Miasto noży

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wojciech Mucha

Miasto noży

Redakcja zewnętrzna: Marta Syrwid

Korekta: Martyna Sobótka

Konwersja do ebooka: Mikołaj Jastrzębski

Projekt okładki: Robert Konrad

Text © Copyright by Wojciech Mucha 2019

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Cień Kształtu 2019

Niniejsza powieść jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do rzeczywistych osób lub faktycznych wydarzeń jest przypadkowe.

ISBN 978-83-60685-49-5

Wydawnictwo CIEŃ KSZTAŁTU

ul. Żeromskiego 5 m. 64

01-887 Warszawa

e-mail: wydawnictwo@cien-ksztaltu.pl

http://www.cien-ksztaltu.pl

„To dla tych, co zjedli chleb betonowych osiedli”

Adam „PIH” Piechocki

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


Małpa szedł chodnikiem wzdłuż długiego czteropiętrowca i – jak zwykle – uważał, by nie stawać na łączeniach płytek. Zresztą chodził tą drogą już tyle razy, że nawet po ciemku umiałby przejść, nie dotykając spojeń. Znał wszystkie na pamięć, podobnie jak pęknięcia i dziury. Po każdym zimowym skuwaniu lodu przybywało kolejnych, ale i do nich przyzwyczajał się już po pierwszych roztopach. Zatrzymał się na końcu bloku i odpalił przedostatniego kapitana.

Rozejrzał się, wodząc wzrokiem po piętrach. Światła w wielu oknach błyskały i gasły dokładnie w rytm akcji Ekstradycji. Na trzecim piętrze, pomiędzy odrapanymi framugami, także migało. Paweł gwizdnął przeciągle, wypuszczając dym z płuc. Firanka zakotłowała się, a drzwi otworzyły, skrzypiąc jak nieotwierana od stuleci brama. Za imitującą balkon barierką – zwaną tu po swojsku wypierdolnikiem – pojawiła się postać z łysą głową, a w zasadzie – jej ciemny, odcięty od światła kontur.

– Bartek, wyłaź! – rzucił Małpa w ciemną przestrzeń. Nie lubił czekać, tym bardziej w taką słotę.

– Dziesięć minut! – wyrwało się z ciemnej plamy.

– To otwórz chociaż klatkę! – odparł zrezygnowany. To „dziesięć minut” mogło równie dobrze oznaczać także dwa kwadranse. Małpa powlókł się w stronę bramy. W górze skrzypnęło po raz drugi, domofon zabzyczał i chłopak wszedł do środka.

Zgasił peta na ścianie, rozcierając popiół obok dziesiątek podobnych śladów. Ta klatka dość często stanowiła widać poczekalnię. Tradycja trzymania oczekujących i przyjmowania gości na klatce schodowej miała zresztą swoje uzasadnienie. Po pierwsze – nikt z domowników nie podsłuchiwał, a po drugie – nie trzeba było wystawiać się na ocenę zamożności, bo nikt nie taksował mieszkania ani członków rodziny. Na klatce wszyscy byli równi.

Klatka schodowa pełniła rolę osiedlowego klubu, świetlicy, pijalni, palarni, domu schadzek i miejsca narad. W co drugim bloku trwały wieczorami posiadówki nastolatków grających w karty, dłubiących nożem w ścianach i snujących plany przy szlugu i butelce. Górne piętra pełniły dodatkowo rolę wież obserwacyjnych, co niejednokrotnie przydawało się przy kradzieżach lub obczajaniu wrogich najazdów.

Małpa usiadł na schodach i odpalił ostatniego papierosa. Zapowiadało się dłuższe czekanie. Znał doskonale sytuację Browarnika. Wiedział, że nim w klaustrofobicznej przestrzeni dwudziestokilkumetrowego mieszkania – pomiędzy wózkiem inwalidzkim brata, jego łóżkiem szpitalnym, swoim łóżkiem polowym, narożnikiem ojca i segmentem z pamiętającymi późnego Gierka stosami zakurzonych książek i wiekowych papierów, płyt gramofonowych i Bóg wie, czego jeszcze – znajdzie obydwa buty, skompletuje dres i pryśnie się, nie wiadomo po co, perfumami, minie wieczność.

Zdjął kaptur z krótko ostrzyżonej głowy i zapalił. Puszczał kółka, strzelając przy tym wystającą dolną szczęką, obiektem drwin i przyczyną przezwiska, aż wreszcie zgasił peta o ścianę i roztarł jego resztki koło innych szaroczarnych plam popiołu. Splunął obok na ścianę, wyjął zapałkę i wytaplał jej drewnianą stronę w zwilżonym śliną tynku. Odpalił i rzucił pod sufit. Zapałka przykleiła się obok pełniącego rolę klosza słoika po ogórkach i płomieniem okadzała sufit, tworząc czarny okrąg. Sufit przypominał sklepienie jaskini i nie tylko z powodu zapałczanych stalaktytów. Nie tylko sufit zresztą. Popalone na końcach plastikowe poręcze, powyłamywane po wielokroć skrzynki pocztowe, które co mniej wytrzymali mieszkańcy zamykali na małe kłódki, na przemian drapane, ryte i bazgrane grubymi mazakami napisy: „Metallica”, „Wisła kurwa”, „POLICJA” z dorysowanym fiutem, a także cyfry „666” z odwróconym krzyżem, cała klatka nosiła ślady obecności dzikich. Po chwili zapałki skończyły się, a z drugiego piętra, skacząc co dwa schody, zbiegł Browarnik.

– No co, kurwa. Nie moja wina… – rzucił, wyprzedzając wyrzuty. – Stary oglądał Ekstradycję i darł się, jak szukałem butów, że mu zasłaniam.

– Moi starzy też nie odpuszczą. Masz szluga? – spytał Paweł pojednawczo. Bartek bez słowa wyjął z kieszonki ortalionowych spodni dużą paczkę maxwelli. Małpa wzdrygnął się z obrzydzeniem i dwoma palcami wyjął imitującego cygaretkę papierosa.

– Jak ci się nie podoba, to nie pal. Kraków nie wioska, papierosy są w kioskach – obruszył się Bartek, podpalił papierosy Małpie i sobie. – Chodźmy, Kiki już czeka – zarządził.

Ruszyli przez zasypiające osiedle. Przeszli przez kwartał opustoszałych ogródków działkowych, omijając znane pułapki – doły na deszczówkę i zwoje drutu kolczastego. Wieczór był ciepły, więc w porzuconych altanach zbierali się jeszcze bezdomni, o czym świadczyły płomienie świeczek, gasnące na głos kroków. Już za chwilę przyjdzie jesień, żuki przeniosą się na najwyższe piętra bloków i przetrwają tak kolejną zimę, na przemian przepędzani przez dozorców i dokarmiani przez co wrażliwszych lokatorów. Ten słodko-kwaśny zapach ludzkiego brudu był w zimie nieodłącznym elementem klatek schodowych, wind, piwnic i poddaszy.

Podeszli pod biegnący w poprzek do pozostałych bloków mrówkowiec – tysięcznik o kilkunastu bramach i setkach mieszkań. Czekało tam już na nich kilku innych.

– Dobra, to jedziemy z kurwami – zarządził Browarnik.

* * *

Osiedla są takie same. Bloki z wielkiej płyty, rozrzucone jak klocki pozostawione przez niesfornego olbrzyma: od zachodu Europy, aż – hen – do Władywostoku. Przez dekady podlewane kwaśnymi deszczami, wyrosłe z betonu, samowystarczalne organizmy. Ciemnice klatek schodowych ze zbrojonymi szybami, przez które widać, że latarnia znów nie świeci lub – jeśli świeci – zarys zbliżających się postaci, windy rozwożące mieszkańców na korytarze pięter, gdzie za kratami przeciwwłamaniowymi rozkłada się na wspólnym korytarzu dywaniki, stawia stary fotel i popielniczkę, i ma się wrażenie własnego, choć przecież dzielonego z sąsiadem przedsionka.

Małpa lubił patrzeć wieczorem na życie toczące się za niezasłoniętymi oknami, obok rdzewiejących talerzy satelitarnych i wszystkiego, co z braku miejsca trafiało na balkon. Patrzył na determinujące czas domowników pulsujące mgnienia programów telewizyjnych, rozświetlających pokoje z honorowego miejsca. Bawił się w odgadywanie, co też w danym momencie jest oglądane: Żar tropików, Tok Szok czy jakaś durnota w typie Xena: wojownicza księżniczka.

Sąsiadujące ze sobą mieszkania odróżniała od siebie moc rozświetlających je żarówek, po których odgadnąć można było zasobność portfela. Małpa liczył też segmenty z książkami i symetrycznie lub przypadkowo porozwieszane na ścianach obrazy, zdjęcia i makatki. Porównywał obnażaną przez jarzeniówki nagość ścian jednych mieszkań z ciepłem witych przez dekady gniazdek, gdzie światło spod mlecznych kloszy padało na plusz miękkich zasłon. Widział w tych maszynach do mieszkania wystawioną na przypadkową ocenę intymność, gdy jakaś para tuliła się w tańcu do nastrojowej muzyki albo gdy po wszystkim na tle czerwonego półmroku rysowała się półnaga postać o twarzy rozświetlanej żarem papierosa. Obok starsza kobieta w niebieskiej podomce miotała się nad niewidocznym rozmówcą, wznosząc ręce pod sufit i – najwyraźniej – krzycząc. Ktoś z mieszkania na parterze szukał alkoholu w barku paździerzowego segmentu, nagus na trzecim wieszał w pośpiechu ręcznik na balkonie, spiesząc się, by nikt nie przypisał mu ekshibicjonizmu. W większości mieszkań światła migały jednak za kotarami, zasłonami i firanami, nie wpuszczając wścibskich oczu sąsiadów z naprzeciwka i wzroku Małpy skrytego pod daszkiem rozdzielni elektrycznej. A potem światła gasły – jedno po drugim. I ciemność okrywała bezrobotnych niespokojnym snem. Spokojnym zaś – idiotów, zasłużonym – zmęczonych, szarpanym – alkoholików, a płytkim – cierpliwe matki.

Bloki. Od ich dachów, z których widać wieże kościoła Mariackiego, szczyty Tatr i kominy elektrociepłowni w Łęgu, po podziemia ufortyfikowanych jak schrony przeciwatomowe piwnic. Piwnic, w których mieszkańcy, jakby szykując się na kataklizm, trzymają przedmioty, które „mogą się przydać”: słoiki, meble, sztućce, stare dywany, miednice, nocniki, dziurawe opony, zdekompletowany sprzęt RTV, gwoździe, nakrętki, resztki smarów, lakierów, farb i klejów. Starcy, ubodzy i zapobiegliwi – wszyscy – wypełniają piwnice słoikami przetworów z datami opisywanymi drżącą ręką na papierowej taśmie z gęsią skórką: lipiec 1992, czerwiec 1995 i tak dalej, aż do września 1997. Niektórzy wciąż gromadzą cukier i mąkę. Doświadczonym wojenną traumą i komunistycznym niedoborem nie idzie wytłumaczyć, że to niepotrzebne, że już nie braknie. Gdy po śmierci pamiętającego Sachsenhausen staruszka opróżniano jego mieszkanie, okazało się, że skamieniałe paczki z cukrem trzymał w jednej z bieliźniarek chyba od czasu kryzysu kubańskiego.

* * *

Małpa spojrzał na dłoń, którą ciasno owijał szeroki pas wojskowy ojca. Ciężka klamra zwisała na około pół metra. Wystarczająco, by zadać celny cios z bezpiecznej odległości. Pozostali w większości również nie szli z pustymi rękami. Ktoś nieudolnie chował pod kurtką zawilgnięty palik, jeszcze przed chwilą podtrzymujący sadzonki w ogródkach działkowych okalających park, w którym się znajdowali, a który o tej godzinie omijali wszyscy mieszkańcy okolicznych osiedli. Ktoś inny miał ze sobą młotek, jeszcze ktoś – znaleziony w pawlaczu metalowy element od konstrukcji namiotu. Wszystko to dodawało im pewności siebie, podobnie jak wypalane w pośpiechu, chowane w wolnych dłoniach papierosy. Były obrzydliwe – Grot, Męskie, Bravo. Dwa złote za paczkę – tyle mógł kosztować tylko tytoń dla bezdomnych, alkoholików i nastolatków z wątłym kieszonkowym. Tylko Paweł mełł w zębach kolejnego maxwella od Browarnika.

 

Wąską alejką wyszli z ciemnego parku i skierowali się w stronę szkoły. Szli, rozglądając się wokół, a Małpa pomyślał przez chwilę, że zachowują się trochę tak, jakby na tym obcym osiedlu zza każdego drzewa i samochodu miała ich napaść chmara zbójcerzy. Nic takiego się nie działo, czteropiętrowe bloki Azorów stały, niezmiennie szare i milczące, jak kolejka w urzędzie pracy.

Ślepa, dochodząca do parku osiedlowa ulica oddzielała szkołę od zabudowań. Teraz była pusta i ciemna. Sąsiadujące z nią bloki nie miały balkonów, a jedynie wypierdolniki, takie same jak w mieszkaniu Browarnika. Skutkowało to tym, że mieszkańcy nawet późną jesienią suszyli pranie na sznurach rozciągniętych pomiędzy drzewami rosnącymi nieregularnie na wydeptanych trawnikach. Szkoła – podobnie jak bloki i całe osiedle – powstała w czasach Gomułki. Była odpowiedzią na uroczystości tysiąclecia chrztu Polski. „Tysiąc szkół na tysiąclecie Państwa Polskiego”. Ta na Azorach była któraś z kolei i nie wyróżniała się niczym szczególnym od sobie podobnych, złożona z takich samych prefabrykatów jak pozostałe. Betonowe boisko, sala gimnastyczna, dwa piętra, kilka pracowni z tekturowymi tablicami: w historycznej – Poczet królów Polski Jana Matejki, w geograficznej – mapy Europy i świata, w biologicznej – przekrój żaby. Na pierwszym piętrze – sklepik szkolny z oranżadą w woreczkach i gabinet wiecznie nieobecnej higienistki. Na parterze – świetlica, w podziemiach – stołówka, szatnie i harcówka. Za przylegającą do budynku salą gimnastyczną – mieszkanie woźnej, której mąż właśnie, dopiwszy czwarte piwo, usnął przed telewizorem.

Przeszli gęsiego przez dziurę w ogrodzeniu i stanęli w cieniu sali gimnastycznej, tuż pod trójkolorowym napisem „WIELKA WISŁA” i herbami drużyn zaprzyjaźnionych z fanami Białej Gwiazdy – Śląska Wrocław, Jagiellonii Białystok i Lechii Gdańsk. Z boiska dobiegały śmiechy i głośne rozmowy. Tamci stali w przeciwnym rogu budynku, na wysokości szatni ósmych klas – zbici w grupkę, którą odcinało od wrześniowej szarugi kilka papierosianych ogników. Nie mogli ich widzieć.

Dwunastu na ośmiu. Tamtych szło łatwo policzyć, stali w pobliżu jedynej czynnej latarni, rzucającej światło na winkiel budynku. Intruzi mieli liczebną przewagę, nie wiedzieli jednak, czy tamci to ich rówieśnicy – szesnasto-, siedemnastolatkowie, czy może starsi wiekiem amatorzy wieczornej wódki z plastikowego kubka, lub – nie daj Boże – ktoś z Dragonsów – doborowej ekipy chuliganów, których na tym osiedlu było co najmniej kilku, a w całym Krakowie – kilkudziesięciu. Z nimi nie mieliby szans, nawet przy dwukrotnej przewadze, a starcie – w najlepszym razie – skończyłoby się na podbitych oczach, w gorszym – na zbieraniu wybitych zębów połamanymi rękami.

– Nie ma pierdolenia. Wjeżdżamy w nich. Słychać, że to Turoń i reszta frajerstwa. – Browarnik przekonywał pozostałych i samego siebie, choć nie miał pewności, kto stoi w grupce oddalonej o kilkadziesiąt metrów.

Oczywiście, miał pietra, którego gasił tonem nieznoszącym sprzeciwu i zdecydowanym wyrazem dziobatej twarzy, schowanej teraz w cieniu kaptura, spod którego widać było zrolowaną na głowie biało-czerwoną kominiarkę – dowód na to, że to on wiedzie tu prym. Oprócz niego czarny komin miał tylko Małpa – to stawiało ich w hierarchii wyżej niż pozostałych, często przypadkowych uczestników wjazdu. Małpa wiedział, że jeśli ruszą na tamtych, starcie będzie nieuchronne. Gdyby zaatakowani zdecydowali się na ucieczkę, trafiliby na wysoki płot, który skutecznie by ją spowolnił. To samo czekało ich samych, gdyby napadnięci okazali się równymi przeciwnikami.

– Kto mi się wycofa, jest rozjebany – syknął Browarnik i pstryknął niedopałkiem w trawę. Nikt nie zaprotestował. Zaciągnął na twarz kominiarkę. – Jazda z kurwami! – krzyknął.

Puścili się biegiem w stronę stojących pod latarnią.

– Łooo–wcy – Psóóóów – Craaacoviaaa – wrzasnął Bartek, a reszta dołączyła się do okrzyku już po pierwszej sylabie. Paweł też wrzeszczał, podświadomie licząc, że może tamci uciekną i starcie będzie można zapisać na plus bez konieczności konfrontacji. Tamci, zaskoczeni, stanęli jak wryci. W ciemności nadbiegająca grupa wyglądała przerażająco – kominiarka w biało-czerwone pasy, twarze zamaskowane bandanami, kaptury na głowach i widoczne uzbrojenie. Małpa, Browarnik i Kiki biegli na początku, jak charty rzucone w pościg za uciekającym zającem, reszta bardziej truchtała i widać było, że nie palą się do awantury. Ostatni wlókł się tempem marudera, również licząc, że do niczego nie dojdzie albo przynajmniej – w najgorszym razie – że za chwilę będzie po wszystkim.

Napadnięci przeczuwali najgorsze. Nikt nie mógł dostrzec, że najstarszy z nadciągających nie ma jeszcze osiemnastu lat, a najmłodszy, wrzucony w sytuację, która przerastała go niemal tak samo jak wzór na pole trójkąta, przed dwoma tygodniami poszedł do szóstej klasy.

Po chwili otumanienia napadnięci zorientowali się w sytuacji i rzucili do ucieczki. Czterem udało się przeskoczyć wysokie ogrodzenie, dla reszty było już za późno. Pierwsze z ciosów, które na nich spadły, były chaotyczne, jakby zadawane przez nieumiejącego się bić ucznia, który – wykończony prześladowaniami – wreszcie postanowił się zemścić, bijąc na oślep i czym popadnie. Kilka osób kopało zwiniętego pod szkolnym murem nastolatka w granatowym dresie z żółtymi lampasami. Inny z napadniętych, łysy osiłek w wytartej dżinsowej kurtce i wojskowych spodniach, podjął próbę walki na pięści, i zapewne by ją wygrał – był wyższy i silniejszy od każdego z napastników. Szczęśliwie jednak udało się go obalić, waląc młotkiem w ramię.

– Po nogach, po nogach, nie po głowie! – krzyknął Małpa, widząc, że Kiki zamachuje się palikiem na głowę leżącego, chowającego twarz w ramionach Turonia. Przed tygodniem Turoń skroił pod kościołem koszulki dwóm małolatom, którzy z głupoty lub nierozwagi postanowili wracać z meczu, nie dość że sami, to jeszcze autobusem przejeżdżającym przez teren Wisły. Pech chciał, że Turoń i reszta ustawili się wówczas na przystanku i od razu wypatrzyli wrogów. Młodych wywleczono z autobusu i po szybkiej kontroli odkryto koszulki. I choć skończyło się na kilku kopniakach, obaj wracali na osiedle nadzy od pasa w górę. Dzisiejszy wjazd pod szkołę miał być odwetem.

Oprócz Browarnika, Małpy i Kikiego – trójki prowodyrów wjazdu – reszta patrzyła na akcję z boku lub markowała ciosy, dodając sobie odwagi przekleństwami wyrzucanymi ledwo zmutowanymi głosami. Kopniaki, pięści i mało zdecydowane uderzenia przywleczonymi z parku kijami spadały na wiślackich z coraz mniejszym impetem. A potem zapadła cisza.

Z czterech nieszczęśników, którym nie udało się uciec, zostało dwóch. Turoń oberwał najbardziej, siedział na płask na ziemi i trzymał się za głowę. Drugi z niedobitków, ten w dresie, marzył tylko o tym, by niczym cyborg T–1000 z filmu o Terminatorze przetopić się przez ścianę wprost do szatni ósmej „D”.

Napastnicy nie wiedzieli, co z nimi zrobić, zwłaszcza że ofiary patrzyły na nich z przerażeniem, ewidentnie wciąż nie rozumiejąc, z kim mają do czynienia. Docierało do nich tylko, że zamaskowani mają tyle wspólnego z chuliganami z Łowców Psów, że mogą co najwyżej być ich chłopcami na posyłki lub asystować przy piwie przed meczem, i to tylko wówczas, gdy nie mówi się o niczym ważnym. Ten w dresie wykorzystał moment nieuwagi i czmychnął wzdłuż budynku. Turoń siedział skulony z głową w dłoniach, ale i on już chwilę temu odetchnął w duchu. Fakt, że od kilkunastu sekund nikt go nie uderzył i że – pomimo wszystko – nie krwawi, utwierdzał go w przekonaniu, że wjazdu dokonali tacy, jak on: aspirujący. Widział to zresztą po ich wątłych posturach i ciuchach, z których większość stanowiły, jeśli nie liche podróbki z Kleparza lub Tandety, to bezbarwne ubrania, jakich pełno na przeciętnym uczniu każdej szkoły. Tak, to był chcący się wykazać narybek, młodzi, których po obu stronach Błoń jest co najmniej kilkuset.

– To za małolacika, kurwo – ryknął Małpa, stojąc nad nim. Zamachnął się i uderzył go pasem w plecy, a Browarnik z całej siły kopnął go w goleń, tak że Turoń aż zwinął się z bólu, krzycząc w niebogłosy. Krzyk zagłuszył zbliżający się dźwięk syreny.

– Spierdalamy! – krzyknął ktoś i wszyscy rzucili się do ucieczki. Drogę do parku pokonali w kilkanaście sekund, kotłując się przez chwilę przy dziurze w ogrodzeniu. Wbiegli w alejkę, wrzucili kije pomiędzy ogródki działkowe. Ten z młotkiem postanowił jeszcze zakończyć wjazd mocnym akcentem i zadając drugi cios tego wieczora, wybił nim przednią szybę w starej skodzie 105, stojącej na końcu ślepej uliczki. Potem wszyscy rozpłynęli się w ciemności.

Po chwili Turoń wyzbierał się do kupy i otrzepał ubranie. Ocenił straty. Nie było źle. Oprócz potwornego bólu nogi miał tylko kilka guzów na głowie i zabłoconą kurtkę. Splunął przekleństwem i otrzepał się w blasku latarni. Spojrzał na ulicę, z której dochodził sygnał, i po której po chwili przemknął wóz straży pożarnej. Obity przelazł przez kratę i poszedł w stronę osiedlowego baru.

*

Było już dobrze po dwudziestej drugiej, kiedy czerwony volkswagen golf trzeciej serii zatrzymał się na końcu parkingu przy osiedlowym pawilonie. Nieliczne latarnie i odległość od bloków sprawiały, że w obawie przed złodziejami nikt nie zostawiał tu samochodu na noc. Teraz, oprócz golfa, stał tu tylko wrośnięty w ziemię, ogołocony ze wszystkich możliwych części wrak starego fiata 131 miriafiori i przykryty brezentową plandeką wiekowy trabant jakiegoś emeryta. Wkoło panowała cisza. Sklepy już pozamykano i jedynie po drugiej stronie ulicy, na przystanku, majaczyła postać spóźnionego pasażera, wypatrującego ostatniego autobusu w stronę centrum.

W golfie zgasł silnik, ale z samochodu nikt nie wysiadł. Tylko ktoś przyklejony nosem do przyciemnionej folią szyby dostrzegłby w środku dwie postacie. Rozbłysła zapalniczka i szyba od strony pasażera opuściła się na kilka centymetrów. Wilgotne powietrze jesiennej nocy przyjmowało dym papierosa i niosło dźwięki muzyki z głośników.

– Love Parade 19971, dobry kocur. Nowość – powiedział Janusz zwany Hersztem, kiwając głową z uznaniem. Siedział rozparty w lotniczym fotelu i wielkimi palcami bębnił w kokpit nad schowkiem. – Wziąłem z giełdy w niedzielę, dopierdoliłbym basu, ale przypał – dodał, nie słysząc aprobaty kierowcy, Piotra Złotnickiego, Goldena.

Golden milczał, patrząc w szybę po swojej stronie. Wiedział doskonale, że może jedynie pochwalić tę łupaninę albo milczeć. Wolał milczeć i wypatrywać kłopotów za pasem trawnika oddzielającym parking od ulicy. Wypatrywał kłopotów, przed którymi mógł – a jeszcze bardziej tych, przed którymi nie mógł – uchronić go nóż, który leżał w skórzanej pochwie w półce drzwi auta. Był to nóż Gurkhów, krótka dwudziestocentymetrowa replika broni używanej przez nepalskich wojowników. Przesąd głosi, że taki nóż, raz wyciągnięty z pochwy, nie może wrócić na miejsce, nim nie zazna krwi. Piotr, co prawda, nie był przesądny, jednak za każdym razem, gdy wyjmował go – czy to do polerowania, czy zwyczajnie, ze znudzenia, by przyjrzeć się odbiciu w ostrzu – upuszczał nożem kroplę krwi z palca. Nigdy także nie pozwalał nikomu dotykać zakrzywionego ostrza.

– Małolacik brał pięć dych po dwa-pięć. Z poprzedniego pakietu się rozliczył, więc jak teraz też da mamonę, to mu zejdę na dwa–zero – mówił Herszt do milczącego szofera, obliczając, ile narkotyków może sprzedać nowy diler, na którego czekali. – Nawet, powiem ci, Piotrek, żre temat na tym osiedlu. Jak ma pięć dych, to z każdej dychy zrobi trzynaście gramów, zgoni je po trzydzieści złotych. Dla mnie tysiąc, na czysto pięćset, dla niego prawie też tysiąc – liczył na głos. – No, kurwa, chyba się mu opłaca, co? – rzucił tonem dobrego szefa, który właśnie odjął sobie od ust, by jego najlepszy pracownik mógł nakarmić wygłodniałą dziatwę.

Temat żarł. Marihuana schodziła coraz lepiej. W Polsce nastała era hip-hopu. Już nie tylko Karramba, Liroy i Wzgórze Ya-Pa 3 święciły tryumfy, ale pojawili się także Nagły Atak Spawacza, a przede wszystkim – poznański Slums Attack. Ich wydana zaledwie przed kilkunastoma tygodniami Zwykła Codzienność2 była przegrywana z kasety na kasetę, aż do zajechania materiału. Najwięcej dla biznesu Herszta i Goldena zrobił jednak śląski Kaliber 44 i ich psychodeliczna płyta Księga Tajemnicza. Prolog3. Życie osiedli stawało się tematem, a nastolatki zauważyły, że zwykła codzienność jest nie tylko ich lokalną sprawą, ale normą, jak kraj długi i szeroki. W tę zwykłą codzienność trzeba było wstawić choć trochę odmiany. I tu, jak ojciec najlepszy, pojawiał się Herszt i jego kierowany przez Goldena czerwony golf.

 

– Opłaca się, Janusz, wiadomo, że się opłaca. Tylko, kurwa, gdzie on jest? Stoimy tu jak pizdy i wystarczy, że byle suka nas zrepeci4 i jest koniec – odpowiedział Golden.

„Masz takich łepków trzydziestu tygodniowo, więc tobie też się opłaca”, dodał w myślach. Siedział wyprostowany, z głową wbitą w zagłówek samochodu, badając okolicę szarymi oczami. Był niewiele młodszy od Herszta, ale jego wysportowana sylwetka i względny brak nałogów (poza zamiłowaniem do golden americanów) zwiększały tę różnicę o kolejne kilka lat. Cotygodniowy objazd osiedli wykańczał go. Marzył, by być już w domu. Nie bez powodu. W torbie na tylnym siedzeniu samochodu, w niedbale rzuconym plecaku leżało jeszcze kilkanaście zawiniętych w folię aluminiową pakietów z marihuaną. Każdy skrupulatnie odważony na dziewięć gramów, skutecznie udających dziesiątkę. Przechwycenie takiej ilości to sława, awans i splendor dla każdego policjanta. Jeśli dodać do tego pliki banknotów wypychające kieszenie spodni Herszta, dostawało się gotowy materiał do wieczornego wydania Kroniki Krakowskiej, a może nawet ogólnopolskich Wiadomości.

– Nic nie bój, Złotnicki, nic się nie stanie, Małolacik zaraz będzie. Luz, blues, cappuccino – rzucił Herszt i odpalił kolejnego papierosa.

Zza pawilonu wyjechał krótki jelcz linii 154 i zatrzymał się na przystanku. Drzwi otworzyły się z sykiem, a wiekowy pojazd przechylił się lekko w stronę krawężnika. Do środka wsiadł jedyny wyczekujący. Jednocześnie przez tylne drzwi wyskoczyła postać w kapturze i szybkim krokiem skierowała się w kierunku golfa. Autobus odjechał w ostatnią tego dnia trasę, a ten, który z niego wysiadł, cisnął przed siebie, trzymając ręce w kieszeniach i co jakiś czas rzucając na boki nerwowe spojrzenia. Po chwili był już przy samochodzie.

– Soróweczka, kurwa, gnałem jak po ogień. Jeszcze teraz ostatnią piątkę puściłem i jednego studentowi – rzucił do Herszta. Ten opuścił szybę i oparty na łokciu, taksował go z pogardą. Małe oczka tkwiące głęboko w pokrytej kruczoczarnym zarostem, nalanej i znaczonej wieloletnimi zaniedbaniami twarzy wpatrywały się w młodego dilera i przewiercały go na wylot. Milczenie trwało długą minutę. Młody spuścił wzrok, udając, że jest mu on niezmiernie potrzebny przy grzebaniu w kieszeniach ortalionowej kurtki.

– Tu hajs. – Podał grubemu zwitek banknotów spięty gumką recepturką. Herszt bez słowa zerwał gumkę, oblizał paluch i przeliczył banknoty, z których większość stanowiły dziesięcio- i dwudziestozłotówki. Stęknął i bezskutecznie usiłował wepchnąć utarg do jasnych jeansów opinających wielkie udo. Szło mu ciężko, więc zrezygnował i nie spuszczając wzorku z chłopaka, schował zwitek do kieszeni ortalionowej bluzy Adidasa. Wreszcie wygrzebał plecak z tylnego siedzenia, wyjął z niego pięć aluminiowych kulek, z których każda wyglądała jak zgniecione w dłoniach sreberko od sporej czekolady, i podał je dilerowi.

– Masz dziś pięćdziesiąt po dwadzieścia – zarządził, memłając zagaszonego kiepa. – Znaj fart i spierdalaj. Widzę cię w niedzielę na stadionie. I – kurwa! – nie przynoś mi więcej takiego siana! – Herszt wyjął z powrotem pogniecione pieniądze, zacisnął je w olbrzymiej dłoni, pogroził dilerowi, po czym cisnął zmaltretowaną średnią krajową do plecaka, a plecak rzucił za siebie. – Jedziemy! – zażądał i pstryknął niedopałek w trawnik.

Piotr odpalił stacyjkę, zamknął szybę i golf ruszył powoli w stronę wyjazdu z parkingu, po czym skręcił w stronę centrum miasta. Młody zacisnął w kieszeniach pięści na narkotykach i czmychnął między bloki. Po chwili zza pawilonu po prawej stronie wyłonił się niebieski volkswagen transporter – radiowóz o numerze bocznym 187, a za nim – granatowy polonez caro policji kryminalnej. Oba wjechały w osiedle na wygaszonych światłach.

* * *

W 1997 roku Kraków ma w najszerszym miejscu trzy kilometry. Tyle wynosi odległość od północnego końca mostu Piłsudskiego do końca ulicy Długiej. To tylko trochę więcej niż w dziewiętnastym stuleciu, kiedy tuż za Bramą Floriańską można było spotkać handlarzy starzyzną i chłopów z podkrakowskich wsi. To dlatego Bramy nie zburzono – mieszkańcy wewnętrznego kręgu kręcili nosami, obawiając się, że śmieci i smród z targowiska na Kleparzu będą wdzierać się w obręb Rynku.

Dziś turyści prowadzani wkoło Rynku jak owce na pastwisku zbaczają wprawdzie czasem z trasy i trafiają do owianej złą sławą i naznaczonej komunistycznym rodowodem Nowej Huty z jej socrealistyczną odmiennością, ale tu, na Krowodrzę, Prądnik, Kozłówek, Azory, Prokocim, Wolę Duchacką czy Kurdwanów, nie zapuszczają się nigdy.

Bo Kraków to Kazimierz, Stare Miasto, dalej do Alej Trzech Wieszczów. Po przekątnej – rondo Mogilskie z sądami i zrujnowanym „szkieletorem”, po przeciwległej – Błonia i dwa stadiony – Wisły i Cracovii. I koniec. Reszta Królewskiego Miasta jest tak nijaka, że wysadzony tu mieszkaniec przedmieść Lipska, Czelabińska lub przybudapesztańskiej Újbudy czułby się jak w domu. To sypialnie, na których kończą się linie komunikacyjne i kolejne dni mieszkańców. Ludzie żyją tu po swojemu i jedynie z konieczności albo przez przypadek dostają się czasem w obręb murów Starego Miasta, jak dziewiętnastowieczne śmieci.

* * *

– Gdzie on jest? Już prawie północ, a jutro idzie do szkoły! – Matka Małpy chodziła po kuchni, nerwowo paląc kolejnego papierosa. Caro, choć mocne jak machora, nie pomagały na nerwy. Odchodziła od zmysłów, jak zawsze, gdy syn nie wracał o umówionej godzinie. Zdarzało się to już na tyle często, że ta wciąż atrakcyjna kobieta oprócz papierosów musiała zwiększyć też ilość kładzionej na włosy farby, a co za tym idzie – częstotliwość wizyt u fryzjera. – Marek, zróbże coś z nim, przecież ja oszaleję, a ty sobie siedzisz jak basza! – mówiła przez ścianę małej kuchni do siedzącego na kanapie przed telewizorem męża, który – jak co czwartek – oglądał talk show Na każdy temat.

Na dachu wieżowca Polsatu wylądował helikopter i wysiadł z niego – niosło się z odbiornika.

Ojciec Pawła pewnie i by coś zrobił, problem w tym, że nie za bardzo miał pomysł co.

– Co zdziałam? Dam mu zakaz, to w ogóle przestanie wracać ze szkoły przed wieczorem. Widzisz, że nic do niego nie dociera, taki wiek – uciął, licząc, że to zakończy jałową dyskusję.

Tymczasem w telewizorze Mariusz Szczygieł, wystrojony w modną, zapinaną na cztery guziki, lśniącą czarną marynarkę, taką samą koszulę i złoty krawat, przedstawiał gości. Pierwszym miał być Paweł Kukiz. Ubrany w nieodłączną skórzaną kurtkę muzyk przyszedł, by opowiedzieć o swoim antyklerykalizmie…

– Czy ty mnie w ogóle słuchasz?! Wiek?! Ja w jego wieku chodziłam do liceum, a matka pozwalała mi wychodzić z koleżankami raz na miesiąc, i to popołudniem! Ty, chyba że o czymś nie wiem, byłeś w technikum i ojciec też trzymał cię krótko! – krzyczała matka.

– Kasiu, to były inne czasy, każdy musi się wyszumieć. – Mężczyzna westchnął i podniósł się sprzed telewizora, zostawiając rozprawiających o biskupach dziennikarza i muzyka. Wszedł do kuchni, stanął za żoną i objął ją w pasie, chwytając dłońmi za biodra, po czym przywarł do niej całym ciałem. – Z drugiej strony, my też nie byliśmy święci… – wyszeptał z nadzieją. Kobieta gwałtownie odwróciła głowę, gdy chciał lekko ugryźć ją w ucho, wysunęła się z objęć i poszła do dużego pokoju, zostawiając męża z rękami w powietrzu. Ten tylko westchnął i oparł się blat kuchenny.

Inne książki tego autora