Paryska bagietka

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Paryska bagietka
Paryska bagietka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 39,98  31,98 
Paryska bagietka
Paryska bagietka
Audiobook
Czyta Masza Bogucka
24,99  18,49 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nie wiem, czy to kontrtorpedowiec, wysłany w obronie zbyt ruchliwych langust, pomógł, czy list prezydenta de Gaulle’a, wystosowany do ówczesnego premiera Goularda? Ale jakoś niebezpieczeństwo zostało zażegnane. W każdym razie przy opisie pobytu prezydenta Francji w Brazylii w roku następnym, bo w 64, w menu oficjalnego przyjęcia — langusty nie zauważyłam (menu było ogłoszone w prasie).

Dyplomacja, jak wiadomo, unika spraw drażliwych.

Spór, jak nietrudno się domyślić, był charakteru ekonomicznego. I nie w tym nawet rzecz, a w niesłychanie gorącej atmosferze, wyrażonej jednomyślnymi głosami prasy, normalnie różniącej się diametralnie w ocenach i opiniach. Tutaj nie było różnic. Chodziło o papu.

Jakież to frykasy konsumują Francuzi? Znakomite! Nasza concierge kupowała najtańszą rybę, doradę, i umiała przyrządzać ją na dziewięć sposobów. A jakie cuda można wyczarować ze zwykłych kartofli!

Historyczne zasługi w tym względzie ma niejaki pan Parmentier — nadworny farmaceuta (sic!) na dworze Ludwika XVI. Minęło 130 lat od przywiezienia krzewu kartoflanego przez konkwistadorów do Europy, ale nie chciały się jakoś przyjąć. Karmiono nimi jedynie świnie i więźniów. Parmentier zjawił się pewnego dnia na przyjęciu w pałacu wersalskim z bukietem ziela kartoflanego i miast pąsowych róż ofiarował je Marii Antoninie. Obecnym zaś zaprodukował dwadzieścia dań z kartofli, które wywołały zachwyt królewskich gości. Dziś w każdej współczesnej kuchni sporządza się owe dania przy pomocy niesłychanie ułatwiającego prowadzenie gastronomii domowej — elektrycznego sprzętu pomocniczego. Poza frytkami — daniem „narodowym” — kosztowałam i ja owe nadziewane, wydmuchane, chuchane cuda kartoflane i nawet trudno się dziwić, że ulicę w rodzinnym mieście Parmentiera nazwano jego imieniem. Na cmentarzu zaś Père Lachaise, wokół wspaniałego grobowca królewskiego farmaceuty, zasadzono krzewy kartofli, co roku kwitnące.

Po prostu talenty, i to nie tylko paryskie. Wystarczy pojechać tu i ówdzie: do Owernii, Bretanii, już nie mówiąc o Prowansji, i to nawet nie szosą narodową (główną), ale boczną dróżką. Wszędzie czeka na ciebie zaczarowana restauracja, zaczarowany hotel, zaczarowana kawiarenka. Należy tylko unikać lokali, noszących skromną nazwę „auberge” — karczma. Nazywa się niby skromnie, z chłopska, a drą — nie na polską kieszeń. Jeżeli przed słowem „auberge” napisane będzie „petite” — „mała karczma”, trzeba uciekać. Nacięłam się tylko raz. W miejscowości podparyskiej Montfort l’Amaury. Małe miasteczko, spokojne i urocze, jak większość podobnych we Francji, tyle że położone wśród lasów Rambouillet. Potem dopiero dowiedziałam się, że jest to miejscowość modna, w której wypada ludziom o głośnych nazwiskach posiadać swój „maison de la campagne” — domek weekendowy, często pałacyk lub dworek. A restauracja była obdrapana, skromniutka na zewnątrz, tyle że nazwa „Auberge de la Moutière” mogłaby mnie zaniepokoić. Ale nie byłam wówczas na tyle doświadczona. Kiedy przestąpiliśmy progi „karczmy”, by spożyć skromny posiłek — oniemiałam. Dolce vita! Jakieś kobiety w zwiewnych, wielkich kapeluszach, toaletach co najmniej od Diora, panowie jakby wycięci z żurnala mód. Po prostu zaskakujące, jako że publika paryska — sądząc z ulicy, a nawet teatru czy sali koncertowej — jest raczej w sposobie ubierania się skromna. W jednym z rogów zasiadła Simone Signoret z Yves Montandem i córką pani Simone. Z przeciwnej strony mrugał (nie do mnie) Sacha Distel. Odzyskałam przytomność, zamówiłam kawę. Moje pojawienie się w sportowym stroju w porze obiadu było prawie skandalem, który można było usprawiedliwić jedynie turystycznymi zamiarami.

Powinnam się była jednak spodziewać. Karczma i w dodatku ruiny jedenastowiecznej wieży kościoła na widnokręgu. To się liczy. Na przykład zjedzenie obiadu w restauracji „La Boucherie” musi kosztować odpowiednio drożej, bo niezależnie od befsztyka — z okna konsument ogląda wieżę Notre-Dame. Ta sama „dopłata” za przyjemność spożycia posiłku w restauracji, mieszczącej się na którymś tam piętrze wieży Eiffla. Omijać zaś katedry, wieże, zabytki w mieście, w którym spaceruje się między pomnikami historii, na każdym prawie placu i ulicy — bardzo to trudna sprawa.

Natomiast jeżeli chcecie wiedzieć, gdzie da się zjeść, i to tanio — szukajcie ciężarówek. Tam, gdzie stają punkt o godzinie dwunastej w południe — można wchodzić. Szoferzy, jeżdżący dzień i noc (transport żywności we Francji odbywa się w bardzo znacznym stopniu samochodami), muszą dobrze jeść i znają na pamięć trasę „małej” gastronomii.

Nie zapraszajcie natomiast — jeżeli nawet zdarzy się ku temu okazja — Francuza na kolację wigilijną. Taką naszą, jedzoną o zmierzchu, składającą się z wszelkich ryb, klusek z makiem, pierogów i kompotu ze śliwek suszonych. Nie pojmie! Uroczysty posiłek wigilijny jada się tutaj późną nocą, w restauracji. Obowiązuje indyk (na ogół mało popularny) oraz ciasto o wyglądzie ściętego pnia, sporządzone z masy czekoladowej i kremu. Bardzo pożywne. Obliczono, że w czasie świąt Bożego Narodzenia przeciętny Francuz spożywa dodatkowo piętnaście tysięcy kalorii. Gdyby chciało się tę niepożądaną nadwyżkę w bilansie trawienia wyrównać, należałoby pościć piętnaście dni przed świętami. Jestem przekonana, że większość kobiet stosuje tę dyscyplinę. Są niesłychanie szczupłe od dzieciństwa po starość. Natomiast o naszych kobietach mówią: piękne, tęgie Polki. Może to i prawda.

Tyle o świętach. W normalnym, powszednim dniu jada się trzy razy dziennie. Rano bardzo skromnie: kawa i bulki w kształcie karabinów rozmaitej wielkości i o przeróżnych nazwach, jak to: ficelle, batard, baguette, mutte de pain, parisienne — a w smaku wszystko to jednakowe i ja osobiście wolę kajzerki lub rogaliki warszawskie, już nie mówiąc o naszym pysznym, razowym chlebie. Jest tutaj kilkakrotnie droższy od bułki, najczęściej importowany z Niemiec Zachodnich. Na śniadanie jadają także bułeczki drożdżowe — słynne „croissanty”, ale żeby znowu od rana na słodko... Następny posiłek, to znaczy śniadanie, spożywa się od godziny 12.30 do 2.30. W tym czasie następuje przerwa w nauce szkolnej, w sklepach, bardzo często w pracy biur i urzędów. Od godziny 20 do 22 jada się obiad. Anusia nie bez słuszności zapytała, o której budzi się Francuzów na... kolację.

W ostatnich latach tempo współczesnego życia, konieczność trudnej konkurencji z innymi krajami oraz motoryzacja paryska, utrudniająca bądź co bądź komunikację miejską — stwarzają groźbę nie na żarty dla praw i zwyczajów francuskiej gastronomii. Dwie godziny nie wystarczą na komunikację plus posiłek. Nie ma czasu i tzw. nerwów — po prostu atmosfery na lube sjesty, popijanie winka i drzemkę poobiednią. Midinetki (nazwa od przerwy obiadowej w południe — midi), wesołe ekspedientki paryskie, wpadają jak błyskawice do kawiarni, zadowalając się sandwiczem — kanapką, którą popijają lurą zwaną kawą. Wielkie magazyny, nowoczesne sklepy likwidują przerwę obiednią, przechodzą na pracę permanentną. Lokalizacja budownictwa poza terenem wielkiego Paryża skłania urzędników do korzystania ze stołówki, a zwyżka cen ogranicza publiczność restauracji do kupców i turystów. Wzrost wydajności pracy, który warunkuje pozycję gospodarki francuskiej w czołówce europejskich krajów kapitalistycznych, nerwowe, pośpieszne tempo dnia, kłócą się ze znakomitą, ale bardzo pracochłonną, wymagającą uwagi i finezji obyczajowością francuskiej gastronomii.

Znaleźli się i tacy lekarze, którzy atakują jej tradycyjne fortece z pozycji higieny. Nie podoba im się układ posiłków: poranny nader jest skromny, a przecież oczekujący dzień pracy lub nauki wymaga zużytkowania wielkiej energii. Wieczorny zaś, najobfitszy, z jego zupą, serami, deserem, niepotrzebnie obciąża organizm bezpośrednio przed spoczynkiem. Ponoć także wino, ulubiony trunek Colasa Breugnona i czterdziestu milionów Francuzów (dzieci nie liczę), popijane w biały dzień nie sprzyja niezbędnej uwadze, która musi towarzyszyć — powiedzmy dla przykładu — obsłudze automatycznej, nowoczesnej maszynerii. To już nie „żyć, aby jeść”, ale „jak jeść, żeby racjonalnie pracować”. Nieszczęsny Dumas! Gdyby przewidział, na jakie trudności narażone zostaną jego raki „à la d’Artagnan”!

A jeszcze na horyzoncie zarysowuje się, jako szczytowe osiągnięcie chemii, pigułka, która zlikwiduje wszelkie problemy gastronomiczne do zastępczej i umownej funkcji: pigułka raz, w razie apetytu — po kilka razy. Na szczęście dla Francji i jej perły w koronie — gastronomii — odległa to perspektywa. Tymczasem „cordon bleu” święci wciąż swoje triumfy.

Każdy zresztą, jak wiadomo, ma swój punkt widzenia i widnokrąg obserwacji, także odnośnie do francuskiej kuchni. Spotkałam młodą Angielkę, która krytykowała tutejszą gastronomię z zapałem, odpowiadającym jej wiekowi i w miarę znajomości francuskiego języka, z którym zapoznawała się właśnie w Paryżu. Denerwowały ją te francuskie fanaberie. — Nazywa się to siedem dań — mówiła — ale jak oni liczą: jarzyna — jedno danie, sałata — drugie, kartofle — trzecie. Można by to podać na jednym talerzu, najwyżej dwóch. Za kogo oni się mają?

Była to uczennica Alliance Française — uczelni, w której młodzież z całego świata uczy się języka francuskiego. Tak jak i inne dziewczęta zarobkowała w rodzinie paryskiej jako pomoc domowa. W jej sytuacji obyczaje francuskiej kuchni przysparzały dodatkowo kilkanaście talerzy do zmywania. A więc krytyka jak najbardziej usprawiedliwiona.

Co zaś do Alliance Française — szkoły, a raczej wielkiej instytucji, mającej filie na całym prawie świecie — i ja stałam się jej uczennicą. Znakomita kuracja odmładzająca. O niej w następnym rozdziale.

ROZDZIAŁ IV

Dzielnica nad dzielnicami... IOI boulevard Raspail... Parlez-vous français?... Problemy demograficznego wyżu... Dobre serce Kasi...

Od strony mostu de la Concorde ruch samochodowy wpada szeroką arterią bulwaru Saint-Germain wprost w serce Dzielnicy Łacińskiej. Pierwszy przystanek przy pętli na wysokość rue du Bac. Stąd rozchodzą się drogi. Główna — prowadzi przez długi bulwar Saint-Germain do sąsiedniego Saint-Michel, zwanego w języku codziennym „Bul-Michem”. Zaraz poznamy się z Parkiem Luksemburskim, spotkamy znaną z pocztówek i filmów kopułę Panteonu. Na zapleczu trwają stare, obdrapane budynki Sorbony. Nie wiem, czy zmieniły się bardzo od czasów, kiedy to Robert de Sorbon zainaugurował tu siedemset lat temu pierwsze kolegium scholastyczno-teologiczne w Paryżu.

 

Dzielnica nad dzielnicami. I niemało pieśni nad pieśniami wielbiło i wciąż wyśpiewuje jej uroki. I ja wraz z nimi. Jeżeli lubi się historię, i tę także, która rejestruje świetne karty literatury i sztuki — tutaj, jak nigdzie, można konfrontować jej najwspanialsze wątki, anegdoty, przypowieści, związane z wąską uliczką, starym kościołem, małą ułomną kamienicą — czasem jednym jej piętrem, oknem...

Na małej uliczce Visconti, która prowadzi od ulicy Jacob, przy której zamieszkiwał opat kościoła Saint-Germain-des-Prés — król Jan Kazimierz — mieści się stara drukarnia, której właściciel — pan Honoré de Balzac podjął próbę tanich wydań klasyków, na której zbankrutował. Przez lata potem spłacał długi, pozostałe po tej imprezie handlowej, dochodami ze swojej pracy literackiej. W innej drukarni Murat wydawał „L’Ami du peuple”. Wystarczy przejść może z dziesięć kroków, by na uroczym placyku zajrzeć do okien pracowni Delacroix. Jeszcze trochę fatygi, nie za wiele, a wstąpimy w chłodne, mroczne podcienia kościoła Saint-Sulpice, w którym ślub brał Camille Desmoulins ze swoją Lucille, wspaniałą żoną-kochanką, która na wiadomość o oczekującej ją gilotynie wypowiedziała słowa, jakich uczą się dzieci w podręcznikach szkolnych: „O, jakaż radość! Za kilka godzin zobaczę swojego Camille’a!”

Dzielnica nad dzielnicami. Tuż obok drukarni pana Balzaka, na ulicy Bonapartego, w kawiarence o tej samej nazwie — młodzież rozmaitych narodowości i ras pije swoje anyżkowe aperitify (paskudztwo)! czy po prostu pożywną czekoladę, wyklaskując rytm piosenki, zagranej przez posłuszny automat po wrzuceniu jednych pięćdziesięciu starych franków. „Têtes de bois” (należy chyba tłumaczyć: „uparte głowy”) ubrani w czarne swetry, obcisłe spodnie, koszule nie zawsze śnieżnej białości. Fryzury krótkie a oryginalne — trudno odróżnić płeć. To studenci Sorbony lub pobliskiej Ecole des Beaux-Arts, ponoć najwspanialszej na świecie Akademii Sztuk Pięknych. Z okna sympatycznej kawiarenki oglądają stary portyk kościoła Saint-Germaindes-Prés i mały ogródek, w którym przesiadywał Apollinaire, przechadzał się Danton. Okna z przeciwległej strony pozwalają obserwować ożywiony ruch wokół kawiarni „Deux Magots”, gdzie zasiadali, a jeszcze teraz zjawia ją się ludzie, których nazwisk uczą się studenci na wykładach pobliskiej Sorbony. Młodzi Francuzi, obcujący za pan brat z pomnikami świetnej przeszłości swego miasta, studencicudzoziemcy, którzy tu przybywają, przyciągnięci legendą Paryża — wpasowują się w historyczne ramy Dzielnicy Łacińskiej bez przymiarki, tak jakby nie mogło być inaczej. Stare splata się z nowym na pomoście poszanowania, a przede wszystkim znajomości dorobku kultury lat minionych i tego niepowtarzalnego nastroju, stwarzanego przez zagęszczenie księgarń, wydawnictw, uczelni, atmosferę intelektualną, powietrze łacińskiego quartier. Dodają mu blasku „hotele” na jego przedmieściu Faubourg-Saint-Germain. Piszę słowo „hotele” w cudzysłowie, ponieważ nazwa nie odpowiada treści, wyglądowi wspaniałych rezydencji, pałacyków, wśród nich „hotelu” pani Pompadour (dziś ambasada szwajcarska), księcia Talleyranda Périgord, gdzie dzisiaj mieści się ambasada polska i innych, w których zagospodarowały się urzędy, ministerstwa, przedstawicielstwa obcych państw. Stare rezydencje-pałace nie zadowoliły się rolą muzeów. Służą dzisiejszym potrzebom stolicy państwa. Atrybuty powszedniego dnia pracy urzędu: stuk maszyn do pisania, sygnały telefonów, klienci i urzędnicy, którzy wypełniają powszednim życiem historyczne korytarze, pałacowe sale, wyzwalając zabytkowe budynki z ich martwoty muzealnej, zachowując czy nawet podkreślając ich uroki. Tym większe, że znajdujemy się w bezpośrednim sąsiedztwie studenckiego quartier.

To wszystko, i architektura, i urbanistyka, i życiowa przestrzeń mieszkalna, na potrzeby młodzieży studenckiej jest już za ciasne, trzeszczy w szwach. I bardziej chyba jeszcze pęka, rozlatuje się ta część systemu nauczania wyższego, która nie pasuje do wymagań obecnej burzliwej epoki nowych dyscyplin naukowych i gwałtownej potrzeby zmiany metod nauczania dyscyplin starych. Ciasnocie lokalowej władze starają się zaradzić przez budowę całych zespołów mieszkalno-naukowych na peryferiach. Głównie na przedmieściu Nanterre, gdzie w kilka lat po naszym wyjeździe — miał się rozpocząć piekielny taniec buntu młodzieży.

Właśnie o miedzę od ulicy-rezydencji przy Saint-Dominique znajduje się nasza pętla wyjściowa, z której rozchodzą się dwie drogi. Jeśli nie skręcimy na Saint-Germain, a nieco na prawo — trafimy na wielką arterię boulevard Raspail. Pod nr IOI tegoż bulwaru schował się w głębi małego podwórka szary, niepozorny budynek. To Alliance Française — szkoła, uczelnia, instytucja, powołana do krzewienia języka francuskiego.

Wcale wdzięczne zadanie. Może dla szkoły, ale nie dla mnie. Nie, żebym lekceważyła, nie przykładała wagi. Wstyd przyznać. Po prostu nie szło. Nie szło fatalnie. Nawet perspektywa wyjścia na ruchliwą ulicę jakoś mnie nie cieszyła. Przechodnie mówili zbyt płynnie po francusku.

Nie mogę powiedzieć, ażebym nie podjęła tzw. kroków. Płyty, rozmówki polsko-francuskie, zastosowałam nawet metodę Broniarka, dziennikarza-poligloty. Zygmunt radził, żeby wszędzie: na ulicy, przed spaniem i w instytucjach użyteczności publicznej i prywatnej, np. w łazience, mówić samemu ze sobą po francusku. Pytać siebie i sobie odpowiadać. Przeprowadziłam próbę dialogu. Bardzo to było interesujące dla obu stron, ale wyłącznie w polskiej edycji. Nie można się było inaczej dogadać.

A jeszcze te zasadzki dla cudzoziemców! Pisze się „décoiffer” („zdjęcie kapelusza”), a mówi „dekuafe”.

„Louche” („podejrzany”) wymawia się „lusz”. „Prononciation” — „pronąsiasią”, to znaczy, że mówi się inaczej, a pisze się co innego. Jeszcze jedna złośliwość Gallów. I właściwie komu to potrzebne? Ci Niemcy, prawda, że mają na sumieniu nawet za wiele, ale mówią normalnie, prawie tak, jak napisane. Jest także taki naród we Francji, na jej południu, którego mieszkańcy wymawiają końcówki. Bardzo mi to odpowiada, ale paryżanie wyśmiewają południowców i mówią, że to nieprawidłowo. Trzeba wykuć na pamięć tysiące reguł. Od tych reguł są jeszcze wyjątki i również trzeba je wykuć na pamięć. A te, które reguły potwierdzają? W dodatku sprawa obcego akcentu. Powinieneś go stracić. Niemożliwe! Znam cudzoziemców, którzy mówią bezbłędnie po francusku, nawet pięknie, ale każdy rodowity paryżanin zauważy z przekąsem: — Il parle avec accent. — Ale znowu sytuacja niemego? Na ulicy, w taksówce, na przyjęciach, w których należy i trzeba uczestniczyć, bez umiejętności posługiwania się tutejszym językiem można się tylko uśmiechać i liczyć na intuicję, że rozmówca nie mówi w tym akurat momencie o chorobie żony czy katastrofie samolotu.

A poza tym pokusa czytania Prousta po francusku...

Stacja metra nazywa się Notre-Dame-des-Champs. Kolejka podziemna co dwie godziny (dokładnie co godzinę i czterdzieści pięć minut — tyle trwa nauka) wyrzuca na powierzchnię tłumy młodzieży — uczniów Alliance Française. Przebywałam codziennie tę drogę i ja. Najpierw jednak trzeba się było do tej szkoły zapisać.

Jakoś przebrnęłam przez podwórze, zatłoczone wychodzącymi z kursu i nową zmianą. Na zbiegających ze schodów wyczekują koledzy — widać starzy bywalcy. Pokrzykują po francusku (ze wszystkich stron ostrzegające napisy o konieczności mówienia wyłącznie tym językiem). Są swobodni, przynoszą na podwórko kawę z bufetu, wiedzą, ile i jak zapłacić. Ułożyli sobie jakoś życie w tym wielkim mieście. A ja? Sama trudność związana z zapisaniem się — w momencie znalezienia się w hallu uczelni — wydaje mi się nie do pokonania.

Przed trzema okienkami ustawiają się w kolejce nowi przybysze i tak jest niezmiennie od lat. To już nie szkoła. To fabryka na półautomatycznych obrotach. Kursów jest pięć, każdy po kilka miesięcy. Po najwyższym stopniu wtajemniczenia otrzymuje się dyplom, upoważniający do nauczania języka francuskiego we własnym kraju. Wiem z góry: to nie mnie będą go wręczać!

Tymczasem trzeba zacząć od początku: „Ala ma kota”. Na szczęście oczekujący w kolejce znajdują się mniej więcej na tym samym szczeblu rozwoju co i ja. To znaczy — żadnym. Nie umieją odpowiedzieć na pytanie urzędnika, wypełnić ankiety. Nikt nie zamierza im tego zadania ułatwić. Radź sobie, jak umiesz! Alliance to zakład przyjmujący surowiec, przetwarzający go w pół- lub całkowicie gotowy fabrykat. Metoda jest naukowa, wypróbowana, a na pomoc, sentymenty nie ma co liczyć. Nikt nie budzi tu litości, nie wzrusza. Może wielką urodą. Jest to jedyna szansa zwrócenia na siebie uwagi, ale chyba pięknością wyjątkową, bowiem przewijają się po korytarzach Alliance setki ładnych dziewcząt i chłopców. Więcej tu zapewne znajdzie się urodziwych aniżeli w ich rodzimych krajach. Po prostu sprawa odwagi, która ośmiela młodych do wyruszenia w obcy świat. Zdolności, upór, siła fizyczna i uroda. Ten ostatni przywilej natury ma na pewno w Paryżu swoją wagę — na terenie Alliance jednak najmniejszą. W Alliance Française wykładają z reguły starsze, niesłychanie zrutynizowane nauczycielki, na wdzięki ładnych dziewcząt mało wrażliwe.

A w ogóle na sentymenty w stosunku do cudzoziemców w Paryżu nie należy liczyć. W okienku wydadzą ci legitymację, zainkasują miesięczną opłatę, dosyć wysoką jak na studencką kieszeń. Na karcie wypiszą numer sali i godzinę wykładów. Język cyfr jest międzynarodowy. A teraz, bracie, pływaj!

Pływałam, jak mogłam, ale na ogół stylem „pieskim”.

System nauki jest trudny, dla nowicjusza szokujący, choć zapewne wypróbowany, jako że trzydzieści tysięcy cudzoziemców mówiących, a co ważniejsze — znających gruntownie francuski język, co roku opuszcza tę uczelnię. Nauczyciel od pierwszej lekcji mówi wyłącznie po francusku. Mówi dużo i prędko, jak zresztą wszyscy we Francji. Uczniowie nic nie rozumieją, co nauczyciela bynajmniej nie peszy. Mnie zaś bardzo. Nie mogę sobie nawet wyobrazić, że z tego zalewu słów cokolwiek potrafię w przyszłości wyłowić. Niemniej jednak słucham uważnie. Tak jak inni. Nie znamy się, jednakowo niemi, próbujący w tej „ciuciubabce” coś zgadywać, coś uchwycić. Ileż z tej racji zdarzyło się nieporozumień, przezabawnych sytuacji! I mnie także.

W każdy czwartek dzieci mają wolny dzień od nauki. Co z nimi począć? Zabrałam do Alliance, przykazałam pobawić się w pobliskim Parku Luksemburskim i zjawić się z powrotem dokładnie za godzinę czterdzieści pięć minut. Tyle trwa kurs. Poszły, trzymając się za ręce.

Ledwo rozległ się dzwonek, wyskoczyłam z klasy, przebiłam się ukosem przez stłoczony na wszystkich kolejnych piętrach „wyż demograficzny” i wybiegłam na podwórko, próbując rozpoznać wśród tłumu moje dwa krasnoludki. Nie dostrzegłam ich w tym zagęszczeniu i pokrzykach, natomiast jakiś starszy i wcale przystojny mężczyzna przyglądał mi się z wyraźnym zainteresowaniem. Spojrzałam i ja życzliwie, ale nadal rozglądałam się za dziećmi. Wpatrzony był we mnie, jakby podzielał mój niepokój. Zwróciłam się do niego wprost:

— Enfants? — Może je dostrzegł.

Odetchnął jakoś i poweselał:

— Oui, les enfants!

Wypatruję, pewno tkwią gdzieś pod bramą, żeby się nie pchać, bo ciasno. Ale nie — nie ma ich! Gdzie on je widział? Patrzę na niego. Stanął obok mnie, nie rusza się z miejsca. A może pomylił moje dziewczynki z innymi dziećmi?

— Deux — pytam pokazując dla wszelkiej pewności dwa palce, bo z tą „prononciation” wciąż krucho.

— Deux, exactement, deux! — odkrzyknął ochoczo.

Już mnie to zgniewało. Albo sobie żarty stroi, albo może z policji. Dziewczynki się przestraszyły, a może zgubiły drogę? Wskazuję kierunek na Park Luksemburski:

— Jardin, aller, retour — co miało oznaczać: „poszły i mają wracać z ogrodu”.

Zrozumiał bestia! Inteligentny naród.

— Oui, et les promenades au Luxembourg!

Nawet próbował wziąć mnie pod rękę, wskazywał samochód zaparkowany tuż pod bramą Alliance.

W tej chwili moje dziewczynki wbiegły na teren szkoły. Pozostawiłam domniemanego adoratora czy „flicka” i wybiegłam im naprzeciw. Dopiero w bramie się obejrzałam. Posmutniał, próbował rozmowy z moją sąsiadką z Madagaskaru. Po prostu lowelas!

 

Scenę rozszyfrowałam dopiero po kilku dniach, kiedy z chaosu pośpiesznej znajomości zaczął mi się jaśniej rysować obraz życia społeczności, związanej z IOI numerem na boulevard Raspail. Jegomość natrętny a podejrzany był to po prostu ojciec dwojga dzieci, szukający dla nich płatnej opiekunki. Bardzo trudno o pomoc domową, czyli tzw. służącą, w Paryżu. I trzeba sporo zapłacić. Zdawało się biedakowi, że trafił. Budzę widać zaufanie i wolał nie taką znowu dzierlatkę. Żona będzie zadowolona, a w Luksemburgu można się uczyć i dzieci dopilnować...

Codziennie wyczekują przed gmachem Alliance Française łowcy taniej siły roboczej. W hallu uczelni funkcjonuje rodzaj biura pośrednictwa pracy. Setki małych, zielonych karteczek wywieszonych na tablicach, a na nich propozycje i oferty, kupno-sprzedaż i wymienione warunki. Oferty proponują na ogół: pokój, utrzymanie i bardzo niskie uposażenie. Dziewczyna, która przyjechała do Francji, by uczyć się języka, będzie może za kilka czy kilkanaście lat znakomitym inżynierem, lekarzem, a najpewniej zręczną stewardesą lub sekretarką. Ale kwalifikacji do pracy w kuchni na ogół nie posiada. Płaci się we Francji jedynie i tylko za profesjonalizm.

Prawdę mówiąc, interes jest obopólny i w jakimś sensie uczciwy. Młodej dziewczynie, którą przyjmuje rodzina do pracy, przysługuje nienaruszalne prawo zwalniania się na czas nauki. Rodzina francuska zobowiązana jest do opieki i ubezpieczenia w razie choroby czy wypadku. W pewnym stopniu przypomina się średniowieczny zwyczaj oddawania młodych „na terminowanie”. Nie byłoby o czym pisać, gdyby nie masowość tego zjawiska i to zresztą w skali międzynarodowej. „Terminowanie” ogranicza się do dwóch światowych języków: angielskiego i francuskiego. Wszystkie rekordy upowszechniania bije ten pierwszy. Francuski przystąpił w ostatnich latach do energicznej ofensywy.

Sensacyjnym małżeństwem karmiła się prasa światowa przez jeden tydzień, udzielając z kolei miejsca perypetiom miłosnym niespokojnej pani Callas czy nowej namiętności Brigitte Bardot.

Steven Rockefeller ożenił się z osiemnastoletnią pokojówką swojej mamy. Rodzice multimilionera jadą do rodziny pokojówki w odwiedziny. Nic im nie przeszkadza zawód przyszłej synowej. Hura, demokracja amerykańska!

Anna Maria rzeczywiście prześliczna, tyle że nie jest pokojówką, a córką — zamożnych zresztą — Norwegów. W celu nauczenia się języka angielskiego wyjechała do Ameryki. Po południu uczęszcza zapewne do tamtejszego, amerykańskiego Alliance. I rokrocznie, śladem młodej Norweżki, wyjeżdżają setki tysięcy młodych chłopców i dziewcząt w kierunku Paryża, Nowego Jorku, Londynu. Jadą za pożyczone lub uzbierane pieniądze, czasem — własnym samochodem, często autostopem. Jeśli za morze, zarabiają na przejazd; mężczyźni jako chłopcy okrętowi. Muszą dobrze pokręcić głową, wytężyć muskuły, by dobić do portu dobrej nadziei. Nowocześni „konkwistadorzy” zdobywania wiedzy, znajomości świata, obcego języka.

Do słynnej, prawie osiemdziesiąt lat liczącej, paryskiej placówki Alliance Française przyjeżdża co miesiąc sześć tysięcy młodzieży. Narodowość najczęściej powtarzająca się to Amerykanie i Niemcy. Ponadto dziewięćdziesiąt sześć narodów, reprezentowanych w mniejszych czy większych grupach. Nawet nie wiedziałam, że tylu nas.

Niemcy czują się w swojej przewadze liczebnej najlepiej. Nie tylko liczebnej. Mają przekonanie o znaczeniu swojego kraju, świadomość gospodarczych sukcesów, zdolności do pracy, znakomitej jej organizacji. W Niemczech nie do pomyślenia byłoby techniczne ubóstwo, na jakie cierpi paryski Alliance. Brud tu panujący, sale klasowe małe, niechlujne (trzeba nieraz i postać na lekcji), brak odpowiednich urządzeń — wywołują sprzeciw wobec widocznego na każdym kroku bogactwa tego starego kraju. Ale to już inny problem, wybiegający poza sprawy języka i jego nauczania oraz poza ramy moich osobistych i marginesowych uwag na temat spotkań paryskich. To sprawa polityki, kosztownych ambicji, których zasięg i rodzaj, jak np. posiadanie broni atomowej, nowocześnie wyposażonej armii itd., pochłaniają wielkie środki.

Nie stać dzisiejszej Francji na inwestycje socjalne, szpitalnictwo, budowę szkół, dofinansowanie Alliance Française (cała instytucja rozwija się dzięki składkom publicznym.

Hilda, moja sąsiadka, oraz jej rodaczki wyrażają publicznie swoje zdanie o „porządkach francuskich”. Nie znajduję w sposobie bycia, wyrażania się tych młodych dziewcząt niemieckich żadnego zażenowania z powodu roli, jaką spełniali ich ojcowie na tej ziemi, w tym mieście, stosunkowo przecież — jak na historię — niedawno. Słuchają obojętnie informacji nauczycielki, przypominającej o niedawnych faktach: o skazaniu uczelni przez hitlerowców na likwidację, o tułaczce jej wykładowców przez Londyn, później Algier, by od razu po zakończeniu działań wojennych wrócić na bulwar paryski. Sprawa nie dotyczy Hildy. Koleżanka z innego pokolenia, które wydaje się całkowicie bezkompleksowe. Jego szczęście!

Towarzyszki Hildy skarżą się, że doznają od czasu do czasu objawów dyskryminacji i że zdarza im się to tylko we Francji. Mimo że dziewczęta niemieckie mają największe przygotowanie do prac domowych (znana dewiza: trzy razy „K” — Küche, Kirche, Kinder!), istnieją rodziny paryskie, które nie przyjmują ich do pracy lub dają im odczuć swój krytyczny stosunek do „odwiecznej” przyjaźni francusko-niemieckiej.

Moja sąsiadka, słuchając tego rodzaju wynurzeń swoich współrodaczek, wzrusza ramionami: — Ramole! — Uwaga — rzecz jasna — dotyczy Francuzów.

Hilda jest ładna, jasna blondynka, szczupła. Wybijmy sobie z głowy obraz grubej Niemki w dobie powszechnego ye-ye-izmu. Paryż — to trzecie miejsce jej wędrówki. Zna angielski, hiszpański, teraz uczy się francuskiego. Jednocześnie wieczorami, często nocą, przerabia zaoczny kurs stenografii, korespondencji. Pięć lat praktycznej nauki zapewni jej — gdy zechce — znakomitą posadę w jakiejkolwiek stolicy. — Na pewno nie w Paryżu! — zapewnia mnie. Nikt nie chce skazywać się dobrowolnie na obywatelstwo drugiego rzędu. A nie ma innego w Paryżu dla cudzoziemców i — Boże drogi! — Chagalle’a. No, ale nie każdy może być Picassem.

„Moja” Hilda w czasie swoich wędrówek doświadczyła wiele złego i może mniej dobrego na obczyźnie. Znakomita wprawka wstępna do dorosłego życia. Współczesny świat przygód, Robinson Cruzoe na ludnej Wyspie Św. Ludwika! Opowiadania dziewcząt dostarczają czasami gotowych wątków do scenariuszy filmowych, nie wszystkich — być może — cenzuralnych. Istnieją ojcowie rodzin, którzy nie czynią różnic rasowych i narodowościowych w odniesieniu do młodych i pięknych dziewcząt. Choć trzeba powiedzieć, że tego rodzaju awantaże są nieczęste, a współczesna dziewczyna to nie jakaś oferma z dramatu domowego pani Dulskiej. Dziewczęta wiedzą, czego chcą, i na ogół nie dają się nabierać, a skomplikowane sytuacje bawią je raczej, niż deprymują. Radzą sobie wręcz znakomicie.

Młoda, siedemnastoletnia Włoszka o profilu szekspirowskiej Julii wybrała sobie w Paryżu dosyć dziwaczną posadę, zapewniającą jej możliwość nauki. Jako że najtrudniej tu o mieszkanie, znalazła locum na statku, właściwie na luksusowym jachcie, przycumowanym na okres zimy do nabrzeża Sekwany. W zamian za pomieszczenie i niewielką pensję obowiązana była sprzątać statek aż do sezonu wiosennego. Sekwana oswojona, przyjazna ludziom — zimą jest opustoszała. Wody czarne, groźne, statki spacerowe „Bateaux-Mouches” posnęły snem zimowym, spacerowicze czekają cieplejszych dni. Wyobrażałam sobie samotną dziewczynę z rzymskiego przedmieścia, wchodzącą na pomost statku straszącego samotnością. A ona twierdziła, że znakomicie jej się w tej ciszy wbijają w głowę wyjątki z trzeciej grupy czasowników (trudne i dużo ich).

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?