Wypalić Chrom

Tekst
Z serii: Artefakty
Z serii: Trylogia ciągu #4
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Molly miała na to odpowiedź: trzeba się schować w Dziurze, najniższym kręgu, gdzie każda zewnętrzna ingerencja wzbudza szybkie, koncentryczne kręgi czystej przemocy. Schować się w Mieście Nocy. A jeszcze lepiej, schować się nad Miastem Nocy, ponieważ Dziura jest odwrócona i dno jej misy sięga nieba – tego nieba, którego Miasto Nocy nigdy nie ogląda, pocąc się pod własnym firmamentem akrylowych żywic. Tam, w górze, Lo Tekowie czają się w mroku jak maszkarony, z wiszącymi u warg czarnorynkowymi papierosami.

Znała też inną odpowiedź.

– Czyli jesteś zatrzaśnięty na dobre, Johnny-san? Nie da się wyciągnąć tego programu bez hasła?

Prowadziła mnie w cień za jasnym peronem metra. Betonowe ściany pokrywało graffiti, wieloletnie warstwy skręcone w jeden metazygzak gniewu i frustracji.

– Zmagazynowane dane podaje się przez szereg mikrochirurgicznych protez kontrautystycznych. – Zacząłem prymitywną wersję standardowej mowy reklamowej. – Kod klienta trafia do specjalnego chipu. Pomijając Mątwy, o których w naszym fachu nie lubimy rozmawiać, nie ma sposobu odczytania hasła. Nie można go wydobyć narkotykami, torturami, nie da się wyciąć. Nie znam go, nigdy nie znałem.

– Mątwy? Takie śliskie, z mackami?

Wyszliśmy na pusty targ uliczny. Jakieś ciemne postacie obserwowały nas przez skwerek zaśmiecony rybimi łbami i gnijącymi owocami.

– Metakwantowe trasery wibracji amagnetycznych. Używali ich podczas wojny, żeby szukać okrętów podwodnych i badać cybersystemy przeciwnika.

– Poważnie? W marynarce? Z wojny? Mątwa odczyta ten twój chip?

Zatrzymała się. Czułem na sobie jej spojrzenie zza tych podwójnych luster.

– Nawet prymitywne modele potrafiły mierzyć pole magnetyczne o mocy jednej miliardowej siły geomagnetycznej. To tak, jak wyłowić szept na ryczącym stadionie.

– Gliny już to potrafią, z parabolicznymi mikrofonami albo laserami.

– Ale dane nadal są bezpieczne. – Duma zawodowa. – Żaden rząd nie da Mątw glinom, nawet tym z bezpieki. Za duże ryzyko międzywydziałowych zabaw. Za duża szansa, że zaczną wikłać szefów w jakieś Watergate.

– Sprzęt z marynarki... – powtórzyła, a jej uśmiech błysnął w półmroku. – Marynarka... Mam tu kumpla, który służył w marynarce. Nazywa się Jones. Powinieneś go chyba poznać. Tyle że to ćpun. No więc musimy coś dla niego zabrać.

– Ćpun?

– Delfin.

* * *

Był czymś więcej niż delfinem, chociaż z delfiniego punktu widzenia mógł się wydawać czymś mniej. Przyglądałem się, jak krąży leniwie w galwanizowanym zbiorniku. Woda chlapała na boki i moczyła mi buty.

Pochodził z demobilu po ostatniej wojnie. Cyborg.

Wyskoczył z wody, ukazując nam pociemniałe płyty na bokach – rodzaj wizualnego żartu. Gracja ginęła pod sztuczną zbroją, niezgrabną i prehistoryczną. Bliźniacze wypukłości po obu stronach czaszki zostały wbudowane jako powłoka zestawów czujników. Srebrzyste blizny połyskiwały na odsłoniętych fragmentach szarobiałej skóry.

Molly gwizdnęła. Jones machnął ogonem i przez krawędź zbiornika chlusnęło więcej wody.

– Co to za miejsce?

Spojrzałem na niewyraźne kształty w ciemności, na rdzewiejące łańcuchy i jakieś przedmioty pod brezentem. Nad zbiornikiem wisiała prosta drewniana rama z rzędami zakurzonych lampek choinkowych.

– Wesołe miasteczko. Zoo i kolejki górskie. „Rozmowa z wojennym waleniem”. Takie rzeczy... Ten waleń to Jones.

Jones znowu wysunął głowę i skierował na mnie swe smutne stare oko.

– Jak on mówi?

Nagle zachciało mi się wyjść.

– W tym właśnie tkwi hak. Powiedz „cześć”, Jones.

Wszystkie żarówki zapaliły się równocześnie. Błyskały czerwono, biało, niebiesko.


C B N C B N C B N
C B N C B N C B N
C B N C B N C B N
C B N C B N C B N
C B N C B N C B N

– Jest dobry w symbolach, rozumiesz, ale kod ma ograniczony. W marynarce podłączali go do systemu audiowizualnego. – Z kieszeni kurtki wyciągnęła wąski pakunek. – Czysty proch, Jones. Chcesz?

Znieruchomiał w wodzie i zaczął opadać na dno. Poczułem falę paniki, gdy nagle przypomniałem sobie, że nie jest rybą, że może się utopić.

– Potrzebujemy klucza do banku Johnny’ego, Jones. Potrzebujemy szybko.

Światła błysnęły i zgasły.

– No spróbuj, Jones!


N
N N N N N N N N N
N
N
N

Niebieskie żarówki, krzyż. Ciemność.

– Czysty! Jak śnieg. No dalej, Jones.


B B B B B B B B B
B B B B B B B B B
B B B B B B B B B
B B B B B B B B B
B B B B B B B B B

Białe sodowe światło oblewało jej surowo monochromatyczne rysy z cieniami padającymi od kości policzkowych.

 

C C C C C C
C C
C C C C C C C C C
C C
C C C C C C

Ramiona czerwonej swastyki skręcały się w jej srebrnych szkłach.

– Daj mu – poleciłem. – Mamy. Ralfi Buźka... Żadnej wyobraźni.

Jones oparł swój opancerzony tułów o krawędź zbiornika, a ja myślałem już, że metal nie wytrzyma. Molly z rozmachu wbiła między płyty igłę strzykawki. Syknął gaz wypychający. Świetlne wzory eksplodowały, spazmami objęły ramę, potem ściemniały aż do czerni. Kiedy odchodziliśmy, dryfował, przewracał się leniwie w ciemnej wodzie. Może śnił o swojej wojnie na Pacyfiku, o cyberminach, które skasował, wsuwając się delikatnie w ich obwody tą Mątwą, której użył, żeby z chipa zaszytego w mojej głowie odczytać żałosne hasło Ralfiego.

– Rozumiem, że się walnęli przy demobilizacji i wypuścili go ze sprawnym wyposażeniem. Ale jak uzależnili cybernetycznego delfina od prochów?

– Wojna – odpowiedziała. – Wszyscy wtedy brali. Marynarka tego pilnowała. Jak inaczej by ich zmusili, żeby dla nich pracowali?

* * *

– Nie jestem pewien, czy to się kwalifikuje jako dobry interes – stwierdził pirat. Chciał wyciągnąć więcej forsy. – Specyfikacja namiaru na komsata, którego nie ma nawet w spisach...

– Nie marnuj mojego czasu, bo sam nie zakwalifikujesz się już do niczego – oświadczyła Molly. Pochyliła się nad porysowanym biurkiem i dźgnęła go palcem.

– To może kupicie swoje mikrofale gdzie indziej?

Pod tą swoją gębą Mao był twardym dzieciakiem. Prawdopodobnie urodził się w Mieście Nocy.

Dłoń Molly mignęła tylko na tle marynarki i odcięła klapę, nie powodując najmniejszej zmarszczki na materiale.

– Umowa stoi czy nie?

– Stoi – potwierdził.

Patrzył na zniszczoną marynarkę z czymś, co według niego miało być zapewne tylko uprzejmym zaciekawieniem. Kiedy sprawdzałem dwa kupione niedawno rejestratory, ona wyjęła z zapinanej kieszeni kurtki pomięty świstek papieru, który sam jej dałem. Rozwinęła go i przeczytała, bezgłośnie poruszając wargami. Wzruszyła ramionami.

– To wszystko?

– Wal – poleciłem, wciskając ZAPIS na obu dekach równocześnie.

– Christian White – wyrecytowała. – I jego Aryjska Grupa Reggae.

Wierny Ralfi, fan aż do śmierci...

Przejście w tryb idioty/mędrca jest zawsze bardziej powolne, niż tego oczekuję. Piracka radiostacja udawała skromne biuro podróży w pastelowym pudle, mieszczącym biurko, trzy krzesła i wyblakły plakat szwajcarskiego uzdrowiska orbitalnego. Para ptaszków o tułowiach z dmuchanego szkła i nóżkach ze srebrnej folii monotonnie piła ze styropianowego kubka na półce za ramieniem Molly. Kiedy przefazowywałem się w tryb, przyśpieszały stopniowo, aż ich fosforyzujące pierzaste czubki zmieniły się w jednolite łuki barw. LED-y wskazujące sekundy na plastikowym ściennym zegarze stały się bezsensownymi pulsującmi kratkami, a Molly i chłopak z twarzą Mao rozmyli się i tylko ich ręce migały czasem w szybkich jak u owadów widmach gestów. A potem wszystko rozpłynęło się w chłodną szarość i nieskończony śpiewny poemat w sztucznym języku. Siedziałem przez trzy godziny i śpiewałem kradziony program martwego Ralfiego.

* * *

Ciąg handlowy ma od końca do końca prawie czterdzieści kilometrów – nierówne, zachodzące na siebie kopuły, osłaniające coś, co było kiedyś podmiejską arterią. Jeśli w pogodny dzień zgaszą łuki, przez warstwy akrylu sączy się szarość zbliżona do słonecznego światła: widok jak na więziennych szkicach Giovanniego Piranesiego. Ostatnie trzy kilometry ciągu od południa okrywają Miasto Nocy. Miasto Nocy nie płaci żadnych czynszów ani podatków. Neonowe łuki są tam martwe, geodezyjne poczerniałe po dziesiątkach lat dymiących ognisk. Kto w całkowitej niemal ciemności południa w Mieście Nocy zdoła zauważyć ukryte w krokwiach kilkadziesięcioro szalonych dzieci?

Wspinaliśmy się od dwóch godzin: po betonowych schodach i żelaznych drabinach z perforowanymi szczeblami, mijając opuszczone pomosty i pokryte kurzem narzędzia. Wyruszyliśmy z czegoś, co wyglądało na nieużywany warsztat remontowy, zastawiony trójkątnymi segmentami dachu. Wszystko tu pokrywała taka sama jednolita warstwą graffiti: nazwy gangów, inicjały, daty sięgające początku wieku. Graffiti nie opuszczało nas przez całą drogę, blednąc stopniowo, aż tylko jeden tekst powtarzał się co pewien czas. LO TEK. Grubymi czarnymi literami.

– Kto to jest Lo Tek?

– Nie my, szefie. – Wspięła się na aluminiową drabinkę i zniknęła w otworze w arkuszu pogiętego plastiku. – Low Technology, niska technika. – Plastik tłumił jej słowa. Szedłem za nią, oszczędzając bolący nadgarstek. – Lo Tekowie. Twój numer z obrzynem uznaliby za dekadencję.

Godzinę później podciągnąłem się do kolejnej dziury, tym razem wyciętej nierówno w opadającej płycie sklejki, i spotkałem swojego pierwszego Lo Teka.

– Nie ma sprawy – rzuciła Molly, muskając mnie dłonią po ramieniu. – To tylko Pies. Siemanko, Pies.

W wąskim promieniu jej przyklejonej taśmą latarki przyglądał się nam swoim jednym okiem, i wysuwając szary język, wolno oblizywał potężne kły. Nie byłem pewien, jakim cudem przeszczepy zalążków zębowych dobermana można uznać za niski poziom techniki. Immunosupresanty zwykle nie rosną na drzewach.

– Moll. – Eskalacja uzębienia utrudniała mu wymowę. Pasemko śliny zwisało z wykrzywionej dolnej wargi – Słyszałem, że idziesz. Dawno.

Mógł mieć z piętnaście lat, ale kły i jaskrawa mozaika blizn połączona z pustym oczodołem tworzyła maskę bestii. Zestawienie takiej twarzy wymagało czasu i pewnych zdolności twórczych, a jego postawa świadczyła, że lubi z nią żyć. Nosił rozpadające się dżinsy, czarne od brudu i wyświecone na szwach. Pierś miał nagą, stopy bose. Wykonał wargami grymas lekko przypominający uśmiech.

– Ktoś lezie. Za tobą.

Daleko w dole, w Mieście Nocy, sprzedawca wody zachwalał swój towar.

– Nitki skaczą. Pies?

Skierowała latarkę w bok i zobaczyłem cienkie sznurki przywiązane do śrub, sznurki biegnące do krawędzi i znikające w dole.

– Zgaś to pieprzone światło!

Zgasiła.

– Dlaczego ten, co za tobą lezie, nie ma światła?

– Nie potrzebuje. Ten gość to złe wieści, Pies. Jeśli twoi strażnicy go ruszą, wrócą do domu w łatwych do przenoszenia częściach.

– To przyjaciel. Moll?

Zaniepokoił się chyba. Słyszałem, jak przesuwa stopy po wytartej sklejce.

– Nie. Ale jest mój. A ten... – Klepnęła mnie w ramię. – Ten, to przyjaciel. Jasne?

– Pewno – potwierdził bez wielkiego entuzjazmu.

Przeszedł na skraj platformy, gdzie tkwiły śruby, i wygrał na napiętych sznurkach jakąś wiadomość.

Miasto Nocy rozciągało się pod nami jak tekturowa wioska dla szczurów. Maleńkie okna lśniły światłem świec; widziałem tylko kilka ostrych, jasnych prostokątów rozświetlonych lampami bateryjnymi i karbidowymi. Wyobraziłem sobie staruszków pochylonych nad nieskończonymi partiami domina, pod ciepłym deszczem kapiącym z prania wywieszonego na drągach między budami ze sklejki. A potem wyobraziłem sobie jego, jak wspina się cierpliwie przez ciemność w swoich sandałach i brzydkiej koszuli turysty, obojętnie i bez pośpiechu. Jak potrafił nas śledzić?

– Dobrze – stwierdziła Molly. – Czuje nas.

– Zapalisz?

Pies wyciągnął z kieszeni pogniecioną paczkę, z której wyłowiłem spłaszczonego papierosa. Kiedy podawał mi ogień zapałką, dostrzegłem napis. Yiheyuany z filtrem. Beijing Cigarette Factory. Uznałem, że Lo Tekowie działają na czarnym rynku. Pies i Molly wrócili do swojego sporu, który brał się z tego, że Molly miała chęć skorzystać z pewnego konkretnego fragmentu nieruchomości Lo Teków.

– Sporo dla was zrobiłam, chłopie, i chcę tego podestu. Razem z muzyką.

– Nie jesteś Lo Tekiem.

Trwało to prawie przez cały kręty kilometr. Pies prowadził nas po rozchwianych pomostach i sznurowych drabinkach. Lo Tekowie grudami epoksydów przysysają swoje sieci i kryjówki do osnowy miasta; sypiają w hamakach. Ich kraina jest miejscami tak wytarta, że składa się prawie wyłącznie z uchwytów dla dłoni i stóp, wyciętych w zastrzałach geodezyjnych.

Zabójczy Podest – tak to nazwała. Pełznąc za nią, czując, jak buty Eddiego Baxa ześlizgują się na śliskim metalu i wilgotnej sklejce, myślałem, że przecież nie może być bardziej niebezpieczny niż pozostała część terytorium. A równocześnie wyczuwałem, że protesty Psa były raczej rytualne, że spodziewała się dostać to, czego żąda.

Gdzieś pod nami Jones krąży pewnie wokół zbiornika i odczuwa pierwsze sygnały głodu. Policja zamęcza stałych bywalców Drome pytaniami o Ralfiego. Czym się zajmował? Z kim rozmawiał, zanim wyszedł? A yakuza zawiesza swoje widmowe cielsko nad bankami danych miasta, poszukując moich bladych wizerunków odbitych w numerowanych kontach, zabezpieczanych transakcjach, rachunkach. Żyjemy w gospodarce informatycznej. Tego uczą w szkole. Nie mówią tylko, że nie można się ruszyć, nie można działać na żadnym poziomie, nie pozostawiając śladów, strzępków, pozornie pozbawionych znaczenia fragmentów osobistej informacji. Fragmentów, które da się odzyskać, powiększyć...

Ale w tej chwili pirat już pewnie przesłał naszą wiadomość do bufora czarnej skrzynki i wkrótce nastąpi transmisja do komsatu yakuzy. Prosta wiadomość: odwołajcie psy gończe, bo nadamy wasz program otwartym kodem. Program... Nie miałem pojęcia, co zawiera. I nadal nie mam. Ja tylko śpiewam, przy zerowym zrozumieniu. Prawdopodobnie chodzi o dane badawcze, bo yakuza zajmuje się zaawansowanym szpiegostwem przemysłowym. Dyskretny biznes: typowa kradzież z Ono-Sendai i trzymanie danych dla okupu. Pod groźbą publikacji, która musiałaby wpłynąć na zachwianie technicznej przewagi firmy. Ale dlaczego inni nie mogą się włączyć? I czy w yakuzie nie byliby szczęśliwsi, gdyby mieli czym pohandlować z Ono-Sendai, zamiast zostać z jednym martwym Johnnym z Memory Lane?

Ich program był już w drodze pod pewien adres w Sydney, gdzie trzymają listy dla klientów i nie zadają pytań. Wystarczy wpłacić niewielką zaliczkę. Zwykły list, nawet nie lotniczy. Wykasowałem większą część drugiej kopii i w wolne miejsca nagrałem naszą wiadomość. Zostawiłem tyle, żeby mogli stwierdzić autentyczność programu.

Bolał mnie nadgarstek. Miałem ochotę zatrzymać się, położyć, zasnąć. Wiedziałem, że długo już nie wytrzymam, że spadnę, że lśniące czarne buty, które kupiłem na wieczorny występ w roli Eddiego Baxa, stracą kontakt z podłożem i poniosą mnie w dół, do Miasta Nocy. Ale on pojawiał się w moich myślach niczym tani religijny hologram – jarzył się widmowo, a powiększony chip na jego koszuli unosił się nade mną niby satelitarne zdjęcie jakiegoś skazanego na zagładę miasta.

 

Dlatego wchodziłem za Psem i Molly przez niebo Lo Teków, prowizorycznie sklecone z odpadków, których nie chciało nawet Miasto Nocy.

* * *

Zabójczy Pomost był kwadratem o boku ośmiu metrów. Jakiś olbrzym przewlókł stalową linę tam i z powrotem przez składowisko złomu, a potem naciągnął ją mocno. Pomost trzeszczał, gdy się poruszał, a poruszał się bez przerwy. Kołysał się i falował, gdy publiczność Lo Teków zajmowała miejsca na otaczającej go drewnianej półce. Drewno było srebrzyste ze starości, wypolerowane przez długie użytkowanie, pokryte głęboko rzeźbionymi inicjałami, groźbami, deklaracjami namiętności. Półka wisiała na osobnych linach, ginących w ciemności za ostrym białym blaskiem dwóch antycznych, umocowanych wysoko reflektorów.

Dziewczyna z zębami jak Pies wylądowała na Podeście na czworakach. Piersi miała wytatuowane w ciemnoniebieskie spirale. A potem skoczyła na drugą stronę i śmiejąc się, natarła na chłopaka, który pił jakiś ciemny płyn z litrowej butelki.

Moda Lo Teków wymagała blizn i tatuaży. I zębów. Elektryczność, którą kradli, żeby oświetlić Zabójczy Podest, była chyba jedynym wyjątkiem od panującej tu estetyki, dopuszczanym dla... rytuału, sportu, sztuki? Nie wiedziałem, ale rozumiałem dobrze, że Podest jest czymś szczególnym. Wyglądał, jakby montowały go pokolenia.

Trzymałem pod marynarką bezużytecznego obrzyna. Ciężar i twardość uspokajały, mimo że nie miałem już naboi. I przyszło mi do głowy, że właściwie nie mam pojęcia, co się tu dzieje i co powinno się zdarzyć. Taka zwykle była natura mojej gry, ponieważ przez większą część życia służyłem za ślepy odbiornik, wypełniany wiedzą innych ludzi,a potem opróżniany, tryskający strugami sztucznych języków, których nigdy nie rozumiałem. Techniczny chłopak. Pewno.

I wtedy zauważyłem, że Lo Tekowie ucichli.

Stał tam, na samej granicy światła, ze spokojem turysty obserwując Zabójczy Podest i galerię milczących Lo Teków. Po raz pierwszy spojrzeliśmy sobie w oczy i rozpoznaliśmy się. W pamięci rozbłysło nagle wspomnienie Paryża i długich elektrycznych mercedesów, niby ruchome cieplarnie sunących wśród deszczu ku Notre Dame. A za szybami japońskie twarze i setki nikonów unoszących się w ślepym odruchu fototropizmu, jak kwiaty ze stali i kryształu. Za jego oczami, kiedy mnie odnalazły, brzęczały takie same migawki.

Obejrzałem się za Molly Milion, ale zniknęła.

Lo Tekowie rozstąpili się, żeby mógł wejść na ławkę. Ukłonił się z uśmiechem i gładko zsunął sandały, zostawił je ustawione obok siebie, idealnie równo. A potem wstąpił na Zabójczy Pomost. Ruszył do mnie przez ten falujący batut z odpadków równie pewnie, jak turysta idący po syntetycznym chodniku korytarzem typowego hotelu.

Molly z rozpędu wskoczyła na Podest.

Podest zawył.

Mieli wzmacniacze i mikrofony: cztery szerokopasmowe tkwiły na czterech grubych sprężynach w rogach, a kontaktowe poprzyklejali przypadkowo do rdzewiejących elementów maszyn. Lo Tekowie podłączyli do tego wzmacniacz i syntetyzer. Dopiero teraz zauważyłem nad głową, za okrutnym blaskiem reflektorów, kształty głośników.

Zabrzmiał perkusyjny rytm, elektroniczny, podobny do wzmocnionych uderzeń serca, równomierny jak metronom.

Zrzuciła skórzaną kurtkę i buty. Miała na sobie koszulkę bez rękawów, a delikatne ślady obwodów z Chiba City wyznaczały linie na jej ramionach. Skórzane dżinsy lśniły w świetle reflektorów.

Zaczęła taniec. Ugięła kolana, bose stopy nacisnęły spłaszczony zbiornik gazu, a Zabójczy Podest zafalował w odpowiedzi. Wydawał dźwięk, jakby świat się kończył, jakby liny podtrzymujące niebiosa pękały i zwijały się na niebie.

On unosił się przez kilka uderzeń serca, a potem ruszył, perfekcyjnie oceniając ruchy Podestu, niczym człowiek w wypielęgnowanym ogrodzie, przechodzący z jednego płaskiego kamienia na drugi. Zdjął czubek kciuka z gracją kogoś wykonującego konwencjonalny gest bez znaczenia, i rzucił nim w Molly. W blasku reflektorów włókno było załamującą światło nicią tęczy.

Molly padła na płask, przetoczyła się i wstała jednym skokiem, kiedy przemknęła nad nią monomolekuła. Stalowe szpony wystrzeliły na zewnątrz w odruchowej zapewne reakcji obronnej. Bęben przyśpieszył, a ona podskakiwała w jego rytmie, ciemne włosy powiewały wokół pustych srebrnych szkieł, zacisnęła usta i w skupieniu ściągnęła wargi. Zabójczy Podest grzmiał i huczał, a Lo Tekowie wrzeszczeli z podniecenia.

Zwinął włókno, pozostawiając metrowy krąg upiornego polichromu. Utrzymywał go, poruszając bezkciukową dłonią na wysokości mostka. Tarcza.

A w Molly jakby coś pękło... coś w jej wnętrzu. Teraz dopiero zaczęła prawdziwie wściekły taniec. Skoczyła, przekręciła się, rzuciła w bok i wylądowała obiema nogami na bloku silnika podłączonego bezpośrednio do jednej ze sprężyn. Zasłoniłem uszy i przyklęknąłem w wirze dźwięków. Miałem wrażenie, że Podest i ławki spadają, że pędzą do Miasta Nocy; widziałem już, jak łamiemy dachy bud i jak przegniłe owoce krwawym prysznicem eksplodujemy na płytach chodnika. Ale liny wytrzymały, a Zabójczy Podest wzniósł się i opadł niby obłąkane metalowe morze. A po nim tańczyła Molly.

Tuż przed końcem, zanim ostatni raz machnął włóknem, zobaczyłem coś na jego twarzy: jakąś minę, która mnie zaskoczyła, której tam być nie powinno. Nie był to strach ani gniew. Myślę, że było to chyba niedowierzanie, oszołomienie zmieszane z czysto estetycznym obrzydzeniem wobec tego, co widział i słyszał... tego, co się z nim działo. Skrócił włókno i widmowy dysk zmalał do rozmiaru talerza. Wtedy wyrzucił rękę nad głowę i szarpnął nią w dół; czubek kciuka skręcił za Molly jak coś żywego.

Podest odsunął ją w dół, monomolekuła przemknęła tuż nad nią; Podest zafalował i uniósł go na ścieżkę napiętego włókna. Powinno przelecieć mu bezpiecznie nad głową i wsunąć się do twardego jak diament gniazda... Odcięło mu rękę powyżej nadgarstka. W Podeście była szczelina, tuż przed nim. Skoczył w nią jak nurek, z przedziwną gracją – pokonany kamikaze w drodze do Miasta Nocy. Po części, tak mi się wydaje, rzucił się w dół, żeby zyskać kilka sekund godności ciszy. Zabiła go szokiem kulturowym.

Lo Tekowie krzyknęli, ale ktoś wyłączył wzmacniacz i Molly wjechała na Zabójczym Podeście w ciszę. Twarz miała bladą i martwą... Ustało kołysanie i słychać było tylko ciche trzaski udręczonego metalu i zgrzyt rdzy o rdzę.

Bezskutecznie szukaliśmy na Podeście odciętej dłoni. Trafiliśmy tylko na gładki łuk w kawałku przerdzewiałej stali, w miejscu, gdzie przeszła monomolekuła. Krawędź była błyszcząca jak nowy chrom.

* * *

Nigdy się nie dowiedzieliśmy, czy yakuza przyjęła nasze warunki ani nawet czy odebrała naszą wiadomość. O ile wiem, ich program wciąż czeka na Eddiego Baxa na zapleczu sklepu z pamiątkami na trzecim poziomie Sydney Central-5. Prawdopodobnie już parę miesięcy temu sprzedali oryginał Ono-Sendai. Ale może dotarła do nich ta piracka transmisja, bo minął już prawie rok, a nikt przez ten czas na mnie nie polował.

Jeśli przyjdą, czeka ich długa wspinaczka w ciemności, obok wartowników Psa, a ja ostatnio nie wyglądam już jak Eddie Bax. Molly się tym zajęła – ze znieczuleniem miejscowym. Nowe zęby już się prawie przyjęły.

Postanowiłem zostać tu, na górze. Kiedy patrzyłem na Zabójczy Podest – zanim jeszcze przyszedł on – zrozumiałem, jaki byłem pusty. I wiedziałem, że mam już dość roli wiadra. Dlatego teraz prawie każdej nocy schodzę na dół i odwiedzam Jonesa.

Jesteśmy teraz wspólnikami, Jones i ja. I Molly Milion, która prowadzi nasze interesy w Drome. Jones nadal tkwi w wesołym miasteczku, ale teraz ma większy zbiornik i raz na tydzień świeżą morską wodę. No i swoje prochy, kiedy ich potrzebuje. Dalej gada do dzieciaków żarówkami w ramie, ale ze mną rozmawia przez nowy zestaw wizyjny zamontowany w szopie, którą tam wynajmuję. Lepszy zestaw niż miał w marynarce.

I wszyscy zarabiamy duże pieniądze. Większe niż zarabiałem poprzednio, bo Mątwa Jonesa potrafi odczytać ślady wszystkiego, co kiedyś we mnie przechowywali. Przekazuje to na ekranie w językach, które rozumiem. Dzięki temu wiele się dowiaduję o swoich byłych klientach.

Pewnego dnia każę chirurgowi wygrzebać sobie z mózgu cały krzem i będę żył ze swoimi i tylko swoimi wspomnieniami, jak wszyscy ludzie. Ale to dopiero za jakiś czas. A na razie jest tu naprawdę nieźle: na górze, w ciemności. Palę chińskie papierosy z filtrem i słucham, jak z geodezyjnych ściekają krople. Cisza... Chyba że para Lo Teków postanowi zatańczyć na Zabójczym Podeście.

Wiele można się przy tym nauczyć. Mając Jonesa, który pomoże mi się we wszystkim połapać, będę chyba najbardziej technicznym chłopakiem w okolicy.