Wszystko o różańcu, który może wszystko

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dodajmy na marginesie, że właśnie dlatego Kościół ustanowił tak zwane przykazania kościelne. One wyznaczają ostateczne minimum, które określa, czy w swoim postępowaniu jesteśmy jeszcze chrześcijanami i członkami wspólnoty Kościoła, czy też już nie.

Gorliwość pustelników była tak wielka jak doznawany trud i zmęczenie. Modlili się więcej, niż sobie nakazali. Ilustracją przesuwania liczby modlitw (zresztą nie tylko ich) z „minimum” na „dużo więcej” jest opowieść o pustelniku przytaczana we wspomnieniach wizjonerki z Fatimy, Siostry Łucji: „Jego cela znajdowała się daleko od źródła i codziennie musiał on przemierzać szmat drogi, by przynosić sobie wodę. Kiedy pewnego dnia szedł od źródła, niosąc na ramieniu dzban, zaczął się zastanawiać, gdzie powinien przenieść swoją celę, by mieszkać bliżej i nie pokonywać codziennie tak długiej drogi. Nagle usłyszał za sobą jakiś głos liczący: «Jeden, dwa, trzy…». Zatrzymał się, rozejrzał wokół, ale nie zobaczył nikogo. Zaczął iść dalej, lecz wówczas ten sam głos znowu podjął liczenie. Kolejny raz obejrzał się za siebie, ale znów nie zobaczył nikogo. W końcu mnich stanął i głośno zapytał: «Kto to idzie za mną i liczy?». A głos odpowiedział: «Jestem twoim aniołem stróżem, liczę twe kroki, by ofiarować je Bogu». Na to mnich: «Jeżeli tak się sprawy mają, to zamiast przenieść moją celę bliżej źródła, przeniosę ją dalej, bym miał Bogu więcej do ofiarowania»”.

W IV wieku modlitwa mnichów i pustelników zaczęła przybierać cechy pewnego schematu, zawierającego kilka elementów. Miała pomóc zachowywać pamięć o Bogu i trwać w zjednoczeniu z Nim. Streszczała Ewangelię. Modlitwy były liczone, do czego służyły specjalne pomoce. W tych wczesnochrześcijańskich praktykach różaniec ma swego poprzednika w linii prostej.

MNISI

Stukot stóp w zakonnym krużganku, na korytarzach opactwa. Zakapturzona postać, niewidoczna dla przeciwnika, przemyka szybko w stronę, gdzie wzywa reguła.

Klasztor pełen rowów i okopów zbudowanych przez wojowników z poprzednich bitew. Mnich idzie nimi na główny front, na pole bitwy o nieśmiertelne dusze. Swoją, ale przede wszystkim tych pozostawionych daleko, na niebezpiecznych terenach świata, gdzie nieprzyjaciele mogą wejść do każdego domu, spalić wszystko ogniem piekielnym, zabić życie wieczne. Klasztorny kościół z jego uroczystą liturgią, śpiewem Psalmów, dźwiękami dzwonów, zasłonami kadzidła – tam wygrywa się bitwy z szatanem.

SZNUR JAK MIECZ broń przy boku, trzeba tylko nauczyć się duchowego fechtunku

Liczenie kamieni było i nie było praktyczne. Z jednej strony zmuszało pustelnika do tego, by wyłączyć się z codziennych zajęć i usiąść. Pomagało mu to wyciszyć serce, skupić się na modlitwie, zagłębić w rozważania Boskiego sensu wypowiadanych słów. Z drugiej strony modlitwa odmawiana na siedząco czy klęcząco, w jednym miejscu, nie pozwalała jednocześnie modlić się i pracować.

Trzeba było jednak dwóch wieków, by pustelnicy zdecydowali się na takie narzędzie modlitwy, które nie wymagało bezruchu. W VI wieku pojawiają się pierwsze „sznury modlitewne”. Pustelnik przesuwał sznur w ręku (był on owocem jego pracy, bo święci pustyni utrzymywali się m.in. z plecenia lin); na poczynionych na nim supłach (źródła mówią, że czasem zamiast supłów umieszczano na sznurze pofałdowany materiał) odmawiał swoje modlitwy. Można też było spotkać sznurki z nanizanymi na nie kamykami. Były to albo proste sznury, albo też zamknięte łańcuszki różnej długości.

W mrocznych dziejach zagubił się ten sznur. Ale człowiek go nie zapomniał. Na jego obraz i podobieństwo zrobił nowy sznur paciorków jak rajskie perły. Nieważne, czy zastąpił je szlachetny kamień, drogocenny kruszec, drewno czy metal. Sznur swej funkcji nie zatracił. Przybliża raj aż po wejście w krainę światła, piękna, dobra i czystości. Dalej jest sznurem łez Boga.

Paciorki czy węzły na sznurze umożliwiały modlitwę w ruchu. Zamiast siedzieć nad stertą kamyków, można było chodzić, pracować, krzątać się po ogrodzie czy przy palenisku. W ten sposób modlili się na przykład mnisi benedyktyńscy stawiający sobie za cel łączenie pracy z modlitwą.

Do dziś można spotkać ludzi (są to zazwyczaj religioznawcy, nie teolodzy), którzy w stosowanej przez pustelników i mnichów praktyce modlitw dopatrują się zapożyczeń z tradycji Wschodu, gdzie monotonnie powtarzano mantry i posługiwano się sznurami modlitewnymi jako narzędziami do liczenia modlitw. Zwolennicy migracji różańca z pozachrześcijańskich kręgów wskazują na fakt, że w Indiach różaniec był znany już w I wieku i na skutek kontaktów handlowych mógł przewędrować do Europy. W hinduizmie wzywano na nim boga Wisznu i Sziwę, przypisywano mu zresztą moc magiczną. W buddyzmie sto osiem pereł odpowiadało różnym stopniom rozwoju świata. Ale czyżby różaniec miał dotrzeć na pustynię – do mnichów, którzy odeszli od świata i nie utrzymywali kontaktów z miastami, a tym bardziej z ośrodkami handlowymi, zresztą wystrzegali się jak ognia wszelkiej myśli heretyckiej, cóż więc dopiero pogańskiej?


Różaniec stał się nieodłączną częścią życia monastycznego, więcej: jego symbolicznym wyrazem.

Przykładem wrogości pustelników wobec wszystkiego, co nie było świętą nauką Kościoła, jest epizod zawarty w opisie życia monastycznego, Pratum spirituale (Ogród duchowny), autorstwa mnicha Jana Moschosa († 619). W tym ogromnym dziele obejmującym okres od V do VII wieku znajduje się historia Cyriaka znad Jordanu, a w niej wzmianka o tym, jak ujrzał on we śnie niewiastę ubraną w szatę koloru purpurowego, stojącą na zewnątrz jego celi. Była to Maryja, przybyła w towarzystwie Jana Ewangelisty i Jana Chrzciciela. Mnich wyszedł im naprzeciw i usilnie zapraszał, by weszli do środka. Na jego natarczywe prośby Maryja odpowiedziała: „Ty masz w celi mojego nieprzyjaciela, jak więc możesz nalegać, abym do niej weszła?”. Powiedziawszy to, znikła. Obudziwszy się, Cyriak zaczął się zastanawiać, czym zgrzeszył przeciwko Matce Najświętszej. Odprawił dokładny rachunek sumienia, lecz nadal nie mógł znaleźć swojej winy. Przygnębiony wziął do ręki książkę pożyczoną od Euzychiusza, kapłana z Jerozolimy, by lekturą odsunąć smutek. Natrafił w niej na dwie mowy Nestoriusza, heretyka. Zrozumiał, o jakim nieprzyjacielu mówiła Maryja. Udał się do mistrza Euzychiusza, opowiedział mu o wszystkim, a ten wyrwał karty z mowami Nestoriusza i rzucił je w ogień, mówiąc: „Niech już nigdy nieprzyjaciel naszej Pani, świętej Matki Bożej, nie przebywa w mojej celi!”.

Nie da się obronić tezy o pochodzeniu różańca ze źródeł pogańskich. Chrześcijański różaniec narodził się w chrześcijaństwie: w Piśmie Świętym i kościelnej Tradycji. Choć, podobnie jak w innych religiach, może być „odkryciem archetypowym”: odnalezieniem czegoś, co w naturze człowieka tkwi od początku świata, a czego symbolem jest po dziś dzień sznur pereł – dar od Boga na pożegnanie, jakiś ślad, pamiątka po raju.

Jakby dla potwierdzenia „archetypowego źródła” różaniec jest również znany w islamie. W 1253 roku dominikanin Wilhelm de Nubruk przesłał wiadomość ze swojej podróży do Tatarów: Sicut nos portamus paternoster… (Jak my nosimy sznury Paternoster, tak oni noszą sznury modlitewne jak my). Pojawił się on w tej religii stosunkowo późno: dopiero od IX wieku zaczęli go używać sufi – islamscy mistycy. Miał on służyć oświeceniu przez wezwanie Allacha jego dziewięćdziesięcioma dziewięcioma imionami: Dobroczyńcy, Miłosiernego, Króla, Piękności, Pokoju, Wierności, Obrońcy, itd. Dla wyznawców islamu ostatnie, setne imię Boga pozostaje zakryte; Pan objawia je osobiście, komu chce.

Oto w kręgu chrześcijańskim pojawia pierwszy różaniec – modlitwa pustynna. Inaczej niż ten z religii orientalnych nie miał on ustalonej liczby modlitw ani ujednoliconych formuł. Był miękki jak glina i dawał się kształtować przez każdego pustelnika czy każdą wspólnotę mnichów inaczej, stosownie do osobistych potrzeb i indywidualnych oczekiwań. Może także ta elastyczność sprawiała, że powoli postępował proces upowszechniania tego praróżańca, a jednocześnie konfrontacji różnych jego form i wypierania jednych przez inne – mniej skutecznych przez bardziej skuteczne. Bo rozstrzygające było „kryterium skuteczności”: na ile dana forma modlitwy pozwala osiągnąć cel, którym było zjednoczenie z Bogiem jeszcze przed śmiercią.

Kolejne pokolenia samotnych pustelników, a potem pustelników łączących się we wspólnoty (pierwsi mnisi) sprawdzały różne praktyki modlitewne i na własnej duszy poznawały ich skuteczność. Pierwotny różaniec musiał okazać się dla nich modlitwą najbardziej skuteczną, skoro niebawem stał się symbolem życia modlitwy – do tego stopnia, że zmarłych członków pierwszych wspólnot zakonnych zaczęto grzebać z różańcem. Archeologowie znajdują różańce w grobach mnichów, na przykład opatki Gertrudy, córki króla Pepina I († 669), czy żyjącej wiek później św. Rozalii († 814).

Gdy anioł zastąpi ci drogę, powiesz, że niesiesz łzy Boga. Przepuści cię pełen szacunku, jakbyś był moim najważniejszym posłańcem. Bo jesteś nim.

Różaniec stał się nieodłączną częścią życia pustelniczego i monastycznego, więcej: jego symbolicznym wyrazem. Mówią o tym nie tylko groby – świadkowie końca życia mnicha czy mniszki, ale i wydarzenia stojące u początku życia mnicha – jego profesja zakonna. Przy pierwszych ślubach zakonnych mnich bizantyjski (wciąż poruszamy się po obszarze Kościoła wschodniego, czyli bizantyjskiego) otrzymywał w ramach specjalnej ceremonii sznur modlitewny. Przyjmował go z rąk opata jako „duchowy miecz”, o którym pisał św. Paweł.

„Stańcie więc do walki – przypominano mu pouczenie Apostoła – przepasawszy biodra wasze prawdą i oblókłszy pancerz, którym jest sprawiedliwość, a obuwszy nogi w gotowość głoszenia dobrej nowiny o pokoju. W każdym położeniu bierzcie wiarę jako tarczę, dzięki której zdołacie zgasić wszystkie rozżarzone pociski Złego. Weźcie też hełm zbawienia i miecz Ducha, to jest słowo Boże…” (Ef 6,14-17).

 

Nowemu członkowi zakonu przypominano, że wybiera on życie pełne trudu i niebezpieczeństw, wymagające nieustannego samozaparcia i surowej dyscypliny, ponieważ życie mnicha jest toczeniem najtrudniejszej walki. Walczy on nie „przeciw krwi i ciału, lecz przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw pierwiastkom duchowym zła na wyżynach niebieskich” (Ef 6,12). Walka ta od każdego mnicha wymaga specjalnego przygotowania i specjalnego oręża. Właśnie różańca. Czyli mnich otrzymywał różaniec, a wcześniej nauczono go, jak się nim posługiwać.

Każde miejsce jest tu niebezpieczne. Tu też raz po raz pojawia się szatan, ciskając celnie pokusą zmysłów, zwątpienia, pychy, samotności. Trzeba go odgonić, obronić się przed groźnym przeciwnikiem.

Duchowy rycerz jest bezpieczny. Ściska w dłoni swój miecz.

Podczas ceremonii opat mówił: „Weź, bracie, miecz Ducha, którym jest słowo Boże, dla nieprzerwanej modlitwy Jezusowej”. Sznur modlitewny, który symbolizował „miecz duchowy”, był – jak możemy wnioskować z przytoczonego cytatu – narzędziem do modlitwy tekstami słowa Bożego. Stąd też i jego moc, i skuteczność w walce z najpotężniejszym przeciwnikiem człowieka, diabłem – wrogiem zbawienia.

MODLITWA JEZUSOWA Z WZYWANIEM MARYI święci odkrywają, że obecność Matki każe Jezusowi czynić cuda

Wraca pytanie o formułę modlitewną. Niewiele zmieniła się ona po trzech wiekach. Zwykle na sznurze modlitewnym odmawiano tzw. Modlitwę Jezusową, tekst z Mk 10,47 – wołanie powtarzane wielokrotnie przez niewidomego pod Jerychem: „Jezu, Synu Boga żywego, ulituj się nade mną grzesznikiem”. Ale nie tylko. Wśród powszechnie stosowanych krótkich modlitw pojawiła się też pierwsza być może maryjna formula pietatis. Przywołaną przed chwilą najbardziej popularną modlitwę biblijną, Modlitwę Jezusową, poprzedzono prośbą o wstawiennictwo Matki Bożej i świętych. Wołano: „Przez wstawiennictwo świętej Bożej Rodzicielki i wszystkich świętych, Panie Jezu Chryste, ulituj się nade mną”. Istniała też krótsza formuła, nawiązująca do potęgi wstawiennictwa Maryi objawionej w Kanie Galilejskiej, tak wielkiej, że zdolnej „wymusić” na Jezusie dokonanie pierwszego cudu – najważniejszego, bo uruchamiającego zegar odwiecznie odmierzający czas zbawienia. Od tego momentu każda chwila przybliżała Jezusa do godziny Krzyża, a ludzkość do chwili otwarcia przed nią bram nieba.

Czytamy w Ewangelii, że Maryja niejako zmusiła swego Syna do dokonania cudu. Właśnie dlatego chrześcijanie zaczęli prosić Ją o wstawiennictwo u Boga, ten bowiem – jak nauczał jeden z prądów mistycznych – niczego nie może odmówić Matce Najświętszej. Wydarzenie w Kanie Galilejskiej miało być tego dowodem.

Przypomnijmy tamto zdarzenie, które pustelnicy uważali za schemat otrzymywania łaski z Nieba: „Trzeciego dnia odbywało się wesele w Kanie Galilejskiej i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi do Niego: «Nie mają już wina». Jezus Jej odpowiedział: «Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja?». Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: «Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie». Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Rzekł do nich Jezus: «Napełnijcie stągwie wodą!». I napełnili je aż po brzegi. Potem do nich powiedział: «Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu!». Ci więc zanieśli. Gdy zaś starosta weselny skosztował wody, która stała się winem – a nie wiedział, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli – przywołał pana młodego i powiedział do niego: «Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory». Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie” (J 2,1-12).

Mnisi modlili się wezwaniem: „Święta Boża Rodzicielko, ratuj nas”. Wierzyli, że Maryja wyprosi u Jezusa cud ocalenia nawet z największych niebezpieczeństw duchowych. Wołali też słowami: „Święta Boża Rodzicielko, módl się za nami”, wierząc w moc Jej modlitwy, która zawsze jest wysłuchiwana przez Boga.

MODLITWA CHWALEBNA ZAMIAST BŁAGANIA cel znany Bogu jest większy od znanych nam

Ale za chwilę coś naruszy ten schemat… Niebawem zacznie dominować modlitwa, która nie jest błaganiem, ale wielbieniem Matki Jezusa. Pojawi się „modlitwa bezinteresowna”. Skąd ta zmiana?

Zdumiewające, ale w szerokich kręgach ludzi pobożnych (czyli żyjących „po Bożemu”) przez moment dochodzi do głosu najdoskonalsza forma duchowości chrześcijańskiej, w której człowiek już nie prosi, ale chwali, już nie przyzywa Boga, by Ten spełniał jego prośby i wychodził naprzeciw jego oczekiwaniom, ale zawierza wszystko Miłosiernej Opatrzności i chwali Boga za to, że prowadzi On świat niezrozumiałymi dla ludzi ścieżkami, te zaś zawsze kierują wszystko ku niebu. W modlitwie chwały człowiek podporządkowuje swoją wolę woli Boga i chce spełniać Jego żądania, chce wyjść naprzeciw Jego oczekiwaniom.

Ten najświętszy nurt pobożności pojawia się tam, gdzie ludzie odkryli prawdę o świętości i misji Maryi. Dla ludzi ducha poznanie Jej świętości – innej niż wszystkie – było jak wywrócenie świata do góry nogami. Ona była inna, nawet Apostołowie pozostali daleko za Nią.

Co ujrzeli święci podczas swych „medytacji z”, podczas „rozmyślań jak”? Zrozumieli, że Maryja wierzyła w Jezusa, nie w swoje wyobrażenia o Nim. Nawet Apostołowie mieli swoje oczekiwania wobec Jezusa i Jego misji. Miał On przepędzić Rzymian, odbudować królestwo Izraela, ich samych uczynić współrządzącymi w państwie, otoczyć zaszczytami i chwałą… Z Maryją było inaczej. Święci odkryli, że Ona nie miała swoich wyobrażeń, nie miała swoich oczekiwań. Że ufała, że oczekiwała tego, co daje Bóg. Niczego więcej. Pojęli, że dla Niej liczył się On, nie Ona. Że nie ciągnęła jak Apostołowie – i my – Boga za rękę, by poszedł tam, gdzie my chcemy, by był w naszych sprawach. By był naszym Bogiem. Już wiedzieli: Ona chciała być Jego człowiekiem. Dawała się prowadzić, gdzie On chciał. Chciała być tam, gdzie On chce. Być w sprawach Boga. Być cała dla Niego. Definicja Najświętszej brzmi: Maryja – człowiek w sprawach Boga, nie Bóg w sprawach człowieka.

To dlatego wśród świętych, a w konsekwencji ich uczniów i naśladowców, zaczyna dominować nie modlitwa błagalna, ale chwalebna, modlitwa zgody na wolę Bożą, a nie proszenie Boga, by spełniało się to, co chce człowiek. Ponieważ ten nurt „popustelniczy” korzystał ze słów biblijnych, pojawiła się formuła zaczerpnięta z Łukaszowej Ewangelii: Zdrowaś Maryjo, czyli słowa, jakie skierował do Maryi Anioł Gabriel podczas Zwiastowania, wypowiadając do Niej najwyższą, bo mającą źródło w Bogu, pochwałę. Maryja jest „pełna łaski” (dosłownie: wypełniona łaską po brzegi), jest z Nią Pan, jest „błogosławiona między niewiastami”. Ludzie wysławiają Matkę Bożą słowami pochwały, jakie wypowiada anioł w imieniu samego Boga. Tej modlitwie chwalebnej towarzyszy nie tylko zachwyt nad świętością Maryi, ale i pragnienie pójścia tą samą drogą, którą Ona zaszła najdalej…

Modlitwa nie błagalna, lecz pochwalna – fenomen kilku wieków. Błagalna powróci w XIV wieku formułą tworzącą drugą część dzisiejszego Pozdrowienia Anielskiego. Wówczas ludzie zaczną w jednej modlitwie chwalić i błagać. Na razie jednak modlitwa Ave Maria kończy się na błogosławieństwie „owocu łona” Najświętszej ze świętych. Nie ma prośby o modlitwę „za nami grzesznymi”…

Jeszcze żyjący w XV wieku Tomasz à Kempis († 1471) w Epitaphium monachorum upomina mnicha, by odmawiał maryjną modlitwę chwały: „Niech Zdrowaś Maryjo będzie często w twoich ustach, a napełni cię pocieszenie Ducha Świętego”. I dodaje wierszowane pouczenie:

„Gdy zasnąć nie możesz z żałości,

Maryję pozdrawiaj w radości,

a będzie przy tobie anioł, przyjaciel dobrych ludzi…”.



Owoce zaufania Maryi, są według Tomasza à Kempis niezwykłe. „Duch się ożywia, a słaba miłość utwierdza w dobrem, gdy mówię Zdrowaś Maryjo…”

Jaki powód przytacza święty autor Naśladowania Chrystusa, kiedy zachęca do częstego wzywania imienia Maryi? W jego pouczeniu znajdujemy uwagę o konieczności dołączenia się w pieśniach chwały do chórów niebieskich, które znają prawdę najświętości Maryi i nie przestają Jej pozdrawiać. Mamy też słowa o tym, że uwielbiana Maryja jest gotowa pomóc swemu czcicielowi, ale nie według „jego próśb” i „jego oczekiwań”, lecz według „Jej rozeznania” i „Jej mądrości”. W kazaniu do nowicjuszy (niemiecki mistyk był członkiem zakonu kanoników regularnych) autor Naśladowania Chrystusa wskazuje na dwie przyczyny, dla których należy odmawiać Pozdrowienie Anielskie. Pierwszą jest właśnie Jej chwała. Wprawdzie – przekonuje swoich uczniów – Maryja „pełna słodyczy, zawsze rozkoszuje się śpiewami aniołów”, ale „usługi ludzi są Jej przyjemne, by tak szerzyła się bardziej chwała Boża i zbawienie wielu”. Drugą przyczyną jest owocność tej modlitwy, modlitwa chwalebna pozwala bowiem Maryi nieść ludziom pomoc z Nieba. Tomasz à Kempis był pewien, iż Najświętsza posiada czynną moc zdolną pokonać każde zło i zepchnąć w otchłań najsilniejsze demony. Pisze: „Słuchają Jej chóry aniołów, których może posłać z pociechą do opuszczonych. Rozkazuje złym duchom, by nie odważyły się dręczyć tego, co się poddaje Jej władzy i opiece. Lękają się złe duchy Królowej niebios i uciekają jak od ognia, gdy słyszą Jej święte imię. Drżą przed świętym i strasznym dla nich imieniem Maryi, które chrześcijanie otaczają najwyższą miłością i wszędzie sławią. Nie mają śmiałości ukazywać się i nie mogą wykonywać swoich igraszek szyderczych tam, gdzie widzą, że jaśnieje święte imię Maryi. Na dźwięk świętego imienia Maryi padają jakby porażone gromem z Nieba, a im częściej jest ono wymieniane i żarliwiej wzywane, tym szybciej i dalej uciekają”.

Owoce zaufania Maryi – wiary, że Ona lepiej wie, co potrzebne do naszego zbawienia, są według Tomasza à Kempis niezwykłe. Mistyk wymienił je w modlitwie skierowanej do Matki Jezusa:

„Niechaj słucha teraz pobożny miłośnik świętego imienia Twojego – Niebo się raduje, a ziemia cała jest zdumiona, gdy mówię Zdrowaś Maryjo.

Szatan ucieka, a piekło drży, gdy mówię Zdrowaś Maryjo.

Świata ponęty marnieją, pożądliwość ciała więdnie, gdy mówię Zdrowaś Maryjo.

Pobożność rośnie, rodzi się skrucha, nadziei przybywa, większa staje się pociecha, gdy mówię Zdrowaś Maryjo.

Duch się ożywia, a słaba miłość utwierdza w dobrem, gdy mówię Zdrowaś Maryjo…

I dlatego zginam znów kolana przed Tobą, Najświętsza Dziewico Maryjo, i mówię: Zdrowaś Maryjo, łaski pełna”.

Jesteśmy świadkami procesu przechodzenia od modlitwy adresowanej do Jezusa ku pobożnemu wzywaniu Maryi. W praktyce Kościoła (a w krótszej perspektywie czasowej: w życiu świętych) przejście to okazuje się czymś naturalnym. Świadczy o tym ewolucja formuł pobożnościowych, z których niebawem narodzi się różaniec. Ewolucja nie będzie rewolucją. Wołanie do Jezusa nie zostanie z dnia na dzień zastąpione wzywaniem Maryi, imię Jezusa nigdy nie będzie odsunięte w cień, zepchnięte do drugoplanowej roli. Najpierw modlitwa do Zbawiciela znalazła swe uzupełnienie w słowach kierowanych do Jego Matki – zgodnie ze schematem odkrytym w zapisie pierwszego cudu Jezusa. Proces był powolny i w niektórych miejscach czy osobach pojawiał się później niż gdzie indziej. I tak na przykład „modlitwę z uzupełnieniem” znał jeszcze św. Franciszek Ksawery († 1552). Kiedy umierał, modlił się, powtarzając dwie uzupełniające się formuły: „Jezu, Synu Dawida, ulituj się nade mną i mymi grzechami!” oraz: „O, Święta Panno, Matko Boża, pamiętaj o mnie!”.

LICZBY JAKO SYMBOLE BOGA modlitwa jest jak świat, musi być pełna harmonii

Ci, którzy przez lata studiowali Biblię, czytając ją i wertując dzień za dniem, a tacy byli właśnie szukający Boga pustelnicy i święci, odkrywali, że ich wytęskniony Bóg jest Bogiem harmonii. Starotestamentalni mędrcy, przyglądając się ładowi otaczającego ich świata, wołali w zachwycie do Stwórcy: „Aleś Ty wszystko urządził według miary i liczby!” (zob. Mdr 11,20). Nic dziwnego, że Boży wędrowcy, niezależnie od tego, czy szli do nieba przez pustynię, krużganki klasztoru czy ulice miast, próbowali za pomocą dostępnej im wiedzy odgadnąć zakryty przed nimi wewnętrzny porządek Bożych „igraszek” (por. Prz 8,30). Marzyło im się z harmonii i piękna stworzeń poznać choć odrobinę z nieprzeniknionej tajemnicy Boga (por. Rz 1,20). Więcej, chcieli zacząć „żyć jak Bóg” – wpisać w swój rytm dni Boskie liczby. Niektórzy – a byli to oczywiście „wędrowcy przez ulice miast” – próbowali nawet wprzęgnąć ówczesną naukę do badań nad tym, co stworzenie miało im mówić o Stwórcy.

 

Jedną z podstawowych dziedzin wiedzy tamtych czasów była numerologia i związana z nią symbolika liczb. Nauka ta wiązała się z głębokim przekonaniem, że w otaczającym świecie istnieje pewna regularność definiująca zjawiska i procesy natury; ujawnia się ona m.in. powtarzalnością zjawisk. W końcu wszystko, co istnieje, jest dziełem Boga, Ten zaś jest ładem, harmonią i uporządkowaniem według liczb. Starano się więc odkryć Boże liczby i przyporządkować je poszczególnym zjawiskom teologicznej wizji wszechświata.

Myślenie to nie było obce wczesnemu chrześcijaństwu, nawet temu sprzed epoki pustelniczej. Zdaniem św. Justyna († 167) i Ireneusza († 202) symbolika liczb mogła być pomocna w poznawaniu Boga i Jego planów. Podobnie nauczał później św. Ambroży († 397), a po nim św. Augustyn († 430) – w liczbach dopatrywali się oni argumentu na nieskończoność Boga. Symbolika liczb przeniosła się niebawem z teologii do architektury – do tego stopnia, że kto jej nie zna, nie jest w stanie zrozumieć budownictwa sakralnego epoki romańskiej, gotyku, a także baroku.

Można mówić o zastosowaniu symboliki liczb w jeszcze innej dziedzinie sakralnej: okazała się ona bardzo pomocna przy „konstruowaniu” modlitw. To dzieło było domeną pustelników, potem także „pustelników gromadnych”, czyli pierwszych mnichów.

Liczba „jeden” była dla nich monadą – symbolem niepodzielnej i niezmiennej jedności, źródłem i tworzywem wszystkich pozostałych liczb, a jednocześnie nie przyjmującej znikąd zwielokrotnienia. Stąd była symbolem jedynego Boga, Stwórcy Wszechświata oraz zawartej w Nim prawdy. Najważniejsze rzeczy były pojedyncze. Było jedno życie jak jeden Bóg, była jedna prawdziwa wiara jak jeden prawdziwy Bóg. Jeden grzech śmiertelny mógł oddzielić od jednego wiecznego Boga… Był jeden cel – zjednoczenie z Bogiem na wieki i jedno zagrożenie – piekło z jego pomnożonymi przez ograniczoną nieskończoność (a więc rodzi się chaos) demonami.



Zdaniem św. Ambrożego symbolika liczb mogła być pomocna w poznawaniu Boga i Jego planów. Po nim św. Augustyn w liczbach dopatrywał się argumentu na nieskończoność Boga

Choć liczba „jeden” odgrywała wielką symboliczną rolę, to jednak podstawową liczbą „konstrukcyjną” była w chrześcijaństwie liczba „trzy”. Dla pustelnika była ona niejako cyfrą doskonałą, bo oznaczała po trzykroć świętego Boga (Iz 6,3), który objawił się Abrahamowi pod postacią trzech aniołów (Rdz 18,2). W Nowym Testamencie oznacza Trójcę Świętą i trzy cnoty Boskie: wiarę, nadzieję i miłość, a także wiąże się ze zmartwychwstaniem (Jezus zmartwychwstał trzeciego dnia: np. 1 Kor 15,3). Euzebiusz z Cezarei († 399) pisał: „Trójka, której nie można podzielić i która jest pierwszą z liczb złożonych z liczby parzystej i nieparzystej, (…) pierwsza symbolizuje ludziom sprawiedliwość, ukazuje równość; ma bowiem równy początek, środek i koniec. Odnosi się do obrazu mistycznej, świętej i królewskiej Trójcy”. Dla pustelników i mnichów była zasadą życia według wiary-nadziei-miłości.

Podobnie świętą cyfrą była dla nich siódemka, która w języku Starego Testamentu oznaczała przede wszystkim doskonałość. Była liczbą dni stworzenia. Świętym jest każdy siódmy dzień (Wj 20,8-10) i każdy siódmy rok (Wj 23,10nn). Dwie siódemki oznaczają doskonałe przebaczenie (Jezus kazał przebaczać „77 razy”: zob. Mt 18,22). Dopełnienie historii zamyka się w Księdze Apokalipsy w symbolach siedmiu listów, siedmiu pieczęci, tyluż grzmotach, trąbach, czasach gniewu, aniołach, rogach smoka, wzgórzach, królach i plagach. Nic dziwnego, że pustelnicy stosowali tę liczbę w swoich modlitwach, dzieląc na przykład dobę na czas siedmiu modlitewnych „czuwań” lub „godzin”.

W Księdze Apokalipsy jest też używana cyfra „sześć”. Wskazuje ona na zło. Największe zło, zło w cudzysłowie „doskonałe”, to potrójne „sześć”. Stąd „666” (Ap 13,18) to liczba osobowego zła: szatana. Szóstka była w świecie skupionym na Bogu pomijana.

„Dwanaście” to pomnożenie liczby trzy (liczba Boga) i cztery (liczba świata – jego czterech stron). „Bóg w świecie” to liczba Dwunastu Apostołów – pierwszych ludzi wybranych przez Jezusa i rozesłanych na cały świat, by wszędzie głosili Ewangelię i udzielali chrztu w imię Trójcy Świętej (Mt 28,19).

„Sto czterdzieści cztery tysiące” jest symboliczną liczbą zbawionych (Ap 7,4; 14,1.3; 21,17). To nic innego jak doskonale pełna liczba wierzących w Boga ze wszystkich stron świata, którzy stali się uczestnikami zbawienia: dwanaście razy dwanaście plus wielkość tysięczna. Owo „tysiąc” jest symbolem nieba i zbawienia, gdyż – jak przypomina św. Ambroży – „obejmuje doskonałą liczbę i pełnię”.

Inna liczba: dziesięć (1+2+3+4) jest związana ze znaną pustelnikom starochrześcijańską symboliką upatrującą w niej symbol potęgi i pełni Ducha: „Z niej czerpie swą zasadę i z niej wywodzi się każda liczba” – nauczał Orygenes.

Z kolei liczba „pięćdziesiąt” oznaczała… radość. W pięćdziesiąty dzień od rozpoczęcia żniw wszyscy mężczyźni i chłopcy pielgrzymowali do Jerozolimy, aby ofiarować Bogu pierwociny plonów i „cieszyć się w obliczu Pana, Boga” (por. Pwt 16,11). Każdy pięćdziesiąty rok był „rokiem jubileuszowym” – rokiem wyzwalania niewolników, darowania długów, odpoczynku ziemi od pracy na roli (por. Kpł 25,10nn). W Nowym Testamencie jest to dzień radosnych narodzin Kościoła: pięćdziesiąt dni po zmartwychwstaniu Jezusa zstąpił Duch Święty na Apostołów (Dz 2,1-4). Święty Augustyn widział w tej liczbie „przyszły Kościół, w którym Bóg będzie zawsze wielbiony”. Podobne przykłady znaczeń liczb można by mnożyć…

Liczba „pięćdziesiąt” pojawiła się w radosnej, pełnej nadziei na zbawienie codziennej modlitwie pustelników. Nie była jedyną, ale przetrwała kolejne wieki.

Pustelnicy znali biblijną symbolikę liczb, nawiązywali do niej i nieprzypadkowo odmawiali określoną liczbę modlitw. Skoro mieszkańcy egipskich pustelni odmawiali „dwanaście Psalmów”, chcieli przez to wyrazić, że przywołują Boga, by był obecny w świecie i że z pustyni zanoszona jest modlitwa w prawdziwej wierze (3) oraz w imieniu całego świata (pomnożenie przez 4). Skoro ich modlitw było pięćdziesiąt, liczba ta wskazywała też na wdzięczność i radość za łaski, jakich Bóg im udziela, na czele z pewnością zbawienia. Jeśli pustelnik czy mnich odmawiał siedem wezwań, chciał wypowiedzieć przed Panem, że pragnie, aby jego modlitwa była doskonałym wielbieniem Stwórcy i Zbawcy.

Nic dziwnego, że najpierw „modlitewne kamienie”, a potem pierwsze modlitewne sznury miały rozmaitą liczbę paciorków czy węzełków – zawsze jednak nieprzypadkową i symboliczną. Często było ich sto pięćdziesiąt, czyli tyle, ile jest Psalmów. Warto zwrócić uwagę, że ponieważ „sto” jest liczbą symbolizującą pełnię stworzenia (por. sto owiec z przypowieści Jezusa, które symbolizują całą ludzkość: Mt 18,12), więc sto pięćdziesiąt (100+50) oznacza pełnię i radość Kościoła oraz nowego stworzenia. Tym samym – jak łatwo się domyślić – sto pięćdziesiąt Psalmów jest liczbą, w której wyraża się istota modlitwy Kościoła o nadejście Królestwa Bożego.

Odmawianie stu pięćdziesięciu modlitw nie było jednak ścisłą regułą. Abba Pojmen odmawiał trzysta Ojcze nasz: sto pięćdziesiąt plus sto pięćdziesiąt jak doba to dzień plus noc. W tradycji greckiej sznur modlitewny składał się z trzydziestu trzech paciorków-węzełków (na upamiętnienie liczby lat, jakie Jezus przeżył wśród ludzi; był też symbolem „powtórzonej trójcy” – jakby zapewnieniem, że pustelnik wyznaje wiarę w Trójjedynego Boga). Mógł również liczyć ich pięćdziesiąt, sto i trzysta (łatwo dostrzec symbolikę 3x100). Z kolei w tradycji słowiańskiej, która pojawiła się kilka wieków później, bogatej w symbole i znaczenia, sznur modlitewny miał 107 paciorków (połączenie symboliki liczby „sto” i „siedem”): rozpoczynał go jeden duży, po nim następowało 17 małych, dwa duże i 33 małe, jeden duży i 40 małych raz jeden duży i 12 małych. Pierwszy słowiański różaniec był dodatkowo podzielony na cztery części odpowiadające czterem porom dnia. Istniała też tradycja mówiąca o liczbie 2606 modlitw – tyle jest wersetów Psalmów, albo nawet 5475 – tyle ran miał na swym ciele umęczony Jezus.