3 książki za 35 oszczędź od 50%
Za darmo

Komediantka

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Musiała się pani tego paskudztwa obłykać, że na sam zapach już mdłości…

– Idź już pan sobie… opowiem to panu kiedy…

Głogowski rzucił się w dorożkę i popędził na Hożą, a Janka poszła do domu.

Przymierzyła kostyum chłopski, jaki jej robiła do Chamów M-me Anna i myślała z uśmiechem o tem przymierzu, jakie zawarła z Głogowskim.

Za kulisami i w garderobach czuć było dzisiejszą „premierę”.

Wszyscy schodzili się wcześniej, ubierali i charakteryzowali się staranniej, tylko Krzykiewicz, swoim zwyczajem, na-pół rozebrany, ze szminką w ręku, łaził po garderobie i po scenie.

Stanisławski, który zwykle, jeśli grał, przychodził na dwie godziny przed zaczęciem, już był ubrany i tylko co chwila się docharakteryzowywał.

Wawrzecki z rolą w ręku chodził po garderobie i przepowiadał sobie półgłosem.

Inspicyent szybciej biegał niż zwykle, a w damskich garderobach kłócono się zawzięciej; wszyscy byli bardziej rozdenerwowani. Sufler pilnował ustawiania sceny i patrzył na publiczność, tłumnie zapełniającą ogródek. Chórzystki w ludowych strojach, już gotowe, bo miały robić tłum, snuły się we wszystkich kierunkach.

– Dobek! – zawołała Majkowska. – Mój złoty, trzymaj mnie tylko!… Ja umiem, ale w drugim akcie, w scenie z Hrehorym, ten monolog podsuń mi pan głośniej.

Dobek kiwał głową i jeszcze nie wrócił na stanowisko, kiedy go znowu zaczepił Glas.

– Dobek! będziesz pił wódkę, co?… może chcesz jaką przekąskę?… – pytał troskliwie suflera.

– Na przekąskę każ dać piwa – odpowiedział Dobek, uśmiechając się błogo.

– Mój złoty, trzymaj mnie aby!… Ja umiem dzisiaj naprawdę, ale mogę się miejscami zaciąć…

– No, no! nie połóż się tylko sam, to już ja ci nie dam zginąć.

I tak, co chwila któraś lub któryś przybiegał, prosił, fundował wódkę, a Dobek tylko głową kiwał i obiecywał solennie wszystkich „trzymać”.

– Dobek! mnie potrzebne pierwsze słowa tylko… pamiętaj! – zakończył Topolski.

Głogowski kręcił się po scenie, ustawiał sam chatę wewnątrz, dawał informacye aktorom i niespokojnie przyglądał się parę razy pierwszemu rzędowi krzeseł, zajętemu przez przedstawicieli pras.

– Będzie mi jutro ciepło!… – szepnął do siebie.

I zaczął chodzić gorączkowo, gdyż nie był w stanie ustać, ani usiedzieć w miejscu, wreszcie wyszedł na ogródek, stanął obok jakiegoś kasztanu i przyglądał się z biciem serca pierwszemu aktowi, który się właśnie zaczął, nie mógł i tam wytrzymać, bo nie widział całej sceny i miał publiczność z boku.

Wrócił znowu za kulisy i przez szpary we drzwiach patrzył na publiczność.

Publiczność siedziała zimna i słuchała spokojnie: cisza przytłaczająca płynęła z ogródka. Widział setki oczów i głów nieruchomych, nawet zobaczył garsonów, stojących na krzesłach pod werandą i przypatrujących się scenie. Nasłuchiwał, czy jaki szmer nie przeleci przez salę… nic! cisza… Czasami ktoś zakaszlał, zaszeleścił afiszem, i znowu cisza.

Głos grających rozlegał się wyraźnie i płynął do tej czarnej, zbitej w gąszcz, ciżby ludzkiej.

Głogowski usiadł w najciemniejszym kącie na stosie dekoracyi, twarz schował w dłonie i słuchał.

Scena za sceną szły prawidłowo i równo, ta sama wciąż złowroga cisza w sali i świąteczna za kulisami, gdyż przechodzono na palcach i zresztą, kto tylko mógł, stał w kulisie.

Nie! nie był w stanie wysiedzieć!..

Słyszał barytonowy głos Topolskiego, sopranowy Majkowskiej, trochę zchrypnięty Glasa, ale nie to chciał usłyszeć, nie to!

Gryzł sobie ręce tak silnie, że miał łzy w oczach z bólu. Podnosił się; chciał gdzieś iść, coś robić, choćby krzyczeć, ale siadał z powrotem i słuchał.

Akt się skończył.

Kilkanaście braw chłodnych zerwało się i utonęło w ciszy ogólnej.

Głogowski zerwał się i z wyciągniętą głową, z oczami płonącemi gorączką, czekał, ale usłyszał tylko stuknięcie kurtyny opadającej i gwar rozmów, podnoszący się raptownie.

W międzyakcie znowu przyglądał się publiczności: miała jakieś dziwne miny. Prasa była skrzywiona; szeptali coś pomiędzy sobą, a niektórzy notowali.

– Zimno mi!… – szepnął, wstrząsając się w jakimś lodowatym dreszczu.

I poszedł błądzić, jak nieprzytomny, po teatrze.

Stali bywalcy zakulisowi napływali hurmem i ożywili nieco kulisy, ale na twarzach aktorów odbijał się niepokój bezwiedny o los pozostałych czterech aktów.

– Winszuję panu!… Za ostra, za brutalna, ale nowa! – mówił Kotlicki, ściskając Głogowskiemu rękę.

– Czyli: ni pies, ni wydra, coś nakształt kapłona!… – odpowiedział Głogowski z przymusem.

– Zobaczymy, co będzie dalej… Publiczność jest zdziwiona, bo ludowa sztuka i bez tańców…

– Do dyabła!… przecież to nie balet!… – mruknął niechętnie Głogowski.

– Ale pan znasz publiczność i wiesz, że przepada za śpiewami i tańcami.

– To niech idzie na szopkę krakowską! – rzekł Głogowski.

Odwrócił się i poszedł, bo go wściekłość porywała.

Po drugim akcie brawa były rzęsistsze i dłuższe.

Humor podnosił się w garderobach do zwykłego napięcia.

Cabiński już dwa razy posyłał Wicka do kasy, dowiedzieć się, jak tam idzie?… Gold raz przysłał odpowiedź: „Dobrze”, a drugi raz: „Wyprzedany”.

Głogowski męczył się w dalszym ciągu, tylko już inaczej, bo usłyszawszy to, na co tak gorączkowo czekał, to jest: brawa, uspokoił się nieco i usiadł w kulisie, przypatrując się grze.

Siniał ze złości, bił nogą w kapelusz i syczał z niecierpliwości, bo już nie mógł wytrzymać… Z jego postaci chłopskich, prawdziwych w każdym calu, zrobiono jakieś mdłe figurki sentymentalnego melodramatu, manekiny, ubrane w stroje ludowe. Jeszcze mężczyźni trzymali się jako tako, ale kobiety, prócz Majkowskiej i Mirowskiej, grającej rolę baby-żebraczki, grały pod psem; zamiast mówić, szczebiotały, markowały nienawiść, miłość, śmiechy; wszystko było takie robione, sztuczne, bezmyślne, bez odrobiny prawdy i szczerości, że go poprostu rozpacz dławiła… Była to tylko maskarada i nic więcej.

– Ostrzej!… śmielej!… energiczniej!… – szeptał tupiąc nogą.

Ale nikt nie zwracał uwagi na jego nawoływania.

Uśmiech przeleciał mu przez usta, bo zobaczył Jankę, wchodzącą na scenę. Spostrzegła ten uśmiech i to ją uratowało, gdyż głos jej zamarł w piersiach i czuła się po prostu sparaliżowaną, wszedłszy na scenę, taka okropna trema nią trzęsła, że nie widziała ani sceny, ani aktorów, ani publiczności; zdawało się jej, że zatopiły ją jakieś blaski…

Spostrzegła ten uśmiech życzliwy i od razu oprzytomniała.

Miała tylko chwycić za miotłę, potem męża pijaka za kołnierz, wykrzyczeć kilkanaście wierszy wymyślań i narzekań, a następnie wyprowadzić go siłą za drzwi.

Zrobiła to za gwałtownie, ale tak szczerze schwyciła chłopa za kark i tak energicznie pomstowała na szynkarza, że była zupełnie prawdziwą, rozwściekloną babą wiejską.

Sytuacya była dosyć komiczna, bo chłop się tłómaczył i opierał, więc szmer śmiechów zerwał się w widowni, kiedy schodzili ze sceny.

Głogowski poszedł szukać Janki. Stała na schodkach, prowadzących do garderoby i jeszcze nie mogła przyjść do siebie; oczy jej promieniowały jakiemś głębokiem zadowoleniem.

– Bardzo dobrze!… to była chłopka prawdziwa! Masz pani temperament i głos, dwie pierwszorzędne rzeczy! – powiedział do niej Głogowski i odszedł na palcach na swoje miejsce.

– Może zrobić wywołanie? – szepnął mu do ucha Cabiński.

– Zdechnij pan i idź do dyabła! – odpowiedział również cicho i poczuł szaloną chętkę uderzenia go w ucharakteryzowaną twarz, ale znowu przyszła mu nowa myśl, bo zobaczył nianię, stojącą niedaleko i surowo, a z pewnem nabożeństwem patrzącą na scenę.

– Nianiu!

Niania niechętnie podeszła do Głogowskiego.

– Powiedzcie nianiu, jak się wam widzi ta kumedya? – spytał ciekawie.

– Przezwisko je niepolityczne całkiem… Chamy!…To się wi, że wieski naród nie jest ślachta, ale żeby zaraz tak przezywać na ludzkie pośmiewisko, to je grzych!

– No, mniejsza!… ale czy ci ludzie podobni są do wiejskich?

– Utrafił pan, prawda!… takie są chłopy, ale ino nie tak alagancko obłuczą się, ani są takie ślachetne w chodzeniu i w mowie… Ale przepraszam pana, co powiem: po co to wszystko?… Panów, żydów, abo i jenszych ciarachów, to se pokazujta, ale rzetelnych gospodarzy to wstyd tak ciągać na ludzkie pośmiewisko i wyprawiać z nimi kumedyę! Pan Bóg może pokarać za taką rozpustę!… Co gospodarz, to gospodarz… wara od niego! – dodała wkońcu.

I patrzyła dalej na scenę z coraz większą surowością i prawie ze łzami oburzenia.

Głogowski nie miał czasu się dziwić, gdyż zaraz akt się skończył grzmiącemi brawami i wywoływaniem autora, ale nie wyszedł się kłaniać.

Kilku dziennikarzy przyszło ściskać mu ręce i chwalić sztukę. Słuchał obojętnie, bo już mu po głowie plątał się plan przerobienia tej sztuki.

Zobaczył teraz dopiero szczegółowo najrozmaitsze braki i niekonsekwencye i uzupełniał zaraz w myśli, dodawał sceny, przestawiał sytuacye i tak był zatopiony w tej nowej robocie, że już nie zważał, jak grają czwarty akt.

Brawa grzmiały na całej linii i znowu ozwał się jednogłośny już okrzyk:

– Autor! Autor!

– Wywołują, idź-że pan! – szepnął mu ktoś do ucha.

– Niech zdechnę, ale idź, słodki bracie, do dyabła!

Wywoływano również Majkowską i Topolskiego.

Majkowska przybiegła zdyszana do Głogowskiego.

– Panie Głogowski!… chodź-że pan prędzej! – zawołała, biorąc go za rękę.

– Dajcie wy mnie spokój! – krzyknął groźnie.

Majkowska odeszła, a on siedział i myślał dalej. Już teraz nic go nie obchodziły brawa, ani wywoływania, ani powodzenie sztuki, bo go gryzła okropnie ta świadomość, że sztuka jest zupełnie zła. Zastanawiał się, to jest widział ją coraz lepiej i aż się trząsł z bólu, że znowu jeden wysiłek napróżno!

Z bezsilną złością słuchał, jak publiczność oklaskiwała szorstkie i charakterystyczno-komiczne epizody, właściwe tło, na którem dusze jego Chamów musiały się rysować, a sama treść sztuki, jej teza, przechodziła bez wrażenia.

 

– Panie Głogowski, ja chcę, żebyś pan wyszedł w piątym akcie, jeśli będą wywoływać – rzekła do niego stanowczo Janka, bo dziwną wydała się jej ta obojętność, jak myślała.

– Kto woła?… Nie widzi pani, że to galerya! Nie widzi pani drwin w oczach prasy i publiczności w pierwszych rzędach, co?… Mówię, że sztuka jest złą, podłą… świństwem! Zobaczysz pani, co jutro napiszą o niej.

– Co będzie jutro, zobaczymy jutro. Dzisiaj jest powodzenie i sztuka jest pyszna.

– Pyszna! – zawołał z boleścią. – Żebyś pani widziała, jak ona mi w mózgu tkwi, jak ona tam jest pyszną i zupełną, to wiedziałabyś, że to, co grają, jest marnym łachem, strzępem…

Przybiegł zaraz Cabiński, reżyser i Kotlicki i gwałtownie namawiali Głogowskiego, aby się pokazał publiczności, opierał się jeszcze.

Po skończeniu sztuki, kiedy istotnie cała publiczność biła zapamiętale brawo i wołała autora, Głogowski wyszedł z Majkowską, ukłonił się zamaszyście, poprawił sobie czupryny i cofnął się niezręcznie za kulisy.

– Żeby były tańce, śpiewy i muzyka, to ręczę, że gralibyśmy do końca sezonu – rzekł Cabiński.

– Umrzyj dyrektor, spal się, zapij, ale mi nie mów bredni – krzyczał Głogowski. – Z pewnością przyleci tutaj restaurator i będzie mi wymyślał, że z tych samych przyczyn mniej sprzedał piwa i wódek, bo publiczność, która musi słuchać i rzadko się śmieje, przekłada gorącą herbatę.

– Panie, przecież nikt sztuk nie pisze dla siebie, tylko dla ludzi.

– Tak, dla ludzi, ale nie dla Syngalezów…

Kotlicki znowu przyszedł i coś mu długo mówił. Głogowski się skrzywił i rzekł:

– Po pierwsze: nie mam na to, bo toby kosztowało grubo, a po drugie: nie chcę być żadnym „naszym znanym i cenionym”; to prostytucya!…

– Mogę panu służyć moją kasą… sądzę, że nasze dawne stosunki koleżeńskie…

– Dajmy temu pokój!… – przerwał mu gwałtownie Głogowski. – Ale to dało mi pewną myśl… Urządźmy sobie kolacyjkę, ale tak, w parę osób, co?…

– Dobrze, trzeba zaraz ułożyć listę.

Cabińscy, Majkowska i Topolski, Mimi i Wawrzecki, Glas na bawiciela, pan ma się rozumieć. Kogoby tu jeszcze?…

Kotlicki chciał podać Jankę, ale krępował się odezwać z tem głośno.

– Aha! wiem… Orłowska… Filipka! Widziałeś pan, jak ją pysznie zagrała…

– Rzeczywiście, dobrze… – odpowiedział, spoglądając na niego podejrzliwie, bo pomyślał, że i Głogowski musi mieć na nią jakieś plany.

– Idź-no pan zamówić wszystkich… ja zaraz przyjdę.

Kotlicki poszedł na ogródek, a Głogowski pobiegł na górę do garderoby chórzystek i zawołał przeze drzwi:

– Panno Orłowska!

Janka wychyliła głowę.

– Niech-no się pani prędko ubiera; pójdziemy na kolacyę całą bandą, tylko bez najmniejszego protestu.

W pół godziny siedzieli już w gabinecie jednej z większych restauracyj na Nowym-Świecie.

Energicznie rzucono się na wódkę i przekąski, bo to kilkogodzinne denerwowanie się zaostrzyło niezmiernie apetyty. Mówiono mało, ale pito wiele.

Janka nie chciała pić, ale Głogowski prosił i wykrzykiwał:

– Masz pani pić i basta! Na takim zacnym pochówku, jak dzisiejszy musisz pani pić…

Wypiła jeden na próbę, ale potem musiała pić dalsze; zresztą czuła, że to ją dobrze usposabia, bo miała w sobie jeszcze resztki tremy i drżenia o los sztuki.

Po rozmaitych daniach, garsoni ustawili całą bateryę butelek wina i likierów.

– Będzie czem walczyć!… zawołał wesoło Glas, uderzając nożem w butelkę.

– Padniesz ofiarą własnego zwycięstwa, zobaczysz, jeżeli z takim zapałem będziesz dalej atakował.

– Mówcie sobie, a my pijmy! – zawołał Kotlicki, podnosząc kieliszek. – Za zdrowie autora!

– Udław się, Syngalezie!.. – mruknął Głogowski, podnosząc się i trącając ze wszystkimi.

– Niech żyje i niech co rok pisze nowe arcydzieło! – krzyknął Cabiński, już dobrze podchmielony.

– Dyrektor także co rok prawie tworzysz arcydzieła, a nikt ci przecież tego nie wymawia.

– Bożą i ludzką pomocą, panowie, tak, tak! – rzekł Cabiński.

Zarzecka wybuchnęła śmiechem, a za nią wszyscy.

– Niech-że cię uścisnę!… przynajmniej raz nie kłamiesz! – krzyczał Glas.

Cabińska aż się pokładała ze śmiechu.

– Zdrowe dyrektorstwa! – zawołał Wawrzecki.

– Niech żyją i z Bożą i ludzką pomocą tworzą więcej arcydzieł.

– Zdrowie całego towarzystwa!

– A teraz wypijmy na cześć publiczności.

– Za pozwoleniem. Ponieważ ja tu jestem jedynym jej przedstawicielem, więc mnie oddajcie hołd. Przystępujcie do mnie z uszanowaniem, pijcie do mnie… możecie mnie nawet całować i prosić o jaką łaskę; rozważę i co będę mógł dać, dam! – wołał rozbawiony Kotlicki.

Wziął kieliszek ze stołu, stanął przed lustrem – i czekał.

– Pycha, jak Boga kocham! Ja pierwszy idę na ogień! – zawołał Głogowski.

I z pełnym kieliszkiem, trochę się już potaczając, podszedł do Kotlickiego.

– Szanowna i miłościwa pani!… Daję ci sztuki, pisane krwią i sercem; zrozum je tylko i oceń sprawiedliwie! – wołał patetycznie, całując go w twarz.

– Jeżeli je, mistrzu, będziesz pisać dla mnie, jeżeli mnie nie będziesz obrażać brutalstwami i będziesz się liczył ze mną i pisał tylko dla mnie, żebym się mogła bawić i rozrywać, dam ci powodzenie!

– Kopnę cię pierwej i zdechnij! – szepnął gorzko Głogowski.

Podszedł Cabiński.

– Szanowna publiczności! Ty jesteś słońcem, ty jesteś pięknem, ty jesteś wszechmocą, ty jesteś mądrością, ty jesteś znawstwem! Dla ciebie żyje, gra, śpiewa i twoją jest ta Melpomeny dziatwa!… Powiedz, wielmożna pani, czemu nie jesteś łaskawą na nas?… Proszę cię, jaśnie oświecona, daj codziennie pełny teatr!…

– Kochanku! Miej trochę pieniędzy, jak przyjeżdżasz do Warszawy, duży repertuar, a towarzystwo dobrane, chóry piękne, no i grywaj to, co ja lubię, a kasy twoje będą się łamać pod ciężarem złota.

– Szanowna publiczności! – zawołał z komicznym patosem Glas, całując w brodę Kotlickiego.

– Mów! – rzekł Kotlicki.

– Szanowna niewiasto!… Daj mi mamony i każ sobie łeb ogolić, w żółty kaftan ubrać, w zielony papier okleić, a my cię już sami wyślemy tam, gdzie potrzeba.

– Dostaniesz synku, ale… delirium tremens

– Topolski! kolej na ciebie!

– Dajcie mi spokój!… mam dosyć waszych szopek.

Dyrektorowa także nie chciała; ale Zarzecka dygnęła komicznie i pogłaskała Kotlickiego po twarzy.

– Moja droga!… moja złota!… – prosiła pieszczotliwie. – Niech się Wawrzek nie kocha coraz w innej i… widzisz… przydałaby mi się bransoletka, potem kostyum zielony na jesień, futerko jakie na zimę i… żeby tylko dyrektor płacił…

– Dostaniesz, czegoś chciała, boś szczerze chciała, a oto adres.

Podał jej swój bilet wizytowy.

– Pysznie! Brawo!

– Panna Majkowska może przystąpić, bo już z góry obiecuję wiele.

– Jesteś pani stara obłudnica!… obiecujesz ciągle, ale nigdy nic nie dajesz! – powiedziała Mela.

– Dam ci… za rok debiut w warszawskim teatrze i zaangażuję cię z pewnością.

Majkowska wzruszyła niedbale ramionami i usiadła.

– Panna Orłowska…

Janka wstała; kręciło się jej trochę w głowie ale było jej tak wesoło i tak komiczną się jej wydawała ta heca, że podeszła i zawołała proszącym głosem:

– Tylko jednego chcę: żebym mogła grywać… proszę tylko o role…

– Pomówimy o tem z dyrektorem i dostaniesz.

– Dajcie pokój, bo to już nudne… Kotlicki! chodź pan, zaczniemy drugą seryę.

Zaczęto pić na dobre. Pokój przepełnił się gwarem i dymem z papierosów. Każdy czegoś z osobna dowodził i przekonywał, a wszyscy krzyczeli głupstwa, bo wszyscy byli już dobrze pijani.

Majkowska oparła się na stole i wybijając na butelce od szampana takt nożem, śpiewała.

Dyrektorowa sprzeczała się głośno z Zarzecką i nieustannie gryzła suchą malagę.

Topolski milczał i pił sam do siebie. Wawrzecki opowiadał różne dykteryjki Jance, a Głogowski, Glas i Kotlicki kłócili się o publiczność.

– Ja wam coś zaśpiewam na ten temat – zawołał Glas.

 
„Żebym ja miał taką panią
Tobym cięgiem patrzał na nią
Jesce-bym się przy niej ukłodł,
Żeby mi jej kto nie ukrodł.
Hu! ha!…”
 

Nie słyszeli go, zajęci dyskusyą.

Janka śmiała się, sprzeczała z Wawrzeckim, ale już nie wiedziała dobrze, co się z nią dzieje. Pokój zaczynał z nią wirować, świece się wydłużały do wielkości pochodni; miała szaloną ochotę tańczyć, to butelkami puszczać kaczki, bo się jej olbrzymie zwierciadła zaczęły wydawać wodą; to znowu koniecznie chciała zrozumieć Głogowskiego, który czerwony, pijaniuteńki, z rozczochraną głową i krawatem na plecach, krzyczał najgłośniej, wymachiwał rękami, bił pięścią zamiast w stół, w brzuch Glasa i spluwał na kolana Cabińskiego, który obok drzemał na krześle i tylko mruczał:

– Za pozwoleniem!…

Ale Głogowski tego nie słyszał i krzyczał dalej:

– Za drzwi ze znawstwem publiki! Sztuka jest zła, ja to wam mówię!… A że inni krzyczeli… że wy mówicie, to właśnie racya, że tylko ja mam racyę… Było was tysiąc, więc tem trudniej w tysiąc zdobyć się na prawdę… Jednostka jest człowiekiem, ale tłum stadem, które nic nie wie…

– „Hromada wełykij czołowik!” powiada przysłowie… – szepnął sentencyonalnie Kotlicki.

– I mówi głupstwo! Gromada, to tylko wielki krzyk, wielkie złudzenie, wielka halucynacya.

– Pan, mój mistrzu, jesteś arystokrata i indywidualista.

– Ja jestem Głogowski… Głogowski, panie, od kolebki aż poza trumnę.

– To znaczy?…

– Możesz pan sobie tłumaczyć, jak ci się podoba.

– Zostawiasz pan bardzo szerokie pole przypuszczeniom.

– A cóż ty myślisz, filistrze jeden, że ja mam dusz jednokomórkową, którą można wziąć w garść, ścisnąć, obejrzeć i stwierdzić, że jest z tego lub owego gatunku!?… Bez etykietowania, panie Kotlicki. Precz z klasyfikacyą! Wy już nie umiecie nic, tylko gatunkować!

– Mistrzu, jesteś dyablo pewnym siebie.

– Dyletancie, jestem tylko świadomym.

– Psia twarz!… tyle waryactw w takim marnym futerale! – szeptał Glas, obmacując Głogowskiemu piersi.

– Geniusz nie siedzi w mięsie… Tłusty człowiek, to tylko tłuste bydlę. Dusza wyższa nie znosi tłuszczu. Zdrowy żołądek, normalność, to przeciętność, a przeciętność, to pastuchy.

– A takie paradoksy, to są tylko żytnią sieczką.

– Dla osiołków i innych inteligentników.

– Dixi, bracie! Reńskie mówi przez twoje usta.

– Zacznijcie na nowo! – przerwał im Glas, chwytając obu za szyje.

– Jeśli pić, zgoda; jeśli mówić, idę spać! – wrzeszczał Kotlicki.

– Więc pijmy!

– Wawrzek, psia twarz! weź-no Mimi i jaką drugą bakalię i zrobimy mały chórek.

Zaśpiewali zaraz jakąś wesołą piosenkę; tylko Głogowski nie śpiewał, bo oparł się na Cabińskim i usnął w najlepsze, a Janka nie mogła wydobyć z siebie głosu.

Piosenka brzmiała coraz weselej, a Janka czuła, że ją chwyta nieprzeparta senność, że się chwieje na krześle, a później, że ją ktoś podtrzymuje, okrywa, prowadzi… jedzie jakby doróżką.

Czuje przy sobie coś, z czego nie może zdać sobie sprawy, jakiś gorący oddech ją owiewa, jakieś ręce ją obejmują; słyszy turkot kół i jakiś głos szepcący…rozróżnia słabo, prawie go powtarza: „Kocham cię, kocham!” ale nic nie rozumie…

Zadrżała, uczuwszy gorące, namiętne pocałunki na ustach… Rzuciła się gwałtownie naprzód i, oprzytomniała.

Kotlicki siedział obok niej, trzymał ją wpół i całował, chciała go odepchnąć od siebie, ale jej opadły ręce; chciała krzyknąć gwałtownie, ale zabrakło jej sił… senność obezprzytomniła ją znowu i rzuciła prawie w letarg.

Dorożka zatrzymała się, i ta raptowna cisza przebudziła ją.

Zobaczyła, że stoi na trotuarze, a Kotlicki dzwoni do bramy jakiegoś domu.

– Boże! Boże! – szeptała zdziwiona, nie mogąc pojąć gdzie jest.

Zrozumiała dopiero błyskawicznie wtedy, gdy Kotlicki przysunął się do niej i szepnął słodko:

– Chodźmy!

Wyrwała mu się z siłą niezmiernego strachu. Chciał ją ująć, ale tak go odepchnęła, że potoczył się na mur… a ona pobiegła prosto, ku rogatce mokotowskiej.

Biegła jak nieprzytomna, bo jej się zdawało, że ją goni, że już dobiega i chwyta… serce biło jej jak młotem, twarz paliła wstydem i przerażeniem.

– Boże! Boże! – szeptała, uciekając coraz prędzej.

Na ulicach były pustki; przestraszały ją odgłosy własnych kroków, dorożki spotykane na rogach ulic, cienie pod domami i ta kamienna, okropna cisza miasta uśpionego, w której zdawały się drgać jakieś akcenty płaczów, łkań, chichoty jakieś wstrząsające rozpustne śmiechy, krzyki pijackie… Przystawała w cieniu bram i trwożnie rozglądała się dokoła i przypominała sobie powoli wszystko: przedstawienie, kolacyę, potem, że piła… śpiewy… i znowu ją ktoś zmuszał do picia, a wśród tych okruchów wspomnień, wyjrzała długa, końska twarz Kotlickiego, jazda dorożką i jego pocałunki!…

 

– Podły! podły! – szeptała, oprzytomniawszy zupełnie i aż zacisnęła pięści, taka ją zalała fala gwałtownego gniewu i nienawiści…

Dławiły ją łzy bezsilności i takiego upokorzenia, że z płaczem spazmatycznym wracała do domu.

Dzień się już robił.

Otworzyła jej Sowińska.

– Trzeba już było wrócić w dzień, a nie budzić ludzi po nocy! – szepnęła stara zirytowana.

Janka nie odezwała się, pochylając głowę, jak pod uderzeniem.

– Podli! podli!… – miała tylko ten jeden krzyk w sercu, przejętem buntem i nienawiścią.

Nie czuła teraz wstydu, ani upokorzenia, tylko bezbrzeżną złość; biegała po pokoju, jak szalona, rozdarła sobie stanik bezwiednie i nie mogąc w żaden sposób pozbyć się irytacyi, upadła na łóżko w ubraniu.

Spała, męcząc się okropnie; zrywała się co chwila z krzykiem, chciała gdzieś biedź, uciekać, to znowu podnosiła rękę do góry, jakby z kieliszkiem i wołała przez sen: „Wiwat!” Zaczynała śpiewać, albo przez zgorączkowane usta wolała od czasu do czasu: „Podli! podli!”