Oleńka. Panienka z Białego DworuTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Joachim… – szeptała, poddając się temu coraz śmielej.

– Oleńka… – odszeptywał, trzymając ją w objęciach. – Moja…

– Twoja…

Kto wie, czy nie trwaliby w pierwszych czułościach aż do zmierzchu, gdyby nie rżenie Szatana. Oprzytomnieli oboje.

– Muszę jechać na folwark. Niedługo będą w domu mnie wyglądać – powiedziała Oleńka, poprawiając przekrzywiony wianek. Joachim patrzył na nią rozkochanym wzrokiem.

– Nie chciałbym cię już nigdy od siebie puścić.

– I ja chciałabym zostać. – Znów do niego przylgnęła. – Zobaczymy się jutro?

– Jutro, pojutrze. Ty jesteś moim jutrem. – Pocałował ją w czoło.

– I ty moim. A ten wiersz był naprawdę piękny. Powinien zostać wydrukowany. Do jutra, Joachimie.

Długo stał na ścieżce i patrzył tam, gdzie już dawno zniknął koń niosący dziewczynę w wianku na włosach.

Dlaczego ów wiersz-nie wiersz przyszedł mu do głowy i te korale z kropel krwi, dumał. Pewnie swoją krew w imaginacji ujrzałem, bo hrabia zabije mnie bez mrugnięcia okiem, gdy tylko się dowie, że śmiałem pokochać jego córkę, tłumaczył sobie w duchu. Musiał coś wymyślić, żeby móc oficjalnie o nią prosić.

Tylko co?

Tego nawet jego wykształcony umysł nie wiedział. Urodzić się w innej rzeczywistości – już się nie urodzi. Spadku po nikim nie dostanie, tytułu też nie kupi, może więc powinien się bohaterskim czynem zasłużyć? Najlepiej ojczyźnie. Może wtedy spojrzą na mnie łaskawie, dumał w skupieniu.

W głowie krystalizował mu się plan, żeby jednak przekraść się do Galicji i zaciągnąć do strzelców.

Rozdział II

Kto ty jesteś?

– Kto ty jesteś?

– Polka mała.

– Jaki znak twój?

– Lilia biała.

– Gdzie ty mieszkasz?

– Między swemi.

– W jakim kraju?

– W polskiej ziemi.

– Czym ta ziemia?

– Mą Ojczyzną.

– Czym zdobyta?

– Krwią i blizną.

– Czy ją kochasz?

– Kocham szczerze

– A w co wierzysz?

– W Polskę wierzę.

– Coś ty dla niej?

– Wdzięczne dziecię.

– Coś jej winien?

– Oddać życie.

– Brawo! Brawo! Bravissimo!

Licznie zgromadzeni goście nagradzali brawami deklamację Janinki i Helenki Wylezińskich. Podrastające panienki, kuzynki Oleńki, przybyły wraz z rodzicami i starszymi braćmi do Ostojanów na zwyczajowy wieczorek patriotyczny.

Oleńka także klaskała, ale w sercu czuła żal, że przesłanie „katechizmu” nie dla wszystkich dzieci jest jednakowe.

Te tutaj, obie z jasnymi loczkami, wystrojone w białe sukienki, deklamowały go bez potknięcia, z uczuciem i zrozumieniem. A jej mali ubodzy podopieczni długo nie mogli pojąć, co to jest ta Polska, mimo że mówili po polsku, choć z białoruskimi naleciałościami.

Z rzadka, gdy nie musiał pomagać ojcu, przysłuchiwał się lekcjom szesnastoletni Witek, nazywany przez swoich Wićką. Miły, wrażliwy chłopak, którego Oleńka bardzo lubiła. Lecz nawet on nie do końca rozumiał, że są polskim narodem.

– Ja tutejszy panienko, piekuński, nie polski – mówił zdziwiony.

Tak więc nim do nauki „katechizmu” przyszło, Oleńka musiała od początku, prostymi słowami przybliżać dzieciom ojczystą historię.

Nie było to łatwe, gdyż dzieciaki, obarczane obowiązkami, od najmłodszych lat musiały pomagać rodzicom. Do pracy goniono nawet pięcioletnie maluchy, które, jeszcze śpiące, z pierwszą zorzą szły wypasać gąski i kaczki. Starsze pomagały w polu i w obejściu. Nikt z licznego przychówku nie mógł próżnować, żeby chleba darmo nie jeść i nie zarobić w skórę za próżniactwo.

Łapała więc czas na krótką naukę między ich zajęciami, a i to ledwie garstkę mogła na chwilę zebrać. Nic dziwnego, że nauka szła opornie i nie mogły spamiętać prostego wierszyka. Bardziej ciekawiło je, co tym razem im przywiozła, i patrzyły w napięciu na skórzane sakwy, które wisiały przy końskim siodle.

Oleńka nigdy nie wyjechała z pałacu z pustą ręką. Do Piekun, Nowosiółek albo Bielkiszek, gdziekolwiek się wybierała, zawsze przywoziła coś dla dzieci. Pszenne bułki, obwarzanki lub słodki placek z ostojańskiej kuchni. Czasem pachnące mydełka. Któregoś razu podarowała Witkowi nowy kozik, gdy zgubił stary. Chłopak był zręczny i potrafił zamienić kawałek drewna w foremnego konika lub ptaszka.

Jeździła więc po zaściankach i przysiółkach co kilka dni, zawsze w pół drogi spotykając się z Joachimem. Niekiedy on także brał konia od Fishera i wyjeżdżał jej naprzeciw, gdy podążała gdzieś dalej. Kosztowali wspólnych chwil okraszanych pocałunkami, ukryci od ludzkich oczu, zastanawiając się we dwoje, jak wyjednać błogosławieństwo dla ich coraz silniejszego uczucia.

Przyszła jesień, ludzie dawno zebrali kartofle z pól i było coraz zimniej, gdy tak szukali po zagajnikach osobności dla wzajemnych uczuć. Jednak nie tylko z powodu pretekstów do spotkań z Joachimem Aleksandra odbywała częste wycieczki po okolicy.

Naprawdę lubiła te rozmowy z dziećmi i swoje nieporadne lekcje. Cieszyła ją radość maluchów, gdy dostawały drobne upominki. Nawet za bardzo nie miała pretensji do matek, że co lepsze rzeczy, zwłaszcza mydełka, sprzedawały na targu, żeby zyskać kilka kopiejek.

W niedoli, w jakiej przyszło im żyć, mało kto myślał, żeby uczyć dzieci czytać i pisać. Zresztą prawie nikt z dorosłych tego nie potrafił. Nie mogła więc mieć pretensji, że jej uczniowie długo nie potrafili spamiętać wierszyka.

Oleńka wpadła na pomysł, który postanowiła omówić w stosownej chwili z ojcem. W to, że Joachim na niego przystanie, nie wątpiła.

– Córeczko, nie wypada, abyś tak się zamyślała przy gościach. – Napominający szept matki przywrócił ją do rzeczywistości. – Pomyślą, że ich lekce­ważysz.

– Przepraszam mamę – odrzekła cichutko, jednocześnie uśmiechając się do ciotki Rozalii Wylezińskiej, swojej matki chrzestnej.

Cioteczna siostra mamy była dość okrągłą, życzliwą i serdeczną kobietą. Zazwyczaj nosiła się skromnie, lecz na dzisiejszą wizytę włożyła eleganc­ką suknię śliwkowego koloru. Wzruszona, skłaniała głowę, dziękując gościom za uznanie dla występu córek.

Hrabina Ostojańska, jak zwykle w czarnej sukni i z nieodłącznym krzyżykiem na szyi, delikatnie poruszała wachlarzem, aby schłodzić rozgrzane policzki. Oleńka wzorem Marii także ubrała się skromnie, w białą bluzkę z bufiastymi rękawami i ciemną spódnicę. Tylko włosy na prośbę matki uczesała inaczej, zakręciwszy je w loki, które teraz wiły się aż do pleców.

Hrabina, zerkając dyskretnie na córkę, stwierdziła w duchu, że Oleńka nie mogła tego dnia wyglądać lepiej. A na kolację przybył sam książę Maksymilian Szczęsny Woromirski.

Dystyngowany, szpakowaty mężczyzna, z równo przyciętym wąsem i gładko zaczesanymi włosami z przedziałkiem po boku, wytworny w każdym calu, wybrał na ten wieczór elegancki surdut i lakierki. Z butonierki wystawał biały kwiat.

Bywały w świecie arystokrata, który nie tak dawno wszedł w czterdziesty rok życia, miał rozległe koneksje na europejskich dworach. Pomieszkiwał trochę w Paryżu, trochę w Londynie, więc w podwileńskich włościach gościł z rzadka.

Dopiero przed niespełna rokiem, przedwcześnie owdowiawszy, postanowił szukać ukojenia w rodzinnych stronach zmarłej małżonki. Przyjechał więc na dłużej do majątku w Rakiszkach, który wraz z pałacem wniosła mu w wianie.

Pewnego razu na raucie w Wilnie spotkał Aleksandra Ostojańskiego. A ponieważ zapałali do siebie nawzajem sympatią, czasem zagrali w karty, wyprawili się na polowanie lub raczyli „Ostojanką” z hrabiowskiej gorzelni.

W takich okolicznościach i z takim towarzyszem wdowiec prędko ukoił smutek po swojej Idalii.

Rozmiłowany w koniach Woromirski także i na tym polu znalazł wspólny język z hrabią. Ponieważ obaj uważali się za patriotów, dlatego książę chętnie przyjął zaproszenie na wieczornicę.

– Serce rośnie, gdy człowiek patrzy na młode pokolenie, któremu nasza utracona ojczyzna pozostaje tak drogą – odezwał się teraz, wskazując na zarumienione dziewczęta.

Wciąż stały przy fortepianie i raz po raz dygały wdzięcznie, spuściwszy oczy, zawstydzone aplauzem. Książę wstał i złożył pocałunek na dłoni hrabiny Ostojańskiej, a potem pani Wylezińskiej w podzięce za dzisiejszy wieczór.

– Pani hrabino – rzekł uroczyście – Nie zginie duch w narodzie, dopóki krzewić go będziemy takimi spotkaniami i już wpraszam się na następne, jeśli moja obecność nie jest dla państwa przykra.

– Radziśmy, że możemy pana, książę, i państwa, tak licznie gościć w naszych skromnych progach – odparł gospodarz, wodząc wzrokiem po zebranych.

Do Ostojanów przybyło ponad trzydzieści osób, dalszych i bliższych sąsiadów z okolicznych majątków. Kilku bogatych ziemian, więcej drobniejszej szlachty, jeden czy dwóch znaczących zarządców, trochę inteligencji i zaprzyjaźniony z rodziną ksiądz Julian z żupańskiej parafii.

Zamożność gości można było poznać po strojach; obok eleganckich toalet znajdowały się bardziej wysłużone suknie, przetarte surduty i sfatygowane trzewiki, jednak wszystkich obecnych łączyły żywe, patriotyczne uczucia.

Wystawna kolacja, stały punkt wizyt, także stanowiła ważny element, dla którego niecierpliwie wyglądano zaproszenia do Ostojanów. A znalezienie się pośród zaproszonych uchodziło za zaszczyt.

Goście obsiedli miękkie fotele i krzesła w rozleg­łym salonie. Oświetlone blaskiem wielu kandelabrów pomieszczenie było zwyczajowym miejscem wieczornic, które hrabina urządzała tylko dla zaufanych.

To pomieszczenie zostało wybrane nieprzypadkowo. Niższy poziom i grube mury wyłożonej pluszem purpurowej loży, gdyż tak zaczęto nazywać ów salon, miały tłumić przed niepowołanymi uszami dźwięki polskich pieśni czy gorących dysput niepodległościowych. Nawet służba była rekrutowana wyłącznie z ludzi sprawdzonych. Mimo tak starannej konspiracji tworzono także pozory niewinnego towarzyskiego spotkania – na wypadek niespodziewanej wizyty carskich urzędników lub wojskowych, których sporo stacjonowało w Wilnie i okolicy.

 

Dlatego na stoliczkach leżały karty do gry, tamborki z robótkami i magazyny modowe, aby zgromadzenie wyglądało na zwykły zjazd towarzyski czy też przyjęcie z ważnej okazji. Dziś oficjalnym powodem przybycia gości były urodziny pana domu.

– Zapraszamy do stołów – odezwała się hrabina, wskazując na następny pokój, gdzie czekał już suty poczęstunek, najróżniejsze ryby, wędzone szynki, pieczone prosię, bażanty i wszelkiego rodzaju przystawki oraz alkohole.

– Posilmy się, nim o ojczyźnie zaczniemy rozprawiać – dodał hrabia, stając przy małżonce.

Ta skinęła na służbę, by już zaczęła odsuwać krzesła. Rozległo się szuranie mebli, szelest sukien, brzęk sztućców.

– A kogoż czytać dziś będziemy? – spytał jakiś starszy łysiejący jegomość z monoklem w oku i pokaźnym brzuchem. – Oby nie tego Litwina Mic­kiewicziusa.

– Podług mnie za Polaka uchodzi – odrzekł pan Wyleziński, wsuwając serwetę za kołnierzyk koszuli.

– Jaki Polak, panie szanowny, od Litwo, ojczyzno moja, zaczyna poemat? Gdyby był prawdziwym Polakiem, zacząłby od Polsko – odezwał się wychudzony młodzieniec w mocno znoszonym surducie.

– Bluźnierstwem jest uważać Mickiewicza za Litwina – odezwała się starsza dama w czarnym koronkowym szalu na włosach. – Polskę i jej niepodległość miał na sercu. Za nią został uwięziony, tak jak inni młodzieńcy, którzy przyjechali do Wilna na uniwersytet. Dziad mój takoż był pośród nich, wiem więc od niego, jaki polski żar płonął im w głowach. Nie godzi się, młody człowieku, szafować krzywdzącymi opiniami. Ojciec Chopina był Francuzem, a śmiałby pan polskości odmówić Fryderykowi? Naród to coś więcej niż miejsce urodzenia. To ten sam język, którym wszyscy mówią i serca czujące tak samo.

– Nie mogła łaskawa pani lepiej tego ująć – oświadczył książę, skłoniwszy się damie. – Nie miejsce urodzenia, nie granice, nie państwo, które nam odebrano, lecz język, tradycja, kultura, historia czyni nas polskim narodem. Nawet jeśli po świecie rozrzuconym. Ale porzućmy już swary. Czyich dzieł słuchać wobec tego będziemy? – zwrócił się do pani domu.

– Możemy także Mickiewicza, jednakowoż zaplanowałam fragmenty Powrotu do gniazda Kraszewskiego, jeśli państwo nie są przeciwni takiemu wyborowi – odparła hrabina, patrząc po gościach.

Rozległy się szmery aprobujące wybór lektury. Jeszcze głośniejsze zabrzmiały po chwili, gdy wyborne i kunsztownie udekorowane smakołyki zaczęły schlebiać podniebieniom.

Służba uwijała się między gośćmi, podsuwając półmiski i lejąc w kielichy przednie wino. Oleńka też umoczyła w nim usta. Książę siedział na honorowym miejscu obok jej ojca. Ją zaś matka usadziła po prawej stronie wytwornego arystokraty i nakazała szeptem:

– Bądź uprzejma dla naszego gościa.

Więc była, choć jej myśli krążyły wokół Joachima. Zastanawiała się, co robi teraz jej ukochany? Czy śpi? A może układa kolejny wiersz i tęskni do niej, jak ona do niego? Chciałaby, aby tutaj był. Tymczasem musiała słuchać, jak książę bawi ją konwersacją.

Mówił o książkach, potrawach, które jedli, pogodzie i innych mało ważnych sprawach. Oleńka była zbyt dobrze wychowana, żeby okazać zniecierpliwienie, ale te tematy ją nudziły.

– Wspomniał mi szanowny hrabia, że ma pani zamiłowanie do koni i w siodle świetnie sobie radzi? – odezwał się jej utytułowany sąsiad między jednym kęsem pieczonego prosięcia a drugim.

– Istotnie. Ojciec zaszczepił mi swoją pasję i wszystkiego nauczył.

– Słyszałem, że hrabianka po folwarkach często jeździ, żeby dziatwę chłopską nauczać. To takie szlachetne szerzyć oświatę pośród pospólstwa, zamiast zajmować się tylko przyjemnościami. Nie boi się pani sama tak daleko wyjeżdżać? – ciągnął, zaglądając jej w oczy.

Nie odwróciła głowy przed jego natarczywym spojrzeniem.

– Nie jestem strachliwa. Nic złego od biednych ludzi nie może mnie spotkać. Chyba tylko wstyd za nędzę, jaką tam widzę, więc przynajmniej nieporadną nauką próbuję cokolwiek zmienić.

– Widzę, że nie tylko urodą pani zachwyca, ale wrażliwą duszą i światłym umysłem zgoła nie kobiecym.

– Męska część tego świata odmawia nam sprawności takiego organu, jakim jest mózg, a już na pewno widzi go ułomniejszym. Powinnam się czuć wyróżniona, skoro książę wyłącza mnie poza mą płeć – odparła złośliwie.

Woromirski uśmiechnął się półgębkiem. Śmiałość hrabianki go zaintrygowała.

– Proszę o wybaczanie, jeśli nieopacznie sprawiłem pani przykrość – powiedział, przyłożywszy dłoń do piersi. Na jego palcu lśnił rodowy sygnet. – Byłbym zaszczycony, gdyby któregoś razu wzięła mnie pani za towarzysza. Radbym zobaczyć efekty pani starań. Chętnie sam cegiełkę do nich dołożę.

– Jeśli książę łaskaw – odrzekła kurtuazyjnie. Najmniej potrzebne mi twoje towarzystwo i komplementy, dodała w duchu.

Przy stole narastał gwar. Damy rozmawiały między sobą o rzeczach mniej wzniosłych, panowie natomiast wdali się w politykę.

– Tylko za Dmowskim Polska może dojść do wolności – oświadczył ktoś z końca stołu.

– Cóż pan za brednie opowiadasz?! – rzucił ze swadą starszy biesiadnik z przeciwka. – Mamy endecji sprzyjać? Rosji się zaprzedać? Nawet Żydzi endecji przeciwni. Tylko Piłsudski i jego idea Polski federacyjnej może zwyciężyć!

– Piłsudski jest niemieckim sługusem! Mamy niepodległość z rąk cesarza Wilhelma dostać i na jego warunkach, zdaniem pana? – spytał ten pierwszy.

– To potwarz! – zaperzył się zwolennik Piłsudskiego. – On ma wizję! I głowę nie od parady! Kto wie, jaki cel się kryje za jego kalkulacjami? Sługus! Też mi coś!

Inni goście zaczęli uspokajać adwersarzy.

– Moim zdaniem Piłsudski lepiej się przysłuży polskiej sprawie. I wojna między zaborcami. W powietrzu już ona wisi – włączył się ktoś inny.

– Moi synowie też chcą się bić, gdy wojna wybuchnie, i pójść do strzelców – powiedział Walenty Wyleziński, mężczyzna słusznej postury, w piątym krzyżyku, z bujną brodą przetykaną gęsto siwizną. – Niech uciekają przed carskim wojskiem choćby do strzelców, będę im sekundował.

Ciotka Rozalia, usłyszawszy słowa małżonka, powiodła strapionym wzrokiem po swoich synach, jeden w drugiego jak malowanych, i tylko chusteczkę przyłożyła do łzawiących oczu.

– Tak trzeba, droga Rozalio – rzekła pani Maria, uścisnąwszy dłoń kuzynki. – Wiem, jaki czujesz strach. Ja także drżę o Ksawerego.

– Póki wszyscy trzej są w szkołach, jestem o nich w miarę spokojna, ale chodzą na te swoje tajne zebrania, konspirują, jeszcze ich wykryją i na katorgę ześlą.

– Nie zdążą, proszę mamy, wojna blisko – pocieszył ją średni syn, Bolesław. Podobnie jak bracia miał jasne włosy i pogodne szare oczy.

– Rosja, Niemcy i Austria muszą się wziąć za łby. Niech się pogryzą między sobą i wykrwawią na śmierć – powiedział następny gość, nakładając sobie na talerz porcję faszerowanego szczupaka.

– Boże Wszechmogący, o czym panowie mówią? – spytała ze strachem jedna z dam, wachlując się chusteczką. – Cóż nas tedy czeka? Przecież wszędzie, w każdej zaborczej armii są setki tysięcy Polaków. Toż to będzie prawie bratobójcza wojna. Morze polskiej krwi się poleje. Jakiż cud mógłby sprawić, że z tego okrucieństwa coś dobrego wyniknie, kiedy swój przeciwko swemu stanie? Tylko łzy biednych matek, które będą opłakiwać poległych w obcych oddziałach synów. Jakiej my wojny czekamy? Boże, strzeż nas przed takim barbarzyństwem! – Przeżegnała się pospiesznie.

Oleńce przypomniał się wiersz Joachima. Poczuła lęk. Na twarzy matki widać było ból. Ojciec również wyglądał na strapionego.

Nie potrafiła pojąć tej przedziwnej niesprawiedliwości, że jej brata, Polaka, może zabić inny Polak albo też Ksawery jakiegoś zabije. Tak straszna ma być cena tej wyczekiwanej wolności?, rozważała, a serce biło jej szybciej.

– Nie ma zwycięstw bez ofiar – odezwał się książę, jakby czytał w jej myślach. – Nie ma wojen bez krwi. I w tej, której czekamy, też dużo polskiej popłynie. Darmo wolności nie odzyskamy, to pewne.

– A książę w jakiej armii będzie o tę wolność dla Polski walczył? – obcesowo spytała roztrzęsiona dama.

Przy stole zaległa niezręczna cisza. Wszystkie oczy spoczęły na Woromirskim. Nie wyglądał na zmieszanego albo nie dał tego po sobie poznać. Odchrząknął krótko i rzekł z powagą:

– Nie tylko na polu bitwy można Polsce służyć. Ja będę w Europie pozyskiwać sojuszników dla naszej sprawy. Choćby mi przyszło położyć na szali cały majątek. – To powiedziawszy, nieznacznie skłonił głowę.

Przy stole rozległ się szmer uznania.

– Ma pan słuszność, drogi przyjacielu – odezwał się hrabia. – Układy i dyplomacja mogą być równie mocnym orężem jak przelana krew. Mój świętej pamięci ojciec uważał podobnie, dlatego też mogę dziś podejmować państwa w tym miejscu.

– Boże, zbaw Polskę i spraw, byśmy niebawem doczekali czasów, gdy ten orzeł wreszcie zrzuci kajdany – podsumowała jego żona, unosząc do ust swoją pamiątkę.

Niektóre panie uczyniły na piersiach znak krzyża, inne ocierały oczy. Panowie w zadumie kiwali głowami.

– Święte słowa, pani dobrodziejko – odezwał się milczący dotąd ksiądz Julian. – Największa siła w modlitwie.

Nikt nic więcej nie powiedział.

Hrabina otrząsnęła się i zaprosiła gości na drugą część wieczoru. Do głośnego czytania. To była jej rola.

Usiadła przed zebranymi w purpurowej sali i dźwięcznym głosem zaczęła czytać fragmenty Powrotu do gniazda. Po pewnym czasie, gdy zamknęła książkę, mężczyźni udali się do gabinetu na cygara, panie sięgnęły po robótki, a młodzi, w tym synowie Wylezińskich: Stanisław, Bolesław i Mieczysław oraz Oleńka z kilkoma pannami z sąsiedztwa, zebrali się wokół fortepianu.

Najstarszy z braci, Stanisław, położył palce na klawiaturze. Dreszcze szły po plecach, gdy z kilkunastu gardeł wydobył się mocny śpiew.

Oto dziś dzień krwi i chwały

Oby dniem wskrzeszenia był.

W tęczę Franków orzeł biały,

Patrząc lot swój w niebo wzbił,

Słońcem lipca podniecony,

Woła do nas z górnych stron,

Powstań Polsko zrzuć kajdany:

Dziś twój tryumf albo zgon.

Hej, kto Polak na bagnety!

Żyj swobodo, Polsko żyj,

Takim hasłem cnej podniety,

Trąbo nasza, wrogom grzmij…

Była prawie północ, gdy goście zaczęli się zbierać do odjazdu. Przed wyjściem, kto ile mógł, zostawiał w korytarzu na tacy datki dla chłopskich dzieci. Tylko pan Wyleziński, który trochę wypił, nie kwapił się z wyłożeniem choćby rubelka. Nie, żeby był skąpy, ale dziś znów mu karta nie poszła, więc został bez grosza. Nawet konie z powozem postawił z myślą, że się odegra. Kartę trafił dobrą, ale pan Domżalski, stary szlachciura z łysiną na pół głowy i sumiastym wąsem, dostał, niestety, lepszą.

By mieć czym z rodziną wrócić do domu, wyprosił u wygranego odwózkę, własnym przed godziną, powozem. Wyleziński był honorowy i ani myślał przegraną odbierać prośbami. Uczciwie grali, uczciwe przegrał.

Nie martwił się tym zanadto, gdyż był przekonany, że niedługo się odegra. Co tam byle powóz i para starych koni! Pałac może wygrać! Niejeden z jego kompanów od kart niezły mająteczek zyskał. To, że niejeden także przegrał, jakoś do podchmielonej głowy Walentego nie chciało dotrzeć.

– Służę łaski szanownego pana – odrzekł zadowolony Domżalski, że opłaciło się w gabinecie hrabiego małą partyjkę rozegrać przy okazji patriotycznych dyskusji.

Księciu też dziś karta nie szła, choć hrabia dwoił się i troił, żeby dać mu fory. Ciekawe dlaczego, zastanawiał się zaintrygowany. Wylezińskim nie zaprzątał sobie głowy. Walenty znany był w okolicy z tego, że od dawna kochał karty bez wzajemności. Przerżnął w nie niejednego konia. Tak więc Domżalski, rad z wygranej, okazał nad wyraz hojny gest i położył na srebrnej tacy w korytarzu kilka banknotów.

Tylko śmiałości mu zabrakło, żeby spojrzeć w oczy pani Rozalii, która, zmiarkowawszy, że małżonek znów przegrał ich dobytek, nieledwie osłabła.

Zabrała córki i podtrzymywana przez synów wyszła czym prędzej, żeby ukryć przed ludźmi wstyd. Za nią, lekko chwiejnym krokiem, w przekrzywionym kapeluszu, rozdając ukłony, ruszył małżonek.

Noc była ciemna, że oko wykol, dlatego hrabia nakazał fornalom zapalić kaganki, konie brać i oświetlić drogę odjeżdżającym.

 

Jeden z ostatnich pożegnał się z gospodarzami książę.

Hrabia celowo zwłóczył, aż panie odejdą, i zostanie sam na sam z Woromirskim, aby odbyć z nim poufną rozmowę.

Z każdą jej minutą zadowolenie pana Aleksandra rosło. Oto finalizowała się rzecz wręcz kluczowa w jego misternym planie.

– Tak więc cóż? – zapytał, aby przypieczętować wyraźniejszą deklarację.

– Rzeczywistość, drogi hrabio, przerosła moje oczekiwania. Myślę, że się porozumiemy. Najpierw jednak precyzyjnie ustalimy warunki – odrzekł książę, podając rękę gospodarzowi.

– Naturalnie, naturalnie.

– I na razie niech nasze pertraktacje pozostaną wyłącznie między nami. Rozumie pan, hrabio, moje nazwisko i pozycja… – Książę zniżył głos.

– Oczywiście. – Pan domu przyłożył dłoń do piersi. – Nic nie wyjdzie poza nas dwóch, póki nie poczynimy ostatecznych ustaleń.

– Cieszę się, że w tej materii jesteśmy zgodni. Liczę, że w pozostałych także się porozumiemy. Jeszcze nie widziałem pańskich koni, hrabio, a ciekawy jestem ich bardzo.

– Więc może rad by pan, książę, przed odjezdnym zwiedzić stajnie?

– Chętnie, tylko czy cokolwiek zobaczę w tych ciemnościach?

– Wnet każę palić światła.

Po chwili książę, w wytwornym paltocie, przechadzał się długim oświetlonym przejściem pomiędzy boksami, podziwiając bielone, czyściuteńkie stajnie, a w nich wspaniałe konie. Ogiery o potężnej budowie i śmigłe klaczki. Maści różnej, lecz wszystkie pełnej krwi, lśniące, silne, o dobrze wyczesanych grzywach i ogonach. Przy niektórych przystawał z większym zainteresowaniem.

– Ten jest pyszny – rzekł, zatrzymawszy się przy Szatanie, który rżeniem, wstrząsaniem łba i wierzganiem, zdradzał gwałtowny temperament. – Rad bym mieć go u siebie.

– Najlepszy reproduktor w mojej stajni. Już pięć klaczy pokrył i oźrebiły się szczęśliwie. Szatan jest ulubieńcem Oleńki. Zamierzam go jej podarować razem z dwudziestką innych, które szykuję na jej posag, gdy przyjdzie czas.

– Wspaniały dar. – Woromirski uśmiechnął się z uznaniem. W samych koniach Ostojański posiadał fortunę. A do tego reszta!

Piękny, naprawdę piękny majątek, zachwycał się w duchu, odjeżdżając z Ostojanów. Przymknął oczy, wsparł głowę o miękkie obicie powozu i oddał się przyjemnym rozmyślaniom. Śmiały z początku pomysł hrabiego zaczynał się coraz bardziej podobać księciu. Podobnie jak ta zadziorna młoda osóbka.

Hrabia także się cieszył, że wszystko poszło, jak zaplanował, choć do finału jeszcze trochę pozostało. Książę okazał się trudnym negocjatorem i twardo pertraktował warunki przyszłego porozumienia. Niemniej rzecz warta była ustępstw, gdyż jej zwieńczenie okryje splendorem ród i nazwisko Ostojańskich.

Krew mu żywiej popłynęła w lędźwiach i poczuł ochotę na drobną przyjemność.

Gdy wrócił do pałacu, służba znosiła ze stołów półmiski i porcelanę. Gdzieś nieopodal kuchennych schodów hrabiemu mignęła młoda podkuchenna, którą małżonka nie tak dawno przyjęła, a której już próbował. Biust miała dorodny, biodra rozłożyste, akurat takie, jak lubił.

Poszedł więc za dziewką i kazał jej iść do służbówki.

A gdy się tam znaleźli, rozchylił jej stanik, by widzieć białe piersi. Wziął je w ręce i pościskał trochę, aż poczuł gotowość w prąciu. Pchnął chętną mu młódkę brzuchem na drewniane oparcie łóżka, spódnicę jej na plecy zarzucił, wydobył nabrzmiałe przyrodzenie i wziął dziewkę energicznie, aż trzeszczały deski.

Po chwili, odprężony, poszedł ucałować przed snem ręce drogiej małżonki.

Usiadł w fotelu obok toaletki, przy której Marynia, już w peniuarze, czesała przed lustrem włosy.

I choć się przed tym wzbraniał, musiał przyznać, że, niestety, trochę się biedaczce przywiędło. Ożenił się z nią, gdy była w wieku Oleńki. Uchodziła za jedną z piękniejszych panien w Warszawie. Niezbyt majętna po powstańczej zawierusze, w której Kochanowscy postradali prawie cały majątek, miała jednak dobre nazwisko, wielką urodę, nieskazitelne maniery i nienaganną reputację, oświadczył się więc i po niedługim czasie przywiózł młodą żonę do Ostojanów.

Teraz, gdy skończyła czterdzieści pięć lat, bardziej przypominała szacowną matronę niż tamtą cudną pannę. Mimo to, jakaś tkliwość w nim zebrała, odezwał się więc miękko, składając pocałunek na dłoni małżonki.

– Przygotowałaś udany wieczór, Maryniu. Goście odjeżdżali bardzo zadowoleni.

– I ja tak myślę, że wszystko dobrze wypadło, a i Oleńka pięknie się znalazła. Tylko biednej Rozalii mi żal. – Westchnęła.

– A tak, Wylezińskiemu znów nie poszła karta. – Hrabia obojętnie kiwnął głową, jego małżonka zaś ni to zapytała, ni stwierdziła, patrząc nań z pewnym naciskiem:

– Widziałam, że rozmawiałeś o czymś z księciem.

– Interesy. – Machnął ręką, zbywając dalsze indagacje. – Miałaś ostatnio listy od Róży?

– Otóż nie, dlatego zaczynam być niespokojna. Na mój także nie odpowiedziała. Lękam się, co też mogło się u nich stać?

– Pewnikiem ten gałgan Stanisław znów wywołał jakiś skandal – wycedził przez zęby hrabia. – A Róży wstyd, dlatego milczy. Trzeba to będzie jakoś rozwiązać.

– Ale jak? Przecież to jej mąż, musi więc biedaczka znosić swe niełatwe położenie i trwać w tym stadle.

– Przede wszystkim wyjść za niego nie powinna. – W głosie Aleksandra pojawił się cień źle skrywanej pretensji. Wnet ją wszakże powściągnął. – Coś wymyślę. Może do Warszawy się wybiorę, żeby na miejscu sprawy obadać.

– Nie wiem, doprawdy, cóż tam się u nich dzieje. Najgorszych myśli nie mogę odpędzić. O Ksawerego także się lękam – powiedziała, uciskając palcami posiwiałe skronie.

– Mój syn w carskim wojsku! – Hrabia się skrzywił. – Tę kwestię także będę musiał rozstrzygnąć. Nawet jeśli przyjdzie zapłacić, komu trzeba, wyciągnę go z ruskiej armii, choćbym miał w Petersburgu szukać dojścia. A jeśli mój zamiar się nie powiedzie, nakażę Ksaweremu, żeby zdezerterował i uciekał za granicę.

– Bój się Boga! – Hrabina pobladła. – Zdezerterował z carskiej armii?! Przecież pod mur go postawią, jak go złapią!

– Lepsza honorowa śmierć pod murem niż strzelanie do rodaków – wymknęło się Aleksandrowi szybciej, niż się zorientował, że nie powinien denerwować żony przed snem.

Opamiętał się niezwłocznie i zaczął uspokajać strwożoną Marynię, gładząc ją czule po włosach.

– Nie przejmuj się, moja droga, przed snem. Znajdę inny sposób, aby rzecz rozstrzygnąć. Wypoczywaj, wyglądasz na zmęczoną – zakończył rozmowę.

Jeszcze raz pocałował małżonkę w rękę i poszedł do swojej sypialni.