi ple­cami”. Harvey nie miał praw­dzi­wego biura, tylko biuro zle­ceń. Cho­dził po fir­mach wszyst­kich agen­tów i pytał: „Jakaś robota?”. Jakieś szmaty, kości, butelki? Potem korzy­stał z ich tele­fo­nów. Nie­mniej zawdzię­cza­łem Harvey­owi moją pierw­szą robotę, więc dotrzy­mam umowy.

– A twoja żona? – zapy­tał mnie David. – Oże­ni­łeś się zbyt młodo. Prze­rwij to, ogra­nicz straty. Nie robisz jej żad­nej przy­sługi, wysi­la­jąc się, żeby to dzia­łało.

– Nie wiem – odpar­łem.

I nie wie­dzia­łem. To z pew­no­ścią speł­niło swoją funk­cję; wypro­wa­dziło nas z domów rodzi­ców i rzu­ciło w świat. Byłem pra­cu­ją­cym nowo­jor­czy­kiem. Ona była stu­dentką filo­zo­fii w Hun­ter. Uczyła mnie filo­zo­fii, do któ­rej odkry­łem w sobie zami­ło­wa­nie. Czy­ta­li­śmy wspól­nie i zatrud­ni­li­śmy stu­denta z Uni­wer­sy­tetu Colum­bia, żeby przy­cho­dził raz w tygo­dniu i oma­wiał różne wspa­niałe dzieła. Ale sprzeczki, które toczy­li­śmy z powodu wol­nej woli i monad, cho­ciaż oży­wione, nie dorów­ny­wały ni­gdy agre­syw­no­ścią tym doty­czą­cym mał­żeń­stwa. Zro­zu­mia­łem, że mam pro­blem, kiedy – pod­czas jed­nej z filo­zo­ficz­nych dys­put – Har­lene udo­wod­niła, że nie ist­nieję.

Tego pierw­szego roku w Tami­ment odnio­słem wielki suk­ces i popro­sili mnie, żebym wró­cił za rok. Roz­ma­wia­łem o tym ze Ste­ve­nem Vino­ve­rem, uzdol­nio­nym tek­ścia­rzem, który umarł przed­wcze­śnie, i on uwa­żał, że nie powi­nie­nem wra­cać, chyba że pozwolą mi reży­se­ro­wać wła­sne ske­cze. Tego pierw­szego roku w Tami­ment pozna­łem jesz­cze jed­nego wspa­nia­łego tek­ścia­rza. Nie pra­co­wał tam, ale wpadł, żeby obej­rzeć sobot­nie wie­czorne przed­sta­wie­nie. Był tylko sześć lat star­szy ode mnie i prze­po­wia­dano mu świe­tlaną przy­szłość. To był Ste­phen Son­dheim i po pierw­szym spo­tka­niu zoba­czy­łem go dopiero wiele lat póź­niej na kola­cji u niego w domu z Mią Far­row, która była jego bar­dzo bli­ską przy­ja­ciółką.

Następ­nego roku w Tami­ment reży­se­ro­wa­łem swoje ske­cze i to był kolejny pomyślny rok. Tam­tego lata trzy­ma­łem się z kolej­nym tek­ścia­rzem, który pra­co­wał przy naszych coty­go­dnio­wych pro­gra­mach, z Fre­dem Ebbem. Mnó­stwo się razem śmia­li­śmy w Tami­ment i wspól­nie prze­ży­wa­li­śmy wiele smut­ków na mrocz­nym bal­ko­nie pod­czas prób fatal­nego From A to Z, gdzie wza­jem­nie sobie współ­czu­li­śmy z powodu zma­ga­nia się z pro­ble­mami upa­da­ją­cego przed­sta­wie­nia. Fred będzie potem współ­pra­co­wał z Joh­nem Kan­de­rem przy New York, New York, Kaba­re­cie i Chi­cago. Nie chcę zbyt­nio wybie­gać w przy­szłość, ale kilka lat póź­niej Larry Gel­bart, który bory­kał się z The Conqu­ering Hero, zate­le­fo­no­wał do mnie z Bostonu czy Fila­del­fii i prze­ka­zał ten nie­śmier­telny teraz bon mot, który rzu­cił do pro­du­centa Roberta Whi­te­he­ada: „Nie wie­szaj Eich­manna, wyślij go z mia­sta z musi­ca­lem”.

W Tami­ment spę­dzi­łem wspa­niałe chwile i wró­ci­łem na trzeci sezon. Cie­szę się, że to zro­bi­łem, gdyż w trze­cim roku jed­nym z komi­ków był Milt Kamen, facet wesoły i zabawny, ale trudny. Grał na wal­torni, łatwo wpa­dał w złość, a zimą zastę­po­wał Sida Caesara. Caesar miał wspa­niały show kome­diowy tam­tych lat. Caesar i The Honey­mo­oners – para bar­dzo róż­nych, wspa­nia­łych komi­ków, Sid i Jac­kie Gle­ason. Sid miał staj­nię inte­lek­tu­al­nych auto­rów, Mela Bro­oksa, Larry’ego Gel­barta, Mela Tol­kina, Lucille Kal­len, Mike’a Stu­arta, Shel­ley Kel­ler czy Neila Simona, a na doda­tek takich współ­pra­cow­ni­ków, jak Carl Reiner, Howie Mor­ris i sam Sid. Coty­go­dniowy bły­sko­tliwy pro­gram Sida był cen­tral­nym punk­tem dla wszyst­kich, któ­rzy zaj­mo­wali się inte­li­gentną kome­dią albo ją doce­niali. Dosta­nie się do jego ekipy, obok tych postaci, było praw­dziwą nagrodą. Sid był eks­tra­wa­ganc­kim geniu­szem, a jego tek­sty były bły­sko­tli­wie napi­sane i zna­ko­mi­cie wyko­nane. Mia­łem kolejny mocny rok w Tami­ment, Milt Kamen wró­cił do pracy jako zastępca Caesara i zachwa­lał mu mnie. Sid sły­szał już o mnie od Danny’ego Simona. Zgo­dził się spo­tkać ze mną. Posze­dłem do jego gabi­netu, gdzie sie­dział za biur­kiem razem z Lar­rym Gel­bar­tem. Gel­bart był dzie­sięć lat star­szy ode mnie, miał koło trzy­dziestki. Przez chwilę wszy­scy roz­ma­wia­li­śmy o poli­tyce, spo­rcie, życiu i wyglą­dało na to, że nic wiel­kiego się nie dzieje. Kiedy zro­biło się koło szó­stej i obaj męż­czyźni zamie­rzali iść do domu, Sid odwró­cił się do mnie na ten swój maje­sta­tyczny spo­sób i powie­dział: „A ty, ty jesteś zatrud­niony”. Kiedy zjeż­dża­łem windą z Gel­bar­tem, upew­ni­łem się: „Zosta­łem zatrud­niony?”, a on odparł: „Jeśli będziesz pra­co­wał za mini­malną stawkę”. „Zapłacę mini­malną stawkę za to, żeby prze­by­wać z wami dwoma w jed­nym pokoju” – powie­działem.

Larry Gel­bart w wieku trzy­dzie­stu lat był już wete­ra­nem i legendą. Jego ojciec, fry­zjer, opo­wia­dał gagi swo­jego syna uwię­zio­nej na fotelu klien­teli gwiazd, które strzygł. Larry pisał dla radia, Duffy’s Tavern, dla Danny’ego Kaye’a, dla Berle’a, dla Boba Hope’a, a teraz dla Caesara. Kiedy umarł, popro­szono mnie o komen­tarz, a ja powie­dzia­łem: „Był jed­nym z nie­licz­nych ludzi w moim życiu, któ­rzy speł­nili wszyst­kie ocze­ki­wa­nia”. Był fan­ta­stycz­nym face­tem i naprawdę wiel­kim auto­rem kome­dio­wym; żydow­skim sce­na­rzy­stą w taki spo­sób, w jaki Mailer był żydow­skim pisa­rzem, to zna­czy obaj byli Żydami, ale tego ni­gdy nie było widać w ich utwo­rach. Larry i ja od razu się doga­da­li­śmy i pro­gram, który napi­sa­li­śmy, zdo­był Nagrodę Peabody’ego. Paro­dio­wa­li­śmy Ing­mara Berg­mana i Ten­nes­see Wil­liamsa, zdo­by­li­śmy rów­nież jakąś nagrodę Gil­dii Pisa­rzy, po czym w Toots Shor’s odbył się lunch na cześć zwy­cięz­ców i pod­sze­dłem do drzwi, ale nie mogłem wejść do środka; fobia, z którą się zma­gam do dziś – lęk przed wej­ściem dokądś. Kie­dyś sie­dzia­łem przed piękną miej­ską rezy­den­cją Sid­neya Lumeta przy Lexing­ton Ave­nue, pod­czas gdy goście przy­by­wali na kola­cję, a ja mia­łem być wśród nich, ale nie potra­fi­łem wejść, tkwi­łem tam, zbie­ra­jąc się na odwagę, i zoba­czy­łem ludzi, któ­rych zna­łem i lubi­łem, i któ­rzy lubili mnie, Boba Fosse’a, Miloša For­mana, Paddy’ego Chay­efsky’ego – ale nie potra­fi­łem zmu­sić się do wej­ścia.

 

Kiedy muszę iść na jakieś wyda­rze­nie, dopil­no­wuję, żeby być tam pierw­szy, bo może wtedy zdo­łam wejść. Kie­dyś zosta­łem zapro­szony przez pre­zy­denta John­sona do Bia­łego Domu. Wysze­dłem z miesz­ka­nia, pole­cia­łem do Waszyng­tonu, w toa­le­cie na lot­ni­sku prze­bra­łem się w smo­king, pogna­łem do Bia­łego Domu, żeby być tam pierw­szy i nie stra­cić tej oka­zji. Wsze­dłem, ale wyprze­dził mnie Richard Roberts, któ­rego ni­gdy wcze­śniej nie spo­tka­łem. Objął mnie i powie­dział: „Gdyby nasi dziad­ko­wie mogli nas widzieć”. On także miał swoje małe dzi­wac­twa i zasta­na­wiam się, czy cho­ro­bliwy lęk przed wcho­dze­niem do róż­nych miejsc był jed­nym z nich.

Nawia­sem mówiąc, wiele lat póź­niej rze­czy­wi­ście uczest­ni­czy­łem w tłum­nym przy­ję­ciu u Sid­neya Lumeta, jakoś tam wsze­dłem, i sie­dzia­łem na sofie, która stała tyłem do prze­szklo­nej ściany.

Towa­rzy­ski beł­kot, jak to nazy­wał Sat­chel Paige, już mnie przy­tła­czał, i gdy do występu zaczęto nakła­niać słynną pio­sen­karkę, ogar­nęło mnie nad­zwy­czajne zde­ner­wo­wa­nie. Kiedy ktoś usiadł do pia­nina i zaczął grać koja­rzoną z nią pio­senkę, naj­bar­dziej na świe­cie zapra­gną­łem zna­leźć się gdzieś indziej. Dla­czego? Kto wie? Wiem tylko, że ude­rze­nia gorąca wywo­łały mój dys­kom­fort. Szko­puł w tym, że znaj­do­wa­łem się dość daleko od drzwi wej­ścio­wych i kiedy pio­sen­karka zaczęła śpie­wać, nie mogłem ele­gancko prze­pchnąć się mię­dzy ludźmi i zwiać. Nie chcia­łem zostać oskar­żony o cham­stwo. Wtedy dotarło do mnie – okno za moimi ple­cami jest uchy­lone. Lumet miesz­kał w rezy­den­cji, więc znaj­do­wa­łem się na par­te­rze. Uwaga wszyst­kich obec­nych była sku­piona na pia­ni­nie. Znaj­do­wa­łem się za roz­en­tu­zja­zmo­wa­nymi hula­kami, przy odro­bi­nie cho­re­ogra­fii mógł­bym się wymknąć przez okno na Dzie­więć­dzie­siątą Pierw­szą Ulicę i kto byłby górą? Szybko otwo­rzy­łem okno nieco sze­rzej, żeby się tam­tędy wyśli­zgnąć. Nie chcia­łem jedy­nie, żeby wszy­scy się odwró­cili i przy­ła­pali mnie w trak­cie ucieczki. Po cichu roz­po­czą­łem odwrót. Pio­sen­karka śpie­wała, ja ostroż­nie się prze­miesz­cza­łem – jeden krok co pewien czas, dokład­nie mówiąc. Nagle sobie uświa­do­mi­łem, że jeśli prze­chod­nie na ulicy dostrze­gliby, jak wymy­kam się przez okno, to wydał­bym się im wła­my­wa­czem. A jeśli, nie daj Boże, zostanę zauwa­żony przez jakie­goś poli­cyj­nego żół­to­dzioba, który do mnie strzeli? Ogar­nęła mnie panika i poste­ro­wa­łem z powro­tem na sofę. Prze­sie­dzia­łem występ i wysze­dłem wraz ze wszyst­kimi innymi. Widzi­cie jed­nak, jak bar­dzo pomo­gły mi moje psy­cho­ana­li­tyczne sesje, cho­ciaż kiedy to zro­bi­łem, cho­dzi­łem na nie od zale­d­wie jakichś dwu­dzie­stu trzech lat.

Zatem skoń­czy­łem pracę w Tami­ment i zosta­łem zatrud­niony przez Sida Caesara, a potem ponow­nie przez niego do oko­licz­no­ścio­wego pro­gramu, tym razem z Melem Bro­ok­sem, o któ­rym sły­sza­łem, że jest peł­nym werwy ter­ro­ry­stą i mógłby mnie zjeść żyw­cem, ale był on także wspa­nia­łym face­tem, który mnie lubił, i co noc wra­ca­li­śmy razem do domu. Raczył mnie opo­wie­ściami o swo­ich roman­tycz­nych przy­go­dach, a ja się zdu­mie­wa­łem, jak taki mały Żyd może ocza­ro­wy­wać jedną wspa­niałą kobietę po dru­giej. Mel był inte­li­gentny, oczy­tany i obda­rzony talen­tem muzycz­nym. Pisa­nie dla Sida spro­wa­dzało się do codzien­nych spo­tkań grupy face­tów w pokoju około dzie­sią­tej rano i mnó­stwa poga­wę­dek o fil­mach, bie­żą­cych wyda­rze­niach, ogól­nej gadki szmatki, po czym to w końcu naprawdę pró­bo­wa­li­śmy coś napi­sać. Wszy­scy rzu­cali pomy­sły i kiedy co do któ­re­goś się zgo­dzono, zabie­ra­li­śmy się do tego wspól­nie, pod­rzu­ca­jąc kwe­stie, śmie­jąc się z kwe­stii innych albo zestrze­li­wu­jąc te, które nam się nie podo­bały. Pisa­nie z jedną tylko osobą, na przy­kład z Lar­rym Gel­bar­tem czy Dan­nym Simo­nem, w zasa­dzie pole­gało na tym samym z wyjąt­kiem pro­wa­dze­nia przez dwóch face­tów roz­mowy towa­rzy­skiej przed przy­stą­pie­niem do pracy.

Póź­niej, kiedy współ­pra­co­wa­łem z Mic­keyem Rose’em, Mar­shal­lem Brick­ma­nem czy Dougiem McGra­them, wyglą­dało to mniej wię­cej podob­nie, z tym że na doda­tek byli­śmy bli­skimi przy­ja­ciółmi i cho­dzi­li­śmy razem na spa­cery i kola­cje, roz­bu­do­wu­jąc jed­no­cze­śnie sce­na­riusz. Lunch z Sidem był zawsze zabawny. Jeśli wycho­dzi­li­śmy, zamiast zamó­wić coś z dowo­zem, Sid nie pozwa­lał nikomu prze­chwy­cić rachunku. Kie­dyś jadłem tylko z nim, zła­pa­łem rachu­nek i upie­ra­łem się przy uisz­cze­niu go, co pozwo­lił mi zro­bić dopiero po dokład­nym spraw­dze­niu kwoty i prze­ko­na­niu się, że nie jest zbyt wysoka. Raz pozwo­lił wziąć rachu­nek Larry’emu Gel­bar­towi, ale widzia­łem, że to go drę­czyło, i usły­sza­łem, że mówi, nie­chęt­nie pozwo­liw­szy go ure­gu­lo­wać: „W końcu doro­słem”. Kie­dy­kol­wiek Danny Simon czy Gel­bart potrze­bo­wali współ­pra­cow­nika, tele­fo­no­wali do mnie. Dwie różne oso­bo­wo­ści. Danny, bar­dzo tajem­ni­czy, dzwo­nił i oświad­czał: „Nie mogę o tym mówić przez tele­fon, spo­tkaj się ze mną w Han­sen’s”. Odpo­wia­da­łem: „To pisar­ska robota czy mam prze­ka­zać mikro­film?”.

Wpro­wa­dził mnie do The Paul Win­chell Show. Win­chell był wspa­nia­łym brzu­cho­mówcą, więc pisa­łem dla kawałka drewna. Zadzwo­nił Larry Gel­bart: „Popra­cu­jesz ze mną nad zamó­wie­niem dla Arta Car­neya?”. „Jasne”. „Przy­jedź do mnie na farmę. Ty i twoja żona może­cie u mnie noco­wać. Zaczy­namy dzi­siaj”. Raz, kiedy pisa­łem dla Sida, on, Larry i ja byli­śmy w domu Sida w Great Neck. Sid posta­no­wił, że odwa­limy całe nasze pisa­nie w łaźni paro­wej. Cho­ciaż byłem nowy w tej robo­cie i lubi­łem ich obu, nie sie­dział­bym nagi w sau­nie z dwoma face­tami. Obaj spę­dzili tam następną godzinę, pod­czas gdy ja sie­dzia­łem na traw­niku. Sid zawsze uwa­żał, że jestem nieco dziwny, ale mnie lubił. Przez lata spę­dzi­łem z Lar­rym wiele miłych chwil. Kola­cje, spa­cery, zakupy w Lon­dy­nie, prze­rzu­ca­nie się żar­tami w Paryżu, słu­cha­nie jazzu w man­hat­tań­skich klu­bach. Trak­to­wał mnie jak rów­nego sobie, nato­miast dla Danny’ego zawsze byłem tym dzie­cia­kiem, któ­rego odkrył w Kali­for­nii.

Mój kon­trakt z Harveyem Melt­ze­rem wygasł. Nie odno­wi­łem go. Sły­sza­łem wcze­śniej o mene­dże­rze, któ­remu wszy­scy chcieli powie­rzyć swoje kariery, ale który był bar­dzo wybredny. Odkrył i wylan­so­wał Harry’ego Bela­fonte’a. Kiedy Bela­fonte był nie­znany, powie­dział o nim, że jest mu prze­zna­czone pew­nego dnia zostać naj­więk­szą gwiazdą: kluby, kaba­rety i film. Scep­tycy szy­dzili z pomy­słu, że czar­no­skóry śpie­wak calypso zaj­dzie tak daleko. Jack Rol­lins jed­nak miał wizję. Drwili także z pary dzie­cia­ków z Chi­cago wyko­nu­ją­cych inte­lek­tu­alne impro­wi­za­cje, ale Jack powie­dział, że zostaną wiel­kimi gwiaz­dami, i Nichols i May roz­bły­śli na sce­nie. Opie­ko­wał się jedy­nie kil­koma arty­stami, uwa­ża­jąc, że nie mógłby wyko­ny­wać rze­tel­nej roboty dla swo­ich klien­tów, gdyby nie ogra­ni­czył ich liczby. Jego pro­wi­zja wyno­siła pięt­na­ście pro­cent i to było wszystko. Zapo­znał nas ze sobą wspólny zna­jomy. Ni­gdy dotąd nie zaj­mo­wał się sce­na­rzy­stą, ale gdy prze­czy­tał moje tek­sty, spodo­bały mu się. Kiedy powie­działem Jac­kowi i jego wspól­ni­kowi, Char­liemu Joffe’owi, że odkąd ujrza­łem Morta Sahla, strasz­nie pra­gną­łem zostać komi­kiem, Jack zapy­tał: „Jakiego rodzaju rze­czy byś robił?”. Odpar­łem: „No cóż, wpa­dłem na taki pomysł: «New York Times» jest jedyną gazetą bez komik­so­wej histo­ryjki i co by było, gdyby ją mieli, a boha­ter byłby jak Super­man, ale kiedy by się prze­bie­rał, to stałby się makle­rem z Wall Street”.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?