Rok 1794Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Władysław Stanisław Reymont

Rok 1794

Powieść historyczna

Warszawa 2014

Spis treści

Tom I

Ostatni Sejm Rzeczypospolitej

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Tom II

Nil desperandum

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Tom III

Insurekcja

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Tom I

Ostatni Sejm Rzeczypospolitej

Rozdział I

Wieczór zapadał upalny, dziwnie duszny i cichy, gdy z Ogrodu Botanicznego na Horodnicy buchnęła rakieta, pierzastą strzałą przeszywając ciemności.

Na ten znak wszystkie drzewa i gąszcze jęły zakwitać i mrowić się różnobarwnymi światłami; nad kolumnadą pałacyku, wznoszącego się na wyniosłości, rozbłysły cyfry Sieversa w otoku wieńców dębowych, przeplecionych jego herbowymi barwami, a w ogromnych oknach zamigotały czerwonymi płomieniami urny alabastrowe spowinięte w bluszcze.

Rozwarły się nagle wielkie podwoje, fala światła chlusnęła na taras, pełny wdzięcznie powyginanych bogiń, amorów i waz marmurowych, i twardym, mocnym krokiem wyszło dwunastu pajuków w czerwonych, obcisłych czechczerach i kurtach, suto szamerowanych złotymi galonami; nieśli zapalone pochodnie i ustawiali się na ostatnim, szerokim stopniu schodów.

Po chwili ukazał się pan Pułaski, otoczony liczną, wielce strojną i rozbawioną socjetą. Liberia spiesznie wynosiła za nimi krzesła i ławy, lecz wszyscy skupili się przy balustradzie, obwieszonej girlandami kwiatów, pilnie obserwując pustą drogę, biegnącą od strony miasta.

Przycichły nawet szepty i śmiechy, a tylko pan Pułaski kręcił się nieustannie, poprawiał pasa, odrzucał białe wyloty, dawał jakieś rozkazy służbie i muzykantom, zebranym w cieniu kolumnady, i coraz niecierpliwiej biegał oczyma po drodze i uiluminowanych gąszczach, wołając przy tym co chwila do zgarbionego starca, chodzącego za nim jak cień:

– Mości Borowski, czy aby się tam nie stało co złego? Borowski kłaniał się nisko, zamiatając połami kontusza, rozkładał bezradnie ręce i milczał, nie odstępując go ani na krok. Przyjaciele jęli go konsolować i żartobliwie spokoić.

– Może jeszcze odpoczywa po podwieczorku pani kasztelanowej.

– Albo wypadło mu jechać do króla jegomości.

– Daję parol honoru, jako wstrzymały go pilne sztafety.

– Nie crimen jeszcze takie opóźnienie!

Zaś kilku dygnitarzów generalności, stojących na stronie, dworowało sobie z cicha z kłopotów Pułaskiego.

– Najwidoczniej go afrontuje.

– Korona mu z głowy nie spadnie, jak poczeka.

– I tak miał będzie aż nadto honoru.

– Patrzy, jakby ambasador próbował marszałkowskiej cierpliwości.

– Mniemam, jako generalność przyuczona i do gorszych prywacji – zauważył z przemiłym uśmieszkiem młody człowiek o twarzy wyostrzonej niby brzytwa, przybrany w popielaty, ogoniasty frak, srebmawą kamizelę i obcisłe kiuloty.

Dygnitarze jakby nie dosłyszeli, a tylko jakiś z brzuchem srodze wysadzonym i obwisłymi podbródkami próbował żartować:

– Najgorsze, że pieczenie wysuszą się na podeszwy.

– Ale szampańskie będzie lepiej przechłodzone.

– Utrafiłeś w sedno, mości Woyna, bo ledwie już dycham z gorąca i zapowiadam, jako nie ulęknę się i tuzina pękatych flach.

– Brzuch waszmości wstrzyma, lecz czy zapasy wstrzymają?

– Nie frasuj się waszmość o zapasy. Napitków jest w bród. Sam widziałem, jak zajeżdżały przed ekonomię szmirgieltowe bryki, zapchane po same wręby. Na grzeczny fest dzwoniły flaszuchny!

Woyna odgarnął przytrefione włosy, rozdzielone nad czołem i spływające w czarnych puklach na szafirowy kołnierz fraka, i podparłszy wargę złotą gałką laski rzucił niedbale:

– Przepomniałem, że to sąsiedzkie potencje ponoszą ekspensa. Nie zbraknie więc niczego i nikomu.

– Płaci, kto musi, pije, kto ma ochotę – odrzucił grubas i zniżywszy głos zaszeptał konfidencjonalnie:

– Boscamp o dwa kroki!

Woyna nie zmieniając żartobliwego tonu zawołał:

– Niechaj mi tylko płynie burgońskie, a nie dbam o resztę.

– A dla mnie Węgier! – wtrącił jakiś pan z czerwoną twarzą, pływającą w ogromnym halsztuchu niby w białej misie.

– Nie ma jak angielskie piwo, ale w butelkach! – mlasnęły z lubością jakieś wątrobiane wargi, brzuch obwisły, pałąkowate nogi, piaskowy frak i białe pończochy.

– Judica me, Domine, jeślim kiedy zgrzeszył wybredzaniem! – bufonował grubas. – Wszyscy mogą poświadczyć, jako zawsze staję w każdej najcięższej potrzebie i z każdym nieprzyjacielem walczę do ostatniej kropli.

– Toć wiadome są przewagi waszmości pod Kuflewem.

Grubas tylko się zaśmiał i obleciawszy dokoła chytrymi oczyma, ciągnął dalej z krotochwilnym namaszczeniem:

– Nie przebieraj w napitkach i nie pytaj, kto je płaci. Kto ma takie principia i przy tym piękne pragnienie, ten może wiele dokazać na świecie – prawił wybuchając śmiechem co chwila.

– Podhorski darmo nie robi z siebie błazna – szepnął ktoś z boku.

– Musi w tym być jakowaś kabała.

– Frant na cztery nogi kuty! Buchholtzowy wiernik!

– A ja imaginuję z tego, co mówi o sobie imć Podhorski, że król pruski musi mieć szczodrą rękę, żeby ugasić tak piękne pragnienia... – uciął zuchwale Woyna i poszedł w stronę dam.

– Poczekaj no waszmość! – wołał za nim Podhorski jakimś przyduszonym głosem, bo dosłyszał jego uwagę. – A to woli świszczypała bakę świecić podwikom niźli z nami prowadzić poczciwe dyskursa. Złote to jednak serce! – zapewniał z naciskiem.

– Ale język jaszczurczy.

– I nadto sobie już pozwala. Nie ma w Grodnie człowieka, któremu by nie dokuczył do żywego. Niczego nie uszanuje.

– W jakiejże materii radzą waszmoście? – spytał Pułaski przystając.

Ale uczynił się nagły rumor i ktoś wołał na cały głos:

– Mości panie marszałku, już słychać powozy!

Jakoż zatętniały kopyta i głuche turkoty kół, a po chwili spod obwisłej gęstwy drzew zamigotały pochodnie konnych laufrów pędzących co sił, a za nimi wysunęła się na drogę wspaniała, pozłocista kareta, zaprzężona w sześć białych koni, o farbowanych czerwono grzywach i ogonach, otoczona chmarą cwałujących Kozaków w purpurowych, rozwianych chałatach i wysokich, czarnych czapach.

Zagrzmiała wrzaskliwa fanfara i kareta zatoczywszy wielkie półkole przystanęła pod tarasem. Lokaje spuścili schodki, a pan Pułaski zeszedłszy na ostatni stopień witał czołobitnie wysiadającego Sieversa i powiódł go uroczyście. Szli otoczeni wieńcem pochodni wskroś tłumów, kornie chylących głowy, i trwożliwego milczenia. Za nimi wlókł się ciężko i z nachmurzoną twarzą biskup Kossakowski z panią Ożarowską.

 

Po długim ceremoniale przedstawień pani kasztelanowa zawołała:

– Panie marszałku, a gdzież ta zapowiedziana siurpryza?

– Za chwilę, a słowo stanie się ciałem.

– Czekamy jeszcze na hrabinę Camelli i resztę towarzystwa.

– Ależ tymczasem poschniemy z ciekawości.

– A takie cuda rozpowiadają o nagotowanych nadzwyczajnościach!

– Bardzo trudno będzie nas dzisiaj zadziwić – zauważył Sievers z uśmiechem, podając tabakierkę Pułaskiemu.

– Istotnie, przeżyliśmy dzień godny uwielbienia.

– Ta oktawa imienin jaśnie wielmożnego ambasadora stanie się w Polsce pamiętna.

– Na zawsze, powiedz waszmość.

– Kroniki przekażą ją pamięci przyszłych pokoleń.

– Szkoda, że nie uwieczni jej Węgierski! – rzucił drwiąco Woyna, ale zagłuszył go chór chwalczych głosów. Słowa pijane zachwytem, frazesy błyszczące niby tęcze, miodne szepty i łaszące się, żebracze spojrzenia spływały ze wszystkich stron na siwą, ufryzowaną w kunsztowne pukle głowę ambasadora, który potakiwał wszystkiemu uśmiechając się wciąż zwiędłym, jakby przyklejonym do wąskich warg uśmiechem pobłażliwej dobrotliwości. Chwilami z lubością dotykał wypieszczonymi palcami szerokiej, niebieskiej wstęgi orderu Św. Andrzeja, który był otrzymał w ostatnich dniach za przeprowadzenie traktatu rozbiorowego, poprawiał machinalnie gwiazdę brylantową, zażywał tabakę i wodząc sennymi oczyma po twarzach zwracał się niekiedy z jakąś suchą uwagą do Kossakowskiego.

Biskup zmuszał się do uśmiechniętej odpowiedzi, ale spozierał coraz mroczniej i niecierpliwie szarpał mantolet podbity purpurą, aż wreszcie zwrócił się cierpko do marszałka:

– Więc czekamy tylko na hrabinę Camelli?

– I na imci posła pruskiego.

– Ksiądz biskup nie uwielbia naszej zachwycającej Eurydyki – szepnął Sievers, dotknięty jego lekceważącym tonem.

Kossakowski jął dworacko i z takim zapałem sławić głos i wdzięki hrabiny, że przejednany ambasador wziął go przyjacielsko pod ramię i odprowadził na stronę, nie zważając na hałaśliwą kawalkatę powozów, która nareszcie wypadła z gąszczów i leciała drogą w krwawych tumanach pochodni, wśród rzechotu dzwonków, tętentu galopujących koni, krzyków i siarczystego palenia z batów.

Niby rozhukana burza wpadały na podjazd powozy, kariolki, wiski, karety i długie, dziwaczne wisawisy, i skłębiona zawierucha rozbawionych pań i panów runęła na schody i rozsypała się po tarasie.

Naraz wszyscy poczęli opowiadać przekrzykując się nawzajem i wybuchając śmiechami. Hrabina Camelli wraz ze słynną z urody księżniczką Czetwertyńską, baronówną Heyking i szambelanową Rudzką opadły panią Ożarowską, rozpowiadając o jakimś niesłychanie komicznym zajściu.

– ...i potem gitarę rozbił o głowę lokaja! – wołała z emfazą wielce śmieszną hrabina. – A myśmy na złość temu dzikusowi śpiewały nie przerywając ani na chwilę. Myślałam, że zacznie nas bić ze wściekłości. I gdyby nie szambelanową, to kto wie, co by się stało. Już zgrzytał zębami – wykrzykiwała podkreślając każde słowo śmiechem i namiętną gestykulacją.

– Hrabino, twój głos to skarb ludzkości. Trzeba go ochraniać – strofował ją ojcowsko Sievers, zarzucając na jej obnażone piersi szkarłatny szal. – Któż to był ten dziki człowiek?

– Książę Cycjanow, nasz szlachetny rycerz i obrońca – przedstawiała baronówna, dygając ironicznie przed niskim, srodze dziobatym panem o nieokreślonym wieku i skośnych oczach.

– A który przy tym nie umie powozić – śmiała się księżniczka.

– Zgoła niesłuszne suspicje! – szepnęła szambelanowa.

– Cóż miałem robić, kiedy konie bały się brzęku gitary i co chwila ponosiły. Mogliśmy się pozabijać. A panie na moje prośby odpowiadały tylko śmiechem – tłumaczył się wielce zgniewany.

– I miałeś nas ochotę bić? Proszę teraz o prawdę! – przypierała hrabina zaglądając mu w mętne, jakby ugotowane oczy.

– Byłbym cię, pani, raczej pożarł! – zawarczał, ogarniając lubieżnym spojrzeniem jej biust, zaledwie przyprószony szkarłatem.

– Czy i mnie, co? – pytała natarczywie baronówna.

– Książę nie jest Herodem i nie pastwi się nad niewiniątkami – bronił wesoło Sievers i naraz odwrócił się gwałtownie, szepnął coś hrabinie i odszedł z nią ku bocznemu zejściu, jakby umyślnie unikając Buchholtza, który właśnie przedzierał się ku niemu, obrzucany nienawistnymi spojrzeniami. Imć poseł pruski przystanął, rozglądając się dosyć bezradnie, ale wnet znalazł się przy nim Podhorski, marszałek, paru jeszcze konfidentów i z najgłębszą ostentacją sprowadzali go ze schodów, bo już muzyka grała poloneza i towarzystwo wysypywało się do parku.

Las krwawych, rozmiotanych pochodni oświetlał im drogę.

Woyna szedł samotnie, obserwując spod oka jakiegoś młodzieńca, który już od pewnego czasu plątał się koło niego. Naraz obaj przystanęli, zajrzeli sobie z bliska w twarze i Woyna zawołał z ironiczną czułością:

– Zali to naprawdę oczy moje znowu mogą uwielbiać imci porucznika, Sewera Zarębę?

– Woyna! Kazio Woyna! – odkrzyknął zdumiony, rzucając się w otwarte ramiona. – Śmierci bym się raczej spodziewał!

– Uszanuj, nieźwiedziu, chociaż moją koafiurę.

– Takie spotkanie! Ledwie wierzę własnym oczom.

– Sprawdziłeś na moich żebrach! – śmiał się, rozcierając sobie boki.

– Iżbym cię mógł spotkać w Grodnie, ani mi postało w myśli!

– Człowieku, a gdzież indziej mogłem być?

– Rozumiałem cię bawiącym w Warszawie lub na wsi.

Woyna zagwizdał melancholijnie.

– Jeszcze na wiosnę przegrałem do Miączyńskiego ostatnią żywą duszę z Zatorów. Wszystko diabli wzięli, cum assistentia militari, jak pisał mój mecenas. A w Warszawie także nie miałem co wysiadywać. Tam już cuchnie trupem i zostały tylko stare kwoki na dewocji przy prymasie, rozjęczeni wierzyciele Teppera i hultajstwo miejskie. Mówię ci, pustynia! Dukat jest tam taką rzadkością, jak cnota panieńska w Grodnie. Chyba że się go szuka u Igelströma, ale i ten po wyborach nie taki już szczodry. Imaginuj sobie, jako w końcu u Jaszowicza nie chciano mi borgować ani jednej butelki więcej! O tempera, o mores! jak jęczy nasz dobry Staś, kiedy mu Sievers odmawia awansu. Przeto rzuciłem niewdzięczne miasto i teraz oto zabawiam się w tym raju grodzieńskim.

– Mówiono mi, żeś został konsyliarzem generalności.

– Nie lubię ochłapów ni trzymania się pańskiej klamki. A przy tym – głos mu zabrzmiał smutkiem – czyż mógłbym się pastwić nad matką rodzoną? Żyję więc po dawnemu i jak zawsze uwielbiam kobiety, wino i złoto. Właśnie obiecuję sobie dobrze zjeść na chwałę opiekuna i jak się da, wygrać w faraona nieco dukatów.

– Więc to feta na cześć Sieversa?

– Pytasz, jakbyś wracał z antypodów.

– Przyjechałem dopiero dzisiaj rano, spałem cały dzień, a o zmierzchu zabrał mnie dawny towarzysz spod chorągwi, przywiózł tutaj, sam się gdzieś zapodział, spotkałem ciebie i nic więcej nie wiem.

– Kiedy tak, to zakonotuj sobie w pamięci: oto dzisiaj oktawa imienin Sieversa. Na jego to cześć i na oddanie wdzięczności za szczęśliwe przeprowadzenie aliansowego, jak się głośno prawi, traktatu będziemy się cieszyli do świtania. Zapamiętaj dobrze ten czwartek l sierpnia 1793 roku.

– A któż się tak żarliwie ekspensuje na te festy?

– Pułaski, wicemarszałek targowicy i poseł wołyński, ale nie obawiaj się, nie narwie się szlachcic, odbierze wszystkie ekspensa i ze sutą nawiązką ze szkatuł ambasadorskich. Dygnitarze generalności są zawsze bardzo hojni, ale z cudzego...

– Rad się jednak napatrzę personom konfederackim.

– Cóż, kiedy samego trifolium już nie zobaczysz. Podobno z domu, który ma się zawalić, najpierw uciekają ptaki. Może i dlatego Szczęsny Potocki w Hamburgu cieszy się drogo zapłaconą Wittową, Branicki w Petersburgu wyciera antyszambry Zubowowskie, a Rzewuski zakopał się na wsi; naucza karczmarzy sztuki łacniejszego rozpajania chłopów i pisze uczone ustawy dla swoich ekonomów, jak mają łupić ze skóry poddanych. Czasem zjawia się w Grodnie, zwłaszcza gdy mu pogrożą egzekucją wojskową, nawytrząsa się Prusakom i królowi, nawyrzeka się na upadek wolności, a udobruchawszy Sieversa, znika. Ale drobiazgu targowickiego nie brakuje, zobaczysz, roją się niby pszczoły nad miodem ambasadorskim. Fakcja to dzisiaj najliczniejsza.

– Nie brak jeszcze poczciwych w Rzeczypospolitej – zawołał tak gorąco, że Woyna spojrzał uważniej i szepnął mu do ucha:

– Bacz, byś się z czym zbytnio szczerym nie wyrwał przy ludziach. Tu ściany mają uszy. Zwłaszcza osoby opiekuna i aliantki są nietykalne. Każde słowo doniosą. Może ja tylko jeden mam privilegium gadania, co mi się spodoba, bo mnie znają kosterą i pijakiem. A wielu już nieostrożnych przepadło potem gdzieś bez śladu...

– Mówisz nie do wiary! A gdzież wolność? Gdzie prawa kardynalne?

– Tymczasem w zastawie u Sieversa. Chodźmy prędzej, żeby nam co lepszych miejsc nie zabrali.

Dopędzili towarzystwo zebrane nad Horodniczanką i rozentuzjazmowane nieoczekiwanym zgoła widokiem.

Bowiem nad poszarpanym dziko i obrosłym krzakami jarem, na którego dnie bełkotała rzeczułka, wznosił się turecki kopulasty namiot w żółto-zielone pasy, podbity karmazynową kitajką i tak wspaniale zastawiony, że wielki stół uginał się pod ciężarem sreber, porcelan, kryształów i świateł, uwięzionych w alabastrowych urnach. Zaś wpodle niego, na pofalowanym brzegu i w różanych boskietach sztucznie nasadzonych, stały pękate pagody chińskie o wywiniętych dachach ze słomy zielonej, wsparte na wyzłacanych smokach, okręconych wieńcami kwiatów. Każdy był przygotowany tylko na dziesięć osób i mienił się niby rozłożony sepet od sreber, kandelabrów ze złoconego brązu i farfurów marcypanową, augsburską robotą, zdobiących stoły.

– Zaiste, aspekt zgoła niezwyczajny! – chwalił sam Sievers, a za nim drudzy na prześcigi sławili szczęśliwy pomysł marszałka.

Pułaski, wielce rozradowany zadowoleniem powszechności, odrzucał raz po raz białe wyloty i szerokim gestem zapraszał do stołów, sam usadzając damy i co przedniejszych gości. Na pierwszego pod namiotem usadził Sieversa, a dokoła zajmowali miejsca ambasadorowie ościennych potencji, znaczne panie, biskupi, ministrowie Rzeczypospolitej i co ważniejsi posłowie sejmowi. Reszta gości zajęła pagody, stowarzyszając się wedle upodobań, związków i przyjacielstwa.

Woyna wprowadził Zarębę między znajomków i zasiadł przy nim, by swobodnie pogawędzić, ale nie uchronił go od natarczywych spojrzeń kobiecych i zaczepnych uśmieszków.

– Przepowiadam ci wielkie powodzenie u kobiet – szepnął ze szczerą admiracją, ważąc jego męską, zuchwałą urodę.

– Dbam o to, niby o śnieg zeszłoroczny.

Zarumienił się jednak.

– Więc piękna Iza jeszcze nie zapomniana?

Sewer ściągnął boleśnie brwi, jakby ugodzony pod żebro.

– Piękna szambelanowa – ciągnął Woyna – siedzi pod namiotem, między posłem angielskim a Moszyńskim. Nie zauważyłeś?

– Nie ciekawym – odparł przez zaciśnięte zęby.

– To mój druh serdeczny, mościa pani podkomorzyno dobrodziejko! – przedstawiał go Woyna wspaniałej damie, zajmującej obok miejsce.

Karłowaty Murzynek, podobny do czarnej małpy, stanął za jej krzesłem, dźwigając szal i różne uzupełnienia tualetowe.

Podkomorzyna wachlowała się przez chwilę, obserwując zarazem Sewera z uwagą i niemałym znawstwem. Pani była nieco w leciech posunięta, ale jeszcze bardzo piękna, bujnie rozkwitła i tak gruntownie obnażona, że Zaręba nie wiedział, co zrobić z oczyma.

– Wdowa, parę tysięcy dusz w kordonie cesarskim, całe życie w amuretkach i hojna dla swoich amis – objaśniał go szeptem Woyna bawiąc się jego skłopotaniem.

– Potrzymaj mi waszmość!

Głos miała niski, prześliczny i francuszczyznę o akcencie berdyczowskim. Z trwogą wziął narzędzie wiatry czyniące, z koronek całe, dzierganych złotem. Po chwili rzuciła mu białe rękawiczki, malowane w miniaturowe a wielce frywolne sceny mitologiczne i wziąwszy od Murzynka balsaminkę, drążoną w agacie, srebrne zwierciadełko i osypaną drogimi kamieniami puszkę z pudrem, obieliła sobie twarz, skropiła się wonnościami i rzekła cicho:

– Nie spotkałam waszmości na żadnych asamblach.

– Bom zaledwie dzisiaj przyjechał – odparł, zdumiony jej tualetowym ceremoniałem i obcesowością. Uśmiechnęła się błyskając olśniewającymi sznurami zębów i pytała wpierając w niego oczy silnie podczernione.

 

– Waszmość spod jakiej chorągwi?

Dziwił się jej przenikliwości odwłócząc jednak odpowiedź.

– Poznaję żołnierza pod każdym przebraniem i nigdy się nie pomylę. I jakąż szarżę waszmość piastuje? – napierała.

Zbywał ją krotochwilnym kluczeniem, gdy Woyna znowu zaszeptał:

– Uprzedzam cię, jako te lube i obszerne terytoria, dające tak słodkie intraty, są już cum boris, lasis et graniciebus w chwilowej arendzie.

Parsknął na zakończenie wesołym śmiechem.

Podkomorzyna ściągnęła brwi sobolowe, podejrzliwie nastawiając uszy, obciążone olbrzymimi diamentami, ale na szczęście powstał znaczny rumor, gdyż ukazał się imć Borowski, a za nim biało przybrana kohorta kuchcików, dźwigająca potężne srebrne półmiski, wazy brzuchate, rondle i blaty okryte wonnymi parami; zaś drudzy, w zielonych strzeleckich kurtach, ciągnęli z winami we flaszach, konwiach, dzbanach starożytnych i omszałych gąsiorach, poznaczonych na lakach czarnymi krzyżykami; trzeci, w pąsowych frakach, białych pończochach i z utapirowanymi perukami, nieśli pozłociste puzdra, pełne likworów, zaprawnych wódek i smakowitych antypastów na przegryzkę; a w ostatku jawili się olbrzymi pajucy i stanęli za krzesłami w karnym ordynku z ręcznikami na podorędziu. Imć Borowski, jako wódz wielce sprawny w swym dziele, dał niemy znak i rozpoczęła się uczta.

Muzyka ściszonymi falami napływała gdzieś z oddali wraz z zapachami siana i więdnących kwiatów.

Wieczór był bardzo ciemny i upalny, szło jakby na burzę, niebo zwisało ciężką, ołowianą taflą i na zachodniej stronie przewijały się krótkie, blade błyskawice, gdzieś od Łososny dochodziły piania kogutów, a co pewien czas głuche, dalekie grzmoty targały powietrzem, niekiedy zrywał się suchy, gorący wiatr i miotał drzewami, aż szemrały gałęzie i przygasały światła iluminacji.

A na tle tej ciemnej, niespokojnej nocy kopulasty namiot wznosił się rozgorzały niby świątynia, w której zdały się odprawiać jakieś tajemnicze misterie. Rozpalone urny i kryształy siały dokoła tęczowy opył, w którego brzaskach ludzie i rzeczy nabierały zarysów widmowych. Wszystko jawiło się być nieopowiedzianie cudnym majaczeniem. Spojrzenia miotały się błyskawicowymi lśnieniami, a twarze i obnażone ramiona kobiet były jakby z perłowej konchy, pobryzganej turkusami, zaś barwy strojów przycichły, stapiając się w ściemniałe rozlewy rubinów, szmaragdów i złota, potrzęsionych tu i owdzie srebrzystymi pianami koronek. Nawet biel obrusów miała barwy mydlanych baniek, a porcelanowe figury, poustawiane w pośrodku stołu roztańczonym korowodem muz, zdały się w tym świetle czarodziejskim poruszać tajemniczo.

Sievers, siedzący na fotelu wyzłacanym jak tron, zdał się być groźnym bóstwem, ku któremu pełzały wszystkie korne spojrzenia, kłoniły się wszystkie głowy i płynęły wszystkie westchnienia. Nawet samo milczenie zdało się być nabrzmiałym trwożliwą czcią i niepokojem.

Bowiem pod namiotem panowała niezmiernie surowa powściągliwość. Rozmawiano niewiele i szeptem, ważąc przy tym każde słowo, każde spojrzenie i każdy ruch.

Nawet brzęki farfurów i sreber były ściszane, a liberia przesuwała się lękliwie na palcach, niby cienie ledwie dojrzane.

Nudzono się też uroczyście i z wielką dostojnością.

Natomiast w altanach zgoła inny duch panował.

Z początku i owszem ściszano głosy, bacząc na persony ucztujące pod namiotem, ale gdy minęło kilka dań i przedzwoniły pierwsze kielichy, przepadła wszelka wstrzemięźliwość i humory jęły się zrywać z wędzideł. Szlachta jadła i piła dając folgę przyrodzonej wesołości.

Dowcipy strzelały niby race i krążąc z ust do ust wraz z pucharami jak wino nieciły powszechną wesołość. Posypały się pieprzne dykteryjki o księżach. Znalazł się nawet, drukowany na niebieskawym karteluszku, wielce nieprzystojny wierszyk na Buchholtza, obleciał wszystkie stoły i wznieciwszy szalone wybuchy śmiechów przepadł gdzieś, bez śladu. Zabawiano się też coraz weselej. Liberia niestrudzenie czuwała nad kielichami, wino lało się strumieniem, rumieniły się twarze, uskrzydlały się fantazje, błogość przejmowała serca i rosła ochota. Oczy kobiet jarzyły się niby gwiazdy, a ich wilgne uśmiechy i obnażone ramiona mąciły już w głowie niejednemu. Za rozmiotanymi wachlarzami wiązały się ściszone dialogi, rwały się namiętne westchnienia i falowały piersi.

Ale gdy zabawa stawała się zbyt szumna i zbyt siarczyście strzelały grzmoty śmiechów, pojawiał się tu i owdzie zgarbiony zarys imć Borowskiego i nastrój jakoś dziwnie posępniał; ściszano natychmiast rozmowy, twarze chmurniały, opadały bezsilnie wachlarze i ukradkowe, trwożne oczy leciały ku namiotowi.

– Zabawiają się, jakby odprawowali stypę – ktoś cicho zauważył.

– Gdzie za wielu celebransów, tam nudne nabożeństwo.

– Niech się nudzą, ale czemu to my mamy śpiewać Gorzkie żale?

– Mówił Borowski, jako ambasador wielce dzisiaj niedomaga...

– I koń by ustał, żeby go tak przez cały dzień fetowali.

– Tylko pani Ożarowska niestrudzona...

– Wypościła się po Stackelbergu, to musi zabiegać o następcę! – wyrwał się jakiś zuchwały głos.

Odpowiedział mu ogólny śmiech i rozmowy w tej materii potoczyły się tak zjadliwe i naszpikowane towarzyskim, złośliwym delatorstwem, aż Zaręba smutnie zauważył:

– W Polsce lepiej być z ludźmi w wojnie niźli w przyjaźni.

– Utrafiłeś rzetelnie! – potwierdził Woyna. – Nie mógł się u nas zrodzić Kastor, bo Polluks sprzedałby przyjaciela za lada jaki koncept. Ale tak lubo dworować z bliźnich! – zaśmiał się cynicznie. – Spojrzyj no, jak nam tamten godnie panuje! – dodał wskazując oczyma siwą głowę Sieversa, widną ponad wszystkie przez rozchylone na przestrzał skrzydła namiotu.

– Iz takimi dla nas prowentami, jak buty Karola XII Szwedom.

– A że tak samo nas tratują, więc je uwielbiamy. Pomyśl tylko: nigdy i nikomu Rzeczpospolita nie czyniła takich honorów. Nawet sejm zalimitowano do soboty, aby nie przeszkadzać awantażom. Więc też satysfakcjonujemy go ze wszystkiej mocy. Cały ten tydzień imieninowy nosimy go na rękach, obrzucamy kwiatami, wielbimy niby prawdziwego zbawcę. A już dzień dzisiejszy spędzamy najpracowiciej! Wiesz, rano odprawił mszę na jego intencję biskup Skarszewski. Zabawne, co?

– Że to go piorun nie trzasnął przy ołtarzu! – mruknął Zaręba.

– A szkoda! Widowisko byłoby wcale efektowne. Zaś w południe nuncjusz dał obiad na sześćdziesiąt osób; nie brakowało tam szampańskiego ni toastów. Piliśmy liczne zdrowia, i jego córek, jego wnuczków, a może nawet i jego lokajów. Czegóż Polak nie uczyni, skoro go poniesie ochota! Później pojechaliśmy na podwieczorek z niespodziankami; wyprawiała go pani Ożarowska. Siurpryzy były przednie i spektakl niezrównany. Odegrano Le Proverbe. Popisywały się w nim najpiękniejsze panny i nieposzlakowana francuszczyzna. W antrakcie zaśpiewała boska Camelli, a jej brat grał na gitarze. Potem słodka, cnotliwa Jula Potocka, jak zawsze, w otoczeniu swoich dzieci, odtańczyła wściekłego kozaka. Boże, jakie tam były prysiudy i wierzgania! Wpadliśmy w szał uwielbień, płakaliśmy ze szczęścia i szampańskie tryskało fontannami. A na zakończenie odbyła się jakby gloryfikacja dostojnego solenizanta. Sztuczka była pod psem, wiersze kulawe, francuszczyzna haniebna i za grosz sensu, ale że sławiła pod niebiosa naszego męża opatrznościowego, znaleźliśmy ją zachwycającą i nie szczędzili rzęsistych aplauzów autorowi. A wymozolił to arcydzieło w niemałym czoła pocie były poseł kurlandzki, baron Heyking, a śliczna baronówna...

Przerwał, gdyż zahuczała nagle muzyka, rozległy się grzmiące wiwaty i wszyscy podnosili się od stołów.

– Co się stało?

– Pułaski wzniósł toast na cześć króla jegomości.

– Niech mu pójdzie na zdrowie! – szepnął trącając się z najbliższymi.

– Otóż śliczna baronówna – ciągnął dalej – na zakończenie odegrała zachwycającą Marquerie. Imaginuj więc sobie, jakeśmy używali!

– Ale dlaczego takie awantaże?

– Spytaj się tamtych – wskazał namiot. – Ja tylko wiem, że zabawiałem się po królewsku i wyjątkowo sprzyjała mi fortuna.

Zaręba miał na ustach jakieś kąśliwe słowa, lecz odwrócił się gwałtownie, dosłyszawszy żałosny głos podkomorzyny:

– Waszmość nie daje mi responsu...

– Bo nie dosłyszy – wyręczył go skwapliwie Woyna. – Nieco już przygłuchł na słodkie słówka – parsknął śmiechem na zakończenie.

– Z waćpana kpiarz niepoczciwy! – syknęła piorunując go wzrokiem.

– Ależ, pani podkomorzyno dobrodziejko.

– Cicho tam! Mości panowie, prosimy o cichość! Pułaski zabiera głos! – podniosły się zewsząd wołania i po chwili zapadło wyczekujące milczenie, pełne tylko bulgotów rozlewanego szampana.

Wszyscy zwrócili oczy na Pułaskiego, który stał naprzeciw Sieversa i podnosząc kielich wołał ogromnym, uroczystym głosem:

– ...Najjaśniejsza imperatorowa jejmość Wszech Rosji i nasza najmiłościwsza aliantka niech żyje!

– Niech żyje! – zahuczał namiot krzykami i brzękiem kielichów.

– Niech żyje! Brawo! Niech żyje! – zawtórowało sto potężnych gardzieli od wszystkich stołów i wraz buchnęła sroga fanfara; miedziane trąby zawyły przeciągle, a po wzgórzach ryknęły armaty i biły raz po raz, aż trzęsła się ziemia i krwawe błyski rzygały w ciemności.

– Pijże! To nie żarty! Patrzą! – zaszeptał Woyna zmuszając Sewera prawie siłą do powstania.

– Trochę gorzkie, ale można się włożyć...

– Nigdy! Nigdy! – bełkotał zgnębiony. Blady był, serce mu biło niby ptak oszalały, pot zrosił czoło, oczy dziko zapłonęły i taki gniew nim zatargał, aż kielich latał mu w ręce bryzgając na wsze strony.

– Poplamisz mi waszmość jupony! – ostrzegła podkomorzyna odsuwając się nieco. Zdrowie jejmości imperatorowej spełniono jednym tchem, skwapliwie podstawiając kielichy pod świeże strugi wina, bo muzyka z nagła umilkła, krzyki ucichły, a pan Pułaski pochylił się nieco nad stołem i wlepiwszy okrągłe, jastrzębie oczy w ambasadora zawołał, jakby do wtóru armatom grającym nieustannie:

– Mości panowie! Pijemy zdrowie naszego solenizanta i przyjaciela! Jaśnie wielmożny, ekstraordynaryjny i pełnomocny poseł najjaśniejszej imperatorowej jejmości Wszech Rosji, Jakub de Sievers, niech nam żyje!

Wspaniałym ruchem odrzucił białe wyloty i wśród okrzyków wiwatowych ruszył ku niemu z kielichem w ręku.

Sievers podniósł się z niejakim trudem i wziąwszy puchar z rąk Ankwicza trącał się ze wszystkimi, dziękując ze szczerym wylaniem za pamięć łaskawą i życzliwość. Powstał tłok dokoła wyzłoconego fotelu.