Czas wolny w PRLTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Układ graficzny i projekt okładki

Tomasz Majewski

Redaktor prowadzący

Barbara Czechowska

Redaktor merytoryczny

Mariola Hajnus

Korekta

Renata Kuk

Mariola Hajnus

Redakcja techniczna

Andrzej Sobkowski

Skład wersji elektronicznej

Robert Fritzkowski

Wybór ilustracji

Barbara Czechowska

Zdjęcia ze zbiorów prywatnych: Wojciecha Przylipiaka, Bogusława Laitla, Stanisława Orzepowskiego, rodziny Szaszkiewiczów, Komisji Caravaningu oraz ze zbiorów: Narodowego Archiwum Cyfrowego, Archiwum „Dookoła Świata”, Archiwum „Przekroju”, Archiwum ROD w Grudziądzu i agencji fotograficznych: East News, Forum, PAP


Redakcja składa serdeczne podziękowania wszystkim osobom, które udostępniły zdjęcia i archiwalny materiał prasowy do publikacji.

Jesteśmy również wdzięczni tym, którzy przekazali wiele cennych informacji dotyczących minionej epoki, wzbogacając tym książkę.

Zdjęcie na okładce: Wczasowiczki – pracownice WSS „Społem”: Fabiniak, Popowska, Więch w domku campingowym „Tristan i Izolda”, ośrodek wczasowy w Wildze, rok 1967. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe/Grażyna Rutowska

© for the text by Wojciech Przylipiak

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2020

ISBN 978-83-287-1377-2

Sport i Turystyka – MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2020

Życie jest piękne!

Niestety trzeba umieć z niego korzystać.

Lutek

Spis treści

WSTĘP, CZYLI O CZYM I O KIM

1 – NIEDZIELA I WOLNE POPOŁUDNIA – CZYLI CO WŁADZE PROPONOWAŁY OBYWATELOM

2 – PO PRACY I PO SZKOLE – TRZEPAK, PRYWATKA, A MOŻE WIDEO

3 – PRACOWNICZE OGRODY DZIAŁKOWE – CZYLI RELAKS POD GRUSZĄ, I TO WŁASNĄ

4 – TEN KIEROWCA FAJNY CHŁOP, CO POPIERA AUTOSTOP

5 – CAMPING – CZYLI NOC POD NAMIOTEM ALBO W ZAPIEKANCE

6 – OD SOPOTU PO ZAKOPANE – CZYLI KURORTÓW CZAR I „ZACHODNIE” ATRAKCJE

7 – WIECZORKI ZAPOZNAWCZE I POMYSŁY KAOWCA – CZYLI JAk ORGANIZOWANO NAM WCZASY

8 – I CO TU ROBIĆ? – CZYLI CZASU WOLNEGO BRAK ALBO NADMIAR

PODZIĘKOWANIA

PRZYPISY KOŃCOWE

BIBLIOGRAFIA

WSTĘP, CZYLI O CZYM I O KIM

Relaks na leżaku przy pomoście. W ręku butelka oranżady. Obok materac dmuchany. Siedziałem tak sobie i zastanawiałem się, czy najpierw popływać materacem po jeziorze, kupić sobie lody bambino w kawiarni obok, a może namówić brata i pójść pograć w ping-ponga w świetlicy. To wspomnienie z wczasów w ośrodku wypoczynkowym na Kaszubach.

Wylegiwaliśmy się na balkonie w letni dzień. Budowaliśmy na nim bazę i bawiliśmy się matchboksami, które tata kupił w peweksie. W przerwach jedliśmy chleb z cukrem. To relaks domowy.

A na podwórku wytyczaliśmy trasy do gry w kapsle na murku albo w piaskownicy, a jak padał deszcz, to chodziliśmy do piwnicy kolegi. Tam mieścił się nasz klub i dawaliśmy koncerty, udając Lady Pank. Na podwórku graliśmy też „w noża” albo po prostu gadaliśmy przy trzepaku, opowiadając sobie różne historie. Na przykład o tym, jak dziecku sąsiadki z klatki obok prawie obcięło palec na metalowej zjeżdżalni. Bywało niebezpiecznie.

Ale rzadko kiedy bywało nudno. Przed moim słupskim blokiem, czy na podwórku u cioci i wujka w Gdańsku, nie pamiętam nudy. Szybko zbierała się grupa dzieciaków, która wspólnie spędzała wolny czas.

Właśnie z wolnym czasem, wakacjami wiążą się w zasadzie wszystkie moje miłe wspomnienia z ostatniej dekady PRL-u, w której dorastałem. Jasne, że każdy pamięta rzeczywistość Polski Ludowej na swój sposób. Wspomnienia z lat 50. będą zgoła inne od tych z lat 80. Pewnie niektórzy z was, czytając książkę, przypomną sobie podobnie spędzane wolne chwile, inni powiedzą, że pamiętają to trochę inaczej.

Oczywiście, że o czasie wolnym w PRL-u można by napisać całą serię książek, że wyczerpanie tematu w tej jednej nie jest możliwe. Ale ta książka jest próbą zobrazowania pewnych popularnych lub moim zdaniem ciekawych i wyjątkowych nurtów związanych z wakacjami i wypoczynkiem w latach 1945–1989.

Bez spoglądania na członków aparatu władzy, jednostki uprzywilejowane, ówczesnych celebrytów, ludzi kultury i sztuki, tych, którzy zazwyczaj wypoczywali nieco inaczej i w innych warunkach niż górnik z Wałbrzycha, nauczycielka z Poznania czy architekt ze Słupska. Czasami szary obywatel ocierał się o „wielki świat”, na przykład podczas wczasów w Sopocie albo Karpaczu (i tu też znajdziecie kilka takich opowieści), ale jednak były to tylko epizody.

Bez bajdurzenia, że kiedyś było lepiej czy gorzej. Było po prostu inaczej. Bez dogłębnego historycznego podejścia, a raczej opierając się na osobistych przeżyciach i wspomnieniach moich i moich rozmówców, tylko czasami na liczbach. Za to z licznymi odwołaniami do filmów, książek, komiksów i piosenek opisujących wypoczynkową rzeczywistość.

Były w Polsce Ludowej bez wątpienia okresy gorsze, jak chociażby przełom lat 40. i 50., naznaczony terrorem i indoktrynacją stalinowską, kiedy kraj próbował się podnieść po II wojnie światowej. Albo straszne wydarzenia związane z marcem 1968 czy czas kryzysu gospodarczego lat 80. Były też okresy lepsze, chociażby lata 70. To właśnie w 1977 roku peerelowskie wczasowanie osiągnęło apogeum – na dłuższy wypoczynek dofinansowany przez państwo wyjechała wtedy prawie połowa społeczeństwa. Ale cała masa rodaków relaksowała się na podwórkach, w domach. I o tym też jest ta książka.

Z jednej strony państwo miało monopol na organizowanie nam czasu wolnego, ale z drugiej dzięki władzy wielu Polaków po raz pierwszy zobaczyło morze albo w ogóle wyjechało na wczasy. Liczną grupę wśród obywateli PRL stanowili też tacy, którzy próbowali żyć po swojemu, z dala od wytycznych „systemowych”. Poznacie kilku takich bohaterów.

Choć aparat państwowy dopłacał do wczasów, to nie wszyscy chcieli albo mogli z nich korzystać. Niektórzy po prostu nie potrafili. Bo jak mówił Lutek, grany przez Jana Himilsbacha we Wniebowziętych: – Życie jest piękne! Niestety trzeba umieć z niego korzystać.

Oto, jak korzystali z niego nauczyciele, górnicy i inni ludzie pracy oraz ich dzieci. Ludzie z pasją i tacy, którym trzeba było w zorganizowaniu wypoczynku trochę pomóc.



Niedziela dla wielu bywa wciąż jeszcze dniem… zaskoczenia. Jak gdyby nie przychodziła regularnie, ale spadała znienacka, stawiając przed wszystkimi nieprzygotowanymi psychicznie pełne rozterki pytanie: co począć z sobą w dniu wolnym od pracy zawodowej? – pisała w 1965 roku autorka książki Siedem dni tygodnia, Mirosława Parzyńska.

Przez niemal trzy dekady niedziela była jedynym wolnym od pracy dniem w tygodniu. I dla wielu miała swój ustalony świąteczny rytm. Najpierw uczestnictwo w mszy świętej. Potem – ciąg dalszy niedzielnego rytuału – rodzinny obiad, najlepiej z rosołem i mięsem na drugie danie. Przygotowany przez mamę, ewentualnie w towarzystwie kuzynów, wujków, cioć, szwagrów i szwagierek u babci. Po szarlotce domowej roboty spacer, najlepiej na lody, lub wizyta na działce, po południu radiowe słuchowisko W Jezioranach, a wieczorem wspólne oglądanie kowbojskiego serialu Bonanza w telewizji.

Nie zawsze jednak i nie dla wszystkich był to miły, rodzinny czas. Dla niektórych – „niedzielna udręka”. Tak przynajmniej wynikało z listów nadesłanych w 1964 roku przez czytelniczki w odpowiedzi na ankietę „Życia Warszawy”, a także wypowiedzi uczestniczek ogłoszonego na początku 1973 roku konkursu Ministerstwa Kultury i Sztuki oraz „Tygodnika Kulturalnego” pod hasłem „Jeden miesiąc mojego życia”.

Niedziela wyjątkowo nieciekawa. W domu – stwierdzała debiutantka w służbie Temidy[1][1].

Nienawidzę niedzieli. Od siedmiu lat, tzn. od czasu kiedy rozwiodłam się z mężem, niedziela jest dla mnie dniem koszmarnym. W niedzielę zabija mnie samotność i beznadziejność […], najwięcej ukojenia psychicznego przynosi mi książka, oczywiście wartościowa. Toteż w niedzielę czytam dużo, zamknięta w czterech ścianach pokoju, ale nawet i wtedy na dnie mego serca czai się gorycz i rozdrażnienie. Taka jest moja niedziela – pisała urzędniczka na stanowisku kierowniczym, lat 39[2].

 

Nie lubię niedziel i świąt. Jeżeli mam w niedzielę dyżur, to czas jakoś szybciej mija, ale z wolną niedzielą nie wiadomo co zrobić. […] Książki, radio, samotne spacery, dumania, ewentualnie ploteczki z koleżankami, zwykle na jakiś oklepany do znudzenia temat, i oczekiwanie na coś, co ma jeszcze przyjść – opisywała swoje wolne pielęgniarka, lat 32[3].

Ze smutkiem witam każde święto i niedzielę, bo wiem, że nigdy nic ciekawego mnie nie spotka – poza samotnością […] co z tego, że jestem mężatką, że mam męża (podobno niezłego), skoro każdą niedzielę spędzam sama ze swoimi myślami i siedmioletnim dzieckiem. Mąż „zmęczony” i „znudzony” całotygodniowym obcowaniem ze mną w niedziele stara się uciekać z domu, szukać rozrywek, a kiedy nawet czasem zostaje, jest niezadowolony, co i mnie się udziela – żaliła się pracownica umysłowa, lat 39[4].

W okresie, kiedy przeprowadzano wspomnianą ankietę dla „Życia Warszawy” oraz konkurs Ministerstwa Kultury, nie było jeszcze wolnych sobót. Te miały dopiero nadejść. Liczna rzesza Polaków wolne miała tylko niedziele. Trudno dziś ocenić, ile z tych listów było prawdziwych, a ile spreparowanych. Zapewne dobierano je według klucza pasującego władzy. Prawdopodobnie dlatego w żadnym z nich nie wspomniano o niedzielnym nabożeństwie (mówiąc w skrócie – Kościół katolicki był wrogiem ludowego systemu). Jeśli już pojawiała się krytyka państwowych instytucji, to wychodziła głównie od ludzi, którzy w nich pracowali i niedostatecznie wykorzystywali dany im potencjał i możliwości. Ewidentnie dobrano listy w taki sposób, by zachęcić ludzi do uczestnictwa w formach aktywności organizowanych przez państwo. Uczniów i studentów namawiano do wstępowania w szeregi organizacji młodzieżowych, do zrzeszania się. To oczywiście pomagało w kontrolowaniu i narzucaniu tego, jak ma wyglądać dzień wolny rodaków w Polsce Ludowej. Władza chciała, by obywatele odpoczywali, ale najlepiej pod jej dyktando. I niektórzy korzystali z tego, co proponowało państwo. Inni sami organizowali sobie czas.

W niedzielę ubieramy się ładniej i we wszystko czyste. Już o godzinie 9 wychodzimy na wędrówkę do parku, lasu, nad staw. O 14 Kajtuś zjada obiad i śpi przez dwie godziny. W tym czasie ja zjadam obiad i czytam gazetę lub czasopisma. Teraz kiedy synek jest starszy, ryzykuję częściej popołudniowe wypady na aktualne wystawy obrazów, kwiatów, fotografii, wędrówkę do zoo czy po prostu oglądanie wystaw sklepowych – pisała w liście do redakcji księgowa, lat 42[5].

Piękna niedziela, jesteśmy wszyscy razem, uwielbiam takie dnie, czujemy się razem tacy szczęśliwi i radośni. Po obiedzie rozwiązujemy wspólnie zagadki, czytamy czasopisma. Jeziorany już niedługo, kawa czeka na stole, ja oczywiście piję zioła, ale bitej śmietany i placka z pomarańczami się nie wyrzeknę, co mi więcej z życia pozostało? – konstatowała refleksyjnie matka dwójki dzieci, mieszkająca z nimi oraz ze swoimi rodzicami i ich przybranym synem[6].

O różnych sposobach warszawiaków na spędzenie dnia świątecznego informowała też Polska Kronika Filmowa. Nie nudzili się szczególnie ci, którzy lubili imprezy na świeżym powietrzu.

Nareszcie pogodna sierpniowa niedziela, kto żyw w Warszawie wyrusza nad Wisłę lub poza miasto. Ekwipunek wycieczkowy w ręku, rozumiemy […]. Nie tłoczą się do autobusów i kolei szczęśliwi posiadacze własnej lokomocji […]. Zabiera się rodzinę bliższą i dalszą, z każdym inwentarzem i w drogę, bo szkoda każdej minuty, pustoszeją ulice Warszawy, zapełniają się podwarszawskie okolice […]. Na popularnym basenie CWKS na metr kwadratowy człowieka przypada jeden litr wody. Kiedy wreszcie Warszawa doczeka się przyzwoitej ilości basenów i metrów wiślanej plaży, bo jak dotychczas pobyt na plaży niewiele się różni od popołudniowej jazdy tramwajem: gorąco, tłoczno, tyle że można się trochę bardziej rozebrać[7] – relacjonowano w połowie lat 50., pokazując wędkarzy, wycieczkowiczów z rowerami i psami, tłumy na basenie i na plaży.

W zimowym wydaniu PKF informowano widzów: W śnieżne zimowe niedziele podwarszawskie Bielany skutecznie konkurują z Zakopanem. Starzy, młodzi, najmłodsi warszawiacy ciągną na Bielany z całymi rodzinami[8] – a operatorzy Kroniki filmowali tłumy amatorów sportów zimowych, na sankach, nartach, podczas zajęć z instruktorami.

Niedzielny relaks zainteresowanym zapewniało też biuro podróży Orbis. Do stalowej strzały Orbisu wsiadamy koło nowego domu towarowego w Warszawie. […] Droga do Zakroczymia jest piękna, a autokar taki wygodny – zaczynała swą opowieść o wycieczce warszawiaków do nadwiślańskiej miejscowości PKF z 1951 roku. Na chętnych na miejscu czekały namioty, kajaki, piękne widoki. Gdybyśmy umieli wykorzystać wszystkie niedziele, mielibyśmy co roku niemal dwa miesiące dodatkowego urlopu[9] – puentował lektor.

Zapaleni rowerzyści mogli wyciągnąć swoje kolarzówki z piwnic i komórek, i wziąć udział w miejskich wyścigach na przełaj.

W latach 40. i 50. w Warszawie popularne były np. potańcówki „na dechach” – skleconym z desek parkiecie tanecznym pod gołym niebem. Obok niego, na podwyższeniu, z takich dech budowano też scenę, w parku lub na skwerze. Tańczono na Bielanach, na mariensztackim rynku i na Powiślu. W 1953 roku, 22 lipca (a jakże inaczej!) u zbiegu ulic Rozbrat i Książęcej otwarto plenerową kawiarnię z dancingiem, w której przygotowano parkiet dla aż 600 par.

Dechy i parkowe muszle koncertowe w miastach i miasteczkach były także centrum festynów i innych lokalnych uroczystości z okazji świąt państwowych. Władza, rzecz jasna, miała swoje pięć minut, które czasami przeradzało się w długie i nudne godziny – oficjele wygłaszali okolicznościowe przemówienia, a potem obywatele mogli się bawić. Nieodłącznymi punktami w programie takich imprez były wizyta w budce z watą cukrową, woda z sokiem z saturatora, a na pamiątkę – zdjęcie na kucyku.

W PLENERZE – POD SZTANDARAMI PZPR

Przez całą epokę PRL-u bezsprzecznie największym świętem państwowym było Święto Odrodzenia Polski – 22 lipca – czyli rocznica ogłoszenia Manifestu PKWN. Oczywiście, był to dzień wolny od pracy. Bo „lud pracujący miast i wsi” miał świętować, a letni czas sprzyjał imprezom w plenerze. Społeczeństwo licznie uczestniczyło w tych festynach firmowanych przez PZPR, zwłaszcza jeśli pogoda dopisywała, choć nie wszystkim podobał się kierunek wyznaczany przez przewodnią siłę narodu i nie wszyscy wierzyli, że program partii to najlepszy program dla obywateli. Wielu po prostu, korzystając z wolnego, wyjeżdżało nad wodę czy na działkę. Ale nawet ci, którzy akurat zażywali urlopu, nie mogli zapomnieć, co to za dzień. Jak kraj długi i szeroki, wszędzie odbywały się akademie, manifestacje i liczne okolicznościowe imprezy, występowali popularni artyści, zespoły ludowe. W imprezach brali udział również działacze partyjni[2], a także sportowcy, ludzie kultury.

Przed świętem odbywały się wielkie porządki, szczególnie w miejscach, gdzie miała pojawić się władza. Dekorowano wystawy sklepowe. Powiewały flagi, którymi obowiązkowo przystrojone były miasta i wioski. Złociły się łany zbóż… A z plakatów i transparentów płynął radosny przekaz: „Tak rozkwita i rośnie w siłę socjalistyczna ojczyzna”…

22 lipca to była też najlepsza data w kalendarzu do przecinania wstęgi. Z pompą oddawano do użytku nowe obiekty. Rokrocznie ten dzień po prostu naznaczony był ważnymi wydarzeniami państwowymi. 22 lipca uchwalono konstytucję PRL (1952), w Warszawie oddano do użytku Stadion Dziesięciolecia (1955), w Bielsku-Białej rozpoczęto produkcję fiata 126p (1973).

W 1955 roku tego właśnie dnia przekazano warszawiakom wielki prezent od Wielkiego Brata – Pałac Kultury i Nauki. Uroczysta akademia z udziałem przedstawicieli partyjnej wierchuszki z bratnich państw odbyła się w Sali Kongresowej.

Widownię wypełniła 3-tysięczna rzesza „ludu pracującego” stolicy. W tym dniu Pałac po raz pierwszy udostępniono do zwiedzania, zwiedziło go wtedy 20 tys. osób[10] – zapisano w kronice PKiN.

Rok później rozegrano pierwszy mecz na nowym Stadionie Śląskim w Chorzowie, a 22 lipca 1974 roku otwarto Trasę Łazienkowską. W telewizji pokazywano uśmiechniętych obywateli zadowolonych z właśnie przerzuconego mostu, z nowej drogi czy biblioteki, a często już nazajutrz na teren dopiero co ukończonej inwestycji wkraczała ekipa budowlana. Bo jednak nie udało się wszystkiego dopiąć na ostatni guzik przed świętem, a wstęgę trzeba było przeciąć. Bywało też tak, że obiekty wybudowane i ukończone kilka miesięcy wcześniej czekały na oficjalne otwarcie do tego właśnie dnia. Przecież 22 lipca był tylko raz w roku… Wyjątkowo bogatą oprawę miało lipcowe święto w 1966 roku, kiedy władza chciała przyćmić wydarzenia związane z obchodami tysiąclecia chrztu Polski.

Peerelowską tradycją – począwszy od lat 60. – były też święta „Trybuny Robotniczej” w Katowicach czy „Trybuny Ludu” w Warszawie. Te wielkie (sobotnio-niedzielne) festyny propagandowe z rozlicznymi uciechami dla ludu organizowano z rozmachem i bardzo dbano, by obywatel wychodził z nich syty i zadowolony. Odbywały się zwykle w czerwcu lub we wrześniu, a przyświecały im wzniosłe idee. W 1973 roku święto katowickiej gazety w Wojewódzkim Parku Kultury i Wypoczynku[3] w Chorzowie i okolicach przebiegało pod hasłem: „Zbiorowym wysiłkiem i osobistą aktywnością zespoleni wokół partii dźwigamy naszą Ojczyznę na nowy, wyższy poziom rozwoju”[11]. Nie wiadomo, ilu z przybywających istotnie jednoczyło się z partią w zbiorowym wysiłku, faktem jest, że plenerowe imprezy cieszyły się dużym zainteresowaniem i przyciągały tłumy.

Było też coś dla ciała – serwowano kiełbaski z rusztu i krupnioki, regionalne smakołyki. A na licznych festynowych straganach trafiały się nie lada okazje: prawdziwe rarytasy – a to eksportowa szynka w puszce (Polish Ham Krakusa), a to chałwa – nie do kupienia normalnie w sklepie. Swoje stoiska ustawiało na przykład WSS „Społem”. Często były to po prostu otwarte budy starów, nys, żuków i innych dostawczaków, z których bezpośrednio sprzedawano deficytowe towary. Było też coś dla ducha: występy artystyczne, kiermasze książek, spotkania z autorami. Urządzano konkursy z cennymi nagrodami, dzieciom zapewniano różnorodne zabawy. Atrakcji co niemiara. A to wszystko za sprawą dobrodziejki partii i jej organów prasowych.

22 lipca nazywany był „urodzinami PRL-u”. Imieniny obchodzono 1 maja. Na głównych placach i wzdłuż reprezentacyjnych arterii miast ustawiano wtedy trybuny dla przemawiających sekretarzy partii. Przed nimi defilowali robotnicy, rolnicy, nauczyciele, członkowie różnych organizacji, sportowcy, artyści, uczniowie. Sam pamiętam kilka takich przemarszów. Jako członek sekcji judo milicyjnego klubu sportowego Gryf w Słupsku szedłem z całą sekcją w pochodzie. Wcześniej pod nasz klub sportowy podjeżdżała nyska z flagami. Staraliśmy się wybierać te biało-czerwone, ale niektórym trafiały się czerwone, na cześć naszego „przyjaciela” zza wschodniej granicy. Niektórzy mieli jednak jeszcze gorzej, musieli nieść transparenty. I dźwigać nad głowami ciężar propagandowych haseł – wychwalanie władz i bratnich krajów, zapewnienia o poparciu dla rządzących albo nawiązania do problemów ówczesnego świata: „Dokerzy gdyńscy zawsze z tobą, towarzyszu Wiesławie”, „Potępiamy rewizjonistów i syjonistów”, „Ręce precz od Wietnamu!”, „Niech żyje Chińska Republika Ludowa – potężny kraj pokoju i socjalizmu!”.

Pierwszomajowe ulice były udekorowane flagami i plakatami. Poczta Polska przygotowywała okolicznościowe znaczki pocztowe, a w klapach maszerujących pojawiały się przypinki. Podobnie jak na 22 lipca dekorowano wystawy sklepowe. W szkołach, w ramach przygotowań do Święta Pracy, dzieci wykonywały kompozycje kwiatowe z bibuły i tym podobne dekoracje. Organizowano też podniosłe akademie szkolne. A po pochodzie wszyscy ruszali na wyżerkę do licznych straganów z jedzeniem i piciem. Mężczyźni popijali piwo, panie kupowały artykuły przemysłowe do domu, trafiały się czekolady i pomarańcze. Oczywiście udział w tych uroczystościach nie był dobrowolny. W zakładach pracy na ten czas nie udzielano urlopów, sprawdzano też listy uczestników pochodów.

 

Oprócz niedziel i wspomnianych świąt państwowych uroczyście obchodzono też święta branżowe – dzień górnika, metalowca, pracowników handlu, stoczniowca itp. Ale już nie z taką pompą jak 22 lipca czy 1 maja.

„Imieninom” i „urodzinom PRL-u” dorównać mogły tylko centralne dożynki. Święto zakończenia żniw, w dawnej Polsce nazywane wieńcowym (od symbolicznego wieńca ze zbóż i kwiatów), obchodzono przez kilka wrześniowych dni. Również nie brakowało przemówień, pochodów, ale też wystaw rolniczych, występów ludowych. Centralne dożynki odbywały się w różnych miastach. Podczas jednej z takich imprez – w Warszawie, w 1968 roku – na Stadionie Dziesięciolecia doszło do tragicznego wydarzenia. By zamanifestować sprzeciw wobec zbrojnej interwencji wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji, samospalenia dokonał Ryszard Siwiec. Dożynkowej gali jednak nie przerwano, na murawie stadionu przed stutysięczną publicznością wciąż występowali tancerze, trwały pokazy, wielu uczestników nawet nie zauważyło dramatycznego incydentu.

Jedną z największych, jeśli nie największą, imprez młodzieżowych zorganizowanych przez władze był V Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów w 1955 roku. Odbywał się w Warszawie pod hasłem „O Pokój i Przyjaźń” i ściągnął do Polski tysiące młodych ludzi z całego świata – 30 tysięcy osób ze 114 krajów. Brali oni udział w spotkaniach i konferencjach, oglądali wystawy sztuki współczesnej, bawili się i tańczyli. Barwny pochód uczestników płynął ulicami. Dla wielu Polaków była to pierwsza okazja do spotkania z młodymi ludźmi z Zachodu, a przede wszystkim z egzotycznych afrykańskich krajów. Na dwa tygodnie stolica stała się otwartym miastem, pełnym rozentuzjazmowanej młodzieży.

Niemal dwie dekady później – oprócz niedziel, świąt kościelnych i państwowych – obywatele dostali dodatkowe dni wolne od pracy i nauki. Soboty.

I choć jeszcze w połowie lat 80., w serialu Siedem życzeń o trzynastoletnim Darku i jego kocie Rademenesie, w piosence Bandy i Wandy[4] słychać narzekanie, że jest tylko jeden dzień odpoczynku w tygodniu – Dlaczego tydzień tylko jedną ma niedzielę… – to już wtedy dla wielu wolne były też soboty. Władza jednak nie chciała tak po prostu oddać swoim obywatelom kilku wolnych godzin ekstra.

W DNI WOLNE POPRACOWAĆ W HUCIE, ZMONTOWAĆ KUCHENKĘ

21 lipca 1973 roku był niezwykłym dniem. Jubileuszowy, 30. wyścig kolarski Tour de Pologne wygrał Lucjan Lis[5]. Zwycięstwo mogły świętować na mecie tysiące Polaków, bo właśnie tego dnia, po raz pierwszy w historii pracujący obywatele mieli wolną sobotę. Choć do tego kroku przymierzano się już dwa lata wcześniej.

Podczas VI zjazdu PZPR w 1971 roku delegaci podjęli uchwałę dotyczącą zmniejszenia liczby godzin pracy w przemyśle. Wspomniano przy tym o wprowadzeniu wolnej soboty. Jednak dopiero dekret Rady Państwa z 20 lipca 1972 roku otwierał furtkę, dzięki której Rada Ministrów mogła ogłosić wolne soboty:

Upoważnia się Radę Ministrów do wprowadzenia w porozumieniu z Centralną Radą Związków Zawodowych dwóch dodatkowych dni wolnych od pracy w 1972 r., wyrównywanych przez odpowiednią zmianę wymiaru czasu pracy w dniach poprzedzających dodatkowe dni wolne od pracy[12].

W 1972 roku nie wprowadzono jednak żadnej wolnej soboty, a rok później tylko dwie. Jedną z nich właśnie w przeddzień 22 lipca. Żeby jednak nie było tak łatwo, to wolne soboty należało odpracować.

Z czasem w kalendarzu pojawiało się ich coraz więcej. W 1974 roku było sześć wolnych sobót, a rok później już dwanaście, czyli jedna wolna sobota w miesiącu. W roku 1979 wolnych sobót było czternaście.

W sierpniu 1980 roku, wśród postulatów umieszczonych przy Bramie nr 2 Stoczni Gdańskiej przez Międzyzakładowy Komitet Strajkowy, na ostatnim, 21. miejscu, znalazł się ten, by „wprowadzić wszystkie soboty wolne od pracy”. 30 stycznia następnego roku doszło do porozumienia rządu z Krajową Komisją Porozumiewawczą NSZZ „Solidarność”. Na jego mocy wolne miały być trzy soboty w miesiącu.

W epoce PRL-u władza bardzo dbała jednak, by obywatele spędzali czas wolny wedle odgórnych, jedynie słusznych zaleceń. Temu m.in. służyć miały organizowane w latach komuny czyny partyjne i społeczne.

Bardzo często te akcje związane były ze świętami państwowymi i zjazdami partii. W 1986 roku chwalono się, że dla uczczenia X Zjazdu PZPR w zakładach sprzętu grzejnego Wrozamet we Wrocławiu kilkudziesięciu członków organizacji młodzieżowej wraz z załogą zakładu zrobiło 200 kuchenek gazowych typu Ewa[13]. W Radomiu, Lublinie, Zawierciu czy Bolesławcu i w wielu innych miastach Polski z okazji 1 maja naprawiano ulice.

Czyny społeczne, nazywane też m.in. – zależnie od rodzaju działań – czynami drogowymi, melioracyjnymi, w zakresie oświaty czy kultury, zazwyczaj organizowano w wolne soboty i niedziele. Żeby zachęcić do udziału w tych pokazówkach, zapowiadano przybycie także członków partii i jej władz – to miał być magnes przyciągający obywateli.

Na przykład w niedzielę 12 maja 1974 roku w czynach społecznych wzięło udział dwa miliony członków PZPR, w tym sam I sekretarz KC PZPR Edward Gierek z małżonką, przewodniczący Rady Państwa Henryk Jabłoński i prezes Rady Ministrów Piotr Jaroszewicz.

W tę majową niedzielę w Warszawie budowano Trasę Łazienkowską, w fabryce samochodów w Bielsku-Białej montowano syrenki[6], a w Szczecinie ponad 500 osób pracowało dodatkowo przy przeładunku w stoczni i porządkowało teren przy stołówce pracowniczej. Dodatkową produkcję podjęto m.in. w hucie Batory w Chorzowie, zakładach odzieżowych Bytom i Wólczance.

Przy udziale społeczeństwa realizowano wielkie inwestycje. Wśród nich największe powojenne przedsięwzięcie melioracyjne w Polsce, czyli kanał Wieprz–Krzna (województwo lubelskie), oraz kolejkę linową w Parku Kultury i Wypoczynku w Chorzowie[7]. Zbudowaną w czynie społecznym kolejkę w 1967 roku otworzył Edward Gierek, wówczas I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach.

W ramach czynów społecznych pomagano również ofiarom katastrof, powodzi, przeprowadzano akcje wspierające mieszkańców wsi, chociażby tzw. białe niedziele.

Do Zbrosławic na Opolszczyźnie przyjechali lekarze z Katowic. Co niedziele goście z miasta odwiedzają wsie pozbawione dotychczas opieki lekarskiej […], piękna inicjatywa lekarzy i pracowników służby zdrowia, którzy poświęcają bezinteresownie niedzielny odpoczynek przyczyni się do podniesienia zdrowotności wsi – informowała Polska Kronika Filmowa w 1949 roku.

Na wsiach w czynie społecznym popularyzowano też dokonania Polski Ludowej, pomagano mieszkańcom w naprawach maszyn czy tworzeniu bibliotek.

Władze zajmowały się czasem wolnym nie tylko dorosłych, ale też dzieci. Co począć z wolnym dniem? – zastanawiali się dziennikarze „Świata Młodych” na początku roku 1981, w którym to w szkołach wprowadzono wolne soboty. Hufce ZHP organizowały biwaki, wycieczki i szkółki narciarskie. Kina ustalały specjalny program, a ośrodki Praktycznej Pani utworzyły zespoły „młodych gospoś” i „młodych Ludwików”. Podczas zajęć młodzież uczyła się gotować, mogła skorzystać z kursów dziewiarstwa, szycia, porządków domowych.

I choć pracownica Miejskiego Domu Kultury w Lublinie informowała „Świat Młodych”, że u nas, a przypuszczam, że i w innych tego typu placówkach nic się nie dzieje[14] – to wiele domów kultury, czy raczej pracujący w nich ludzie, znakomicie organizowało czas wolny młodym ludziom.

eMDeKi, CZYLI MIEJSCA DLA KAŻDEGO Z PASJĄ

– Zajęcia w domach kultury prowadzili pasjonaci – opowiadał mi Jerzy Lach, jeden z nich.

W Młodzieżowym Domu Kultury pracował do 1989 roku. Jego pasją był teatr amatorski. Zaczął go prowadzić tuż po studiach polonistycznych w Toruniu. Razem z żoną trafili do wsi Korytowo. Była tam mleczarnia, sklep, kiosk, no i szkoła. Uczył w niej różnych przedmiotów, a w jednej ze szkolnych sal urządził teatr.

Lach wystawiał m.in. Baśnie Andersena (przedstawienie wyróżniono na przeglądzie teatralnym w Bydgoszczy) i Księżniczkę Magdalenę Witkacego (nagrodzoną Złotą Maską w Poznaniu). W jego spektaklach grali uczniowie, ale też naczelnik poczty i pracownik wiejskiego sklepu. Po 5 latach spędzonych w Korytowie Lach przeprowadził się do Żnina. I tam, w ramach Ogniska Pracy Pozaszkolnej, również założył teatr.

– Przeszedłem się po klasach w liceum i zbierałem chętnych. Na początku zgłosiło się 20 dziewczyn – opowiadał.

Tak w połowie lat 80. stworzył jeden z najlepszych teatrów amatorskich w Polsce, czyli Teatr im. Alberta Tison w Żninie. W mieście tym Lach został też dyrektorem Młodzieżowego Domu Kultury, gdzie stworzył Ośrodek Edukacji Teatralnej.

Wspomina, że w MDK-u działało wiele sekcji – wideofilmowania, modelarska, plastyczna, rzeźbiarska, muzyczna, żeglarska (jezioro było nieopodal) – warunki nie były jednak łatwe. W ośrodku finansowanym przez kuratorium oświaty brakowało materiałów dydaktycznych, opału, pieniędzy na wynagrodzenie dla prowadzących sekcje. Pracownicy sami projektowali i wykonywali plakaty, zaproszenia na różne wydarzenia, dbali o wystrój domu kultury.

Bywalcy MDK-u musieli raz na jakiś czas uczestniczyć w uroczystościach związanych z obchodami 1 maja albo 22 lipca. Choć, jak wspomina Lach, często ignorancja i brak wiedzy miejscowych partyjnych władz były tak duże, że pozwalali wystawiać sztuki, niekoniecznie zgodne z linią władzy. Kiedyś wystawił na przykład Pluskwę Włodzimierza Majakowskiego, a po spektaklu usłyszał od I sekretarza województwa: Panie kolego, przesadziliście. Lach był też autorem inscenizacji Balu w Operze Juliana Tuwima – podczas premiery aktor w pewnym momencie postanowił zwrócić się do jednego z widzów i wskazując na niego, wykrzyczał fragment tekstu: Komu dziś dać?/ Promieniejąca K… – Mać/ K… – Mieć/ K… – Brać! Wybuchła afera, ponieważ okazało się, że przypadkowo wybraną osobą na widowni był miejscowy I sekretarz partii.