Trzydzieści morgówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wincenty Kosiakiewicz

Trzydzieści morgów

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak

Na okładce: Franciszek Kostrzewski (1826-1911), Ilustracja do opowiadania „Trzydzieści morgów”,

licencja public domain, źródło: https://pl.wikisource.org/wiki/Plik:Trzydzieści_morgów_page13.png

This file has been identified as being free of known restrictions under copyright law,

including all related and neighboring rights.

Tekst wg edycji:

Wincenty Kosiakiewicz

Trzydzieści morgów

Wydawnictwo im. Mieczysława Brzezińskiego

Warszawa 1912

Zachowano oryginalną pisownię.

© Wydawnictwo Armoryka

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

ISBN 978-83-7950-916-4

I.

Dzień się poczynał. Naprzód ze wschodu szło świtanie i przecierać zaczynało ciemności nocne. Wtedy obudziły się ptaki w trawach śpiące i świergotać zaczęły i harmider robić, jakby na jarmarku jakim.

Potem poczerwieniało na wschodzie, jakby kto tam krwawej farby rozlał i pomalutku w tej czerwieni wychodzić zaczęło z za ziemi na niebo słoneczko.

W Bratkowie ruch powstał. Ledwo co nieco światła wsunęło przez okno do której izby, zaraz budził się czujny gospodarz i skrzętna gospodyni podnosiła ze snu dzieci, lub parobków, lub dziewki i nie zadługo w zagrodzie każdy brał się do swojej roboty.

Wszystkiego tego nie widział już w owym dniu stary Tomasz, bogaty włościanin, który od dwóch miesięcy złożony ciężką chorobą, nie podnosił się z łóżka. Zmarł on w nocy prawie niespodziewanie. Choć chorował bowiem, nie myślano, aby takiego silnego chłopa tak prędko choroba na śmierć zmogła.

A jednak zmogła.

Leży oto na łóżku na wznak, nieruchomy, z głową zadartą do góry, z otwartemi ustami, z oczami patrzącemi sztywnie we drzwi komory. Zmienił się trochę po śmierci. Pożółkł cały i, choć nie dawno kazał się ogolić, cała broda i górna warga porosły siwemi sterczącemi, niby szczeciny, włosami.

Stary nie miał dzieci, a żona oddawna już na niego czekała na tamtym świecie. Przy łóżku jego stoi też tylko wychowanica Jagna i jej mąż Bartek, którzy w gospodarce starego rządzili, jak w swojej i za prawowitych gospodarzy się mieli.

Nie myśleli pewno o tem, że ich rządy póty trwać będą, póki życia starczy staremu. Teraz przyjdą ci, co im się podług prawa należy gospodarstwo, i wykwitują Jagnę i Bartka. Stary miał dwóch siostrzeńców po rodzonej siostrze. Jeden, Maciek, za młodu wywędrował do Warszawy i tam pono za stróża jest przy wielkiej kamienicy. Drugi, Jędrek, służy w wojsku i ma za dwa lata wrócić. Do nich to należy ta cała gospodarka, którą Jagna przywykła już za swoją uważać.

Stoi też ona przy łóżku zmarłego markotna i ponura.

Bartek po głowie się drapie i pacierz pod nosem szepcze. Żal mu Tomasza, z którym żył pod jednym dachem parę lat i krzywdy nijakiej od niego nie doznał.

Jagnie zaś żal i zmarłego, który ją jako sierotę z drogi publicznej podniósł, wychował, wyswatał i krowę dał na wiano, żal jej także i gospodarki trzydziesto morgowej, i chałupy, i dobytku.

Stoi nad trupem i myśli, czy niema sposobu, aby ostać przy gruncie. Oczy wlepiła w jedno miejsce i nie odzywa się ani słowem do męża. Dopiero, gdy ten wyjść chce i bierze za klamkę u drzwi, odwraca się do niego i mówi:

— Gdzie idziesz? po co wsi opowiadać, żeśmy na dziady zeszli, zaczekaj. Trza poradzić coś przecie. Tyleśmy lat tu przy gruncie byli i pracowali, to i nie wyjdziem z niego.

Bartek wrócił na środek izby.

Choć mu markotno było za starym, ale i on przecież był gospodarzem i on uważał prawie za swoje Tomasza morgi. Czuł on, że do tej ziemi ma prawo, bo ją przez lat tyle rękami własnemi uprawiał, jeno nie przemyśliwał nad tem, bo sposobu żadnego nie widział.

Ale kobieta jest przebieglejsza od chłopa. Jagna wnet pomyślała sposób, jeno nie śmiała odrazu powiedzieć o nim Bartkowi.

Zaczęła więc wyrzekać na zmarłego. Mówiła, że powinien był testament napisać i choć połowę gruntu jej przeznaczyć za to, że tyle lat koło niego chodziła i dogadzała mu lepiej, niżby to rodzona córka zrobiła. A stary ani pomyślał o tem, żeby wynagrodzić jej trudy, umarł spokojnie i teraz grunt zabiorą siostrzeńcy, a przez całe życie ani krzty serca do starego nie mieli, nie szanowali go i wyzywali ciągle za oczy.

Bartek spuścił głowę ku ziemi i na to gadanie odpowiadał tylko od czasu do czasu:

— A juści.

Potem umilkła Jagna i przez czas długi żadne się nie odezwało. Tymczasem już dzień był zupełny na świecie, a zegar na ścianie wskazywał godzinę szóstą.

Jagna milczała i myślała.

Wreszcie, jakby postanowienie przyszło jej do głowy, bo zwróciła się do Bartka i po cichu, choć niktby przecie nie usłyszał, szepnęła do niego.

— Słyszysz? nie mów nic nikomu, że stary zmarł. Ani słowa. Idź przez wieś, jakby się nic nie stało. Wstąp do Aplasa i powiedz, żeby duchem tu przyszedł, rozumiesz?

Bartek spojrzał jej w oczy.

Domyślił się, że Jagna sposób na ostanie przy gruncie znalazła, ale nie miał śmiałości zapytać się, jaki to jest ten sposób. Ale nic się nie odezwał, bo jeno nałożył czapkę na głowę i, zdając się na rozum swojej baby, poszedł do Aplasa.

II.

Aplas był to Niemczysko rude, zyzowate, długie i cienkie niby tyka od chmielu, chodził zaś przygarbiony nie od wieku, bo był to młody jeszcze całkiem chłop, ale dlatego, że trudno mu było prosto trzymać swoją długą figurę.

Mieszkał on w końcu wsi na komornem u Niemca kolonisty, Purata. Podobno był żonaty, ale, jako nic dobrego, żonę bił i zabierał jej zarobek, więc też od niego uciekła.

Człowiek to był niedobry, do wódki chętny bardzo, ale do pracy jak najmniej. Czasem, to jak mu przyszła fantazya, wynajmował się czy do rąbania, czy do żniwa i robił za dwóch; gdy zaś pieniądze dostał, pił do upadłego i poił każdego, kto z nim chciał pić.

Patrzył on głównie na lekkie zarobki. Gadano też po wsi, że Aplas trochę złodziejstwem się trudni i że zna się z bandą koniokradów, która od Sandomierza aż po przeciwną granicę wszędzie utrzymuje stacje do przechowywania kradzionych koni. Nikt jednak Aplasa na gorącym uczynku nie złapał.

Takiego to człowieka przyprowadził Bartek do chałupy w dzień śmierci Tomasza.

Jagna przyjęła Aplasa bardzo mile; Bartek wyszedł z izby, a gdy wrócił za pół godziny i spojrzał na Aplasa, ani go poznał. Na stole leży brzytwa i rozrobione mydło, a Aplas wygolony zupełnie na taki sposób, jak to nosił się stary Tomasz. Niema ani jednego rudego włosa wokoło gęby.

Jagna wzięła zmarłego za nogi, Aplas pochwycił za pod pachy, zwlekli go z łoża, zanieśli do komory i przykryli słomą.

— Zaprzęgaj teraz konie! — woła Jagna do Bartka, a oczy jej iskrzą się, jak u kota ślepie po nocy — i co duchu leć do miasta po rejenta. A kogo jeno spotkasz po drodze, to przystawaj i mów, że starego okropnie w sobie sparło, że jęczy okrutnie, że pewnikiem do wieczora nie dociągnie i że chce testament spisać. A jakby się pytali ludzie, komu grunt stary chce zapisać, to mów, że nie wiesz, bo chory nic nie gada, jeno jęczy.

Ale Bartek nie poruszył się. Stał, jak słup wkopany w ziemię.

Jagna go szarpnęła.

On nic. Wtedy Jagna rozpuściła gębę. Zaczęła wymyślać mu, że nie chłop jest, ale gorzej, niż baba, że przez niego wyjdą na dziady, że chce wszystko zaprzepaścić.

I tak mu zaczęła doskwierać, że wyszedł do stajni i jął konie zakładać. Gdy zaś wyjechał przed dom, Jagna podeszła i rzekła:

— My już z Aplasem wszystko tu zrobimy. Ty ino pędź, co sił i przywoź rejenta, a pamiętaj powiadać ludziom po drodze, że stary dziś pewno zamrze, i że strasznie jęczy.

Bartek zaciął konie i pojechał.

Gdy powrócił po dwóch godzinach z rejentem i jego pisarzem, zastał dom swój zapełniony babami z całej wsi. Jagna głośno lamentowała i płakała, a na łóżku leżał Aplas z owiniętą głową tak dobrze, że ani jednego rudego włosa nie było widać, a twarz miał odwróconą do ściany i od czasu do czasu wydawał długi, głośny jęk.

Gorąco się chłopu zrobiło, gdy ujrzał to wszystko, ale widzi, że już za późno cofać się. Więc przystawił stół do łóżka.

Rejent i pisarz usiedli, rozłożyli księgi i Aplas cichym, ledwie że dosłyszanym głosem, przerywanym jękami, podyktował testament, mocą którego wszystko zapisuje Jagnie, swojej wychowanicy, a tylko dwieście rubli kościołowi na ufundowanie mszy wiecznej za swoją, niby starego Tomasza, grzeszną duszę.

Wszystko udało się doskonale.

Baby nawet nic nie poznały, bo gdy która bliżej do łóżka się przysuwała, to zaraz Jagna wracała ją do drzwi, mówiąc:

— Nie podchodźcie ta bliżej, bo może to zaraźliwe.

Dopiero gdy testament był już napisany, pisarz go przeczytał, Aplas położył na nim trzy krzyże, a rejent, schowawszy zapłatę, rzekł:

— No, jedźmy już!

Wtedy dopiero Bartkowi zrobiło się błogo, jakby kto mu zdjął ciężar z piersi.

Raźno wsiadł na bryczkę i podcinał konia, aby jak najprędzej zawieźć rejenta i pisarza do miasta. Tam wstąpił do szynku, wypił sobie półkwarcie okowity i wrócił do domu.

Wódka zakręciła mu dobrze w głowie, bo gdy wjeżdżał do wsi, jakaś baba krzyknęła mu:

 

— Bartku! stary Tomasz już zmarł!

A on, zamiast co innego powiedzieć, rzekł:

— A cóż to? nie wiem tego!

Szczęściem bełkotał niewyraźnie, jak pijany, i baba przeszła, nic z tego nie domyśliwszy się.

Gdy zajechał do domu, na łóżku leżał po dawnemu sztywny, żółty trup starego Tomasza. Dwoje dzieciaków, które wygnały o świcie gadzinę w pole i dopiero na południe wróciwszy, o śmierci dziadka się dowiedziały, płakały cicho pod piecem.

— Teraz my tu — szepnęła do niego Jagna — gospodarze na wieki.

III.

W parę dni potem sprawiono Tomaszowi pogrzeb.

Odbył się on uroczyście, ksiądz szedł pieszo aż do cmentarza, światła było wiele. Bartek i Jagna pieniędzy nie żałowali, czemu się ludzie nie dziwili. Uważali nawet, że obowiązek nakazywał tak im postąpić za dobro, jakiem stary przy śmierci ich obdarzył.

Po pogrzebie wszystko wróciło do dawnego.

Bartek pracował na roli, jak pracował dawniej, tylko Jagna pyszniejsza się stała, nasprawiała też sobie kolorowych chustek, czepków i wstążek jedwabnych i w kościele co niedziela wysuwała się naprzód, jak najbliżej ołtarza, aby pokazać, że jej się pierwsze miejsce należy.

I upływał miesiąc za miesiącem.

Nadeszły żniwa. Bartek szczęśliwie z pola sprzątnął zboże i zapakował stodołę aż pod samą górną krokiew. Urodzaje były bardzo dobre.

Na jesieni huczały na klepisku cepy.

Pszenica była podsypna, żyto jeszcze więcej. Bartek swój grunt obsiał, obrobiwszy go uczciwie, na życie na rok cały ziarno odłożył, trochę jeszcze zostawił w słomie na potem, a zaś dziesięć korcy pszenicy i piętnaście żyta sprzedał na jarmarku.

Wziął za to pieniędzy dosyć, bo na siewy zboże podskoczyło w cenie i przyniósł ruble Jagnie.

Ta się uśmiechnęła do pieniędzy i posłała zaraz do karczmy po okowitę.

Pili sobie przez cały wieczór, a Jagna mówiła do męża:

— A widzisz! żeby nie moja głowa, to mielibyśmy tyle pieniędzy? co?

Pieniądze schowali do skrzyni.

Przed zimą Jagna wydobyła je wszakże, aby przyodziać uczciwiej Bartka, który wyglądał ciągle na parobka. Więc sprawiła mu szarą sukmanę nową z czarnemi wyszyciami i pas, jak się patrzy, i buty nowe i ciepły kożuch na zimę.

Przytem znowu sobie podpili trochę z uciechy, a Jagna napatrzyć się nie mogła na Bartka, że tak mu pięknie w nowem ubraniu.

— Teraz — mówiła do niego, śmiejąc się — to nie tylko na gospodarza patrzysz, ale i na wójta!

Chłopcom także na jesieni sprawiła nowy przyodziewek i buty. Bardzo byli tem ucieszeni, bo to były pierwsze buty w ich życiu.

Na jesieni po zasiewach pełno po wsiach wesel. W Bratkowie też młodzi żenili się, a co dnia niemal słychać było skrzypki i cymbałki i widać dziewuchy wystrojone i chłopców, idących do kościoła.

Jagnę i Bartka wszędy zapraszano na wesela. Jagna zaś szczęśliwa, że ją ludzie tak szanują, tańczyła do upadłego, choć była kobieta a nie dziewucha.

Zima tego roku była mroźna, wietrzna i długa. W chałupie Bartkowej ani zważano na nią. Dostatek tu panował. Na Boże Narodzenie zabito ukarmionego wieprza. Okrasy więc do jadła Jagna nie żałowała.

I tak żyli sobie dostatnio, zadowoleni ze sposobu, który uczynił, że biedny parobek odrazu bez pracy został najzamożniejszym we wsi gospodarzem, a biedna sierota bogatą gospodynią.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?