PościgTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pościg
Pościg
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 49,98  39,98 
Pościg
Pościg
Audiobook
Czyta Agnieszka Bomba
29,99  22,19 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wilhelmina Skulska

Pościg

Saga

Pościg

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 1974, 2021 Wilhelmina Skulska i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726883152

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Wszystkie te historie kryminalne oparte są na prawdziwych faktach, notatkach z przesłuchań, obserwacjach reportera. Jest nim niżej podpisana. Zapytał mnie kiedyś znakomity pisarz — pan Wojciech Żukrowski, dlaczego nie piszę powieści kryminalnych, takich, co to rozpoczynają się od znalezienia denata w szafie, a kończą zaskakującym rozwiązaniem zagadki. Odpowiedziałam, że nie potrafię. I jest to — niestety — prawda. Nie potrafię wymyślać sytuacji, rozmów, charakterów. Fikcja wymaga wyobraźni.

Dziennikarz opisuje to, co widzi, słyszy, odczyta z akt, notatek, wywiadów. Ważna jest umiejętność prawidłowego odczytania. Krótka notatka mówi nieraz więcej aniżeli wielogodzinna spowiedź człowieka podejrzanego, która w języku urzędowym nazywa się — wyjaśnieniem. Życie układa czasem zagadki bardziej skomplikowane, aniżeli potrafi to uczynić bogata wyobraźnia autora.

Czy jednak prawdziwa zagadka kryminalna jest mniej ciekawa niż ta wymyślona, rozgrywająca się w dekoracjach snob-party, cocktail-barach model Las Vegas czy w zapożyczonych z amerykańskich filmów luksusowych buduarach? Na to pytanie odpowie sobie czytelnik po zapoznaniu się z historią 21 przypadków rozwiązanych przez służbę kryminalną i jej sekcję zabójstw. Trzysta pięćdziesiąt stron druku. Jeden jesienny, dżdżysty, dłużący się wieczór. Może ta książeczka go skróci?...

W. Skulska

Wśród nocnej ciszy

Puszysty śnieg na rozłożystych gałęziach starych świerków przypomina o zbliżających się świętach Bożego Narodzenia. Dobrym ludziom pokój, dzieciom — upominki. Jest noc. W jednej z nowoczesnych willi podwarszawskich śpi pierwszym, mocnym snem rodzina Snarskich — dziadkowie, małżeństwo w średnim wieku i dwoje dzieci: dziewczynka czternastoletnia i mały, trzyletni chłopczyk. Nie prześpią tej nocy spokojnie do rana. I dobre, wesołe święta nie staną się ich udziałem...

— Poproszę o przepustkę do wydziału kryminalnego.

— Pani do kogo?

— Do majora Ziółkowskiego 1 .

Długie korytarze Komendy Stołecznej Milicji Obywatelskiej. Drugie piętro, w sekretariacie wesoła blondyneczka.

— Można do majora?

— Kapitan Sztylka siedzi od rana.

— To nic. Ja na chwilę.

Znają mnie tu dobrze. Wiedzą, że interesuje mnie przypadek przestępstwa nie w fazie, kiedy uładzone, uporządkowane stanowi temat aktu oskarżenia, włączonego do grubych tomów akt sądowych — ale od momentu, kiedy telefon czy telefonogram przekaże pierwszą wiadomość o złem, które się stało. Stąd, z wydziału kryminalnego, rozpoczyna się pościg za sprawcą: notatka o wypadku, protokoły oględzin, gorączka pierwszych czynności. Nerwowa szarpanina niezliczonych godzin dni i nocy. Brak czasu na miłe słowa, konwencjonalne, urzędnicze ploteczki przy herbacie. W tym tyglu rozwiązuje się prawdziwe zagadki kryminalne. Pokusa dla reportera, żeby odtworzyć te trudne poszukiwania. Ale uprzedzałam na wstępie: Nie potrafię wymyślić wątku, zabłysnąć skomponowaniem zagadki, bajki kryminalnej. Ktoś, kto uczestniczył w pościgu, musi mi tę prawdziwą historię opowiedzieć. Nie tak prędko!... Albowiem w tym celu potrzebna jest zgoda majora Ziółkowskiego.

— Można wejść?

Nie czekając odpowiedzi, otwieram drzwi. Znad biurka podnosi się w moim kierunku twarz bez cienia zachęcającego uśmiechu. Kapitan Sztylka, który mimo młodych lat pielęgnuje coraz znaczniejsze poletko łysiny, odwraca się w stronę okna, jakby mnie nie znał. A przecież jesteśmy w najlepszej komitywie. Nie jest tajemnicą w komendzie, że szef unika dziennikarzy. A kiedy patron nie lubi... Wiadomo! W dodatku major ma w zapasie mnóstwo argumentów uzasadniających jego antypatię. I nie ukrywa jej. Przynajmniej jest szczery. Ile razy wysłuchałam tej listy skarg i zażaleń pod moim i moich kolegów adresem: o tym, że dziennikarze w poszukiwaniu sensacji popularyzują metody działania przestępców, o delektowaniu się szczegółowym opisem włamania, zbrodni. Komu to potrzebne? W śledztwie, w pościgu nie może być gry w otwarte karty. A przysłowiowa gadatliwość dziennikarska... Niech sobie buszują w sądzie. Tam są ławy dla prasy i kawa w bufecie. Tu, w wydziale kryminalnym, odpowiadają za ujawnienie i ujęcie sprawcy. I z tych czynności muszą się rozliczać. Reklama jest im niepotrzebna!

W tej filipice przeciwko mojej osobie, która zaawansowała do reprezentanta prasy w ogóle, major traci coraz bardziej na humorze. Ale i tak ten niemłody mężczyzna, o twarzy starszej aniżeli wiek — bywa najczęściej ponury. Mówią, że był kiedyś wesoły, pełen fantazji. Miał wręcz opinię kawalarza. Trudno sobie to wyobrazić patrząc na jego twarz, bladą, zatroskaną, na oczy zmęczone, lustrujące mnie mało przychylnym spojrzeniem.

Mój sposób na majora: nie dyskutować! Każdy z nas ma swoją rację i swoją metodę. Major odpowiada za wykrywalność, ja za dostarczenie interesującego tekstu do tygodnika czy książki. Spróbujemy się przebić.

— Chodzi mi o sprawę miedzeszyńską. Zdaje się, że kpt. Sztylka prowadził ją na początku?

— Napad na willę Snarskich? Po co wyciągać te okropności? A Sztylka musi zaraz jechać do Śródmieścia...

— Szefie... — odważył się wtrącić kapitan. — Mam dyżur od godziny 16. Powinien być dziś spokój. — Widać, że chciałby mi pomóc. A może ma ochotę wypowiedzieć się nie tylko w protokole z miejsca oględzin?

Major Ziółkowski machnął ręką.

— Teraz muszę panią przeprosić. Póki co, może trochę popracujemy.

Czyli że mam się wynosić. Ale od drzwi mnie zawrócił:

— W sprawie miedzeszyńskiej trzeba rozmawiać także z Pankrosem. Jeździł po wszystkich więzieniach. Musiał przekonać Kowalskiego, żeby się przyznał do... niewinności. Bo na rozprawie sądowej Kowalski oświadczył, że jest winien. A myśmy byli przekonani, że kłamie. Dowiedź takiemu, co recytuje jak z nut szczegóły napadu, rozkład mieszkania, wygląd ofiar — że ktoś mu podsunął dane, zmusił do zeznania... No to żegnam panią!

Ostatnie słowa zabrzmiały prawie serdecznie. W końcu ubiliśmy interes. On ma spokój, a ja w perspektywie opowiadanie kryminalne. Do godziny 16!

Opowiadanie kapitana Sztylki

— Kiedy otrzymaliśmy meldunek telefoniczny komendy dzielnicowej Praga-Południe o napadzie w Miedzeszynie — rozpoczął swoje opowiadanie kapitan Sztylka — sądziliśmy, że ktoś sobie zażartował, zakpił albo grubo przesadził. Napad na willę, zranienie starego człowieka, zgwałcenie młodej kobiety w obecności jej dzieci, rabunek... Jakby kadr filmu Z zimną krwią wg Capote'a. Jeszcze była drabina, dostawiona do okna, jak w słynnym porwaniu dziecka pilota Lindbergha. A sprawcy zamaskowani byli niczym członkowie Ku-Klux-Klanu... Mężczyzna, mąż tej kobiety, nie bronił żony. Jedynie stary człowiek stawiał opór. Ta wielość — przepraszam za język kryminalistyki — przęstepstw w połączeniu z zachowaniem się poszkodowanych zaskoczyła nas. Coś tu nie gra. Zdarzają się przecież napady fingowane. Ale jeśli nawet ten napad miał miejsce — czy taki był jego przebieg? Ludzie poszkodowani z reguły skłonni są do pewnej przesady. Niestety już po kwadransie meldunek się potwierdził. Nie było tu miejsca na żarty.

Dosłownie w ciągu kilku minut stworzono grupę operacyjną, do której zostałem włączony. Kierownictwo objął major Ziółkowski. Co znaczyło, że jest to dla nas sprawa dużej wagi.

Dojechaliśmy na niebieskim sygnale do Miedzeszyna. Mijamy dzielnicę willową, dom obok domu. Jeszcze kilka zakrętów — i cicha uliczka na uboczu, a na niej trzy segmenty, podobne jak trojaczki, odległe od siebie nie więcej jak sto metrów. Tyle, ile trzeba na własny, siatką ogrodzony ogródek.

Przed willą Snarskich stała karetka pogotowia. Zatrzymaliśmy się tuż za nią. Major, ja i dwóch kolegów z sekcji zabójstw wysiedliśmy z wozu i tonąc w śniegu zmierzaliśmy w kierunku furtki. Dziewczyna w białym fartuchu, która, widać, dostrzegła nas przez okno, zbiegła, by otworzyć bramę. Kilka zdań, które wymieniliśmy z siostrą pogotowia ratunkowego, potwierdziły informacje milicji. Niestety, wszystkie relacje, jakkolwiek zaskakujące, odpowiadały rzeczywistości. To była prawda. Szef mówi w takich przypadkach — brutalna prawda. I była potwornie brutalna!

Napad miał miejsce w porze nocnej. Śnieg, noc listopadowa i willa pogrążona w spokojnym śnie. W tej śnieżnej ciszy, w krajobrazie zimowej idylli ukazał się cień, sylwetka mężczyzny. Ktoś sprawnie przeciął druty ogrodzenia. Cieni pojawiło się więcej. Brzęk wybitej w piwnicy szyby. Chwila wyczekiwania. Nie, nikt się nie zbudził. Z piwnicy wyciągnięto drabinę i po niej napastnicy przedostali się do wnętrza domu. Ilu ich było? Do dziś nie wiadomo. Rozumując logicznie musiało ich być dwóch, trzech. Nikt z poszkodowanych nie widział ich twarzy. Mieli na głowach pończochy, maskujące twarze. Stary człowiek, który zajmował wraz ze swoją żoną sypialnię na parterze, krzyknął przez sen, kiedy brutalna ręka, uzbrojona w łom, uderzyła go w głowę. Straszne obudzenie! Był jeszcze przytomny, błagał o litość nad resztą domowników. Są małe dzieci, jego wnuki, przestraszą się. Usłyszał wesoły chichot. Związano jego i żonę sznurami uplecionymi z prześcieradeł. Mężczyźni poszli na pierwsze piętro. Młodą kobietę ściągnięto z tapczanu, zgwałcono w obecności dzieci. Ten obraz pozostanie im w oczach do końca życia. Mężczyzna — młody, zdrowy, dał się związać, nie oponował. Być może łatwo jest krytykować tego rodzaju zachowanie, kiedy nie było się na jego miejscu. Fakt, że nie próbował obrony. Rannego człowieka nie sposób przesłuchiwać. Musiał się jak najszybciej znaleźć w szpitalu. A my, ekipa operacyjna, rozważamy następne kroki. Sprawców nie ma już na miejscu. Nie pozostawili po sobie wizytówki, a na sprawdzenie się przysłowia o przestępcy, który wraca na miejsce zbrodni — liczyć nie należy. Zdarza się, że w trakcie starcia, szamotania się, wypada z kieszeni sprawcy kwit, list, zapisana kartka. Pani opisywała kiedyś sprawę, w której strzępek kwitu pralniczego z widniejącymi na nim trzema ostatnimi w kolumnie cyfr numerami zaprowadził nas do zabójcy. Ale w Miedzeszynie — przez przypadek czy ostrożne działanie — nie zamierzano ułatwić nam zadania. I nikt tu kartki, listu ani kwitu nie zgubił. A więc pomocne mogą nam być przedmioty, które znajdują się w posiadaniu sprawców, a jeszcze dwie godziny temu stanowiły własność rodziny Snarskich. Pytamy:

 

— Co wam bandyci ukradli?

Największą stratą był samochód marki „Syrenka”. Numer WE 73-14. Co do reszty przedmiotów — trzeba powiedzieć, że ich prawi właściciele nie udzielili nam zbyt dokładnych wyjaśnień. Jeśli chodzi o informację w tym względzie ze strony poszkodowanych — bywa różnie. Nie zawsze odpowiada ona prawdzie, powiedzmy — pełnej prawdzie. Jedni rozumują: zło się stało, trzeba jak najszybciej o wszystkim zapomnieć. Drudzy obawiają się zemsty włamywaczy czy ich kumpli. A jeszcze inni nie mają ochoty ujawniać strat w postaci złota czy dewiz, sądząc, że narażają się na podejrzenia o dokonywanie nielegalnych transakcji czy ujawnianie dochodów ukrywanych przed władzami podatkowymi. Wszystko to razem nie ma sensu. Sekcja zabójstw nie zajmuje się egzekwowaniem podatków, a posiadanie dewiz nie jest przestępstwem. Zaś poszkodowany powinien rozumieć, że bandyta bezkarny będzie bandytą wielokrotnym. Ta prawda, jakże brutalna, nie do wszystkich dociera. I kiedy w końcu znaleźliśmy przedmioty należące do państwa Snarskich, które zaprowadziły nas do sprawców, okazało się, że poszkodowani nie ujawnili nam ich w spisie strat, co w konsekwencji utrudniło pościg.

Ale daleko jeszcze do tego momentu naszego opowiadania, w którym spotkamy się ze sprawcą napadu na willę w Miedzeszynie. Na razie jesteśmy na etapie poszukiwania skradzionej „Syrenki”.

Wszystkie stacje w całym kraju, w każdym województwie i powiecie, szukają samochodu z numerem WE 73-14. Blokada dróg w województwie warszawskim i sąsiednich. Z pewnością złości się pani, kiedy na szosie pani wóz zatrzymuje patrol drogowy? Pod jakimś pretekstem proszą o książkę samochodu, prawo jazdy, a pani wyrzeka... Może właśnie szukali sprawców napadu miedzeszyńskiego?

Wreszcie jest! Mamy samochód! Znaleziono „Syrenkę” WE 73-14 na poboczu, w okolicy Starej Szlacheckiej — taka wieś czy osada. Ale w samochodzie nie było ani sprawców, ani nawet śladu linii papilarnych na kierownicy. Wypucowana została na glanc. A więc odzyskany wóz nic nie wniósł do sprawy. Tyle, że zwrócono go właścicielom.

Pozostają nam w ręku opisy skradzionych u Snarskich przedmiotów. Może je znajdziemy, na przykład, u pasera? No i jakieś fragmenty obserwacji, ułamki spostrzeżeń dotyczących wyglądu sprawców. Nawet przy zamaskowanej twarzy pewne elementy — jak chód, głos — zdradzają wiek, płeć.

— Spróbujcie sobie cokolwiek przypomnieć!

Udało nam się uzyskać tylko tyle informacji, że byli to najpewniej ludzie młodzi, dwaj albo trzej młodzi mężczyźni. Dodaliśmy czwartego, bo znając metody takiej grupy wiedzieliśmy, że ktoś przecież musiał pozostawać na czatach. Kiedy stary Snarski po kilku dniach pobytu w szpitalu był w stanie z nami rozmawiać, przypomniał sobie pewien szczegół: napastnicy sprawiali z początku wrażenie, jakby się pomylili. Jeden z nich powiedział kilka słów o samotnej kobiecie, która miała mieszkać w tej willi. Ale ten chory, stary człowiek nie był pewny, czy mu się te słowa nie przywidziały w koszmarnym śnie, który stał się rzeczywistością owej nocy. Ja zaś zauważyłem, że kiedy padły słowa o ewentualnej omyłce — majorowi Ziółkowskiemu zabłysły oczy. Wiedziałem, tędy pójdziemy!

Ale szliśmy w różnych kierunkach. Nasze poszukiwania szły kilkoma torami równocześnie. Sprawą ważną, czasem decydującą jest opinia środowiska, jakieś krążące plotki, pogłoski. Pani obraca się na pewno w środowisku dziennikarskim?

Powiedziałam, że różnie. Ale o co chodzi?

— Jeśli w waszym środowisku mówi się, że ktoś wyjeżdża za granicę jako korespondent albo dostaje nagrodę państwową...

— Dziennikarze nie otrzymują państwowych nagród — — zauważyłam. — Najczęściej bywają strofowani, i to nie zawsze za własne grzechy.

— Nie chodzi o politykę. Widzi pani, każde środowisko poprzez krążące w nim plotki zdradza, jakie problemy go nurtują. W plotce bywa — nie musi być — szczypta prawdy. Jeżeli planowany był napad tak poważny jak miedzeszyński, środowisko przestępcze musiało o nim mówić, może nawet szumieć. W dyskusjach, przy piwku, w melinie czy w więzieniu, wysuwa się hipotezy, sugestie dotyczące sprawców, czyli tych, którzy brali udział, i ewentualnego łupu, jak oni powiadają: „szmalcu”.

I w ten sposób dowiedzieliśmy się, że niedawno planowany był napad na willę słynnej aktorki, która uchodziła za osobę bogatą, jako że grała w kilku filmach i serialach. W wielkim napadzie miał przewodzić recydywista, który niedawno opuścił więzienie. Jego pseudonim — „S.O.S.”

Znałem typa. Pochodzi z Targówka, jak i ja. W tej dzielnicy spotyka się czasem inspektor z włamywaczem i przypominają sobie, że grali ongiś w guziki na wspólnym podwórku.

Jest ślad! I tym razem poważny. Bowiem obok willi Snarskich mieszka w identycznym segmencie znakomita aktorka, i to filmowa. Co zaś do „szmalcu” nie wypowiadam się. Nie interesowałem się zarobkami gwiazd filmowych. Mogę mówić jedynie o skromnym uposażeniu inspektora sekcji zabójstw. Pogłoski o planowanym rabunku w domu aktorki zgadzają się z oświadczeniem rannego człowieka o samotnej kobiecie w willi, którą wspominali w rozmowie napastnicy. Pamięta pani, że napomknąłem na wstępie o „trojaczkach”: trzy wille, wkomponowane w odludną uliczkę i zbudowane w tym samym stylu. A więc był jeszcze trzeci segment. Mieszkał w nim zagraniczny dyplomata. I major Z., który ma cechę wykraczającą poza obowiązujące kwalifikacje — myślę o jego niezawodnym instynkcie, intuicji — skoncentrował poszukiwania wokół ludzi utrzymujących kontakt z trzecią willą. Odszukał jej dozorcę, rzemieślnika zatrudnianego doraźnie, dostawców. I rzeczywiście okazało się, że sygnał, informację, czyli tak zwany „cynk”, nadał człowiek zatrudniony w willi dyplomaty.

Spróbuję wytłumaczyć pani nasz tok rozumowania:

Oto rysunek. Na nim trzy wille. Muszą istnieć jakieś racje, dla których wybrano dom Snarskich. Wiemy, że nie są spośród właścicieli trzech obiektów ludźmi najzamożniejszymi. W dodatku ich dom zamieszkany jest przez liczną grupę lokatorów. A więc dlaczego?

W grę mógł wejść czynnik subiektywny, jak zemsta osobista, odwet albo łatwość dostępu do danego obiektu na skutek posiadania w nim sojusznika włamania. Co zaważyło o wyborze jednej z trzech willi w Miedzeszynie? Odpowiedź na to pytanie może być dla naszej ekipy operacyjnej drogowskazem!

Okazało się, że dyplomata wyjechał do swojego macierzystego kraju. A więc w tym domu nie można było liczyć na pieniądze, złoto. Mebli nie zamierzali rabować.

Pozostały dwie identyczne wille. I zgodnie z informacją rannego człowieka można było wydedukować, że wybranie willi Snarskich było wynikiem tragicznego qui pro quo. Ale ten wybór nasuwa drugi wniosek: projekt napadu „nadał” ktoś, kto wiedział o tym, że dyplomaty nie ma w kraju. Osobnik ten musiał znać dokładnie rozkład wewnętrzny, identyczny we wszystkich trzech segmentach. Albowiem bandyci, kierując się w ciemnościach, wiedzieli, gdzie znajdują się sypialnie, kuchnia itd. Ale nie orientowali się w szczegółach dotyczących lokatorów segmentu sławnej aktorki i Snarskich. Niewykluczone, a nawet prawdopodobne, że ów informator związany był z trzecim domem odludnej uliczki. A więc jednocześnie z poszukiwaniem przedmiotów pochodzących z rabunku grupy recydywistów — planujących zgodnie z informacją środowiskową wielki napad na „gwiazdę” — interesujemy się mężczyzną, który spełnia doraźne czy stałe prace u zagranicznego dyplomaty.

Dla ułatwienia sobie eliminacji poszukujemy osobnika, który był karany czy zatrzymywany przez organa milicji. Jeżeli ktoś miewa predyspozycję do schodzenia na kręte ścieżki, lubi na nie wracać. I znaleźliśmy takiego! Z zawodu ślusarz, a może po prostu mężczyzna manualnie uzdolniony, tak zwany „majster klepka”, reperował zamki, naprawiał drobne usterki w willi zagranicznego dyplomaty. Jerzy Kral znał, kontaktował się z przestępcą zwanym „S.O.S.” Był — jak nas konfidencjonalnie poinformowano — członkiem grupy, która składała się z pięciu osób. Wymieniam je według hierarchii ważności:


Ryszard Targowski — przywódca, pseudonim: „S.O.S.”
Kazimierz Łodyga pseudonim „Brudas”
Bolesław Kowalski pseudonim „Małolat”
Jerzy Kral pseudonim „Siwy”

Monika Wróbel — nie dorobiła się jeszcze pseudonimu. Kibicował tej grupie paser i przyjaciel Targowskiego — Marek Stecki. Całe to towarzystwo grasowało na linii otwockiej.

No więc jesteśmy na dobrej drodze — kontynuował swoje opowiadanie kapitan. — Ale do celu jeszcze daleko. Musimy zebrać niezbite dowody udziału tej grupy w napadzie miedzeszyńskim, dowody rzeczowe i osobowe. Jest naszą ambicją, by argumentacja była miażdżąca, przypierała przestępcę do muru.

Ważne jest także, by sprawca przyznał się do winy, aby w trakcie wizji lokalnej czy eksperymentu śledczego potwierdził przebieg i sposób dokonania przestępstwa. Jest to z jego strony akt dobrej woli, który ma pewien wpływ na orzeczenie sądu. Służbie kryminalnej zależy na tym, by materiały, owe dowody, które przygotowujemy dla składu sądzącego, były wszechstronnie uzasadnione. W przeciwnym wypadku na rozprawie sądowej, na której wypowiadają się także świadkowie, obrońca, sam oskarżony — wyjdą nasze błędy. Wyobrażam sobie minę majora, gdyby sprawa „S.O.S.” i spółki wróciła — wprawdzie już nie do nas — ale do wydziału dochodzeniowego. Pani orientuje się w podziale funkcji?

— Mniej więcej. Lapidarnie formułując, wasz wydział ściga, a „dochodzenie” gromadzi materiał dowodowy.

— Można i tak! Chociaż w sprawie miedzeszyńskiej, którą uważamy za jedną z najpoważniejszych w naszej praktyce — oba wydziały ściśle ze sobą współpracowały, udzielając sobie wzajemnie pomocy... Ale to była dygresja, spróbuję kontynuować moje opowiadanie.

Znajdujemy się wciąż w punkcie wyjściowym. Mieliśmy pewne dane, przypuszczenia, ale za mało dowodów, żeby aresztować grupę pod zarzutem udziału w napadzie na willę Snarskich. Musieliśmy się spieszyć, między innymi dlatego, że świadek koronny, stary Snarski, przebywał w szpitalu, a lekarze nie dawali nam gwarancji, że zostanie uratowany. W tej sytuacji wezwał mnie do siebie major Ziółkowski.

— Panie Sztylka... — powiedział, gdy stanąłem na progu.

Oj, niedobrze! Jak szef jest zły, od razu „awansujemy” na panów. Spojrzał zresztą na mnie z niekłamaną niechęcią.

— Ostrzegam! Chodzi pan po kancie! Może się pan omsknąć!...

Znaczyło to, że nie mam żadnych rezultatów, że lekceważę sobie moje obowiązki. A przecież wiedział dobrze, jak jest naprawdę, bo wspólnie przeżywaliśmy te wszystkie pracowite noce. Ma już takie usposobienie. Póki nie wyjdzie na czyste, będzie się wściekał, rygorystyczny w stosunku do innych, ale i w stosunku do samego siebie. Sprawa Targowskiego i ski była trudna. Gdybyśmy sprawców złapali na miejscu, następnego dnia... Ale jest już styczeń roku 1970. Napad miał miejsce w końcu listopada 1969. Zdążyli się zabezpieczyć, ukryć łupy, zapewnić sobie alibi. „S.O.S.” jest recydywistą, inteligentnym, zdecydowanym przestępcą. Zebraliśmy o jego grupie pełne informacje. Będą solidarni, nie pisną słowa.

 

Szansa konfrontacji? Pokazaliśmy zdjęcie Targowskiego poszkodowanym. Nie poznali go. Nie widzieli jego twarzy. A sylwetka, głos? Nie pamiętają. Jeżeli ludzie są tak porażeni strachem... Aresztować grupę? To nie sztuka. Trzeba będzie ich po 48 godzinach wypuścić. Nie mamy w ręku żadnych dowodów. Przekonanie — a byliśmy pewni, że to „S.O.S.” i jego ludzie brali udział w napadzie — nie wystarczy prokuratorowi.

Dlatego major był napięty, zdenerwowany. Sam mówił, że czuje się jak złodziej, kiedy opuszcza — choćby na krótko — komendę. Nie ma umiejętności wyłączania się. W naszej służbie brak takiego „wyłącznika” to zaproszenie do zawału serca. Żona szefa, do której telefonowałem, powiedziała mi: „Skończcie z tym Miedzeszynem! Mówię do Włodka, a on nie słyszy”.

Wiedziałem, że rozmawiał wtedy z Targowskim. Szuka na niego sposobu... Czy pani może szefa zrozumieć?

— Dosyć mi trudno — powiedziałam szczerze. — Sympatia i zrozumienie wymagają wzajemności. A major reaguje alergicznie na widok przedstawiciela prasy. Zachęcają nas do pisania prawdy o służbie kryminalnej i jej ludziach. Apelują, by skończyć z bajeczką o przykładnym inspektorze, który przeprowadza starsze panie przez ulice. Pamięta pan inspektora Credecka z angielskiego serialu, który cieszył się takim powodzeniem u polskiego telewidza? Jaki ten inspektor był ludzki, pełen błędów, ale i uroków!

— Jak nasz major! Właśnie w sprawie miedzeszyńskiej zadecydowały walory szefa. Jego plan, jego rozsądna gra. Bo trzeba pani wiedzieć, że major jest znakomitym szachistą. Trzy lata był prezesem warszawskiego klubu. Co to są szachy? Zdolność przewidywania ruchów przeciwnika. Umiejętność pomocna także w służbie kryminalnej. Szef zdecydował tym razem zastosować następującą taktykę: nie atakować Targowskiego z grubej Berty. Przyprzeć do muru słabszych partnerów, z których — w naszym przekonaniu — nie wszyscy brali udział w napadzie na rodzinę Snarskich.

Znaleźć powody do zatrzymania bandy nie było trudno. Każdy z nich obrósł w drobne przestępstwa jak drzewo mchem. Którego dotkniesz — kradzież albo oszustwo. W końcu aresztowano całą piątkę pod zarzutem popełnienia szeregu drobnych stosunkowo kradzieży i włamań na linii Warszawa—Otwock. Wśród nich znajdował się także Targowski, którego nie potraktowano jako przywódcy. Był więc przekonany, że nie rozpracowaliśmy najciemniejszej karty jego działalności przestępczej.

„S.O.S.” przyznaje się gorliwie do każdej kradzieży. I w kiosku cudzym się znalazł, wino kradł, jakąś kobietę obrabował w ciemnej ulicy. Spiewa jak z nut. Przy sposobności poszkodowani, którzy o stratach nie meldowali milicji, odzyskiwali swoją własność. A sądzili, że jest stracona bezpowrotnie. Kiedy pasażerowi w czasie służbowej podróży ginie na melinie portfel, szczytem szczęścia jest uniknięcie kontaktu z władzą. Ale jak się ten portfel odnalazł, szkoda go nie odbierać. Więc tylko prosi: żonie ani słowa! Bo w pracy go jakoś rozgrzeszą, kierując się chrześcijańską zasadą: któż z nas jest bez winy?

Przesłuchujemy Targowskiego. Nikt nie wspomina o Miedzeszynie. Czekamy! A mamy mocne wejście, jak mówi szef. Dzięki zaatakowaniu słabszych przeciwników, mniej przygotowanych do obrony, znaleźliśmy u Steckiego złotą monetę i pierścionek. Proszę wziąć pod uwagę, że my wiemy — ale on nie — dlaczego biżuteria, która może pochodzić od Targowskiego, ma dla nas tak ogromne, zasadnicze znaczenie. Stecki nie przejmuje się odkryciem w jego mieszkaniu drobnego łupu: jednej monety i pierścionka — skoro i tak ma ustaloną opinię pasera. Wprawdzie rodzina Snarskich nie podała milicji tych przedmiotów w liście strat, ale po pokazaniu im pierścionka i monety „przyznali”, że stanowią ich własność.

No to teraz prosimy na przesłuchanie Marka Steckiego. Były i momenty odprężenia w tej ohydnej sprawie. Szef mówił do draba per „bambino”, a Stecki dygotał, kiedy powiedzieliśmy mu, w jakich okolicznościach zaginęły przechowywane u niego kosztowności. Takiej odpowiedzialności nie zamierzał ponosić. Szczególnie że nie był pewny, czy stary Snarski przeżył. Zabroniliśmy szpitalowi udzielać informacji, wyłączając z zakazu jedynie najbliższą rodzinę. Jeżeliby ofiara nie przeżyła — grozi artykuł 148, o zabójstwo... Mogę panią uspokoić, że rannego mimo podeszłego wieku uratowano. Ale Stecki o tym, że ofiara żyje, wówczas nie wiedział. Nie chciał figurować w sprawie o zabójstwo i podał pospiesznie nazwisko przyjaciela, który mu monetę i pierścionek wręczył jako upominek. Był to naturalnie Targowski i w ten sposób mieliśmy jeden argument — dopiero jeden — w ręku.

Pamiętam jak dziś ten moment, gdy major przesłuchiwał „S.O.S.” Wprowadzają go do pokoju. Wysoki, niebrzydki, o twarzy jeszcze nie zdegenerowanej — charakterniak! Jeden z tych, co to „kopią miskę”, to znaczy ogłaszają strajk głodowy, praktykują samouszkodzenia jako środek szantażu. Kpią z prawa i jego przedstawicieli. Zapamiętałem jedno z pierwszych przesłuchań. Major zadaje mu pytania na okoliczność monety i pierścionka, nic nie mówiąc, jakie informacje wiąże z tymi przedmiotami. Skończył pisać protokół, przekazuje go Targowskiemu do przeczytania i podpisu. „S.O.S.” odsuwa od siebie papier. Nie podpisze!

— Dlaczego nie chcesz podpisać? — pyta major.

— Nie wiem — mówi Targowski.

— A dlaczego nie wiesz? — nalega szef.

— Nie wiem, dlaczego nie wiem — odpowiada spokojnie.

Jest to wyjątkowo bezczelny i niebezpieczny przestępca. Mamy dziś rok 1974 i jeszcze wszystkie rachunki z Targowskim nie zostały wyrównane. O tym jednak później, bowiem to już jest inna historia. Wówczas kiedy grupa „S.O.S.” została aresztowana — sprawa miedzeszyńska trafiła do wydziału dochodzeniowego, a konkretnie do kapitana Pankrosa. W dyskusji: naukowe metody czy szkoła praktyki — kapitan Pankros reprezentuje trzydzieści lat doświadczenia w służbie kryminalnej.