Bez skrupułówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Bez skrupułów
Bez skrupułów
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 44,98  35,98 
Bez skrupułów
Audio
Bez skrupułów
Audiobook
Czyta Agnieszka Bomba
29,99  22,19 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Niestety, wbrew regułom kryminalnej gry, decyzji o zatrzymaniu Bielaja nie udało się zachować w tajemnicy. Dobrze poinformowany zna jomy ostrzegł go, że jest przedmiotem zainteresowań milicji. Dodał, że z pewnością zaszło nieporozumienie. Bielaj machnął lekceważąco ręką: — Kim oni się tam nie interesują!… Udawał spokój. Nie przypuszczał, że sprawa płocka i konińska dzięki ekspertyzie czytających pismo została połączona wspólnym mianownikiem. Ale kilka dni później inny, także miarodajny znajomy, wspomniał, że pewien porucznik zbiera i porównuje dowody w bardzo ważnej sprawie. Jeżeli sprawdzą się jego podejrzenia, w Koninie wybuchnie bomba! Nazwiska podejrzanego wprawdzie nie wymienił, ale Bielaj wiedział, że chodzi o niego. Zdał sobie sprawę, że znalazł się w matni. Nie byłby sobą, gdyby zrezygnował z prób wymanewrowania siebie i rodziny. Zawsze się przecież udawało. Przede wszystkim należało zniszczyć maszynę do pisania. I uczynił to. Teraz czekał, jakie kroki podejmie przeciwnik…

Znamienny jest dialog w dalszym ciągu śledztwa, gdy prokurator pyta go o źródła informacji odnośnie do jego osoby:

— Skąd i od kogo podejrzany dowiedział się, że będzie zatrzymany?

— Jeżeli moje poprzednie wyjaśnienie (p.m. że nie ma zamiaru ujawniać osób, które go z życzliwości informowały) nie jest wystarczające, nie mam nic do dodania.

— Z jakich powodów podejrzany odmawia ujawnienia źródeł informacji?

— Uczono mnie, jak również doświadczyłem tego we własnym życiu, że ważne jest to, co jest powiedziane, a nie kto powiedział...

Pewny siebie, arogancki, twardy. Poznamy go bliżej w dalszym ciągu historii ludzkiego życia, którą prasa nazwała „Sprawą Bielaja”…

Jedno z pierwszych pytań, jakie zadają podejrzanemu o szantażowanie sześciu osób oraz uprowadzenie i zabójstwo jednej z nich, dotyczy marki maszyny, na której pisał listy anonimowe. Gdzie się podziała?

Bielaj dziwi się pytaniu. Nigdy nie miał przyjemności korzystania ze znakomitego sprzętu marki Mercedes. Posługiwał się olimpią, ale sprzedał ją kilka lat temu. Żona Krystyna potwierdza zeznanie męża. Popełnia pewien błąd, potknięcie — nie pierwsze i nie ostatnie. Pisze list do córki Elżbiety, nakazując, by ta w razie pytań nie wspominała o mercedesie. Ma prawo nie pamiętać marki maszyny ojca, szczególnie że sprzedał ją wiele lat temu.

Prawda o maszynie nie dała się jednak ukryć. W środowisku małego miasta niełatwo coś zataić przed oczyma bliźnich. Nie było tajemnicą, u kogo Bielaj reperował swoją maszynę. Pan Ligocki, miejscowy mechanik, zaklinał się z początku, że nie pamięta jej marki. Kiedy jednak uświadomiono mu, o co idzie gra, przypomniał sobie szczegóły świadczonych usług. Owszem, w sierpniu 1970 roku Bielaj przyniósł mu swojego mercedesa do oczyszczenia. Stary klamot, któremu jeszcze w 1956 roku dorabiał litery „ż” i „ź”. Bezcenna informacja. Wszystkie maszynopisy, podania, zestawienia statystyczne (dla urzędu finansowego), artykuły pisane na maszynie przez Bielaja mają zdeformowane, odróżniające się od reszty czcionki. Zwłaszcza litery „ż”, „ź” i ,,e”. Bielajowie „sypią się” jak aktorzy, którzy pośpiesznie wyuczyli się roli. Najstarsza córka, Elżbieta, przyciśnięta do muru konsekwentnym pytaniem inspektora, zmienia zeznania. Przyznaje, że jesienią 1970 roku widziała u ojca maszynę marki Mercedes. Tak jest! Świadomie okłamała milicję. Matka prosiła ją o ukrycie prawdy. Bardzo ją kocha, zawsze była posłuszną córką.

Jeżeli przyjąć maszynę jako test, który wskazuje, kto w rodzinie Bielajów wprowadzony był w plany ojca, wydaje się, że córki nie znały całej prawdy. Dwie młodsze, Alina i Renata, przyznały z miejsca, że widziały mercedesa, owszem, jeszcze w czasie wakacji roku 1970. Elżbieta przyznaje się do kłamstwa dwa tygodnie po aresztowaniu ojca. Żona Bielaja nadal twierdzi, że żadnej maszyny w domu nie było, a mąż jej niczego przed nią nie ukrywał. Jej zastępczyni w miejscu pracy, zaskoczona wizytą wywiadowcy, od razu przyznaje, że szefowa skarżyła się na kłopoty ze starym mercedesem.

— A jaka była ta szefowa? Czy często opuszczała księgarnię, z kim?

— Bielajowa sama prowadziła książkę obecności. A wychodziła często o godz. 12. Mówiła, że do ojca, który chorował. A nadto odbierała sobie godziny za to i za tamto. Wszyscy chyba wiedzą, że rejestr obecności to lipa i nie wiadomo po co prowadzi się taką książkę w księgarni. Trzy osoby na kupę. Zawsze się jakoś będą kryły…

Osobiście nie wierzy, żeby Bielajowa zamieszana była w aferę, a jeszcze w zabójstwo. To chyba niemożliwe!…

A jak w tym czasie zachowuje się sam Bielaj?

Z początku kreuje — jest wcale niezłym aktorem — wersję pt. nieporozumienie. Nie wie, o co chodzi. I nie zamierza „pęknąć”. Wobec niepomyślnych, bo sprzecznych zeznań dotyczących maszyny do pisania, przyznaje się do autorstwa listów konińskich.

Następuje konfrontacja. Pięciu obywateli Konina, z którymi utrzymywał stosunki osobiste, okazjonalne, staje naprzeciw aresztowanego. Bielaj zachowuje się spokojnie, jest pewny siebie. Jakby nic się nie stało. Jutro, pojutrze spotkają się znowu na ulicy, może przy herbatce… To oni się czują speszeni. Wpakować takiego człowieka za mur. O co? O dwadzieścia tysięcy złotych?…

A jednak konsekwencja dochodzenia jest nieubłagana. Przyznawszy się do wysłania pięciu listów, będzie musiał brnąć dalej.

Następna konfrontacja. Spotkanie z doktorem Kazimierzem Kamińskim za pośrednictwem fenickiego lustra. Trik techniki kryminalistycznej: dwa pokoje, w jednym zgromadzono kilku mężczyzn, wśród nich podejrzanego, w drugim pozostał mąż uprowadzonej. Wywiadowca odsuwa kotarę kryjącą lustro. Doktor ogląda w pełnym świetle wnętrze sąsiedniego pokoju. Jego nikt nie widzi. Pytają go, czy poznaje w grupie mężczyzn człowieka, który zapukał w dniu 5 czerwca ub. roku do jego poczekalni? Wskazał go bez namysłu, ale chciał usłyszeć jego głos. Jako gorliwy, praktykujący katolik nie chciałby mieć cudzego życia na sumieniu. Wprowadzają trzech mężczyzn, każdy powtarza po dwa razy tę samą frazę. Po zdaniu wypowiedzianym przez Bielaja dr Kamiński wykrzyknął: — To ten!

Bielaj nie traci rezonu. Śmieje się Kamińskiemu w oczy. Zwraca się do inspektora:

— Panie! Pierwszy raz widzę tego człowieka. Staremu człowiekowi wszystko się myli…

Kilka lat później, po zakończeniu rozprawy sądowej, milicjant wyprowadzający go z sali zapyta, czy nie żal mu było tego lekarza? Wzrusza ramionami i odpowiada ze spokojem, że starzy ludzie są niepotrzebni, muszą odejść wcześniej czy później. Pieniądze powinni posiadać młodzi, którzy potrafią je wykorzystać. I pogląd ten wypowiedziany szczerze charakteryzuje jego sposób myślenia.

Wróćmy do początku śledztwa: są to pierwsze tygodnie spędzone w areszcie; Bielaj, mimo niepomyślnej sytuacji, próbuje wypłynąć z okrążenia. Ale ma pecha. Jego kolejne alibi nie znajdują potwierdzenia.

Twierdzi, że 17 czerwca 1970 (dzień wyznaczony na wymianę lekarki za okup) mógł być na trasie, bo przebywał w Pleszewie, by złożyć podanie w sądzie powiatowym. Posiadał odpis tego podania, ale ekspert stwierdził, że data została wpisana ręcznie i znacznie później, a w Pleszewie nikt Bielaja jakoś nie zapamiętał.

Mnożą się wątpliwości. Podpułkownik Henryk Czmoch z Komendy Głównej „słucha” codziennie Bielaja. Rosną protokóły, mnożą się sprzeczności. Jeśli uzbiera się tego więcej spróbują nacisnąć oskarżonego. Nie będzie to łatwe. Podejrzany jest nie lada przeciwnikiem. I pytanie w rodzaju: czy miał trudności materialne, zbywa drwiną. Rozumie, do czego oficer śledczy zdąża: był w długach, musiał zdobyć pieniądze… To nie z nim takie sztuczki!

Dochodzeniowcy próbują podejść go z rozmaitych stron. Przesłuchujący stawia pytanie (przytaczam protokół):

— Czy córki podejrzanego mają skłonność do mówienia nieprawdy?

Tym razem dał się zaskoczyć. Odpowiada: — „Na zadane mi pytanie wyjaśniam, że żadna z córek nie posiada skłonności do mówienia nieprawdy. Starałem się na córki wpływać wychowawczo, pouczałem je, by mówiły prawdę, i one realizowały moje zalecenie”.

Zapoznano więc podejrzanego z treścią zeznań jego córki Aliny, złożonych do protokołu w dniu 3 marca 1971: — „Od czasu jak tylko pamiętam, w domu znajduje się maszyna do pisania starego typu koloru czarnego, marki Mercedes. Pamiętam, że ostatnio pisałam na tej maszynie podczas wakacji 1970”. Czy potrafi wytłumaczyć sprzeczności między swoimi wyjaśnieniami a zeznaniami córki odnośnie do czasu posiadania wymienionej maszyny?

Nie potrafił. Kiedy sprzeczności nadal gromadzą się i wyrastają jako nieodparty argument dla prowadzących dochodzenie — podejrzany odmawia zeznań. „Niech sobie sami prowadzą śledztwo”.

Typowa reakcja Bielaja. Bierze udział w grze, której stawką jest życie ludzkie — jedno stracone i jego własne, zagrożone najcięższym z wyroków. Nie traci jednak przytomności, prowadzi pojedynek sam, bo rodzina stanowi obciążenie w tej grze. W momentach, kiedy zostaje zapędzony w kozi róg, kiedy logika i racjonalny sposób jego myślenia na nic się nie zdają, odpowiada brutalnością, potrafi pluć, bluzgać, obrażać… Jeden raz się tylko załamał. Niedługo zbliżymy się do tego dnia i godziny, kiedy Bielaj poczuje się obdarty z godności, nagi i poniżony wobec głodnego sensacji tłumu…

Na garnuszku u kapitana Kulczyckiego, popijając herbatę „po męsku” parzoną, czytam protokóły z okresu pierwszych miesięcy po aresztowaniu. Już we wstępnym etapie dochodzenia Bielaj zdaje sobie sprawę, że nie obroni swojej wersji, którą zawodowi kryminaliści nazywają „pójściem w zaparte”. Brzmiała: nie ja, nie moja maszyna, nie mój samochód! Na domiar zakomunikowano mu o najważniejszym dowodzie rzeczowym, jaki ekipa prowadząca dochodzenie trzymała w zanadrzu: na ławie w poczekalni Kamińskich utrwalony został ślad linii papilarnych, które stanowiły bezsporną „własność” szantażysty. Na tej ławie usiadł, żeby zaczekać, aż pani doktor skończy przyjęcia.

 

Jeśli mowa o maszynie do pisania, chór zgodnych zeznań — nie wyłączają się z niego jego własne córki (a sam powiedział, że nigdy nie kłamią!) — wskazuje jej właściciela. Miał ją w roku 1970. Pisał na niej. Ale chyba w tym trudnym momencie, kiedy wydawało się, że nie ma dla niego wyjścia, strzeliła Bielajowi myśl, która przyniosła późniejszą wersję „brodacza”. Sprawi ona inspektorom Komendy Głównej, a także prokuratorowi, mnóstwo kłopotów. Koncepcja obrony była, czy wydaje mi się, że była, następująca: owszem, maszyna była jego własnością. Ale przez pewien czas korzystał z niej ktoś inny. Ktoś bardzo groźny, kto jego z kolei trzyma w szachu. A więc przyznaje się do posiadania mercedesa, ale sprzedał maszynę w maju. Także tę wersję zakwestionowano w trakcie dochodzenia. Listy konińskie, przyznaje się przecież do ich autorstwa, pisał — jak wynika z ekspertyzy dokonanej w Zakładzie Kryminalistyki — ten sam człowiek, który redagował płocką korespondencję. Bielaj, mając już opracowaną koncepcję linii obrony — będzie o niej mowa w trzecim tomie dokumentacji sądowej — wyjaśnia, co następuje:

…„Oznajmiłem żonie, że maszyna do pisania Mercedes, którą mieliśmy w domu, jest dowodem obciążającym mnie w pewnej sprawie. Żona zdenerwowała się i powiedziała: — Wyrzuć ją gdzieś w lesie, po drodze, żeby pozbyć się kłopotu…”

W dalszym ciągu zeznania wyjaśnia, że nie mógł tego zrobić od razu. Zakopał ją więc w budynku gospodarczym, koło domu. Później, we wrześniu (p.m. kiedy sprawę uprowadzenia lekarki uważano po trosze za przegraną) odkopał ją, dał do czyszczenia. Napisał na niej pięć listów anonimowych, a przed aresztowaniem, o którym wiedział, że nastąpi, odkopał mercedesa, porąbał siekierą i wywiózł poza Konin… Kończy zeznania słowami: „Podane przeze mnie fakty polegają na prawdzie i według mojego przekonania nie powinny obciążać żony”.

Dobry mąż?! Cały czas troszczy się o swoją partnerkę życiową. Wyjaśnienia, które składa, mają na celu, jak twierdzi, uwolnienie żony z aresztu. Krystyna Bielaj została bowiem zatrzymana pod zarzutem współudziału w machinacjach przestępczych męża. Trzeba przyznać, robi, co może, ażeby jedynie wokół jego osoby koncentrowało się śledztwo. Czyżby nie był wyzuty z uczuć zwanych wyższymi? Dużo lat upłynie, nim zrozumiemy intencje, którymi się kierował.

— A więc co zrobił w końcu z tą nieszczęsną maszyną?

— Utopił w bagnie.

Ekipa operacyjno-śledcza zdecydowała się jej poszukać.

Wizja lokalna. Łazik, w nim podpułkownik Czmoch, umundurowany funkcjonariusz z Komendy Powiatowej i Bielaj. Za chwilę przybędzie fotograf. Wizja zostanie nagrana przy użyciu magnetofonu z taśmą kasetową.

Jadą w kierunku wskazanym przez Bielaja. Ubrany w trenez, beret, golf, czuje się od razu lepiej, wraca do formy, jeżeli ją kiedykolwiek stracił. Mijają gęste zarośla. W tym miejscu podejrzany wyrzucił z pędzącego samochodu czcionki i wałek. Między drzewami rozciąga się grząski, bagnisty teren. Zatrzymują wóz, funkcjonariusz wysiada, brnie po kolana w lepkim błocie. Podejrzany energicznie pomaga w poszukiwaniach. Fragment odtworzony z taśmy. Mówi Bielaj:

„…Mniej więcej tam koło krzewów… tak, trochę dalej… jeżeli ktoś by tam wszedł, to na pewno ją znajdzie tym kijem właśnie, bo maszyna zupełnie się nie zatopiła. Poprawiłem ją, żeby jej nie było widać z bagna… to jest to… co pan namacał wiosłem, to najprawdo podobniej to… Nie, to nie to. Ale na prawo bardziej, panie… o tak, tak… przy czym zaznaczam, że przesuwak był widoczny z bagna, więc ja nie jestem pewny, czy ktoś go nie zauważył, pułkowniku… Wie pan, ten przesuwak był widoczny i ja jeszcze próbowałem kijem zahaczyć, a na drugi dzień jechałem, tutaj stanąłem… błyszczał na wierzchu… o jest, jest, tak metalicznie stuka coś, nie? Nie tam, panie… pan niepotrzebnie szuka, bo ja z tej strony rzuciłem… ona była na wierzchu, potem przyciągnąłem ją kijem i jeszcze raz rzuciłem i poprawiłem… Kto wie, czy nie tam, gdzie pan wiosłem robi…”

Znowu przyczynek charakteryzujący osobowość sprawcy. W czasie przebiegu wizji poczuł się ważny, potrzebny. Klimat, w którym rozkwitał. Stawał się usłużny, dobrze wychowany. Kiedy będę z nim rozmawiała za lat sześć, sprawi na mnie wrażenie człowieka delikatnego, dżentelmena. Jaki jest w rzeczywistości?

Oficer prowadzący śledztwo próbował sobie odpowiedzieć na to pytanie, mając przed sobą akta personalne sprawcy. W tego rodzaju dokumencie na pierwszym miejscu figuruje tak zwany życiorys. Historie ludzkiego życia w naszym kraju, szczególnie kiedy mowa o starszych rocznikach, bywają bogate, obfitują w zmienne koleje losu. Wojna wyrzucała człowieka z rodzinnego kąta, zmuszała do niechcianych wędrówek, zmiany zawodu. Tak też mogło być z Bielajem.

Urodził się w małej wiosce pod Kijowem. Ubogie poletko, jednoizbowy domek. Matka Ukrainka, ojciec polskiego pochodzenia. Matura, technikum weterynaryjne. Wybuchła wojna. Rodzice przenieśli się do Tarnopola. On z nimi. Mieszkali w skromnej izdebce, ojciec pracował u ogrodnika, a syn Iwan zgłosił się do Armii Czerwonej. La guerre comme à la guerre. Po wojnie osiedlił się jako repatriant w Szczecinie. W tym mieście ożenił się i osiadł na gospodarstwie rodziców małżonki w Gizałkach. Pozostał na wsi do 1953 roku, potem przeniósł się do Konina. Ukończył kursy biblioteczne, z miejsca awansował na kierownika miejscowej placówki. Następnie został dziennikarzem, z początku jako redaktor, później kierownik oddziału konińskiego „Gazety Zachodniej”. W końcu lat sześćdziesiątych zrezygnował z kariery dziennikarskiej na rzecz hodowli królików, a przedtem jeszcze pieczarek, kurcząt czy innego drobiazgu. Co do rodziny? Własną stracił, wszyscy zostali wymordowani przez hitlerowców. Ojciec żony po śmierci jej matki przeniósł się do Konina. Pozostali krewni nadal mieszkają w Gizałkach. Bielajowie wychowują i kształcą trzy córki. Jedna ukończyła politechnikę, młodsze studiują.

Ponieważ podejrzany często zmieniał zajęcia i profesje, pisanych przez niego życiorysów uzbierało się więcej i nie trzeba było doświadczenia pracownika wydziału kryminalnego, żeby znaleźć w nich co niemiara sprzeczności. Raz jeden był z zawodu kupcem, gdzie indziej rolnikiem samodzielnym. W którejś z kolei historii swojego życia przebywał w Wilnie. Zapytany o to miasto w czasie przesłuchania, zaprzeczył, jakoby je widział na oczy.

— Dlaczego podawał w życiorysie fałszywe dane?

— Bo mu się tak podobało.

Nie można było ustalić, dlaczego i jakie fakty zmieniał. Należało wyjaśnić tych kilka punktów sprzecznych czy niejasnych, nim dokumenty, zebrane w czasie pierwszego etapu dochodzenia, zostaną przekazane prokuraturze. Zadanie było nieco kłopotliwe. Kijów i Szczecin, Tarnopol i Gizałki. Wiek dziecięcy i młodzieńczy wydawał się najmniej istotny. 19-letni chłopiec zgłasza się jako ochotnik do armii. Naturalny odruch. Z jakiego jednak powodu znalazł się w Szczecinie? Tam rozpoczął swoje dorosłe życie. Należałoby w nie wglądnąć!

Skomunikowano się z Wydziałem Kryminalnym Komendy Wojewódzkiej. Czy mogliby sprawdzić dane, zebrane maksimum informacji o repatriancie Zygmuncie Bielaju?...

IV

— Wybieram się jutro do Szczecina.

Jak pan kapitan sądzi, mam jakąś szansę na spotkanie z Ejsmontem?

Nie rozumiał mojego uporu, bo już nie wiem po raz który wracam do osoby tego świadka oskarżenia. Za każdym razem odradza mi próbę nawiązania bezpośredniego kontaktu. Ejsmont zamknął się podobno w pokoju, na ścianie powywieszał nadane mu odznaczenia, ordery. Żona wnosi od czasu do czasu posiłki, stawia tacę na stole i stara się jak najszybciej zamknąć za sobą drzwi.

Ale czy to prawda? Widziałam tego człowieka jeden jedyny raz, na rozprawie sądowej. Słuchałam jego zeznań siedząc w loży prasowej, to znaczy przy starym, koślawym stole. Szczupły, wręcz suchy, wysoki brunet. Na oko — pięćdziesięcioletni. Kondensacja ambicji, zaciekłości, sprawności intelektualnej. Ogromna zdolność zapamiętywania szczegółów sprzed trzydziestu lat. W ostatnim okresie przed emeryturą, chyba przedwczesną, pełnił funkcję sekretarza miesięcznika regionalnego, był człowiekiem znanym w środowisku literackim. Pochodził z dobrej, starej rodziny. Skąd się wzięła znajomość z konińskim hodowcą królików?

Bielaja poznał tuż po zakończeniu działań wojennych, został jego „adiutantem”. Dzięki pomocy i stosunkom Ejsmonta Bielaj mógł się jakoś wkomponować w środowisko szczecińskie, stawiać pierwsze kroki w wolnym mieście. W domu jego wuja poznał swoją przyszłą żonę, Krystynę, która pewnego dnia przyjechała z pobliskich Gizałek, żeby coś kupić, a może sprzedać… Kto nie handlował w tych głodnych, powojennych miesiącach?…

Pojadę jednak do tego Szczecina. Muszę zrozumieć, dlaczego Ejsmont zeznając o najcięższych zbrodniach wspólnie popełnianych, mówił jakby nie o sobie, jak gdyby osądzał kogoś znanego mu wprawdzie, ale obcego. Mówił w sposób rzeczowy, beznamiętny, a dreszcz przerażenia ogarnął publiczność tłoczącą się na sensacyjnym procesie.

A więc i takie dramaty rozgrywały się na szlakach powojennych, kiedy dopiero co uciszyło się powietrze, a niebo uwolnione zostało od krążących po nim messerschmittów? Muszę jednak poznać osobiście Ejsmonta! Nie jest to człowiek łatwy do odczytania. W jaki sposób można w jednej osobowości zawrzeć tak sprzeczne ze sobą treści?…

Do każdego człowieka można trafić. W długoletniej praktyce dziennikarskiej nie zdarzyło mi się zrezygnować z rozmowy, którą sobie zaplanowałam. W końcu można się jakoś dobić do cudzych drzwi, otwieranych przecież nie zawsze chętnie. Ejsmont o mnie coś niecoś wie. Ja o nim więcej, aniżeli chciałby przed obcym z siebie odsłonić. Chyba nie odmówi mi spotkania…

Telefon odebrała żona. Była uprzejma, nawet życzliwa, poprosiła o chwilę cierpliwości: — Mąż zaraz podejmie słuchawkę!

Usłyszałam męski głos, trochę przytłumiony, niewyraźny, co przy kiepskim funkcjonowaniu naszej łączności skojarzyłam raczej z usterkami na linii aniżeli z nastrojem rozmówcy. Przedstawiłam się. Zapytałam, czy mogę prosto z dworca wpaść na szklankę gorącej herbaty, chwilę porozmawiać. Zazgrzytał bez namysłu: ani na herbatę, ani na rozmowę. I odłożył słuchawkę.

Poszukałam jeszcze ulicy Bogusława, numer 43, w którym to domu mieścił się sklep należący do Bielajów. Ktoś go odziedziczył, zapewne zmienił już kilku właścicieli. Może jakoś po nitce?… Z pewnością sąsiedzi pamiętają Bielaja, jego żonę i tę służącą, Bronkę Antosz, która życiem zapłaciła za rozpoznanie starego kumpla.

Nie zastałam sklepu ani kamienicy. Jakiś budynek urzędowy straszył uszkodzonym tynkiem, a w sąsiedztwie trwała budowa. Gdzie szukać sąsiadów z ulicy Bogusława? Śladu, pyłu po minionej przeszłości. Pełne niepowodzenie!… W gruncie rzeczy rozumiem Ejsmonta. Był pewien, że nikt nie odwróci kart dawno minionej przeszłości. Stało się! Ale z jakiego powodu ma ułatwiać pracę komuś, kto od nowa będzie rozdrapywał zabliźnione rany, wymazane z pamięci wspomnienia. Został pozbawiony szacunku ludzkiego, stanowiska, możliwości publikacji. Chyba dosyć, jak na jedno życie, które chciał godnie zakończyć. Niechże mu w końcu dadzą spokój!

W ten sposób odczytałam reakcję na mój telefon. Kulczycki prawidłowo przewidział przebieg szczecińskiej wizyty. Trzeba będzie zadowolić się zeznaniami Ejsmonta złożonymi prokuratorowi, wysokiemu sądowi. Zajmują sporo miejsca w czwartym tomie akt.

…Święta wielkanocne 1978 roku spędziłam w Kazimierzu nad Wisłą. Czeka tam na zmęczonych przedłużającą się zimą dziennikarzy dom RSW Prasy. Nadzieja, że wreszcie zakwitnie wiosna, przyjemny nastrój, spotkania z kolegami, z którymi od lat straciło się kontakt.

Małżeństwo Bluzerów, Władek i jego łagodna Maria, zainteresowali się książką, której ostatnie rozdziały kończyłam pisać.

— Czy to prawda, że wspólnikiem zbrodni powojennych popełnionych przez Ślezkę był Aleksander Ejsmont? — Znają go, należeli wspólnie do Klubu „Łączności z Czytelnikami”. Jest to jeden z klubów twórczych działających w ramach Stowarzyszenia Dziennikarzy.

— Jaki był ten Ejsmont? — zapytałam Władków. — Jakim go sobie zapamiętaliście?

— Sprawiał wrażenie solidnego. Był dobrym organizatorem. Typ człowieka, którego chciałoby się mieć za współpracownika.

Marysia pamiętała, że sprawdzał niesłychanie skrupulatnie rachunki w restauracji, gdzie spożywali posiłki. I dodała, że miał czasem takie spojrzenie, które świadczyło o tym, że byłby zdolny do okrucieństwa. Ale Władek sądził, że to się tak wydaje dziś, kiedy wiemy o nim to, co wiemy…

 

I znowu Komenda Główna. Korzystam jak zazwyczaj z biurka inspektora, który znajduje się chwilowo w terenie. Dziś trafiłam na duży, jasno oświetlony pokój. Z okna widok na rudziejące o tej porze roku listowie drzew. Jak wspaniała byłaby polska jesień, gdyby nie perspektywa listopada. Jeszcze chwilę ociągam się w obronie przed powrotem do magnetofonu i zeszytu pęczniejącego od notatek.

Jak właściwie trafiono do Ejsmonta?

W związku z wyjazdem do Szczecina przerwałam historię śledztwa w momencie, kiedy inspektorzy próbowali odtworzyć życiorys Bielaja. Wiek dziecięcy interesował ich stosunkowo najmniej, a śladów wczesnej młodości należało poszukać w okolicy Kijowa czy Tarnopola. Najłatwiej było rozpocząć od Szczecina. I tak też uczynili.

Sklepu nie znaleźli, zaczęli od rodziny żony — Marii Krystyny Andrzejewskiej. Okazało się, że poznał ją u Ejsmontów. Właśnie przez Aleksandra, z którym przybył do Szczecina w 1945 roku. Zainteresowano się osobą Ejsmonta. Miał bardzo zawikłaną przeszłość. Partyzant z ugrupowania Bolesława Piaseckiego. Znienawidził swojego przywódcę do tego stopnia, że brany był pod uwagę jako jeden z podejrzanych o porwanie syna Piaseckiego, która to sprawa do dziś pozostała tajemnicą. W dodatku inna ofiara tragicznej napaści, Jan Gerhard, na dzień przed śmiercią przebywał w Szczecinie i widział się właśnie z Ejsmontem. A teraz Bielaj! Jak się poznali?

Okazało się, że nie na terenie wyzwolonego Szczecina. Było to wcześniej, nazajutrz po wojnie. Oto jak Ejsmont opisuje spotkanie Zygmunta Bielaja w październiku 1944 roku i konsekwencje, które z niego wyniknęły:

„…Zgłosiłem się do Rejonowej Komendy Uzupełnień w Otwocku z prośbą o przyjęcie mnie do Wojska Polskiego. Po krótkim okresie odczekania w styczniu 45-go roku zostałem skierowany do IV-go Samodzielnego Batalionu Eksploatacji Dróg z przydziałem funkcyjnym na zastępcę dowódcy 1 plutonu II Drogowej Kompanii Kadrowej… W końcu stycznia batalion, do którego zostałem przeniesiony, oddelegowano do Warszawy. Podczas służby poznałem jednego z dowódców kontrolnego punktu paszportowego na Odolanach, niedaleko stacji rozrządowej PKP. Punkt ten był zlokalizowany na jednej z wylotowych tras warszawskich. Dowódca ten miał na imię Iwan, a nazwisko na literę „A”, coś jakby Alizen, a może Awizen. Miał wprawdzie na imię Iwan, ale bardzo lubił, kiedy nazywano go Janem. Był w stopniu młodszego lejtnanta, cieszył się sławą człowieka bardzo obrotnego, bez skrupułów i bezwzględnego w sposobie postępowania. Podczas jednej z rozmów Iwan dał mi do zrozumienia, że warto byłoby coś zarobić i jednocześnie zaproponował zatrzymanie któregoś z kontrolowanych samochodów i odsprzedanie go. Zgodziłem się na ten czyn…

W lipcu 45 roku ja z Iwanem oddaliliśmy się od jednostki wojskowej i wyjechaliśmy gdzieś w okolicę Sochaczewa lub Łowicza, dokładnie nie pamiętam. Tam, na drodze zatrzymaliśmy samochód osobowy marki niemieckiej, nie mogę sobie przypomnieć jakiej. W wozie był tylko kierowca. Wsiedliśmy do tego samochodu. Iwan kazał kierowcy jechać w stronę lasu widocznego z szosy. W lesie zatrzymał wóz i polecił kierowcy wysiąść. Sam też opuścił wóz i poszedł za kierowcą w stronę lasu, a ja zostałem przy wozie. Po jakimś czasie wrócił, ale sam. Co zrobił z kierowcą, nie wiem. Nie pytałem go, a on nic nie mówił. Siadł do samochodu, sam go poprowadził. Przyjechaliśmy do Włoch. Jechałem do swojej jednostki na kwaterę, a Iwan zabrał samochód ze sobą. Za samowolne oddalenie się od jednostki zostałem wsadzony do aresztu, z którego zostałem wypuszczony wskutek interwencji Iwana. Uczynił to dlatego, że chodziło mu o sprzedanie samochodu. Nie znał nikogo i nie wiedział, jak taką transakcję załatwić. Pomogłem mu rzeczywiście opylić wóz. Kupił go jakiś mężczyzna z Łodzi i zapłacił dolarami. Część tych dolarów Iwan sprzedał i wypłacił mi mój udział w złotówkach. Po sprzedaży samochodu wróciliśmy do jednostki, a kilka dni później przyszedł do mnie Iwan i powiedział, że kradzież oraz napad zostały ujawnione. Musimy uciekać. Postanowiliśmy zdobyć cywilne ubrania i dokumenty. Tą sprawą zajęłem się ja i w tym celu pojechaliśmy do Pruszkowa. Zamierzałem tam nawiązać kontakt ze znaną mi łączniczką AK, Anną Pawełczyńską, która zatrudniona jest dziś w Polskim Radiu czy może na Uniwersytecie Warszawskim. Poprosiłem ją o fałszywe dokumenty dla nas obu. W tym celu samochodem przez Iwana prowadzonym udaliśmy się razem w kierunku Wrocławia. Czekaliśmy na umówionym miejscu. Anna udała się do miasta i tego jeszcze dnia przyniosła nam dwie karty repatriacyjne. Jedna była wypełniona na nazwisko Zygmunt Bielaj, drugą zatrzymałem dla siebie i wypełniłem ją fikcyjnym nazwiskiem Aleksander Trojanowski. Od tej pory Iwan zaczął używać podanego w niej imienia i nazwiska oraz dalszych personaliów, jak imienia matki itd. Samochodem udaliśmy się z powrotem do Warszawy. W Częstochowie Anna wysiadła, a my pojechaliśmy dalej. Nocowaliśmy po drodze w jakiejś stodole. Bielaj pojechał samochodem, wrócił i powiedział, że go sprzedał, a także broń: pistolet maszynowy i drugi TT. Zatrzymał sobie tylko visa. W tej wiosce zmieniliśmy ubrania na cywilne i stamtąd okazyjnymi samochodami pojechaliśmy do Bydgoszczy, później zaś pociągiem do Szczecina. Idąc w Szczecinie ze stacji PKP Gumieńce zaszliśmy na alei Piastów do sklepu spożywczego celem zakupienia czegoś do jedzenia. Zapytaliśmy właściciela, którym był Władysław Wawrzyniak, czy nie wie, gdzie tu można znaleźć pokój do wynajęcia? Zaproponował, że może takim służyć”.

Skracam nieco dalszy ciąg zeznania: Z początku trudnili się handlem. Bielaj — bo przecież urodził się nagle nowy człowiek, który zaczynał od początku, choć jak życie pokaże, niełatwo jest uciec od przeszłości, być może nawet od własnego zapisu genetycznego — nie poprzestał na pokątnym handlu. Wraz z Ejsmontem przerzucili jakiegoś ważnego Niemca do Berlina, za to z Niemiec nawieźli rozmaitego towaru do kraju. Zygmunt uczył się pilnie języka polskiego, okazywał wyjątkowe zdolności adaptacyjne. Cytuję w dalszym ciągu Ejsmonta:

„Z tego, co mi o sobie opowiadał, wynikało, że jest Ukraińcem i pochodzi z małej wioski. Przy życiu pozostała mu jedynie matka, która jest ciężko chora, a w ogóle bardzo niechętnie o sobie mówił.” — Na dodatkowe pytanie oficera śledczego Ejsmont podaje, że jednostkę wojskową we Włochach opuścili w dniu 5 sierpnia 1945. Datę pamięta stąd, że w dniu następnym po ich wyjeździe dowiedział się, że Amerykanie użyli bomby atomowej w Japonii, i dlatego utkwił mu ten dzień w pamięci. Co zaś dotyczy dalszego ciągu pobytu w Szczecinie, Ejsmont przeniósł się do innego mieszkania i tam poznał swoją przyszłą żonę. Bielaj pozostał u pana Wawrzyniaka, gdzie poznał jego kuzynkę, spokrewnioną z żoną Ejsmonta. Pochodziła ze wsi Gizałki i nazywała się Maria Krystyna Andrzejewska. Mężczyźni stracili ze sobą kontakt i jeżeli chodzi o niego, starał się zapomnieć o tamtych kartach swojego życia oraz o osobie Bielaja.

Ponieważ śledztwo w sprawie Bielaja ciągnie się latami, kierują nim rozmaici inspektorzy — osoba Ejsmonta wraca raz po raz w tej kryminalnej zagadce, której do końca nikt chyba nie rozwiąże. Zaś Aleksander Ejsmont — z początku zdaje mu się, że wyjdzie z tej powodzi suchą nogą — zaczyna rozumieć, że to nie tylko Bielaj, ale on sam znalazł się w uliczce bez wyjścia. Wprawdzie jego współuczestnictwo w zbrodniach popełnionych przez Bielaja nie podlega karze, którą mógłby wymierzyć sąd, jest przedawnione wobec litery prawa. Pozostaje jednak osąd środowiska, znajomych, rodziny. Zdarza się, że ludzie mówią na ucho, dyskretnie, o pewnych niejasnościach w cudzej przeszłości. Zupełnie inna sprawa, gdy fakty, często wyjaskrawione — oskarżenie nie ma powodu oszczędzania winnych — odsłaniają publicznie brudy, haniebne przestępstwa popełnione przed laty. Upływ czasu przestaje się liczyć. Fakty zostają przybliżone jak na powiększeniu fotograficznym, widzimy je jako żywe. O Ejsmoncie plotkują w szczecińskich kawiarniach, piszą w prasie. Nie bez satysfakcji, jak to bywa zazwyczaj i nie tylko w Polsce, kiedy plotka dotyczy kogoś znanego, zajmującego stanowisko w hierarchni społecznej, kulturalnej, które upoważnia do osądzania innych. Mimo że Ejsmont nie zostanie ukarany, dnia 21 sierpnia 1973 prowadzone przeciwko niemu śledztwo będzie umorzone, ale jest skompromitowany w oczach miejscowego społeczeństwa, władz. I wtedy, zeznając nie wiem już po raz który, zmienia nieco swoje wyjaśnienia, może gwoli prawdzie, nie dziwiłabym się jednak, gdyby w celu próby zachowania twarzy.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?