SeksoholicyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 1

SYLWIA, 34 lata

Boisz się opowiedzieć o tym, z czym masz problem?

W dupie mam, co sobie o mnie pomyślisz. Zresztą co inni pomyślą – też.

Obiecuję nic nie myśleć. Czemu płaczesz?

Pierdolona wiosna. Zawsze mam alergię i szczypią mnie oczy.

Na co masz uczulenie?

Chyba na życie. Bardzo się boję tego, co zrobię po naszej rozmowie.

A co zrobisz?

Pójdę w długą. Muszę jakoś rozładować stres, że opowiadam ci swoją historię.

Długo musiałem cię namawiać na spotkanie i rozmowę o seksoholizmie.

Dziwisz mi się? Ja się sobie nie dziwię. Trudno jest się przyznać przed sobą, że ma się problem, który nie tylko dotyka każdej sfery twojego życia, ale i ma na nią miażdżący wpływ. Nawet jeśli zdajesz sobie sprawę, że on istnieje, na wszelkie sposoby opóźniasz moment, kiedy odpowiesz sobie na pytanie, z czym walczysz. Nie nazywając go, sama mydlę sobie oczy, że po prostu jestem otwarta i nowoczesna w sposób, który dla innych może być szokujący. Z innością tak właśnie jest: może dziwić, może bulwersować. Taki styl życia jak mój jest trudny do zaakceptowania dla kogoś, kto ma z nim do czynienia pierwszy raz. A nawet jeśli już miał, wciąż możesz spotkać się z niechęcią. Byłam u wielu psychologów i terapeutów i wielokrotnie czułam ich obrzydzenie. Raz nawet poproszono mnie, żebym zmieniła gabinet, bo psycholog nie była w stanie mi pomóc. Widziałam jej pełny dezaprobaty wzrok. Straszne uczucie.

Jest mi trudno zrozumieć, co się dzieje w mojej głowie, więc może nie powinnam liczyć, że inni, nawet jeśli są magistrami psychologii, będą to umieli.

Słyszałaś wcześniej o innych osobach, które zachowywałyby się tak jak ty?

Nie. O seksoholizmie nie mówi się głośno. Jakby problem w ogóle nie istniał. Ludzie opowiadają o swoich różnych uzależnieniach, ale jeżeli chodzi o sekso­holików – cisza. To wstyd blokuje nas przed przyznaniem się na forum do swojej słabości. Zanim moje uzależnienie, z którego doskonale zdaję sobie sprawę, doszło do głosu, nie sądziłam, że seks może być tak niszczący dla psychiki i ciała. Dla mnie niewątpliwie właśnie taki był, i dalej jest. Straszne jest też to, że choć problem tkwi we mnie, ma on ogromny wpływ na wszystko i wszystkich dookoła mnie. Lawirowałam, gubiłam się w labiryncie kłamstw i wymyślonych sytuacji. Nieprawdziwych powodów, dla których zachowałam się tak, a nie inaczej. Moje wytłumaczenia były okropnie naciągane, a ja i tak w nie brnęłam. W pewnym momencie zaczęłam otaczać się murem, wycofywać się z życia, które lubiłam.

Zachowywałam się tak, bo nie znajdowałam wiarygodnego uzasadnienia, dlaczego znikałam na dłuższy czas albo wyglądałam jak zombi. Bo zdarzały się momenty, że byłam wychudzona, niewyspana, powłóczyłam nogami. Patrzyłam w lustro i dziwiłam się, że kiedyś byłam ładna. Robiło mi się wstyd, że doprowadziłam się do takiego stanu. Nie miałam siły na kombinowanie i wymyślanie bajeczek, w które inni by uwierzyli.

Odepchnęłam rodzinę i przyjaciół tak naprawdę ze strachu, że ujrzą moje prawdziwe oblicze i nie będą chcieli mieć ze mną do czynienia. Ruch uprzedzający, chociaż przecież nie miałam pewności, że tak właśnie by było. Nie powinnam, ale i tak zerwałam z nimi kontakt – bez słowa i bez zastanowienia. To z kolei spowodowało u mnie jeszcze większe poczucie winy, bo tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, jak obrzydliwym jestem człowiekiem.

Mówisz o seksie, jakby nie był dla ciebie przyjemny.

Seks jest bardzo przyjemny. Nadmiar seksu jest wyniszczający, ale w życiu tak jest ze wszystkim. Nawet jeżeli przesadza się z rzeczami czy czynnościami dla nas miłymi, skutki nie będą pozytywne. Wolałam nie mówić głośno, z jakim problemem borykam się od pewnego czasu. Obawiałam się, że nie spotkam się ze zrozumieniem. Sama jeszcze kilka lat temu zbagatelizowałabym problem, gdybym usłyszała, że ktoś jest seksoholikiem. Bo co może być złego w tym, że uprawiamy dużo seksu albo często o nim myślimy? Czy w ogóle seksu może być w naszym życiu za dużo? Otóż może. Uzależnienie od seksu to katorga. Jeżeli chcesz, żeby twoje życie było normalne, musisz poskramiać swoją dzikość, bezustannie walczyć z tą zwierzęcą stroną człowieka.

Ta walka trwa cały czas?

Na nasze spotkanie szłam od samochodu do kawiarni góra pięć minut. Po drodze minęłam sześciu mężczyzn, z którymi byłabym gotowa iść do pierwszej lepszej bramy i uprawiać z nimi seks. Ot tak, seks dla samego seksu. Specjalnie liczyłam, ile razy przez głowę przemknie mi myśl o seksie na tak krótkim dystansie.

Jednak nie poszłaś.

Bo walczę ze swoimi żądzami i staram się, żeby choć czasem rozsądek wziął górę. Przychodzi mi to z trudem, ale jeśli poddałabym się zupełnie i pozwoliła sobie znowu wejść w seksobłęd, nie byłabym w stanie normalnie funkcjonować. Tylko że rozsądek znika w momentach, gdy najbardziej go potrzebuję…

Prawda jest taka, że ja już jestem okropnie zmęczona tym, że rujnuję wszystko dookoła siebie. Nie mam siły po raz kolejny budować życia od nowa, z nadzieją, że już teraz będzie dobrze. Nie widzę w tym sensu. Sama przed sobą składam obietnice, że właśnie teraz wszystko wróci na właściwe tory, i zazwyczaj je łamię. Potem urządzam sobie lincz. Samobiczuję się za swoją głupotę, za te chore zrywy. Ale żeby pojawiła się jakakolwiek refleksja, muszę być trzeźwa, bo gdy jestem w amoku, tracę zdolność właściwej oceny rzeczywistości.

Mówisz, że budujesz wszystko od nowa. Co masz na myśli?

Z miasta do miasta przeprowadzałam się już sześć razy, licząc, że zmiana otoczenia da mi nowy start, bo nie będę na każdym kroku spotykać kogoś, kto wie, do czego jestem zdolna. Kogoś, komu wysyłałam wiadomości z propozycją seksu, albo wręcz kogo nagabywałam, żebyśmy poszli do łóżka. Że wchodząc do restauracji, nie będę się zastanawiać, czy chłopak, który przed chwilą powiedział mi „cześć”, to była jednonocna przygoda, dlatego twarz kojarzę, ale jego nie jestem w stanie umiejscowić w czasie i okolicznościach. Ale czy to ma znaczenie, gdzie jestem? Trochę ma, ale tak na serio nie ma. Nowe miejsce nie sprawi, że nagle przestanę mieć obsesję seksu. Seksoholik popada w swego rodzaju paranoję, która towarzyszy mu na każdym kroku. Po pierwsze, chcesz więcej i więcej seksu. Po drugie, gdy jesteś w ciągu, ale zachowujesz pozory, że żyjesz normalnie – że chodzisz do kina i kosmetyczki, że spotykasz się ze znajomymi, że uczestniczysz w życiu rodzinnym – pojawia się w tobie strach, że oni albo już wiedzą, co robisz, albo za chwilę to odkryją. I wtedy już nie będzie zmiłuj, żadnego gładzenia po głowie i pocieszania. W oczach innych jestem kurwą. Słyszałam tę opinię wielokrotnie, ale za każdym razem bardzo bolała.

Dawniej miałam życie, z którego byłam dumna. A seks, mało komu przychodzi to do głowy, potrafi obrócić w pył wszystko dookoła ciebie. Najłatwiej jest usunąć się w cień i nie mieć zbyt wielu kontaktów z ludźmi, którzy znają cię na wylot i potrafią rozszyfrować każdy twój gest czy po głosie rozpoznać twój stan. Nie mam już siły okłamywać matki czy ojca, że wszystko jest dobrze, kiedy nie jest. Nie chcę siedzieć na obiedzie rodzinnym i jak wariatka zerkać w telefon, żeby sprawdzić, czy chłopak, którego poznałam wczoraj w nocy w necie, już dał mi znać, że mogę do niego wpaść na seks. Nie siedzę więc, bo nie mam z nimi kontaktu, bo boję się, że dowiedzą się o wszystkim i bardzo ich zawiodę. Są cudownymi ludźmi i nie zasługują na przeżywanie takiego dramatu. Wolę, żeby myśleli, że jestem zajęta pracą, którą oczywiście zajęta nie jestem, bo obecnie jestem na zwolnieniu lekarskim. Mam masę wolnego czasu, a brak obowiązków, codziennej rutyny jest dla mnie dodatkowym utrudnieniem.

Swoją nieobecność zawsze usprawiedliwiałaś obowiązkami zawodowymi?

Kilka, co ja mówię, kilkadziesiąt razy dochodziło do sytuacji, że zmyślałam, że mam awarię w pracy, jakąś nagłą sytuację i muszę szybko wyjść z rodzinnej imprezy, żeby podjechać do biura. Tyle że nie było żadnej podbramkowej sytuacji, po prostu mój fuck buddy napisał do mnie, że właśnie teraz ma wolną godzinę i chęć wybzykania mnie na wszelkie możliwe sposoby. Moje uzależnienie w pewnym momencie doprowadziło do tego, że kiedy wychodziłam z domu, wcześ­niej umieszczałam w sobie miniwibrator. Działał na Bluetooth, czyli można było nim sterować za pomocą telefonu. Siedziałam z bliskimi, z rodziną czy na zebraniu w pracy i uruchamiałam tę zabawkę niby pod pretekstem, że muszę sprawdzić maile. Gdy wibrator się włączał, czułam ulgę. Jakbym wdrapała się w męczarniach na stromą górę i nagle mogła usiąść, żeby odpoczęły mi nogi. Alkoholik pewnie porównałby to z ulgą, jakiej doświadcza, gdy budzi się rano po nocnej libacji i bierze łyk alkoholu, żeby zabić kaca. Wszyscy, z którymi pracowałam, widzieli, że ze mną jest coś nie tak. Że za moim dziwnym zachowaniem kryje się coś dziwniejszego. Bywałam rozkojarzona, nerwowa, nieobecna, wszystko mnie drażniło i pohukiwałam na każdego, kogo spotkałam. Wibrator pod ręką przynosił mi ulgę.

Kiedyś osiągnęłam orgazm na ważnym spotkaniu z prezesem. Nieświadoma jęknęłam, gdy przemawiał. Wszyscy z mojego działu, a było to około dwudziestu osób, popatrzyli na mnie z zaskoczeniem, bo nie wiedzieli, o co chodzi. Zwaliłam to na rwę kulszową, która odezwała się po latach… Żadna rwa. Najzwyczajniej w świecie dostałam orgazmu na oczach wszystkich. Wstyd mi za to.

Coś się zmieniło po tym wydarzeniu?

Nie, z czasem mój seksoholizm tylko się pogłębiał, a ja podporządkowywałam życie spotkaniom na seks. Rzeczy, które jeszcze do niedawna sprawiały mi przyjemność: kino, teatr, koncert, przestały mieć dla mnie znaczenie. Nie miałam na nie czasu. Nawet jeżeli umówiłam się z kimś, kogo lubiłam, w ostatniej chwili potrafiłam odwołać spotkanie, bo akurat zabrzęczała mi aplikacja randkowa, a jakiś gość chciał się bzykać. Nie potrafiłam mu odmówić, nawet jeśli miałam w planach już coś zupełnie innego. Zresztą nie było sensu, żebym odmawiała, bo myślami i tak byłabym z nim na spotkaniu.

 

Moi znajomi wkurzali się na mnie i pomału przestali wychodzić z inicjatywą, żebyśmy się zobaczyli, a potem z niechęcią przyjmowali moje pomysły, żebyśmy gdzieś wyskoczyli. Wtedy próbowałam jeszcze podtrzymywać więzi. Na siłę. Dziś już nie mam na to najmniejszej ochoty, choć moich przyjaciół bardzo lubię i cenię. Czasem mi ich brakuje, jednak, przyznaję, coraz mniej. Przyzwyczaiłam się do tego, że gdy chcę gdzieś wyjść, wolę nie mieć przy sobie nikogo, bo nigdy nie wiem, co za moment się wydarzy, kogo poznam i jak rozwinie się sytuacja.

Ostatnio byłam w klubie w sobotnią noc. Sama. Poznałam Włocha, który przyjechał tu na weekend. Od razu pojechaliśmy do niego do hotelu. Seks z nim był dobry, ale nie rewelacyjny. Postanowiłam, że wrócę do klubu, żeby poznać kogoś innego, lepszego w łóżku. Pojechałam i poznałam. Znowu ten sam scenariusz: zamawiamy taksówkę, jedziemy do niego do domu, zabawiamy się. Już po wszystkim znowu poczułam, że mogłabym jeszcze, ale nie mam z kim. Gdy wchodziłam po raz kolejny do dyskoteki, ochroniarz wziął mnie za prostytutkę i zapytał bez ogródek, ile biorę za numerek, dodając, że chyba muszę być dobra, skoro mam takie powodzenie.

Co mu odpowiedziałaś?

Że jak dla niego usługa może być gratis. I poszliśmy na zaplecze. Już po wszystkim pojechałam do domu, ale daleka byłam od zaspokojenia potrzeb.

Poznajesz też mężczyzn w internecie.

Faceci w sieci potrafią być obleśni. Oceniam ich tak z perspektywy czasu, bardziej świadoma, bo gdy rozmawiam z nimi online i snujemy pikantne scenariusze naszego spotkania, nie jestem w stanie usiedzieć w miejscu i pragnę, żeby doszło do poznania.

Urzeczywistniacie potem scenariusze z rozmów w sieci?

Godność przestaje mieć dla mnie znaczenie, bo wizja seksu mąci mi w głowie i nie potrafię zapanować nad swoim zachowaniem. Często jest tak, że już na spotkaniu okazuje się, że wielki internetowy macho to miękka pała i potrafi tylko gadać. Czasami zdarzają się wyjątki i nasze fantazje są realizowane.

Na co potrafiłaś się zgodzić?

Odejmuje mi rozum, więc nie jestem w stanie przeciwstawić się niektórym pomysłom. Na tamtą chwilę nawet nie chcę się przeciwstawiać, bo mi się to podoba. Refleksja przychodzi z czasem, już po. Ale szybko znika, bo pojawia się ktoś nowy.

Pamiętam, jak jeden facet, który wysłał mi kilka swoich zdjęć i filmików, na których się masturbuje, wymyślił, żebyśmy zainscenizowali scenkę, że ja jestem prostytutką, a on klientem. Umówiliśmy się, że będę szła wzdłuż ulicy, ubrana w samą bieliznę i szpilki. On podjedzie samochodem, a ja wsiądę do środka i pojedziemy do lasu. Wizja bycia potraktowaną jak dziwka zawróciła mi w głowie. Tego dnia, kiedy byliśmy umówieni, wzięłam dzień wolny w pracy, bo nie potrafiłabym się skupić na niczym innym niż na rozmyślaniu o naszej zabawie. Nie było sensu, żebym pracowała.

Pomału zbliżała się godzina, kiedy to wszystko miało się wydarzyć. Nerwowo odliczałam minuty. Przygotowałam strój: szpilki, gorset, pończochy, pojechałam autem nieopodal wyznaczonego miejsca. Przebrałam się w krzakach i poszłam w stronę szosy. Miałam przy sobie telefon komórkowy, żeby w razie czego móc się porozumieć z moim nowym znajomym, ale umówiliśmy się, że będziemy się kontaktować w ostateczności, tak żeby fantazja przebiegała jak najbardziej naturalnie. Znałam markę samochodu, który miał się przy mnie zatrzymać. Było już ciemno. Dziarskim krokiem szłam wzdłuż ulicy, można by powiedzieć na drodze do orgazmu. Mijały mnie inne samochody. Jeden nawet na mnie zatrąbił, ale nie zawstydził mnie tym. Nie mogłam się doczekać, kiedy rozpoczniemy naszą grę. Z podniecenia ledwo byłam w stanie iść.

W końcu zatrzymał się przy mnie samochód, na który czekałam, wsiadłam i bez słowa odjechaliśmy. Zatrzymaliśmy się w lesie. Gość traktował mnie jak prostytutkę. Kazał oprzeć się o drzewo i zrobiliśmy to. Potem podwiózł mnie do miejsca, gdzie zaparkowałam. Wysiadłam i już się nigdy nie spotkaliśmy.

Nie przeszkadzało ci, że potraktował cię przedmiotowo?

Zdaję sobie sprawę, że moja choroba pozwala innym gościom realizować ich fantazje, nawet te najbardziej zboczone. Mnie to nie pomaga w niczym. To tylko siła, która popycha mnie do kolejnych chorych zachowań. Gdy tego wieczora jechałam do domu, nie mogłam uwierzyć w to, co przed chwilą zrobiłam. Zawiodłam samą siebie, znowu. Po euforii przyszła rozpacz, bo gdybym miała z tego choć odrobinę przyjemności… Ale w moim seksie jest nerwowość, której nie jestem w stanie się pozbyć. To wieczne niezadowolenie czy brak spełnienia seksualnego powoduje, że szukam kolejnych wrażeń. Wolałabym pić wódkę do upadłego, bo przynajmniej przez chwilę nie miałabym siły iść do sklepu po kolejną butelkę. A w moim przypadku? Czuję wstyd, ale nie zniechęca mnie to do kolejnego klina…

Duży ten wstyd?

Bardzo duży. Obezwładnia mnie całkowicie. Nigdy nie zapomnę jednego poranka, kiedy obudziłam się z wyjątkowym kacem moralnym, bo przez moją głowę niespodziewanie przemknęło wspomnienie nocy, którą spędziłam wraz z innymi dziewczynami.

Co spowodowało takie ogromne wyrzuty?

Uprawiałam seks z obcymi ludźmi na plebanii. Nie będę zdradzać szczegółów, jak to się stało, że tam trafiłam, bo nie wszystko nadaje się do opowiedzenia, nawet jeżeli mówisz jako anonimowa osoba. Oczywiście pomógł w tym portal internetowy i konkretna zamknięta grupa na forum dla zboczeńców.

Seksoholizm do pewnego stopnia wymógł na mnie bycie anonimową. Bez imienia, bez nazwiska, bez twarzy, bez przeszłości i przyszłości. Kobieta enigma to ja. Taka anonimowość w tłumie jest dla mnie czymś naturalnym. Chyba nie umiałabym powiedzieć pod imieniem i nazwiskiem, że jestem seksoholiczką. I nie chcę. Wiem, jak ludzie by to odebrali. Przekonałam się o tym na własnej skórze, doświadczyłam ostracyzmu i dużego niezrozumienia. Z natury jestem tajemnicza, staram się nie opowiadać na prawo i lewo o tym, co mi w duszy gra. A grają ciemność, złe emocje, perwersje. Na co dzień jestem kobietą, jakich dziesiątki mijasz na ulicy. I sądzę, że nikt z przechodniów nie pomyślałby, że mam coś nie tak z głową. Nie jestem winna, że taka jestem. Naprawdę. Chciałabym być kimś innym.

Kobiety, które poznałyby mój problem, pewnie uważałyby mnie za „inną”. Dla wielu już taka jestem. Spotykam się z kpiącymi spojrzeniami. Mam mocno powiększone usta, dlatego że wielu mężczyzn ma fantazję o seksie oralnym z kobietą o nienaturalnie dużych wargach. Piersi też powiększyłam, bo sądziłam, że będę miała większe wzięcie. W zmianie mojego wyglądu kieruję się pragmatyzmem. Seksualnym pragmatyzmem, o ile coś takiego w ogóle istnieje.

A miłość? Nie myślałaś nigdy, że mogłaby ci pomóc wyjść z uzależnienia?

Oczywiście, że tak sądziłam. Myślałam, że związek z drugim człowiekiem, który będzie dla mnie interesujący i pociągający fizycznie, sprawi, że przejdę metamorfozę i wrócę na właściwe tory w swoim życiu. Spotkałam kogoś takiego. Miał ujmujący uśmiech. Spotykaliśmy się i wspaniale spędzaliśmy czas. Włóczyliśmy się po mieście, żartowaliśmy, czuliśmy się ze sobą niezwykle swobodnie.

Nadszedł dzień, który zaplanowaliśmy, że spędzimy razem. Leniwa sobota u mnie w domu – jemy, śpimy, oglądamy filmy. Pech chciał, że napisał do mnie mój były kochanek z propozycją, żebym do niego wpadła, bo jest podniecony do granic możliwości i „tylko ja potrafię tak naprawdę dać mu wzorowo dupy”. Przysłał roznegliżowane zdjęcie, dodał kilka wulgarnych zdań, co mi zrobi, jeżeli do niego wpadnę. Myślałam, że oszaleję, tak bardzo chciałam, żeby tamten gość potraktował mnie tak, jak opisał.

Starałam się odganiać te myśli, przekonywałam siebie, że spędzam dzień z najwspanialszym facetem pod słońcem i że nie mogę go zdradzić. Ale głowę już miałam zawaloną wizjami, jak wchodzę do mieszkania tamtego i jak on bierze mnie na wszystkie możliwe sposoby. Tak zawsze robił. On też był seksoholikiem, wyjeżdżał do seksklubów na całym świecie i bawił się na potęgę. Zawsze bez zabezpieczenia. I ze mną też chciał uprawiać seks bez prezerwatywy. Na początku się bałam, ale gdy to się stało pierwszy raz, byłam tak podniecona, że nawet nie zareagowałam. Za taki seks gotowa byłam ryzykować choroby weneryczne. Ciąży się nie bałam, bo zawsze znalazło się wyjście z sytuacji. Dwa razy miałam aborcję. Za trzecim razem wzięłam lek na stawy, który można kupić w każdej aptece na receptę. Konkretna dawka leku sprawia, że dochodzi do poronienia. Nie wspominam tego dobrze.

Wróćmy do historii. Jesteś z mężczyzną życia, a na seks zaprasza cię twój były kochanek. Co zrobiłaś?

Czułam, że za chwilę przegram z samą sobą i pojadę do kochanka, ale nie wiedziałam, jak to zrobić, przecież siedziałam w domu z moim chłopakiem. Nie chciałam, żeby się domyślił, że coś knuję. Leżeliśmy przytuleni w łóżku. W pewnym momencie udałam, że dzwoni mój telefon. W łazience głośno poprowadziłam „rozmowę” i zmyśliłam, że muszę pilnie wyskoczyć do biura na godzinę, góra dwie. Nie oponował. Uśmiechnął się tylko i zapytał, czy spotkamy się później w naszej ulubionej restauracji. Zgodziłam się, bo chciałam już wyjść, jak najszybciej wyjść.

Pędząc samochodem do tamtego gościa, myślałam, że rozbiję się po drodze, bo z podniecenia nie potrafiłam się skupić. Dojechałam. Doprowadził mnie do kilku orgazmów i, mimo że nadal byłam napalona, poprosił, żebym już poszła, bo musi wyjść. Potraktował mnie jak panienkę na telefon. Ale co z tego, było mi to obojętne.

Pojechałam do mojego chłopaka do restauracji. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, zamówiliśmy ulubione dania, rozmawialiśmy. Patrzył na mnie z taką miłością, że aż się przy nim popłakałam.

Dlaczego?

Z ogromnego poczucia winy. Przez cały wieczór zżerały mnie wyrzuty sumienia. Miałam ochotę wstać od stołu i rzucić się pod pierwszy nadjeżdżający samochód, byle skończyć to marne życie. Próbowałam zrozumieć, po raz kolejny, czemu, mając kogoś tak dobrego, na kogo mogę liczyć, kto jest pociągający, zachowuję się jak zwykła szmata. To jest straszne myśleć o sobie, że jest się materacem dla byle kogo. Ja sama siebie błagam, za każdym razem, gdy wychodzę od jakiegoś nieznajomego, żeby to był ostatni raz. I co z tego? Rozczarowałam siebie już milion razy. I czasem zastanawiam się, że może nie ma w tym sensu, że żyję. Jestem swoją własną stręczycielką.

Masz myśli samobójcze?

Kiedy znajduję się na dnie, wyobrażam sobie, że się zabijam i wszystko się kończy. To dlatego, że żyję w matni, a to jest wykańczające. Lub zanim zasnę, wyobrażam sobie, że stoję na krawędzi wieżowca i skaczę w otchłań. Mam ogromny lęk wysokości, a moje wizualizacje sprawiają, że czasem podrywam się z łóżka z przerażeniem. Nienawidzę poczucia, że nie ma obok mnie innego świata, że znajduję się w seksualnej pułapce, z której nie potrafię znaleźć wyjścia. Nawet jeżeli przez chwilę jest normalnie i staram się utrzymywać w ryzach, nigdy nie mam pewności, czy za chwilę czegoś nie odwalę. Z drugiej strony, gdy przez jakiś czas jest dobrze i trzymam na wodzy swój popęd, czuję dumę i sama do siebie mówię: „Zobacz, czy tak nie żyje ci się lepiej? Bez stresów? Bez nerwów? Bez tego emocjonalnego syfu dookoła?”.

I co sobie wówczas odpowiadasz?

Sama przed sobą jestem w stanie przyznać, że bez tych moich wyskoków jest mi lżej na duszy, a przez to żyje mi się wygodnie. Wystarczy jednak jeden impuls, który niszczy to wszystko. To może być nawet jedna wiadomość od gościa, z którym spałam, żeby zniszczyć to, co wypracowałam. Kiedy postanawiam, że od teraz biorę się za siebie, to kasuję wszystkie aplikacje, likwiduję profile na portalach randkowych, zawieszam konta na Facebooku i Instagramie. Te dwa ostatnie, mimo że dalekie są od seksportali, to gałąź kontaktów społecznych o zabarwieniu erotycznym mają doskonale rozwiniętą i świetnie działającą. Robię porządek dookoła siebie, ale bałagan szybko wraca.

Naprawdę jestem w stanie zrobić wszystko, żeby wyjść z mojego problemu, ale to niełatwe. Na każdym kroku natrafiam na rzeczy, które przywołują wspomnienia, których się wstydzę. Gdy słucham radia, co chwilę słyszę jakąś piosenkę, która kojarzy mi się z seksem, bo akurat leciała w trakcie spotkania czy orgii. Przypominają mi się obrazy z seksspotkania, ale niekoniecznie imiona czy twarze. Na myśl o niektórych piosenkach aż przechodzą mnie ciarki. Chyba najczęściej wraca do mnie historia z księdzem w roli głównej.

To ta, o której wspominałaś, że działa się na plebanii?

Wtedy wydawało mi się, że to była seksualna przygoda mojego życia, bo odkryłam nowe doznania, i że to dowód na moją otwartość w seksie. Z biegiem czasu coraz częściej rozpatruję ją w kategoriach chorej jazdy bez trzymanki, w której nie chodziło o wolność seksualną, tylko o brud. Do dzisiaj nie mogę go z siebie zmyć, pozbyć się niektórych obrazów.

 

Oprócz mnie były tam jeszcze cztery dziewczyny, mniej więcej w moim wieku, dosyć atrakcyjne. I był on. Bardzo przystojny, niezwykle charyzmatyczny, z pięknym głębokim głosem. Cieszący się szacunkiem ksiądz, który nigdy nie odprawiał nikogo z kwitkiem i zawsze pomagał, a to samotnym matkom, a to głodnym dzieciom, a to staruszkom, którym brakło pieniędzy na wykupienie recept. Nie pcha się na świecznik. Podejrzewam, że jego chęć życia w cieniu jest podszyta strachem, że ktoś by odkrył i ujawnił jego drugą twarz. A był perwersem, prawdziwy seksualny hardcore.

Organizował spotkania, które nazywał „chujunią świętą”. Na samym początku kazał nam się rozebrać, a gdy byłyśmy nagie, klękałyśmy przed nim, a on kładł opłatek na swoim penisie. Miałyśmy wziąć go do ust bez użycia rąk. Niektóre dziewczyny dostawały od niego w twarz. Przemoc też działała na niego podniecająco. Zamiast wody święconej używał poppersa. Smród chemicznego świństwa unosił się w każdym pomieszczeniu jego domu. Potem zaczynała się prawdziwa jazda. W tle zawsze leciał amatorski film porno. Na podłodze leżały równo ułożone zabawki, których mogłyśmy używać: dilda, wibratory, pejcze, uprzęże…

Podniecał go widok kobiet, które wiły się przed nim. Czasami dołączał do nas, jednak częściej był gdzieś w tle, uwielbiał na nas patrzeć. Niektóre z nas były naćpane, inne lekko pijane. W używki też on nas zaopatrywał, było tego, ile chciałyśmy. Zdarzyły się dwa spotkania, na które zaprosił swoich kolegów. Chociaż to raczej byli goście, którzy zapłacili mu za udział w orgii. Zorientowałam się za drugim razem, gdy wychodziłam z jego mieszkania. Przy drzwiach zauważyłam pojemnik z odręcznie napisaną kartką „wstęp na chujunię”. Leżała w nim pokaźna kupka banknotów stuzłotowych. Był jak nasz sutener. Ale nie wiedziałyśmy, że bierze za to pieniądze. Po odkryciu tego faktu już nigdy do niego nie poszłam. Choć miałam ochotę.

Wiesz, kim byli mężczyźni, którzy brali udział w orgii?

Nie widziałam twarzy żadnego z nich, ponieważ każdy miał na głowie kominiarkę i nie zdejmował jej w trakcie seksu. Miałyśmy całkowity zakaz ściągania im ich z głowy. Pamiętam, że mieli ładne ciała. Widać było, że każdy z nich dbał o nie na siłowni. Szczególnie zapamiętałam moje zbliżenie z największym z nich. Wielki, muskularny macho. Typowy sterydziarz z siłowni, który okazał się bardzo bierny seksualnie.

Co masz na myśli, mówiąc „bierny”?

Facet uwielbiał być zdominowany przez kobietę. Organizator imprezy musiał być o tym uprzedzony, ponieważ między zabawkami znalazł się strap-on, czyli pas ze sztucznym penisem, który kobieta zakłada sobie na biodra. Nigdy wcześniej nie było tego gadżetu. Ten gość bardzo chciał uprawiać seks analny i być stroną pasywną, czyli penetrowaną. Wielki koleś buchający testosteronem chciał poczuć się zniewolony. Wizualnie nie pasował do tego, o czym marzył. Ale z drugiej strony… Czy ja wyglądam jak osoba walcząca z uzależnieniem? I to z uzależnieniem od seksu? Nie, a przynajmniej tak mi się wydaje.

Wówczas, gdy znienacka padła propozycja, żeby któraś z nas założyła strap-on na siebie, wizja wejścia w mężczyznę wydała mi się podniecająca i chciałam to zrobić. Założyć na siebie sztucznego penisa i pokazać koksowi, gdzie jego miejsce. Podniecał go ból, a ja chciałam mu ten ból sprawić. Czułam, że jest to chwila, kiedy odkryję coś nowego, czego do tej pory nie miałam okazji spróbować. Aż zakręciło mi się w głowie, ale nie wiem, czy to z prawdziwego podniecenia, czy od działania poppersa, którego zapach aż dusił.

W oczach tego gościa widziałam lekki strach, gdy wzięłam uprząż w dłonie i zapinałam ją na biodrach. Doskonale znałam tę mieszankę emocji, która mu towarzyszyła. Niepewność, co się za chwilę stanie. Na mój widok miał pełny wzwód. Jednak zanim zaczęliśmy seks, zjawił się przy nas organizator imprezy i kazał mi przystąpić do „chujunii”. Znowu musiałam wziąć do ust opłatek, tym razem nie tylko z jego penisa, ale i z penisa mięśniaka. Nie wiem czemu, ale wtedy po raz pierwszy wymierzył mi policzek. Nie powiem, żebym się z tym źle poczuła. Chciałam, żeby spoliczkował mnie raz jeszcze, ale tego nie zrobił.

Chwilę się z koksem bawiliśmy, ale po kilku minutach poprosił mnie, żebym z niego wyszła. Zrobiłam to, choć nie miałam na to najmniejszej ochoty. Po chwili zobaczyłam, że na sztucznym penisie są ślady krwi. Chyba za mocno się z nim zabawiałam. Myślałam, że jest doświadczony, bo nie protestował ani nie dał mi odczuć, że coś jest nie w porządku.

Teraz, kiedy mówię to na głos, to sama słyszę, jak to brzmi. Jakbym opowiadała film pornograficzny, który obejrzałam na kasecie VHS u wąsatego wujka, albo jakbym ubzdurała sobie perwersyjne przygody, a tak na serio z seksem nie miałam nigdy nic wspólnego. Chciałabym, żeby tak było… Bo gdy już dojdzie do mnie, że to nie moje chore wizje, tylko wspomnienie prawdziwej sytuacji, w której brałam udział, nie jestem w stanie pojąć, po co ja sobie to robię. Dla przyjemności? Ja tak naprawdę jej nie doznaję. Mam ochotę na siebie zwymiotować, bo czuję się, jakby ktoś odurzył mnie narkotykami, a ja nieświadomie zagrałam w pornosie, na który można się natknąć w jakichś ciemnych odmętach internetu. Ale to nie moja wyobraźnia, to się wydarzyło. I to mnie boli.

Pamiętam siebie sprzed lat. Miałam dużo pewności siebie. Może za dużo? Może to, co się ze mną stało, jest karą za moje zachowanie i zbyt dużą pewność siebie? Nie pamiętam, kiedy dokładnie owładnęła mną ta seksualna mania. Kompletnie nie potrafię tego umiejscowić w czasie. Jakbym pewnego dnia obudziła się rano, wstała z łóżka i już była chora. Jakby pewnego dnia odjęło mi rozum…

Jestem świadomy, z czym walczysz.

Skończyłam studia, zrobiłam trzy kierunki studiów podyplomowych. Mówię biegle w kilku językach obcych. Można ze mną porozmawiać o sztuce, literaturze, teatrze… Nie jestem głupia, ale przemawia przeze mnie patologiczna strona, którą też mam. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że tak nie zachowuje się kobieta, z którą wszystko jest dobrze. Ja nie mam równo pod sufitem. Sama ze sobą próbowałam rozmawiać, tłumaczyć, błagać nawet, żebym tak się nie zachowywała, bo potem za każdym razem pojawiają się wyrzuty sumienia i obrzydzenie. Po powrocie do domu po takiej seksimprezie zawsze miałam ochotę na więcej, mimo że uprawiałam seks przez kilka godzin. Jeden orgazm sprawiał, że chciałam mieć kolejny. Ten dalej nie był wystarczający, więc chciałam następny. I tak w nieskończoność. Może to nadmiar wolnego czasu, bo zauważyłam, że to w weekendy najczęściej daję się ponieść.

Jakieś wspomnienia?

Maj zeszłego roku. Niedziela. Był to czas, kiedy miałam sześciu kochanków w tym samym czasie. Nie wiedzieli o sobie nawzajem i się nie znali. No, chyba się nie znali, ale na pewno nie mieli bladego pojęcia, że sypiam z nimi wszystkimi. Miałam rozpisany grafik spotkań na ten dzień. To znaczy nie do końca tak, ale spotkałam się z nimi wszystkimi. Umówiłam się z jednym na poranny seks. Było miło. Ale wychodząc od niego, nie czułam się zaspokojona, więc napisałam do drugiego, że może wpadnę, bo jestem w sąsiedztwie. Zgodził się. Uprawialiśmy seks. Zamówiłam taksówkę. Byłam już w drodze do domu, gdy poczułam niedosyt. Napisałam do kolejnego. Sytuacja powtórzyła się jeszcze kilka razy tego dnia. Gdy wieczorem weszłam do swojego mieszkania i usiadłam na kanapie, ogarnęło mnie zmęczenie. Przez prawie czternaście godzin jeździłam po mieście od domu do domu i uprawiałam seks. I co w tym wszystkim jest najgorsze? Było mi mało. Nie mogłam zasnąć i zastanawiałam się nad tym, czy nie zaprosić do siebie kogoś poznanego przez internet. Niespodziewanie zasnęłam. Byłam zmęczona do tego stopnia, że nie wiem, kiedy urwał mi się film.